Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 sierpnia 2014

Książka: Matt McGinn "Coldplay. Życie w trasie"

www.empik.com
Zakładam, że każdy zna grupę Coldplay, a niejedna kobieta wzrusza się słuchając utworu „Fix you”. Jeśli nie, pora nadrobić zaległości, a przy okazji sięgnąć po książkę Matta McGinna „Coldplay. Życie w trasie”.

Mówi wam coś określenie roadie? Bycie roadie pozwala na uczestniczenie w niekończących się trasach koncertowych, przygotowywanie koncertów od strony technicznej, opiekę nad sprzętem muzycznym. Oznacza trudną, stresującą, odpowiedzialną pracę, ale jednocześnie serwuje niesamowitą, godną pozazdroszczenia przygodę, szczególnie dla fana muzyki rockowej. Matt McGinn pracuje jako roadie gitarzysty Coldplay, Jonny’ego Bucklanda, i postanowił napisać książkę o tym, jak wygląda życie w trasie z jednym z najpotężniejszych współczesnych zespołów: Coldplay.

Wyobraźcie sobie, jaki stres może odczuwać roadie podczas swojej pracy: wielki stadion, pod sceną tłumy podekscytowanych ludzi, Coldplay właśnie gra jeden ze swoich hitów, podczas którego gitara, zamiast pięknie wybrzmiewać, nie wydaje żadnego dźwięku. Publiczność zorientuje się dopiero po jakimś czasie, że coś nie halo, ale Matt zawsze musi być czujny i przygotowany na takie sytuacje, bo odpowiada za to, aby naprawić usterkę bądź podać muzykowi nową gitarę, jednocześnie będąc niezauważonym na scenie. Awaria sprzętu to tylko jedna z niespodzianek, jaka może się wydarzyć podczas koncertu.

Matt McGinn pracuje z Coldplay niemal od samego początku, w związku z czym sypie anegdotkami zza sceny i tourbusa jak z rękawa. Podoba mi się jego styl, taki od niechcenia. Sam z siebie się nabija, kilka razy powtarza, że ma beznadziejny dowcip, może czasem jest zbyt wyluzowany i nadużywa słowa „cholernie”. Wybitnym pisarzem nie jest, ale jego celem nie była walka o nagrody literackie. Chodziło raczej o zwrócenie uwagi wszystkich bywalców klubów muzycznych i stadionów, że sukces koncertu nie zależy wyłącznie od artysty, ale że pracują na niego dziesiątki ludzi, i to autorowi udało się w stu procentach. Ponadto Matt udziela kilku informacji o działaniu rynku muzycznego, produkcji, sprzęcie muzycznym itd. A że pracuje z Coldplay… no cóż, tym bardziej zainteresuje fanów zespołu swoją publikacją, z czego bardzo się cieszę. Ale uwaga – nie oczekujcie biografii zespołu Coldplay. Zdjęcie na okładce, przedstawiające wokalistę Chrisa Martina, może zmylić, jeśli zatem chcecie poczytać o prywatnych sprawach członków Coldplay – nie tędy, proszę.


Jestem z tych, którzy lubią wynosić pamiątki z koncertu. Kostka do gitary, setlista czy pałka perkusyjna – jeśli uda mi się zdobyć którąś z nich, jestem przeszczęśliwa. Czasem pomocni okazują się właśnie roadie, do których można się uśmiechnąć po koncercie i poprosić o leżącą na scenie, nikomu już niepotrzebną kartkę z wypisanymi tytułami utworów. McGinn w swojej książce udziela kilku cennych rad, jak widz nie powinien, lub właśnie powinien się zachowywać, jeśli chce zostać zauważony przez roadiego i obdarowany upragnionymi pamiątkami. To był jeden z moich ulubionych fragmentów, z którego wyciągnę wnioski, a do rad dostosuję się na najbliższych koncertach. Zacznę też z większą uwagą przyglądać się osobom, które w pocie czoła biegają przed koncertem po scenie rozstawiając sprzęt, a po nim zwijają kilometry kabli. Uwierzcie, że nie chodzi tylko o kable, chodzi o wiele więcej, o czym przekonacie się czytając „Coldplay. Życie w trasie”. 

Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Biorę udział w WYZWANIU

wtorek, 15 lipca 2014

Książka: Agnieszka Osiecka "Na początku był negatyw"

Agnieszka Osiecka – mistrzyni słowa, poetka, autorka piosenek i… fotografka.

Podczas oczekiwania na drugi tom „Dzienników” Agnieszki Osieckiej, Prószyński Media proponuje książkę, która umili ten czas, podsyci jeszcze bardziej ciekawość i nie pozwoli zapomnieć o tej wspaniałej kobiecie.

„Na początku był negatyw” to książka na jedno popołudnie, ale jakże dobre popołudnie! Z utworami Osieckiej w tle (polecam płytę Katarzyny Nosowskiej „Osiecka”) oraz jej tekstami i fotografiami w książce.

Osiecka pisze o swojej fascynacji fotografią. Wypowiada słowa, które po raz kolejny przekonują mnie, jaki miała dystans do siebie: „Prawdę mówiąc, ludzie w ogóle fotografują za dużo. W albumach i w szufladach poniewierają się stosy kolorowych obecnie zdjęć, które przedstawiają szwagrów, wczasowiczki, piosenkarki, pszczoły, grzyby, premiery i Bóg wie, co jeszcze”, a potem… sama pokazuje czytelnikowi serię fotografii przedstawiających owe „Bóg wie, co jeszcze”.

Marek Hłasko, Zbigniew Cybulski, Magda Umer, Daniel Olbrychski… W tej książce nie są aktorami, piosenkarzami, poetami, jakich znamy. Są przyjaciółmi Osieckiej, których fotografowała. Agata Passent nie jest tu dziennikarką, autorką felietonów, a bohaterką zdjęć, jakie robią mamusie swoim córeczkom: Agata-niemowlę, kilkuletni szkrab, dorastająca dziewczynka, studentka.  Wreszcie Agnieszka Osiecka – na wakacjach w Turcji, w Nowym Jorku, w Paryżu, Warszawie czy Gdyni.



Każde zdjęcie zamieszczone w książce jest podpisane: kto, co, kiedy; często są to bardzo zabawne anegdoty. Nawet poprzez te krótkie tekściki geniusz pisarski Osieckiej jest widoczny jak na dłoni.  Przeglądając kolejne strony, przypomniałam sobie, że moja mama również opisywała zdjęcia – na ich odwrocie bądź na wolnym skrawku w albumie. Najczęściej bardzo lakonicznie, np. „Lato 1976”, ale często były to historyjki jakby zostawione dla potomnych, mówiące „poznaj mnie, taka byłam!”. Odnoszę wrażenie, że podobna chęć kierowała Osiecką, kiedy przygotowywała tę książkę. Nie chodziło o pochwalenie się talentem do fotografowania, a raczej o przekazanie emocji, ukazania codzienności, bliskości.  To jakby rodzinny album Osieckiej.


Staram się systematycznie wywoływać zdjęcia. Podpisuję je, utrwalając wspomnienia, czasem nie starcza miejsca na moje bazgroły ;) Podejrzewam, że większość osób przechowuje na komputerze tysiące zdjęć. Polecam wywołać choćby część z nich. Papier jest niezwykle cierpliwy, jak mawia jeden z moich wykładowców. Polecam "Na początku był negatyw" sto razy bardziej niż przeglądanie na Facebooku fot oznaczonych #selfie.

Wydawnictwo Prószyński Media (we współpracy z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej)
Warszawa 2014

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Biorę udział w WYZWANIU

czwartek, 15 maja 2014

Książka: Juliusz Machulski "Naga prawda o Seksmisji"

„Seksmisja” to znak czasów, w których polskie komedie były naprawdę dobrymi komediami, a mówiąc „młody Stuhr” miało się na myśli Jerzego, a nie Macieja. 


Świat bez chłopów, ciekawe, 
jak by się rozmnażały, 
z przeproszeniem…

Ponad 30 lat po premierze kultowego filmu Wydawnictwo W.A.B. wyjawia czytelnikom „Nagą prawdę o Seksmisji”. Prawda wyjawia się pod postacią scenariuszu filmu oraz wywiadu z reżyserem Juliuszem Machulskim. Ach, gratka, gratka! Kto by pomyślał, że będę poznawać „Seksmisję” z innego źródła niż ekran telewizora? No, chyba jednak ktoś wziął pod uwagę taką możliwość, bo dziś trzymam w ręku pełną wersję scenariusza. Traktuję tę książkę jako ciekawostkę, wydawnictwo kolekcjonerskie, które powinno się znaleźć na półce tego, kto wciąż ogląda perypetie Maksa i Alberta krztusząc się ze śmiechu. 

Jacek Szczerba, przeprowadzający wywiad z Machulskim, pyta reżysera o to, kiedy pojawił się pomysł na film, jak wyglądały zdjęcia i dobór obsady, skąd takie dziwne imiona bohaterów (np. Lamia), o różnice między scenariuszem a ostateczną wersją filmu, oraz o to, kto wymyślił kultowe powiedzonka:

Dużo cennych informacji, jednak sam wywiad stanowi jedynie dodatek, marginalną część książki. Najważniejszy w tej publikacji jest scenariusz, wydrukowany na bardzo dobrej jakości papierze, zakolorowanym tak, że przypomina starą, zszarzałą, pogniecioną kartkę, a użyta czcionka przywodzi na myśl maszynopis.

Uzupełnieniem wywiadu i scenariusza są zdjęcia z planu filmowego (przedstawiające między innymi Olgierda Łukaszewicza – filmowego Alberta, Jerzego Stuhra – Maksa, Bogusławę Pawelec – Emmę), podpisane nieraz wyrażeniami znanymi z „Seksmisji”. Plus recenzje filmu z prasy czeskiej, brytyjskiej, a nawet węgierskiej.

Ahahahahaaaa, bocian, patrz, bocian, bociuś! 

Wydawnictwo W.A.B., 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

środa, 23 kwietnia 2014

Książka: Piotr Kaczkowski "42 Rozmowy"

Poszłam dzisiaj do biblioteki oddać książki. Nie doczytałam ich do końca, bo to wiecie, takie do pracy magisterskiej, czytane fragmentami. Nie, że nudne. Nie. Poszłam je oddać, bo termin upłynął i… Oczywiście, że ich nie oddałam. Weszłam do biblioteki i zamiast wyciągnąć książki z torby oznajmiając koleżance po fachu, że „chciałabym oddać”, coś mi się we łbie poprzekręcało i powiedziałam „chciałabym przedłużyć termin zwrotu książek”. Jasne, Hanka, dźwigaj książki przez pół miasta, i nie oddaj ich. Co więcej, wypożycz kolejne, żeby nie było zbyt lekko. Zrobiłam to celowo. Te książki są tak dobre, że jednak postanowiłam ich nie oddawać, tylko przeczytać. Jedną z nich chciałabym Wam dzisiaj polecić, tak szybciorem, bo dzisiaj Światowy Dzień Książki, więc kilka słów tylko i wracam do czytania.


źródło: www.proszynski.pl
Piotr Kaczkowski – wszyscy wiemy kto to (prawda? Prawda?!). „42 rozmowy” to zbiór wywiadów, które Kaczkowski przeprowadził ze znanymi artystami w latach 1999-2004.

Dzisiaj przeczytałam większość. W autobusie, w tramwaju, na parapecie, na podłodze. Nie mogłam się oderwać. Zazdroszczę miliarda spotkań z wybitnymi muzykami, możliwości porozmawiania z nimi. Bardzo podoba mi się sposób prowadzenia rozmów, przygotowanie Kaczkowskiego do każdego spotkania... Chciałabym kiedyś wiedzieć o muzyce i o artystach tyle, co on.

Kilka luźnych przemyśleń i zaraz spadam, serio.

Wybór muzyków – znakomity. Same wielkie osobowości. Nie przypuszczałam, że Piotr Kaczkowski rozmawiał z Peterem Gabrielem, Mobym, Tori Amos, Robertem Plantem, Markiem Knopflerem. Co ja wiem o świecie... Chyba nic! 


Te wywiady mają dla mnie ogromną wartość, szczególnie te z muzykami, których ubóstwiam. Ale nie tylko! Dzięki Kaczkowskiemu zwróciłam uwagę na Tori Amos, której nigdy nie słuchałam, jakoś mi nie podchodziła, a dzisiaj słucham już drugiego jej albumu i jestem pod wrażeniem. Tak bardzo zainteresowało mnie to, co mówiła w wywiadach, że po prostu od razu, natychmiast, chciałam poznać jej muzykę. 

Rozmowy z muzykami utwierdziły mnie również w przekonaniu, że artyści zapamiętują twarze. Zapamiętują twarze swoich oddanych fanów, którzy zjawiają się na wielu koncertach. Zapamiętują twarze dziennikarzy. Według mnie to jest niesamowite, ogromnie miłe. 

Wiecie, ostatnio szukałam dobrego źródła o firmie graficznej Hipgnosis, która tworzyła okładki Pink Floyd. Musiałam o niej napisać w pracy mgr, i co znajduję dziś w „42 rozmowach?” Wywiad ze Stormem Thorgersonem, założycielem Hipgnosis. No po prostu hip hip, hurra! Tego mi było trzeba! 

Znaczące jest także to, że wywiady zostały zarejestrowane 10 i więcej lat temu. Jak na dłoni widać, że rynek muzyczny - ba! - świat ogólnie rzecz biorąc! - od tego czasu zmienił się baaardzo. Przykład? Moby, chwalący się, że ma takie fajne urządzonko – iPad, na którym mieści się tysiąc utworów. W dobie smartfonów i gadżeciarstwa posiadanie iPada chyba nikogo już nie dziwi. 

Kurcze, jest nawet wywiad z wokalistą Budgie; do tej pory nie wpadło mi do głowy, żeby poczytać coś o Shelleyu, a przecież między innymi na Budgie się wychowałam. Pamiętam, jak w 2006 wydali nową płytę (poprzednia wyszła w 1982), i poszłam do sklepu muzycznego spytać, czy jest nowe Budgie. Gościu (metal w średnim wieku) wybałuszył oczy i spytał: „A skąd ty znasz Budgie!?”. No cóż, miałam 16 lat i mogłam być podejrzewana prędzej o słuchanie Nelly Furtado, a nie klasyki rocka. No, wiesz, raczej nie. Budgie - "Breadfan", słuchajcie: 



Piotr Kaczkowski zwrócił moją uwagę na artystów, których może nie do końca znam, a właśnie dzięki tym rozmowom mam ochotę poznać ich twórczość. Choć do Depeche Mode chyba nikt mnie nie przekona, ominęłam dziś wywiad z Davem Gahanem, tak samo jak z Liamem Gallagherem z Oasis, ale może wrócę do nich jutro, pojutrze.


Jeśli trochę interesujecie się muzyką, to przy okazji zajrzyjcie do tej książki, może w bibliotece (egzemplarz bardzo podniszczony, znaczy, że czytany!), może w księgarni, a może macie ją w domu. Wywiady nie są długie, za to naprawdę, naprawdę wciągające. Zazwyczaj piszę o nowościach. To nowość nie jest, ale musiałam chwilę poświęcić tej publikacji. Póki co, z tego co widzę, nakład jest wyczerpany (cieszy mnie to!), a co ważne, książka była już wznawiana :) Bardzo się cieszę, że zupełnym przypadkiem wypożyczyłam „42 rozmowy” Piotra Kaczkowskiego. I że zamiast oddać dziś tę książkę, przyniosłam ją z powrotem do domu. Warto było. 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2004

Miłego wieczoru i pamiętajcie, że jeszcze tylko maj, czerwiec, lipiec, sierpieńwrzesieńpaździerniklistopad i prawie cały grudzień, i znowu będzie kolejna odsłona Topu Wszech Czasów Radiowej Trójki! I znowu wygra „Brothers in Arms” Dire Straits! 


Biorę udział w WYZWANIU



środa, 14 listopada 2012

„Jak zostałem premierem. Rozmowy pełne Moralnego Niepokoju”, Robert Górski w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem, Znak Litera Nova, 2012.



Robert Górski – Góral, Badyl, George Owens, Premier. Nieważne, jak go nazwiemy, wszyscy znamy lidera Kabaretu Moralnego Niepokoju. Wiemy, że jest znakomitym, błyskotliwym kabareciarzem, ale do tej pory nie dał się poznać ze strony prywatnej. Teraz mamy okazję zobaczyć, czy schodząc ze sceny, wciąż pozostaje mistrzem ciętych ripost i inteligentnych żartów. Wszystko dzięki książce „Jak zostałem premierem. Rozmowy pełne moralnego niepokoju”.

Okładka sugeruje żartobliwy charakter publikacji. Oto widzimy pana Roberta w garniturze, wciśniętego w złote koło ratunkowe. Złota jest także poszetka od garnituru (przecież każdy element stroju musi do siebie pasować!), w końcu złote litery i taki sam tył okładki. Myślę, że ten przesyt złota jest celowy, w każdym razie prezentuje się doskonale. A charakterystyczny uśmieszek Górala na fotografii – cóż, wpatrując się w niego, tylko czekam, aż zacznie w znajomy sobie sposób nerwowo przewracać oczami, wymyślając tekst, którym chciałby wszystkich czytelników rozbawić na dobry początek.

Jeśli przedmowę pisze Artur Andrus, wiedz, że książka musi być godna uwagi. Mariusz Cieślik rozmawia z Robertem Górskim o czasach przed-kabaretowych, studiach, rodzicach, partnerce i synku. W końcu o tym, jak z paczką kumpli zaczęli tworzyć kabaret, który miał być tylko jednorazową przygodą na uczelnianych występach. Opowiada o sytuacjach w życiu, które go inspirują do napisania skeczów. Będziecie zdziwieni, że niektóre z nich wydarzyły się naprawdę! Tematy rozmów zgrabnie łączą się z zamieszczonymi w książce scenariuszami występów kabaretowych. Według mnie zajmują one zbyt wiele miejsca. Wolałabym, aby ten wywiad-rzeka był najważniejszym elementem, jednak skecze Kabaretu Moralnego Niepokoju i rozmowa mają mniej więcej podobną objętość. Dla fanów Kabaretu może to być rarytas. Uwielbiam KMN, ale dla mnie skecze w tej książce są po prostu zbędne, ponieważ znam je wszystkie prawie że na pamięć (ciężko ich nie znać, bo w większości są to hity sprzed kilku lat). Otwierając książkę cieszyłam się, że mam przed sobą prawie 200 stron rozmowy Górskiego z Cieślikiem, ale jak się okazało, jest ich sporo mniej... Dlatego, kończąc „Jak zostałem premierem” w zaledwie dwa wieczory, czułam niedosyt. Za mało, za krótko! „Będzie Pan zadowolony. I Pani też!”. Zadowolona jestem, ale daleko mi jeszcze do skakania ze szczęścia.

Oglądając „Posiedzenia Rządu”, w których pan Robert pełni rolę premiera, zastanawiałam się, jakie tak naprawdę są jego poglądy polityczne. Poczytamy o wielu interesujących faktach z życia kabareciarza, ale jeśli chodzi o sprawy polityczne – woli milczeć i ograniczyć się do odgrywania postaci szefa rządu na ekranie telewizora. Trzeba przyznać, wychodzi mu to znakomicie. Kto nigdy nie widział, z pomocą spieszy tekst jednego z posiedzeń rządu: „Straszenie PiS-em”.

Świetnym pomysłem są wypowiedzi osób związanych z polską sceną kabaretową na temat Roberta Górskiego. Środowisko kabaretowe jest chyba jedynym, w którym nie odczuwa się rywalizacji, wszyscy się lubią i potrafią ciepło i zabawnie wypowiadać się o innych artystach. Miło się to czyta. Prawdziwy wybuch śmiechu wywołały także wyrwane z kontekstu notatki Górskiego, zamieszczone na końcu książki. Nieraz są rozbrajające („Nie podoba mi się, że łysieję, ale trudno”, a nieraz po prostu budzą sympatię („Uważam, że świat bez dzieci nie miałby sensu”).

Osobę Roberta Górskiego przedstawioną w książce bardzo trafnie i błyskotliwie podsumowuje Joanna Kołaczkowska: „Nie ma lepszych, nie ma innych, niczego nie ma”. Bardzo dobrze, że został Premierem!

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

"Ekscentrycy, pasjonaci, dziwacy", red. Joanna Nikodemska, G +J, 2012.


Ekscentrycy, pasjonaci, dziwacy to zbiór artykułów, które ukazały się na łamach miesięcznika „Focus”.

Rok wydania książki to 2012, jednak poszczególne artykuły nie posiadają dat publikacji, można się tylko domyślać, że chodzi o rok bieżący i ubiegły, choć niekoniecznie. Być może artykuły są ułożone chronologicznie, ale nie wiemy tego na 100%. Mam wrażenie, że  ich kolejność jest po prostu przypadkowa, ani według tematów, ani według autorów… Ale przejdźmy do samej treści, przez którą otwierałam szeroko oczy i usta ze zdumienia, czułam respekt lub politowanie dla bohaterów, nieraz śmiałam się.

Artykuły są świetne, co do jednego. Przeczytałam wszystkie od deski do deski, nie znajdując ani jednego, który by mnie znudził. Nawet, kiedy tematyka była nie „moja” (astronomia, sport), było to podane w taki sposób, że chciałam czytać więcej i więcej! Czytając o dziwakach, łowcach przygód, pustelnikach, ekstremalnych sportach i niespotykanych religiach, odniosłam wrażenie, że moje życie jest nudne i nieatrakcyjne. Poczułam chęć zrobienia czegoś szalonego, aby kiedyś zostać bohaterką podobnego artykułu. Może kiedyś…
      
 Tematyka artykułów jest niezbyt sprecyzowana, dlatego każdy znajdzie tu coś dla siebie. A bohaterowie… No cóż, po prostu Ekscentrycy, pasjonaci, dziwacy! Poznamy wynalazcę takich przedmiotów jak „uoptymistyczniacz pozytywny”, „plastikowy plasterek cytryny do wielokrotnego użycia”, „wysokogórskie plenerowe turystyczne biurko na szelkach”. I to wszystko wymyślone przez Polaka, Juliana Antonisza. Poczytamy też o ryzykantach uprawiających BASE jumping (skoki spadochronowe z budynków, masztów, skał, szczytów i nadmorskich klifów). Dowiemy się, dlaczego niektórzy dziwacy (inaczej nie da się ich nazwać) płacą specjalnej firmie za porwanie siebie i torturowanie. „Kto się boi węży, zostaje zamknięty w pomieszczeniu z gadem”. Płacą niemałe pieniądze za to, aby poczuć adrenalinę i przekraczać kolejne bariery. „Jednemu wystarczy lot samolotem, drugi musi zasiąść za jego sterami, trzeci pragnie z niego wyskoczyć”. 

Dzięki tej książce przekonałam się, że nigdy, przenigdy nie rozpocznę wspinaczki górskiej, dowiedziałam się też, co ma wspólnego wspinaczka z trudnym szefem, uśmiałam się czytając o Kościele Latającego Potwora Spaghetti, o mistrzach świata w rzucie młotkiem do telewizora czy o kompromitujących wpadkach George’a W. Busha i innych polityków.

Mogłabym wymieniać dalej, co mnie zafascynowało, ale zamiast tego zachęcam po prostu do przeczytania zbioru artykułów. Naprawdę warto kupić tę książkę, tym bardziej, że cena nie jest wygórowana. Zebranie ponad dwudziestu artykułów w jednej publikacji to trafny pomysł. Czyta się wygodniej niż w czasopiśmie, i nie trzeba długo szukać artykułu, do którego chce się wrócić. Reportaże są na tyle wciągające i krótkie, że podsuwałam je znajomym w czasie przerwy między wykładami, czy rodzicom podczas przerwy reklamowej w tv. Grono odbiorców może być naprawdę szerokie.

Jedyny mankament: z okładki patrzy na nas pełnymi obłędu oczami Salvador Dali. Jego obecność jest myląca (chociaż owszem, był ekscentrycznym pasjonatem), w książce nie ma ani jednej wzmianki o nim. Ale mimo to nazwiska dziennikarzy, takie jak Kazimierz Pytko, Joanna Nikodemska, Max Suski – zapamiętać!

Recenzja opublikowana na Kobieta20.pl