Imię i nazwisko Mai Olenderek brzmi bardzo poetycko i
melodyjnie. Taka też jest płyta „Bubble Town”. Poetycka, melodyjna… Oj, żeby
tylko! Za tymi hasłami kryje się tajemniczy muzycznie świat, trudny do
sklasyfikowania i opowiedzenia o nim wprost.
Album „Bubble Town” powstał między innymi dzięki pomocy darczyńców
portalu PolakPotrafi.pl. Super, nie? Z całym szacunkiem dla działalności
Karoliny Czarneckiej, która też prosiła o wsparcie na tej stronie, uważam, że
muzyka Mai Olenderek i jej zespołu jest dużo lepszą propozycją, niż teledysk do
„Hera, koka, hasz, LSD”.
Polacy są na tyle hojni, że wystarczyło nie tylko na dobrą
produkcję płyty pod względem muzycznym, ale też na książeczkę z tekstami
utworów oraz projekt okładki, która szczególnie przypadła mi do gustu. Mam
ostatnio hopla na punkcie białej farby. Najchętniej wszystko pomalowałabym na
biało: ściany, boazerię, krzesła; „mózg se pomaluj”. Na okładce jest
czarno-biały portret Mai Olenderek, na około zamalowany białą farbą, widać
nawet ślady pociągnięcia pędzla. Hurra!
We wspomnianej broszurze próżno szukać polskich tekstów,
choć zespół polski. Maja śpiewa tylko po angielsku, i wcale nie słychać, że jest
Polką. Jest to zaleta w myśl zasady: śpiewasz po angielsku – znaj angielski. Właśnie
w tekstach kryje się ten tajemniczy świat. Są to poetycko opowiedziane
historie, dosyć… senne. Często pojawiają się w nich sny, kołysanki, inny świat,
noc i księżyc. Podobna jest też muzyka. Nostalgiczna, wywołująca czasem
nutkę grozy, enigmatyczna. Nie znaczy to jednak, że usypiająca. Wręcz przeciwnie,
w śpiewie Mai słyszę dramaturgię, granie na emocjach, wczuwanie się w
opowiadaną historię, nawet aktorstwo i klimat nieco musicalowy. Barwa głosu
piękna, subtelna, ale i zdecydowana. Najlepiej samemu usłyszeć:
Na płycie słychać szacunek do muzyki przez duże M: bogactwo
instrumentów (gitary, akordeon, fortepian, bębny, charango*), umiejętność
stworzenia niepowtarzalnego, enigmatycznego klimatu. Widać, że mamy do
czynienia z profesjonalistami. Gdzieś czytałam, że w ich muzyce słychać
odniesienia do twórczości Antony and the Johnsons. Rzeczywiście, gdyby muzycy
Antony’ego Hogarty’ego spotkali się na jednej scenie z Maja Olenderek Ensemble,
powstałaby przepiękna orkiestra, a duet Antony & Maja? Oj, to byłoby
ogromne wzruszenie. Swoją drogą, wyobrażacie sobie, że Antony and the Johnsons
to grupa, którą poleciła nam słuchać jedna pani dr na studiach?
Muzyka powinna wywoływać emocje i pobudzać wyobraźnię.
Wiecie, słuchając utworu „Tree” wyobrażam sobie, że jestem nimfą leśną unoszącą
się 5 centymetrów nad ziemią. Więc chyba wszystko działa tak, jak powinno :)
„Bubble Town” to album idealny na jesień. Dostałam płytę
kilka miesięcy temu, ale dopiero teraz, kiedy wieczory dłuższe, a za oknem
dywan ze spadających liści, orzechy włoskie i jabłka, czuję, że twórczość Maja
Olenderek Ensemble „chwyciła” mnie doszczętnie właśnie w takich okolicznościach.
Nie przy urlopowym, wakacyjnym fiu bździu. Przy dystyngowanej, spokojnej,
śliwkowej jesieni. Polecam mocno!
* Słuchając świeżej muzyki, zawsze człowiek się czegoś
nauczy. Charango to andyjski instrument strunowy, narodowy instrument Boliwii.
Jak widać, w muzyce polskiej śpiewanej po angielsku też się sprawdza!
Niejedna pisarka udowodniła, że można zadebiutować w wieku
40 +. Debiutancka powieść Doroty Gąsiorowskiej to kolejny przykład tego, że
nigdy nie jest za późno, żeby spełniać marzenia. Z pewnością powieść „Obietnica
Łucji” jest spełnionym marzeniem Doroty Gąsiorowskiej.
W „Obietnicy Łucji” mamy do czynienia z typową dość
sytuacją, której każdy na jakimś etapie życia doświadczył w mniejszym bądź
większym stopniu. Ucieczka. Chęć ucieczki bierze się z poczucia pustki,
nietolerowania własnej, osobistej historii, niepogodzenia z własnym losem. Ze
smutku, zranionego serca, zawiedzionych nadziei, niespełnionych marzeń, traumy
z dzieciństwa, braku miłości i akceptacji. Jedni uciekną w alkohol, inni na
kozetkę psychologa, a Łucja? Łucja wybiera to, na co decyduje się wiele kobiet (również autorka powieści): ucieka z
miasta na wieś, gdzie będzie musiała zastąpić kozaczki na obcasach ciepłymi
śniegowcami.
W Różanym Gaju, wsi położonej gdzieś na Podkarpaciu, Łucja –
serdeczna, uprzejma, ale nieco wycofana i pogubiona - zaczyna pracę jako
nauczycielka w miejscowej szkole. I zaczyna się opowieść, która w polskiej
rzeczywistości raczej nie miałaby miejsca. Wszystko jest zbyt bajkowe, w tej
opowieści nie ma problemów „natury technicznej”. Zostać prawnym opiekunem
osieroconej dziewczynki, mimo że nie jest się z nią spokrewnionym? Nic prostszego.
Dostać posadę nauczycielki mimo braku doświadczenia w zawodzie? Dlaczego nie. Zamieszkać
ze swoją uczennicą? Proszę, choćby jutro. Zakochać się w mężczyźnie, choć nie
było się z nim na ani jednej randce? Też można.
Niemniej jednak po niektóre książki sięga się właśnie po to,
aby oderwać się na chwilę od szarej codzienności, prawda? Jeśli spojrzeć na
„Obietnicę Łucji” z tej strony, to nie mam nic do zarzucenia. Mnie skutecznie
oderwała od głowy nabitej w ostatnich dniach przeprowadzką. Historia Łucji, jej
stopniowe odnajdywanie się w małej mieścinie, pobudzający wyobraźnię wątek
zabytkowego pałacu Kreiwetsów, zacieśniająca się relacja między Łucją a jej
uczennicą Anią… Czytałam z przyjemnością i skupieniem, mimo że łatwo było
przewidzieć kolejne wydarzenia i zbiegi okoliczności. Tym bardziej, że tytuł
każdego rozdziału jasno mówi, jak potoczą się dalsze losy bohaterów książki.
Można mieć także zastrzeżenia odnośnie do kreowania niektórych bohaterów, w
szczególności Ani, która prawie zupełnie została pozbawiona dziewczęcego
wdzięku. Jest dziewczynką nad wyrost dojrzałą, tak dojrzałą, że czytając
dialogi między Łucją a Anią miałam wrażenie, że przysłuchuję się rozmowie dwóch
dorosłych kobiet, a nie kobiety i uczennicy podstawówki.
Wszystkie te mankamenty mogą irytować, ale warto odpuścić i uznać,
że jest to ot taka powieść obyczajowa o poszukiwaniu miłości, dotrzymywaniu tajemnic
i mijaniu się z prawdą, wewnętrznej przemianie. Wtedy lektura stanie się
przyjemna.Trochę wyciskacz łez, trochę lukier i miód. Do przeczytania w
weekend idealna. Dorota Gąsiorowska w moim odczuciu pisze nieco podobnie do Anny
Ficner-Ogonowskiej, autorki „Alibi na szczęście”, „Kroku do szczęścia” i „Zgody
na szczęście”. Ficner-Ogonowska ma wiele oddanych czytelniczek. Czy Gąsiorowska
również odniesie sukces? To się okaże :) Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o muzyce pojawiającej się w opowieści. Dzięki autorce książki poznałam subtelną muzykę zespołu Simplefields. Fortepian i męski wokal w roli głównej, polecam ;)
„Seksmisja” to znak czasów, w których polskie komedie były naprawdę dobrymi komediami, a
mówiąc „młody Stuhr” miało się na myśli Jerzego, a nie Macieja.
Świat bez chłopów, ciekawe,
jak by się rozmnażały,
z przeproszeniem…
Ponad 30 lat po
premierze kultowego filmu Wydawnictwo W.A.B. wyjawia czytelnikom „Nagą prawdę o
Seksmisji”. Prawda wyjawia się pod postacią scenariuszu filmu oraz wywiadu z
reżyserem Juliuszem Machulskim. Ach, gratka, gratka! Kto by pomyślał, że będę
poznawać „Seksmisję” z innego źródła niż ekran telewizora? No, chyba jednak
ktoś wziął pod uwagę taką możliwość, bo dziś trzymam w ręku pełną wersję
scenariusza. Traktuję tę książkę jako ciekawostkę, wydawnictwo kolekcjonerskie,
które powinno się znaleźć na półce tego, kto wciąż ogląda perypetie Maksa i
Alberta krztusząc się ze śmiechu.
Jacek Szczerba,
przeprowadzający wywiad z Machulskim, pyta reżysera o to, kiedy pojawił się
pomysł na film, jak wyglądały zdjęcia i dobór obsady, skąd takie dziwne imiona
bohaterów (np. Lamia), o różnice między scenariuszem a ostateczną wersją filmu,
oraz o to, kto wymyślił kultowe powiedzonka:
Dużo
cennych informacji, jednak sam wywiad stanowi jedynie dodatek, marginalną część
książki. Najważniejszy w tej publikacji jest scenariusz, wydrukowany na bardzo
dobrej jakości papierze, zakolorowanym tak, że przypomina starą, zszarzałą,
pogniecioną kartkę, a użyta czcionka przywodzi na myśl maszynopis.
Uzupełnieniem wywiadu i
scenariusza są zdjęcia z planu filmowego (przedstawiające między innymi
Olgierda Łukaszewicza – filmowego Alberta, Jerzego Stuhra – Maksa, Bogusławę
Pawelec – Emmę), podpisane nieraz wyrażeniami znanymi z „Seksmisji”.
Plus recenzje filmu z prasy czeskiej,
brytyjskiej, a nawet węgierskiej.
Recenzowałam tylko pierwszą część dwupłytowego
wydania. Chociaż recenzją bym tego nie nazwała, raczej luźnymi spostrzeżeniami. Nadszedł
czas na drugą płytkę. Zbierałam się do jej przesłuchania ponad 4 miesiące, doceń!
Będzie trochę czytania, ale
zapewniam, że warto, bo są prawdziwe perełki!
Kilka słów, mniej lub więcej, o
każdym z utworów.
Marta Podulka – Nieodkryty ląd
Nóżka tupie, przyjemny wokal,
pasowałby do repertuaru bardziej jazzowego, jest świeży, słychać uśmiech
wokalistki, śpiewającej:
jak się lubi co się ma
cieplejszy wieje wiatr
życie ma lepszy smak
Wiatr, wiatr… „Zły to wiatr – odparło małe stworzenie –
który niesie złe wieści” (Neil Gaiman, "Chłopaki Anansiego")
Polskim wokalistą, który śpiewał o wietrze już kilka lat
temu, jest Artur Rojek:
cisza i wiatr
słońce i radość
deszcz na Twych skroniach
cóż więcej mógłbyś chcieć
gdy czas kończy się
nic się nie stało
nic się nie stało
kolejny idzie dzień
Oba utwory można uznać za takie lekkie piosenki,
przebudzacze, obudzacze, poprawiacze nastroju. Można by się pokusić
o wyrwanie i przemieszanie kilku wersów z dwóch utworów i scalenie w jedną piosenkę – nie zmieniłoby tosensu i nie nadwyrężyło jakości tekstu:
Życie ma lepszy smak
cóż więcej mógłbyś chcieć
cieplejszy wieje wiatr
kolejny idzie dzień
Co nie znaczy, że utwory są złe. „Cisza i wiatr” Artura
Rojka kilka razy poprawiła mi humor, jest idealna do słuchania w drodze do
pracy, na uczelnię, na piwo, w samochodowej drodze na wakacje chyba też.
Uniwersalna? Dużo w niej słońca… i wiatru.
Pesymistyczna część
mojej osobowości każe mi podejrzewać, że „Nieodkryty ląd” Marty Podulki to
najlepszy numer na płycie, swego rodzaju wejście smoka – wejście Marty, i po
tym utworze chyba wolałabym, aby kolejne piosenki pozostały właśnie takim
nieodkrytym lądem. Ale idę, brnę, słucham dalej, jak idiota, szaleniec!
Ola – Lepszy Świat
Chyba jednak gorszy. Sto trzydzieści osiem dorastających
dziewczynek ma taką samą barwę głosu jak Ola, i w ogóle, są w całości takie
same jak Ola, czyli żadne, więc śpiewają tylko przy ognisku. Ta Ola postanowiła
nagrać piosenkę, albo ktoś za nią zdecydował. Słabiutkie.
Po deszczu wyjdzie
słońce.
Nie wierzysz? - To takie proste!
Rozum mówi ''nie'', Tobą znów kieruje serce!
Po deszczu śladu nie będzie.
Nie wierzysz? - Unieś ręce!
Rozum mówi ''nie'', zimnej kropli nigdy więcej!
Niby optymistyczny tekst, a śpiewa, jakby była
najsmutniejszą dziewczynką świata, smutniejszą niż Jula.
Ewa Jach – Przed nami
… nie ma żadnej przyszłości. Ani żadnej przeszłości za nami, na szczęście.
A.D.I. – Wiem, że
Kiedy wpisuję w Google „A.D.I.”, wyskakuje Acceptable Daily
Intake, czyli „dopuszczalne dzienne spożycie, wskaźnik określający maksymalną
ilość substancji, która zgodnie z aktualnym stanem wiedzy może być przez
człowieka pobierana codziennie z żywnością przez całe życie prawdopodobnie bez negatywnych
skutków dla zdrowia” (Wikipedia).
Takich ciekawych rzeczy się dowiaduję dzięki tej płytce!
„Wiem, że” mój
wskaźnik ADI w stosunku do słuchania A.D.I. na dzisiaj i na wieki wieków jest już
wyczerpany. Nawet nie wiem co to jest. Chyba pop rock, chociaż pop rock pop
rockowi nierówny.
Joko – budzi się noc
NIE MAM PYTAŃ! Pierwsze dźwięki – przerażenie. Musicie to
zobaczyć i posłuchać! Czy to jest teledysk? Czy jakaś kpina? WordArt na
najwyższym poziomie. Wsłuchajcie się dobrze: „Beściebie nie ma mnie, beściebie
jest mi źle!”
Looking4 – Czekając na więcej
4 now, this
is 2 much 4 me. Śpiewający chłopiec/chłopcy, czekający na więcej.
Kasia Gomoła – Jak chcesz
Nie chcę.
Aleksandra Dźwigała „Alex” – Jak Lew
Kolejna smutna dziewczynka spadająca na dno, bo „życie daje
jej w kość i patrzy w nie-boooo, nie-booo, a łzy nieustannie lecąąąąąąą” (nie wiem jak u Alex, ale moje łzy płyną, a nie lecą). Nie
poddawaj się, Alex, walcz jak lew! Jak lew Alex z „Madagaskaru”! Ksywa
piosenkarki: Alex. Tytuł piosenki: Jak Lew. Przypadek? To nie może być przypadek! Czekam teraz na
piosenkarkę o ksywie Julian, śpiewającą piosenkę pt. „Teraz prędkoooooo, zanim
dotrze do naaas, że to bez-see-nsuuuu!”
Aspidistra ft. Maciek Pintscher – Noc nie kończy dnia
Tutaj mamy do omówienia dwie sprawy.
Sprawa pierwsza: Aspidistra. Brzmi jak nazwa jakiejś
nieodkrytej planety. Ktoś chciał mieć bardzo intrygującą nazwę zespołu, a
wyszło na to, że jest „byliną z rodziny szparagowatych, dawniej klasyfikowaną
do konwaliowatych, myszopłochowatych, jeszcze dawniej do liliowatych”
(Wikipedia). Wciąż poszerzam swoją wiedzę, tym z zakresu botaniki, dzięki tej płytce,
która nie powinna nazywać się „100 % po polsku”, ale „+ 100 dla wiedzy
zbytecznej, którą pochwalisz się podczas randki aby przerwać krępującą ciszę”.
Wyobrażacie sobie?:
- Pachniesz konwaliowato niczym aspidistra…
Sprawa druga: Noc nie kończy dnia – to ci nowość. Dziś w
programie TAK czy NIETAK sonda: Czy noc nie kończy dnia? Zapraszam do dyskusji
na ten temat w komentarzach pod postem!
Szkoda, że piosenka bardzo taka sobie, z wyśpiewanym milion
razy zwrotem „Właśnie spełnia się lato z moich snów”. Maciek Pintscher ma dobry
głos atrakcyjnego mężczyzny. Zwrotka nawet mi się spodobała, fajnie buja,
przyjemnie się słucha, ale refren? Wszystko niszczy.
Aleksandra Pęczek – Nieosiągalny
Piękny, ciepły głos, byłam pewna, że już gdzieś ją
słyszałam. Tak, ta słodka dziewczyna występowała w Must be the Music. Ma
potencjał. Jest dobra. Lepsza niż Joko, niż Ola, niż Kasia Gomoła. Dużo lepsza.
Delikatna, spokojna. Utwór wyróżnia się spośród innych, błyszczy jakimś tam
blaskiem, więc spojrzałam do książeczki dołączonej do albumu, żeby zobaczyć,
czy Aleksandra tworzy sama, czy ktoś ją wspiera. I proszę, written by Mrozu
między innymi.
Goście – Mamy w sobie ogień
Nie macie w sobie ognia. Nie grajcie rocka.
Off Kultura – Znikam
Byli w Teleexpressie. Lekki rock. Przyjemny wokal, przyjemna
plumkająca gitara, tekst o niczym.
Nika – Historia życiem pisana
Chyba nie żyłaś.
Sylvia & Robgitarnik – Ty i mój sen
„Właśnie wstaje nowy dzień, twój czuły wzrok już otula mnie”…
a u mnie już popołudnie.
Strefa Zero – Wieczny maj
Już miałam kąśliwie pisać, że o maju może śpiewać tylko
Kora, ale ugryzłam się w język. Strefa Zero to granie bardzo przyjemne,
pozytywne i wpadające w ucho, chętnie posłuchałabym wokalistki Kasi Czarneckiej
z zespołem na żywo, np. we wrocławskim klubie Strefa Zero ;) delikatny rock.
Wolny Band – Robię tak
Daniel Moszczyński – sto procent pewności, że już gdzieś
słyszałam to nazwisko... Oczywiście, że tak! Moszczyński Pietsch & Bibobit "Plotka", polecam ;) Natomiast tutaj mamy utwór "Robię tak".
O rany, ucieszyłam się bardzo z tego utworu,
z tekstu, z klipu, idealne po prostu, mój numer jeden na „100 % po polsku”. Do
tej pory nie wiedziałam, czego szukam na tym albumie, ale teraz już wiem:
szukałam właśnie tego! Tak mi się humor poprawił, że już nie mam ochoty słuchać
kolejnych utworów. Będziecie wiedzieć o co mi chodzi, sprawdźcie koniecznie i
dajcie znać, co myślicie (jeśli w ogóle tu jesteście… jesteście? Jesteś?):
„Śpiewam,
bo tutaj refren jest!”. Mega! Jeden z niewielu numerów na tej płycie, który
mogę potraktować na poważnie, mimo że wcale poważny nie jest. Co go różni od
pozostałych w kwestii (nie)poważności? Premedytacja.
Bloo – Tonę i wiem
Tonę i wiem, że tonie wszystko. To wszystko. Disko polo? Bez
sensu.
Rozkładam ręce i pytam: co się stało z Marią Nurowską?
Po jej książki sięgałam, kiedy miałam ochotę na coś lepszego niż przeciętną obyczajówkę. Ale jeśli jej kolejne powieści będą podobne do „Zabójcy”, książki Nurowskiej staną się dla mnie opowiastkami w sam raz do szybkiego przeczytania, i jeszcze szybszego zapomnienia.
Nurowska przyzwyczaiła mnie do zaglądania w głąb ludzkiej psychiki, do skrupulatnych portretów psychologicznych, do poranionych serc i skomplikowanych umysłów, ale też do bezlitosnej, szarej rzeczywistości otaczającej jej bohaterów. W „Zabójcy” znalazłam tylko to ostatnie – rzeczywistość osadzoną w sporej części w amerykańskim więzieniu San Quentin. Zresztą to już nie pierwszy raz, kiedy pisarka umieszcza bohaterów za kratkami – spójrzmy choćby na „Drzwi do piekła” (w porównaniu z „Zabójcą” – arcydzieło!).
Oprócz więzienia, w „Zabójcy” ujrzymy Tatry, które autorka również sobie ukochała, założyła nawet pensjonat w Bukowinie Tatrzańskiej. Dlatego zdziwiłam się, że główna bohaterka powieści, młoda dziennikarka Joanna Padlewska, ma o góralach bardzo krytyczne, jak najgorsze zdanie. Zastanawiam się, czy odzwierciedlają one prawdziwe spostrzeżenia Nurowskiej o góralach, czy celowo je przerysowała.
Owa dziennikarka postanawia napisać artykuł o Adamie - byłym więźniu San Quentin, Polaku, który został skazany za morderstwo, a po odsiadce wrócił do Zakopanego. Adam umożliwia Joannie dostęp do dzienników, w których dzień po dniu opisywał swoje więzienne życie. Fragmenty tych dzienników stanowią najlepszą część książki. Widać, że autorka „siedzi” w tematyce więziennej, pisze poruszająco, tak jakby sama obserwowała gdzieś z boku więzienne realia. Ale na tym kończą się niestety pozytywne aspekty książki.
Nie to, żeby reszta miała zostać przemilczana, kilka słów trzeba powiedzieć. Książkę czyta się ekspresowo. Jest krótka, chociaż ilość stron (270) może być myląca. Wystarczy jednak zajrzeć do środka, aby zauważyć, że połowę powierzchni strony zajmują marginesy, a tekst napisany jest zbyt dużym, jak na mój gust, stopniem pisma. Do tego szeroka interlinia i proszę – mamy książkę, która równie dobrze mogłaby być wydana w dwa razy mniejszej objętości. Bez sensu jednak oceniać książkę zarówno po liczbie stron. Wróćmy zatem do treści.
Joanna odwiedza Adama coraz częściej, wmawiając sobie, że jeździ do niego tylko w celach służbowych – zebrać materiał do artykułu. Łatwo się jednak domyślić, co będzie dalej. Opowiastka to przewidywalna, naiwna, a na dodatek mało realna. Bez wdawania się w szczegóły – wiele sytuacji w prawdziwym życiu po prostu nie mogłoby się wydarzyć, potwierdzicie to czytając książkę. Postaci są zarysowane zbyt ogólnie – nie wiem, co myślą, co czują. Kolejne wydarzenia po prostu „się dzieją”, nie wiadomo co kieruje bohaterami, czytelnik nie może się z nimi bliżej zapoznać. Czytając infantylne dialogi zastanawiałam się, czy to na pewno ta sama Maria Nurowska.
Przeciętniak, jakiego się nie spodziewałam.
Wydawnictwo Znak, Kraków 2014 Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl
Ostatnio na portalu All About Music wygrałam płytę "100 % po polsku". Szczerze mówiąc, nie patrzyłam, co jest do wygrania. Był to konkurs z
serii „kto pierwszy ten lepszy”, więc nawet się nie zastanawiając,
odpowiedziałam szybko na pytanie konkursowe, i udało się – byłam pierwsza.
źródło: www.empik.com
Pomyślałam sobie:
Spoko, zorientuję się, co nowego w polskiej muzyce, może
znajdę nową muzyczną miłość albo chociaż kogoś jako tako godnego uwagi.
Spostrzeżenia po przesłuchaniu płyty:
Czasem lepiej wyłączyć mózg i nie myśleć.
Ale od początku. Kilka dni później odpakowałam kopertę i uśmiechnęłam się od ucha do ucha,
widząc:
Fajny pomysł, prawda? Oprócz wysłania nagrody zwycięzca
dostaje ręcznie napisane gratulacje. Od razu człowiek myśli: o, jacy oni
sympatyczni.
Dobra, zerknęłam na tracklistę płyty „100 % po polsku” i…
O
szlag…
Chyba się nie znam na stuprocentowej polskiej muzyce, bo trochę mnie
zatkało, kiedy ujrzałam takich wokalistów jak: Olek, Klaudia, Ola, Marta Podulka, Radek Michalik. Kto to,
kurde, jest? Co to, kurde, są? Hę?
Patrzę dalej, a tam: Red Lips, Jula, Doniu, Farba, Formacja
Nieżywych Schabuff. Dobra, coś mi się obiło o uszy, nie jest źle. To znaczy,
było źle, bo z miejsca odłożyłam płytę gdzieś na bok, zastanawiając się, czy
kiedykolwiek rozpakuję ją z folii. Co jak co, mam ciekawsze rzeczy do roboty
niż słuchanie Juli. Zastanawiałam się nawet, czy komuś nie
podarować tej płyty, w końcu nówka sztuka, nieśmigana, ale halo… Nie czyń
drugiemu co tobie niemiłe, chyba nie chcę karmić kogokolwiek gów… Znaczy się,
wyrobem muzykopodobnym. Wiadomo, że czekolada Lindt jest lepsza od Terravity…
W końcu zebrałam się w sobie i odpaliłam płytę. Ludzie, to
jest tak słabe, że aż muszę o tym napisać. I nie ma to żadnego związku z
portalem All About Music – jakiejś niechęci do niego czy co tam jeszcze. Chodzi
tylko i wyłącznie o płytę. A nawet dwie, bo jest to wydanie dwupłytowe…
Może niektórych zniechęcą (bądź zachęcą?) tytuły utworów. „Gdy
nie ma cię”, „Pełen słońca dzień”, „Ciebie nie ma”, „Ty i mój sen”, „Tonę i
wiem”. Matko Bosko Kochano, kto wymyśla te tytuły?! I przede wszystkim, kto
pisze te teksty?!
Pokrótce.
1. Red Lips – To co nam było
Red Lips
kojarzę z Must be the Music. Ruda laska z zadziornym głosem wyglądała i
brzmiała obiecująco. Wydali płytę, ponoć się dobrze sprzedaje (pewnie dlatego,
że się sprzedali). „To co nam było” znałam już wcześniej, bo często jeżdżę
autobusem, a kierowcy słuchają Eski. Nie lubię maniery wokalistki, powtarzanego miliard razy refrenu i
nazwy zespołu.
2. Jula – Ślad
Niby rockowo… Ale wokal tak nijaki, że aż boli. Smutna Jula
ma „takie same sny już od kilku lat”. Niech się cieszy, że w ogóle jej się coś
śni, bo słyszałam, że brak snów jest objawem choroby psychicznej.
3. Mezo & Hania Stach – Na nowo
Hania występowała w Idolu. Pamiętam, że Elżbieta Zapendowska
ją podziwiała. Ja nie podziwiam. Meza też nie.
4. Venya -Uwolnij sen
Tekst rodem z Disco Relax. Plus perkusja i gitary. Rymy
częstochowskie. Straszne. Next, please...
5. Doniu – Okulary
Zaskoczenie. Pozytywne. Jeden z lepszych numerów na płycie.
Znośny tekst i chyba modne od jakiegoś czasu gwizdanie w utworze. Posłuchałam
dwa razy pod rząd, więc to musi coś znaczyć… Proszę, fragment:
Yoko Ono mimo lat, codziennie na fejsie
Przypomina innym co dla nas najważniejsze jest
Co dzień test, wielokrotne rozwiązanie
Kim jestem, co zrobię i kim przez to się stanę
6. Roby – Całuj mnie teraz
Sorry, przełączyłam po kilku sekundach, po wersie Całuj,
wycałuj teraz o nic się nie martw, o nic się nie martw.
7. Rafał Radomski – Gdy nie ma cię
Chłopcze, jesteś tak młody, a tak wiele wiesz o życiu, uszanowanko. Gdy nie
ma cię, wszystko traci sens. Piosenka idealna do puszczania na dyskotece w
podstawówce. Każda wtedy marzy, żeby chłopiec poprosił ją do tańca. Khy khy.
8. Olek – Budzę się
Pierwszy wers rozpoczynam pustym słowem – to po co w ogóle
rozpoczynasz? Przełączam po pierwszym wersie, rozpoczętym pustym słowem.
Podobnie przy numerach 9 (Robgitarnik & Tomek Orliński –
Obrotowe drzwi), 10 (Mariusz Urbaniak – Wypadła mi z rąk), 11 (Gravitee –
Pierwszy raz) – swoją drogą utwór „written by” cztery osoby. Szkoda czasu i
pracy tych czterech osób, serio. Zastanawiam się, dlaczego w książeczce albumu „100
% po polsku” użyto zwrotu „written by”? Byłam dzielna, kilka pierwszych utworów przesłuchałam w
całości, ale od numeru 9. do 12. wszystko jest szaleńczo słabe, na jedno
kopyto. Nijakość. Teksty o niczym, albo o tym, jak jest źle bez ciebie, i jak
bardzo ci nie wierzę, i jak daleko jesteś, i dlaczego, dlaczego?
Od 13. jest trochę lepiej. Na chwilę zatrzymałam się przy Farbie – wokalistka Joanna
Kozak ma interesującą barwę głosu, muzycznie jest trochę lepiej niż w innych
utworach, ale bez szału. Moją uwagę zwrócił także wokalista zespołu Niegrzeczni.
Pamiętam, jak swego czasu śpiewał u Rubika i występował w Szansie na Sukces.
Jego głos kojarzy mi się z tym powszechnie znanym utworem. By the way, to jeden
z tych utworów, które wszyscy znają, a nikt nie wie, jak się nazywają. Ja
również, aby go znaleźć, wpisałam w Google „Mm mm mm mm”. Znalazłam od razu :D
Ty też go znasz, na 100 %. Enjoy!:
Pośpiewane? ;)
Wokalista Niegrzecznych ma według mnie nieco
podobną barwę:
Co jeszcze? Kasia Nowak – Ciebie nie ma. Fajny chillout,
robi się całkiem przyjemnie i romantycznie.
18. Hex – Bliżej słońca, 19. Radek Michalik – To co chcesz,
20. Ania Frontczak & Marco – Tylko w moich znach - w tych utworach wracamy do gatunku „na jedno kopyto, przełącz!”
21. Najlepszy Przekaz w Mieście – zasłużyli na osobną
linijkę, bo dali radę w Must be The Music. Według mnie słabe, ale ja
się na „rapach i hip-hopach” nie znam.
Uff, jakoś dotrwałam do ostatniego utworu na pierwszej
płycie. 21 utworów. Dużo jak na jeden krążek. Przede mną jeszcze drugi, a tam
takie perełki jak Aleksandra Dzwigała „Alex”, Ola, Kasia Gomoła i Marta
Podulka. Wolę nie wiedzieć, czym mnie uraczą. Dziś nie dam rady. Może
innym razem.
100 % po polsku. Czuję się trochę otumaniona. Potrzebuję
teraz czegoś polskiego. Czegoś polskiego i dobrego. Nosowska, chodź do mnie!
Kora, gdzie jesteś? Maleńczuk? Ratujcie polskość!
Trzeba być odważnym, aby pisać o Czesławie Miłoszu. I to pisać krytycznie, a jednocześnie bardzo dobrze i wciągająco.
Stopniowo poznaję literaturę Marii Nurowskiej.
Sięgam po powieści najnowsze, jak i te starsze. Ani razu się jeszcze
nie zawiodłam, lubię jej charakterystyczny styl, smutek i emocje, które
przemyca na karty książki. Dotychczas czytałam powieści, w których głównymi bohaterkami były kobiety. „Sergiusz, Czesław, Jadwiga”
nieco się różni od tamtych, bo oprócz kobiety, najważniejszymi osobami
są mężczyźni. Mężczyźni nieprzypadkowi, a przynajmniej jeden z nich
znany jest każdemu Polakowi. Chodzi o Czesława Miłosza i Sergiusza
Piaseckiego. Narratorką jest Anna, którą poznajemy jako
studentkę polonistyki. Los sprawia, że poznaje osobiście Sergiusza
Piaseckiego, i postanawia zostać jego biografką. Spotyka się z nim,
zapisuje i nagrywa rozmowy. Jest w jakiś sposób zafascynowana pisarzem,
ale ich relacje wcale nie wyglądają nieskazitelnie. Dyskusjom i różnicom
zdań nie ma końca. Głównym wątkiem, który zaprząta głowę biografki,
jest relacja Sergiusza Piaseckiego z Czesławem Miłoszem, która również
do najlepszych nie należała. Delikatnie mówiąc, mężczyźni nie przepadali
za sobą, a przyczyną tego była między innymi kobieta – Jadwiga
Waszkiewicz. Anna całe serce i czas wkłada w to, aby poznać i wyjaśnić
historię tego tajemniczego trójkąta miłosnego. Poświęca na to kawał
swojego życia – pod koniec książki nie jest już
studentką polonistyki, ale szanowanym w środowisku pracownikiem uczelni.
Niewiele o niej wiemy, ale nie ma takiej potrzeby, bo Anna nie jest w
tej książce najważniejsza. Musiała jednak zostać
wprowadzona jej postać, aby nie była to typowa biografia pisarza. Jest
sporo przypisów i fragmentów literatury Piaseckiego i Miłosza, ale
ciągle czyta się ją jak wciągającą opowieść a nie zbiór faktów. Podziwiam ogrom pracy, jaki Maria Nurowska włożyła w powstanie powieści „Sergiusz, Czesław, Jadwiga”.
Miłe jest to, że znana i uznana pisarka swoją powieścią popularyzuje
sylwetki i literaturę innych literatów, mimo że wcale nie przedstawia
ich jako ludzi godnych naśladowania. Mnie zachęciła do sięgnięcia po
słowo Miłosza (po raz kolejny) i po słowo Piaseckiego (po raz pierwszy).
O tym, że sięgnę po kolejne książki Nurowskiej, chyba nie muszę wspominać.
Szczygielskiego mogę czytać dzień w dzień, książka po
książce; nie sądzę, żeby mi się znudził. Wprawdzie w każdej jego dotychczas
przeczytanej przeze mnie książce pojawia się wątek homoseksualny, ale idzie się
do tego przyzwyczaić. Zastanawiam się tylko, czy praktykuje to też w książkach
dla dzieci i młodzieży… Muszę sprawdzić, mam nadzieję, że niedługo będę miała
ku temu okazję.
„Furie i inne groteski” to trzy scenariusze. Dotąd czytałam
tylko powieści Szczygielskiego, więc miałam szansę sprawdzić, czy w książkach
stanowiących jedynie dialogi, autor jest równie dobry. Nie mam wątpliwości,
jest świetny. Jeśli we Wrocławiu będą grali „Furie”, „Wydmuszkę” bądź „Berek
czyli Upiór w moherze”, to kupuję bilety do teatru w ilości osiem i zabieram ze
sobą przyjaciół.
Ten zbiór powinien się według mnie nazywać „Berek i inne
groteski” lub „Wydmuszka i inne groteski”. Według mnie „Furie” to najsłabszy z
tych trzech scenariusz. Tzn. słaby i tak nie jest, bo wszystko, co pisze
Szczygielski jest według mnie dobre, ale w porównaniu z rewelacyjnym „Berkiem”
i prześmieszną „Wydmuszką” jest trochę nijaki.
„Berek, czyli Upiór w moherze” został napisany na podstawie
książki „Berek”. Było to moje pierwsze spotkanie z literaturą tego autora, i to
właśnie podczas tej lektury zauroczyłam się bezpośredniością i poczuciem humoru
pisarza. Książka jest według mnie świetna, a przeczytanie jej w formie
scenariusza jeszcze bardziej obudziło wodze fantazji, bo wyobraziłam sobie, że
siedzę w teatrze i patrzę na Pawła Małaszyńskiego, który w „Berku” gra głównego
bohatera. Kurcze, no niechże zagrają to we Wrocławiu! Jeśli chodzi o „Berek”,
recenzowałam już tę powieść TUTAJ, jeśli ktoś ma ochotę poznać więcej
szczegółów.
„Wydmuszka” z kolei jest bardzo bliska mojemu sercu,
ponieważ akcja toczy się w bibliotece, a bohaterką jest bibliotekarka Halina – szara myszka (czyli zupełne
przeciwieństwo mnie;). Pracuje w bibliotece, do której pies z kulawą nogą nie
zagląda (zupełne przeciwieństwo mojego miejsca pracy :D). Jedyną osobą, z
którą rozmawia, jest jej mama, z którą mieszka. To, że widzą się codziennie po
pracy, nie znaczy, że nie kontaktują się ze sobą w ciągu dnia. Halina co chwilę
podnosi słuchawkę telefonu w bibliotece, mówiąc „tak, mama?”. Rozmowy Haliny z
mamą są tak groteskowe, że… ach, przeczytajcie fragment:
„Tak, mama. Jak to
skąd? Nikt inny tu nie dzwoni. Jadłam. Ciepło. Zapięta. Będę. Uważam. Dobrze
się czuję. Nie, nie otwieram okna. Tak, wiem, że przeciągi. Nie, nie chodziłam
po deszczu. Tak, wiem, że pada. Muszę kończyć. Nie, nie lekceważę cię. Bardzo
mnie interesuje, co masz do powiedzenia. Tak, kocham cię. Tak, przejmuję się
tobą. Nie, na pewno cię nie zostawię. Zadzwonię. Całuję. Pa. Pa, pa. No, odłóż
słuchawkę. Nie, ty pierwsza odłóż”
I tak dalej, i tak dalej. Dla mnie
fenomenalne! Pewnego dnia do biblioteki przychodzi Roksana. W sztuce gra ją m.
in. Joanna Liszowska, więc wyobraźcie sobie, jaka temperamentna babka.
Rozpoczyna się fascynująca znajomość Haliny i Roksany, ich rozmowy nie raz
doprowadziły mnie do śmiechu.
Szczygielski w swojej literaturze pod postacią zabawnych
sytuacji przemyca nieraz brutalną rzeczywistość, mówi o „polactwie”, o
relacjach międzyludzkich. Jego bohaterowie są często przerysowani – skrajna
katoliczka, skrajnie nudna bibliotekarka, wszyscy „skrajni”. Nie wszystkim może
się podobać, że kreuje bohaterów homoseksualnych. Nie wszystkim
może się podobać, że jego książki wydawane są przez jego partnera – Tomasza
Raczka. A mnie się to wszystko podoba : )
„Furie i inne groteski” dostałam w prezencie urodzinowym od Izy – dzięki babko!
Znowu mi się to zdarzyło. Zaczęłam czytać drugi tom
jakiejś powieści, nie wiedząc, że istnieje pierwszy. Tym razem osiągnęłam
szczyt durnoty, bo pierwszy tom stał na półce, i przecież dobrze wiedziałam, że
go mam, ale nie wiem, jakieś zaćmienie czy co… Co jeszcze gorsze, chodziło o
twórczość Marcina Szczygielskiego, o którym rozpowiadam wszem i wobec, że go
uwielbiam. No dobra, grunt, że w połowie „Farfocli namiętności” zapaliła mi się
we łbie żaróweczka, że „Les Farforcles”, które dostałam na Gwiazdkę, to
połączone w jednej książce dwa tomy: „Nasturcje i ćwoki” i właśnie „Farfocle
namiętności”. Zaczęłam czytać od początku, bo chyba należałoby jednak
zacząć od pierwszego tomu! Brawa i owacje dla mnie za ogarnięcie się.
Chwała Bogu, że wróciłam do odpowiedniej kolejności.
Czytając drugi tom, czyli „Farfocle namiętności”, fabuła wydawała mi się dość
prymitywna, a niezliczone literówki drażniły. Na szczęście wydane w 2009 roku
„Les Farfocles” przeszły chyba porządną korektę, bo literówki owszem są, ale
jest ich zdecydowanie mniej.
Zosia jest stylistką w magazynie modowym „Stylle”. Jest
najmądrzejsza, najpiękniejsza, świetnie się ubiera, zawsze ma rację. Problem w
tym, że… tylko ona tak myśli. Egoistka do potęgi, najczęściej wypowiadanym
przez nią słowem jest „ja”. Zosia ma przyjaciółkę Agnieszkę – szarą myszę,
niezbyt błyskotliwą, która sama z siebie do niczego by w życiu nie doszła,
gdyby nie Zosia – tak twierdzi Zosia. Prawda jest jednak taka, że
Agnieszka częściej niż Zosia wpada na fajne pomysły, odnosi sukcesy i ma
bardziej poukładane życie: chłopaka, mieszkanie, samochód. Agnieszka jest
asystentką Zosi i przyjaciółką z dzieciństwa. Chociaż ta przyjaźń polega na tym, że kiedy Aga wymyśli coś kreatywnego, Zosia natychmiast sprowadza
ją na ziemię mówiąc, że pomysł jest beznadziejne. Często przemyślenia głównej
bohaterki kończą się słowami: "Dlaczego właściwie JA wcześniej na to nie
wpadłam?”, „Dlaczego właściwie JA nie mam jeszcze samochodu/mieszkania/faceta?”
itd.
Pierwsza z książek, czyli „Nasturcje i ćwoki” to ponoć
kryminał romantyczny. Według mnie z kryminałem nie ma nic wspólnego. Jest to
raczej opowieść o dwóch babeczkach i ich perypetiach zawodowych i
prywatnych. W jednej z recenzji przeczytałam, że fabuła w tej książce jest
najmniej ważna, i tu mam ochotę zapytać niczym Zosia: „Dlaczego właściwie ja
wcześniej na to nie wpadłam?”. Bo rzeczywiście, fabuła nie jest wymyślna, ale
Szczygielski pisze w tak zabawny sposób, że wszystko inne schodzi na boczny
tor. Poza tym, odnoszę już kolejny raz wrażenie, że autor zna
kobiety bardzo dobrze, mimo że sam gustuje w mężczyznach. A może właśnie nie
„mimo”, ale „dlatego”? Na dodatek jest świetnym obserwatorem kobiecych
zachowań.
W drugiej powieści, która opowiada dalsze losy Zosi i
Agnieszki, głównym wątkiem są problemy sercowe Zosi. Okazuje się, że jej
chłopak spędza godziny na portalu randkowym. Łatwo się domyślić, jak reaguje
Zosia: „Właściwie dlaczego JA nie mogę mieć romansu?!”. No, i się zaczyna… ;).
Szczygielski wprowadził świetnych bohaterów drugoplanowych.
W pierwszym tomie jest to mama Zosi, z którą rozmowy telefoniczne kończą się najczęściej
słowami „Oj, zmieniłaś się, kiedyś taka nie byłaś…”. Jeśli myślicie, że są
przez to przewidywalne, to oj, mylicie się. W „Farfoclach namiętności” taką
postacią jest babunia, którą Zosia musi się zaopiekować. Jej zachowanie i
sposób mówienia gwarantuje wybuchy śmiechu.
Zazwyczaj czytając książkę w domu, piję herbatę. Tak było
i tym razem. Niestety wzięłam łyka herbaty w nieodpowiednim momencie... Wybuchy
śmiechu mają to do siebie, że są niekontrolowane. A ja strasznie chciałam go
opóźnić, aby herbata nie wylądowała na książce. Chciałam najpierw ją połknąć, a
potem się roześmiać, ale średnio mi się to udało, no i lekko się poddusiłam.
W każdym razie, uśmiałam się niemiłosiernie, bardzo lubię poczucie humoru
Szczygielskiego. Przykład - fragment opowieści Agnieszki o jej
umiejętnościach jako kierowcy samochodu. Niestety, mam podobnie, jeśli chodzi o ronda:
„Ronda to największa zaraza. Wczoraj wpakowałam się na rondo
Babka i zrobiłam czternaście okrążeń. Prawie się popłakałam, bo mnie nie
chcieli wypuścić, i zaczęłam się bać, że mi zabraknie benzyny, bo się lampka
zaświeciła. O, nie! Ronda – nigdy. Chyba że w nocy”.
I jeszcze jeden:
„[Mówi, że] nie wyobraża sobie związku z kimś, kto uważa, że
eutanazja to program przesiedlania starych ludzi z Europy do Azji. Kiwam głową
i uśmiecham się z wyższością, wyraźnie dając do zrozumienia, że ja dokładnie
wiem, co to jest eutanazja. Zresztą sama mam taką sukienkę w szafie, ale nie
noszę jej, bo nie lubię sztucznych materiałów”.
No, to już wiecie dlaczego należy uważać z herbatą przy
czytaniu Szczygielskiego.
Ach, zapomniałabym. Książka ma świetną oprawę graficzną. Pasujące do treści ilustracje z polskich pism modowych lat 40. i 50. są świetnym rozwiązaniem. Po raz kolejny jestem zadowolona po przeczytaniu powieści Szczygielskiego. Ogłaszam wszem i wobec: uwielbiam go!
Zastanawiam się, gdzie ja byłam
(lub raczej: co czytałam), kiedy jakiś czas temu na portalach i blogach pojawiały
się coraz to lepsze recenzje książki „Alibi na szczęście”, która była debiutem
literackim Anny Ficner-Ogonowskiej. Biję się w pierś i karzę w duchu, że
przegapiłam tę powieść. Dlaczego? A dlatego, że właśnie skończyłam czytać drugą
część rozpoczętej w debiucie historii – „Krok do szczęścia”.
Zgodnie z radą na ostatniej
stronie okładki, zaparzyłam dobrą herbatę i sięgnęłam po lekturę. Herbata
szybko się skończyła, a opowieść tak mnie wciągnęła, że nie miałam ochoty
wstawać i iść do kuchni po kolejny aromatyczny napar. Od pierwszych stron
wsiąknęłam w opowieść o Hance. Czułam, że znalazłam się w środku rozpoczętych
już w pierwszej części wątków, ale nie przeszkadzało mi to we wciągnięciu się w
bieg wydarzeń. Tym bardziej, że główna bohaterka, nie dość że jest moją
imienniczką, to jeszcze tak bardzo przypomina mnie samą… Myślę, że sporo
czytelniczek zauważy to samo. Bo Hanka to zwyczajna kobieta, którą jakiś czas
temu los wystawił na próbę. Musiała zmierzyć się z osobistym dramatem, odciąć
się od przeszłości i zacząć żyć na nowo. Niezależnie od wieku, jestem pewna, że
każda z nas doświadczyła w swoim życiu czegoś smutnego, zupełnie
przytłaczającego, o czym chciałoby się zapomnieć, ale po prostu się nie da.
Dlatego od samego początku zaczęłam kibicować Hance. Hance i Mikołajowi.
Mikołaj jest idealny. Znosi
zagubienie uczuciowe Hani z cierpliwością. Walczy o nią, czeka, zabiega o jej
uwagę, chociaż bywa ciężko. Myśli o niej nieustannie, najchętniej otoczyłby ją
ochronnym ramieniem, i nigdy nie puszczał. Wierzę, że tacy faceci istnieją
naprawdę, nie tylko w literaturze. Wiele kobiet nie odstępowałoby takiego
mężczyzny na krok, ale Hania… Hania ciągle myśli o Tamtym, którego Bóg zabrał
już do siebie.
Pokiereszowane serce Hanki
mogłoby zaznać spokoju, gdyby nie wydarzenia, w których kobieta musi
uczestniczyć. Jej najlepsza przyjaciółka, prawie siostra, przygotowuje się do
ślubu i do narodzin dziecka. Hania musi stawić czoło temu, co jej również było
dane, ale zbyt szybko odebrane. Na dodatek odkrywa fakty z przeszłości, które
nie wyszły wcześniej na jaw. Przechodzi tyle perturbacji w życiu, że
rzeczywiście ciężko uwierzyć, jakim cudem taka szczupła, delikatna osóbka może
to wszystko udźwignąć. Gdyby nie Mikołaj, pewnie by nie udźwignęła...
Jestem pod wrażeniem tego, jak
autorka Anna Ficner-Ogonowska potrafi opisywać to, co się dzieje z człowiekiem
w stanie zakochania. Namiętność, pożądanie, tęsknotę opisuje z wyczuciem, nie
zniżając się do poziomu nic nie wartego erotyka. Wśród tych wszystkich emocji
czuć prawdziwą miłość. Oprócz miłości czytamy o wspomnianych wyżej rodzinnych
tajemnicach, uśmiechamy się do narzekającej na niedogodności ciążowe Dominiki,
i wsłuchujemy się w rady cudownej, starszej pani Irenki, bo nic tak człowieka
nie kształci, jak życie.
Język nie jest skomplikowany, ale
nie każda treść potrzebuje wielkich słów. W pewnym momencie narracja zaczyna
się trochę dłużyć, jednak ogólnie kolejne wydarzenia niosą czytelnika tak
dynamicznie, że ciężko się oderwać od lektury. A będzie i śmiech, i płacz, i żal,
i współczucie. Atutem, ledwie zauważalnym, bo zajmującym jedynie kilka linijek
w całej książce, jest nawiązanie do literatury Williama Whartona. Jeśli miałam
jakieś wątpliwości co do sympatii do autorki książki, tymi kilkoma linijkami
kompletnie je rozwiała.
W oczekiwaniu na trzecią część
losów Hani, sięgnę po przegapione „Alibi na szczęście”. Życzę sobie i wszystkim
czytelniczkom jak najkrótszego oczekiwania na kolejną książkę autorki.
Zygmunt Kałużyński (1918-2004) –
wybitny krytyk filmowy, publicysta tygodnika Polityka.
www.latarnik.com.pl
Do czytania pod prysznicem to
zbiór esejów, szkiców krytycznych, wspomnień, nigdy nie wyemitowanych
scenariuszy programów telewizyjnych oraz zwyczajnych przemyśleń życiowych.
Tematyka naprawdę szeroka, jednak wszystkie teksty w jakiś sposób nawiązują do
zawodu Kałużyńskiego: czy to spotkania z gwiazdami kina, czy opis sprawy
sądowej, w którą był zamieszany, czy to znów tekst o Hitlerze, który był
zaciekłym kinomanem.
Przeczytanie tej książki zajęło
mi sporo czasu. Nie dlatego, że Kałużyński nie potrafi pisać czy zainteresować
czytelnika, już sama jego wieloletnia dziennikarska działalność
temu zaprzecza. Często przerywałam lekturę, żeby uniknąć przesytu, czasem
denerwowało mnie przeskakiwanie z tematu na temat, a kilka tekstów po prostu
zupełnie mi nie leżało, nie ze względu na warsztat pisarski autora, ale właśnie
na tematykę. Przyznaję się bez bicia, że jeden tekst traktujący o zawiłościach
sceny politycznej zupełnie sobie odpuściłam, a niektóre szkice krytyczne
spowodowały, że poczułam się jak na wykładzie z literatury powszechnej. Nie
uważam jednak tej uczelnianej atmosfery za wadę, każdemu chyba marzy się
wykładowca pokroju Zygmunta Kałużyńskiego. Dzięki Niemu odkryłam podłoże
fantastyczne lektury, którą czytałam kilka lat temu z największym
zaciekawieniem: „Stary człowiek i morze”.
Rozbawiły mnie wspomnienia Autora
dotyczące jego konfliktów z Kościołem (jeszcze w dzieciństwie!). Nie mogłam
opanować śmiechu, kiedy czytałam o tym, jak Prokros skonał ze śmiechu na widok
osła jedzącego figi*. Od razu zaczęłam się bać o swoje życie,
bo do rozśmieszenia mnie nie potrzeba zbytniej fatygi ;)
Wiele razy podczas czytania
zastanawiałam się, w jaki sposób Kałużyński zdobył tyle interesujących,
zaskakujących informacji z życia gwiazd kina i nie tylko. Już wcześniej
słyszałam, że dociekliwość i ciekawość to Jego główna cecha, co zresztą sam
parokrotnie podkreśla w swoich zapiskach. Oto kilka takich „ciekawostek”:
Zbigniew Cybulski dostał od
Zofii Czerwińskiej z okazji ślubu nocnik z kolorową kokardą przy uchu i
karteczką: "Gdybyś się, Zbyszku, zesrał ze szczęścia!" **.
Dowiedziałam się, czym się różni
przedsiębiorca teatralny od producenta filmowego, mianowicie:
W 1901 r. jednemu z głównych
przedsiębiorców teatralnych na Broadwayu Samuelowi Lubinowi zaproponowano, by
przystąpił do produkcji jego filmów. Jego odpowiedź: "W żadnym wypadku. Chyba
bym oszalał. W teatrze wystarczy, gdy aktor wbiegnie na scenę z okrzykiem <<Okręt zatonął, wszyscy zginęli>>. W filmie trzeba to pokazać,
kosztowałoby to około 5 tys. dolarów, aktor mógłby się utopić czy przynajmniej się
przeziębić i podać mnie do sądu. Nie ma frajerów ***.
A jeśli chodzi o
wysyłanie polskich osobistości na zagraniczne festiwale i odczytywanie ich nazwisk
w językach obcych:
Najwięcej niepokoju było z
Konwickim we Francji, ponieważ "con" oznacza delikatną część
damską, zaś "ski" - narty, więc dźwięczało to jakby "cipa
na nartach", i portier hotelu w Paryżu mało nie udławił się ze śmiechu
przy jakimś tam artykułowaniu klientów****.
Zabawnych fragmentów jest tu sporo. Życie krytyka filmowego nie musi zamykać się w ciemnościach kinowej sali,
Zygmunt Kałużyński jest tego świetnym przykładem. Człowiek posiadający ogromną
wiedzę, piszący dowcipnie, nawet ironicznie, z dystansem do siebie (chyba
niewielu autorów zdecydowałoby się na stworzenie własnego nekrologu!). Nie wiem,
czy znajdzie się osoba, której spodobają się wszystkie teksty zamieszczone w
tym zbiorze. Nie zaliczyłabym tej książki do tych, które czyta się od
deski do deski. Nie każda sprawa, którą omawia Kałużyński, jest na tyle ważna,
że mam ochotę o niej czytać. Z pomocą idzie spis treści; patrząc na tytuły
kolejnych esejów i przemyśleń, łatwo się domyślić, co zainteresuje, a co mniej.
Niemniej jednak uważam, że warto poznać sylwetkę Kałużyńskiego, na pewno nic
się na tym nie straci, a można zyskać wiele cennych informacji.