Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sine Qua Non. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sine Qua Non. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 maja 2015

Książka: Ronald Reng "Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk"

Ciężko moi drodzy, ciężko mi po tej lekturze. „Życie wypuszczone z rąk” to książka, o której mogę pisać dopiero jakiś miesiąc po jej przeczytaniu. To prawdziwa historia niemieckiego piłkarza (bramkarza), Roberta Enke (1977-2009), który cierpiał na nawracającą depresję. 

Trudne było jego życie, zastanawiam się też, co przeżywał jego ojciec – psychiatra – widząc, że nie potrafi pomóc własnemu synowi. Trudno mi myśleć o rodzinie, którą pozostawił, postanawiając odebrać sobie życie. Pewnie nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co czuje mężczyzna, ojciec, syn i mąż, który wie, że wychodzi z domu po raz ostatni. Z pewnych względów ta książka jest dla mnie bardzo ważna.  Nie zliczę, ile razy miałam gulę w gardle i marszczyłam czoło ze zdenerwowania, czytając ją.
 
Robert Enke przegrał walkę z depresją.

Często mówi się, że ktoś przegrał/wygrał walkę z rakiem.
Mam wrażenie, że z depresją jest trochę inaczej. Depresję ukrywa się przed wielkim światem (przykład: Robert Enke). Chorujący ukrywa depresję nawet przed samym sobą. No bo przecież jak to, depresja? Mam kochającą żonę, dobrą pracę, co ja tu będę z depresją wyskakiwał… Nie jest tak? Depresji boimy się jak cholera, nie mówimy o niej. Jeśli ktoś obok choruje, lęk budzi nawet zadanie pytania „Jak się czujesz?”. 
 
Robert Enke z córką. Źródło: Youtube

Kiedy słyszy się, że ktoś popełnił samobójstwo po długim chorowaniu na depresję, dopiero wtedy gdzieś po cichu toczą się rozmowy:
- Chorował na depresję…
- O Boże, biedny… Co taki człowiek musi mieć w głowie? Dlaczego nikt nie był w stanie mu pomóc?
- Ech, depresja… wyniszczająca choroba.

No właśnie, choroba. Choroba, na którą nie działają słowa „weź się w garść, będzie dobrze, życie jest ciężkie, ale trzeba jakoś sobie radzić, iść do przodu”. Nie działają. Albo: „dostaniesz kopa w d***, to przejdzie ci to marudzenie”. Nie przejdzie. Albo: „przecież ty nie masz jakichś wielkich problemów, więc o co chodzi?”. No, sorry, mam problem z mózgiem, coś z moją serotoniną nie halo, „prawdopodobnie doszło do zerwania synaps” (s. 341), i koniec tematu, weź, idź, odejdź, nie pytaj.

„Dla niektórych ludzi smutek jest trudny do zniesienia (...). Jak wygląda życie ze strachem przed strachem?” (s. 9)

Książkę o swojej walce z depresją początkowo miał napisać sam Robert Enke. W ramach terapii pisał dziennik, którego fragmenty przeczytamy w tej książce, koniec końców napisanej przez niemieckiego dziennikarza sportowego Ronalda Renga. Żaden ze mnie kibic, dlatego gdyby to była biografia jakiegokolwiek innego piłkarza, nie sięgnęłabym po nią. Jednak „Życie wypuszczone z rąk” znacznie wykracza poza opisy sukcesów i porażek zawodowych Roberta Enke i cały piłkarski świat. I naprawdę pal sześć, że niektóre fragmenty w ogóle mnie nie interesowały, te wszystkie relacje z meczów, transfery i tak dalej (wybaczcie moją ignorancję). Pal sześć, że styl Ronalda Renga uważam za nieco pokraczny i kanciasty i być może powinien skupić się na pisaniu artykułów, a nie książek. Interesowało mnie zupełnie coś innego. Robert Enke. Wielki Nieobecny. Jego wyraz twarzy. Częsty, mylący uśmiech na zdjęciach. Jego niemoc i strach.

„Gdybyś przez pół godziny siedziała w mojej głowie, zrozumiałabyś, czemu ogarnia mnie obłęd” (s. 11) – powiedział pewnego razu do swojej żony.

Dla fanów piłki nożnej pozycja obowiązkowa. Polecam również tym, którzy w jakiś sposób zetknęli się z depresją. Może dzięki nagłaśnianiu takich spraw więcej osób wygra z tą chorobą.
Uważajcie na siebie. I na swoich bliskich. 
 
Wydawnictwo Sine Qua Non, 2015
Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej książki. 


Na koniec: Luxtorpeda - "Serotonina

"Czuję się kaleki i ręce mam ciężkie
tabletki na recepty, nie dadzą mi więcej
jak ponownie posklejać się w całość
wysypało się ze mnie, nic nie zostało
i mam depresję, a wiecie, nie chcę
zgubiłem szczęście, wszystko to bezsens
kto mi ją zabrał, czyja to wina?!
Gdzie jest moja serotonina?!"

PS Jadę w niedzielę na mecz, drugi raz w życiu! :)

czwartek, 30 kwietnia 2015

Książka: Ismet Prcić „Odłamki”

Pięć lat temu przejeżdżałam przez Serbię (miejsce docelowe: Grecja). Zatrzymaliśmy się na cały dzień w miejscowości Valjevo. Mieszkała tam polska rodzina, która wyjechała do Serbii na misje szerzyć katolicyzm (większość mieszkańców Valjeva to prawosławni).

Serbia graniczy między innymi z Bośnią i Hercegowiną, jednak będąc stosunkowo blisko granicy serbsko-bośniackiej, wcale nie myślałam o tym, co wydarzyło się tam w latach 90. Myślałam tylko o tym, jak dobrze jest rozprostować nogi po 15-godzinnej podróży autokarem, dobrze zjeść i zwiedzić miasto, a wieczorem usiąść z przyjaciółmi i grać na gitarach. Gdzieżbym myślała o wojnie w Bośni, no gdzież.

Co się odwlecze, to nie uciecze. „Odłamki” kazały mi się przeczytać. Mimo że tematyka wojenna nie jest moją ulubioną, to coś mi mówiło, że muszę sięgnąć po tę książkę. Przecież to było tak niedawno. Co innego czytać powieść, której akcja toczy się w czasach I lub II wojny światowej, a co innego o wojnie domowej, która trwała, kiedy byłam radosną pięciolatką. Myślę, że taką wojnę można „poczuć” jeszcze bardziej.

Ismet Prcić w swoim debiucie literackim pokazuje, jak bardzo może udręczyć człowieka wojna. Choć na dobrą sprawę nie powinien narzekać, bo koniec końców wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, to jednak wnętrze ma poharatane. Co się naoglądał i co przeżył, to jego, jak mówią. Jak bardzo się natrudził, aby wyemigrować, ilu bliskich zostawił, jakie wątpliwości musiał zdusić w sobie, to jego.

Ta autobiograficzna powieść nie ma ustalonej chronologii. Czytamy fragmenty, swego rodzaju „odłamki” z dzienników Ismeta Prcicia z różnych lat: 1995, 1999, 2000. Przez to książka jest trudna w odbiorze, można się pogubić. Można się pogubić i przerazić, czytając jedno zdanie zajmujące ponad stronę, bo i tak obszerne potrafią być majaki połamanego wojną człowieka. Stylistycznie – autor skacze z poziomu bardzo potocznego, brutalnego i wulgarnego, na niemal poetycki. Dlatego są fragmenty, które czytało się szybko, ale i takie, które męczą i sprawiają, że nasuwa się myśl, czy to wciąż ta sama książka, ten sam bohater. Jeśli chodzi o bohaterów, zapamiętacie Mustafę (do końca nie odgadłam, czy to wytwór wyobraźni Prcicia, czy realna postać) oraz pewnego psa.

Jedna uwaga: Ismet Prcić nie opowiada o przebiegu wojny. „Odłamki” to raczej element jego terapii i być może pogodzenia się z tym, co było, ale na pewno nie poznamy dzięki tej lekturze większości aspektów wojny domowej w Bośni. Poznamy udręczonego nią młodego człowieka o duszy artysty, ale nie wojnę. Choć kilka brutalnych akcji rzeczywiście w niej jest.

„Odłamki” to bardzo sugestywny tytuł. Ismet Prcić jest pełen odłamków wojny. Ale nie tylko. Jest pełen odłamków złamanego serca, pełen odłamków depresji matki, pełen odłamków zdrady ojca. To mnie dotknęło bardzo mocno, chyba bardziej niż sam fakt, że Ismet Prcić musiał przeżywać ucieczkę przed wojną, być niepewnym jutra uchodźcą (choć tak naprawdę nie wiadomo, ile jest fikcji w opisanej historii). Przejmujące jest to, że w każdym w nas tkwią odłamki. Odłamki osobistej historii, która rzutuje na nasz stan psychiczny w późniejszym życiu. Odłamki brudu, odłamki rozwodu, odłamki samobójstwa przyjaciela, odłamki nałogu alkoholowego, odłamki utraty zaufania, odłamki depresji. Albo depresja jako wynik zbioru odłamków. Tkwią w człowieku niczym drzazgi, nie dające się usunąć spod skóry, wciąż widoczne i drażniące. Niczym brud za paznokciem, paproch w oku. „Odłamki” przypominają, że nie da się zapomnieć niektórych rzeczy. Można wybaczyć, ale nie można zapomnieć. Nie można usunąć odłamków. Tak jak nie można zapomnieć „Odłamków”.

Trudna książka. Nie sięgnę po nią ponownie, i to nie dlatego, że oczekuję jedynie lekkich i przyjemnych lektur. Po prostu ten sposób opowiedzenia o wojnie nie podobał mi się. Podobał mi się wątek o kryzysie w rodzinie, o dorastaniu i pierwszych zauroczeniach. Ale równie dobrze można o tym pisać nie na tle państwa dotkniętego wojną. Może się podobać. Skądś te nagrody literackie się posypały. Ale ja już chyba wolę do Valjeva.


Wydawnictwo Sine Qua Non, 2015

PS 
W "Odłamkach" skrytykowano Green Day. 


środa, 4 lutego 2015

Książka: Marek Piekarczyk "Zwierzenia kontestatora" (rozmawiał Leszek Gnoiński)

Coraz częściej mam ochotę ściągnąć ze ściany w moim pokoju dwa plakaty przedstawiające Elvisa Presleya i Jima Morrisona. Elvis – portret z początków kariery, powłóczyste spojrzenie. Jim – nagi, ręce rozłożone jak do ukrzyżowania. Obaj w jakiś sposób piękni, ale nie chcę już na nich patrzeć, bo nie są dla mnie żadnymi autorytetami. Życie w sidłach jakiegokolwiek nałogu nigdy nie będzie dla mnie autorytetem. Życie skończone poniekąd z własnej woli przecież - never ever autorytet.
Co w zamian? Trzeba chłopaków kimś, albo czymś, zastąpić. Pokażcie mi faceta, gwiazdę rocka, który nie dał się nałogom, nigdy nie gwiazdorzył, zawsze pozostawał sobą, miał godny podziwu, choć prosty (i jednocześnie niestety coraz rzadziej spotykany) system wartości, dał setki koncertów, pisze wspaniałą muzykę i teksty… i który nadal ŻYJE i robi swoje. Bo taką osobę, proszę ja was, mogę już nazwać jakimś autorytetem. Nie muszę nawet daleko szukać. Może na ścianie zawieszę jeden z tekstów piosenek autorstwa Marka Piekarczyka.

Przeczytałam wywiad-rzekę z Markiem Piekarczykiem, przeprowadzony przez Leszka Gnoińskiego. Jeśli mam w kilku słowach określić, jakiego pana Marka poznałam dzięki „Zwierzeniom kontestatora” i stworzyć hasło „Marek Piekarczyk” w słowniku who is who, to napisałabym coś w stylu:

Normalny, dobry, honorowy mężczyzna, który potrafi zagrać Jezusa, potrafi zaśpiewać tak, że z podziwu wzdychasz „O, Jezu”, i który jest prawdziwy tak, że Jezus może być o niego spokojny, bo zwycięstwo zaczyna się od prawdy.

Normalny, dobry, honorowy – przecież to są określenia tak wyświechtane, że w ogóle po co o nich mówić? Może lepiej nawijać o TSA i wszystkich muzycznych sukcesach? Oj, jestem pewna, że fani TSA mają większą wiedzę na temat sukcesów i porażek muzycznych Marka Piekarczyka, niż ja. Wolę się więc skupić na tej normalności i honorze. Mówię o tym, wiedząc, że są to słowa-banały, a jednak wydaje mi się, że są to cechy coraz bardziej deficytowe. Brakuje w dzisiejszym świecie artystów z prawdziwego zdarzenia, którzy pozostają dobrzy, honorowi, NORMALNI. A Marek Piekarczyk taki jest, w tej książce nie ma żadnej ściemy. To nie jest autobiografia, którą mógł pisać zastanawiając się milion razy nad każdym słowem i koloryzując przeżyte historie wedle potrzeb. To były rozmowy z cenionym dziennikarzem muzycznym (i podejrzewam, że serdecznym kumplem Piekarczyka), w których nie było miejsca na mijanie się z prawdą.

Przypuszczałam, że to będzie interesująca rozmowa. Pytający Gnoiński (o rocku wiedzący bardzo wiele) i odpowiadający Piekarczyk (rockman) – wspaniały duet na rozmowę. Nazwisko Leszka Gnoińskiego nie jest mi obce; „Encyklopedia Polskiego Rocka”, której jest współautorem, stoi w moim pokoju na półce, a film „Beats of Freedom – zew wolności” (współreżyser) – zachęcam do obejrzenia.


Panowie rozmawiają. Piekarczyk o(d)powiada o swoim dzieciństwie, rodzicach, dorastaniu, nauce, o tym, ilu prac w życiu się imał, ile koncertów zagrał, o depresji, o „Jesus Christ Superstar”, o swoich dzieciach, wegetarianizmie, Nowym Jorku, o pisaniu tekstów, o kolegach z TSA i o innych kolegach, o honorze, Jezusie Chrystusie i Biblii Gutenberga (jako bibliotekara nie mogłam tego faktu pominąć :D Jeśli kto ciekaw, niech przeczyta fragment wypowiedzi MP o tejże na końcu recenzji). O „The Voice of Poland” i kulisach programu również trochę się znajdzie.

Bardzo polecam „Zwierzenia kontestatora” wszystkim fanom TSA i po prostu tym, którzy są ciekawi Marka Piekarczyka. Jestem pewna, że takich osób nie brakuje, bo przecież jeśli ktoś pojawia się w tv jako juror talent show, to od razu ludzie są nim bardziej zainteresowani. W tym przypadku – bardzo dobrze! Interesujcie się i sprawdzajcie dorobek artystyczny Piekarczyka!

W książce wszystko gra (oprócz kilku literówek), jest dużo zdjęć z prywatnego archiwum Marka Piekarczyka, niepublikowane teksty piosenek i wiersze oraz kalendarium i dyskografia.







"Kiedyś oglądałem film – niestety nie pamiętam tytułu – o tym, jak zamarzł Nowy Jork, i tam w Bibliotece Narodowej siedzieli przy kominku kolesie i palili Biblię Gutenberga. Do dziś ta scena nie daje mi spokoju, po prostu nie mogę się pogodzić z tym, że ktoś może grzać się przy płonącej Biblii Gutenberga!!!Jeden z najważniejszych zabytków ludzkości, pierwsza książka! Nawet na wojnę bym poszedł, aby jej bronić. Przecież mogli stół spalić, krzesła, ale, k****, Biblię Gutenberga?!"
(Zwierzenia kontestatora, s. 137)


Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014



poniedziałek, 1 grudnia 2014

Książka: Elton John "Miłość jest lekarstwem. O życiu, pomaganiu i stracie"

Obchodzimy dzisiaj Światowy AIDS. Co ma z tym wspólnego Elton John? Bardzo dużo, o czym sama dowiedziałam się dopiero jakiś czas temu, kiedy sięgnęłam po jego książkę wydaną przez Wydawnictwo Sine Qua Non „Miłość jest lekarstwem. O życiu, pomaganiu i stracie”. Ostatnio bardzo potrzebowałam „lekarstwa na życie”, słowo „strata” stało się mi bardzo bliskie, właściwie zagościło w mojej głowie i chyba nie ma zamiaru wyjść, tak samo jak słowo „miłość”. Tytuł książki idealnie się zgrał z tym, czego potrzebowałam, więc wiedziałam, że muszę wreszcie to przeczytać, teraz, już, natychmiast.

W moim domu nigdy nie słuchało się Eltona Johna. Tak samo jak George’a Michaela i Boya Georga. Niektórzy mogą pomyśleć, że wynika to z jednej tylko przyczyny, ale nie, nic z tych rzeczy, bo wiecie, Freddiego Mercury’ego  (którego 23 lata temu wyniszczyło AIDS!) słuchało się, słucha i będzie się słuchało w tym domu zawsze. Ricky Martin też spoko, szczególnie w duecie z Santaną.

Dostałam kiedyś kasetę Eltona Johna, tę z piosenkami z „Króla Lwa”. Nadal lubię ten album, a dzięki książce słucham Eltona coraz częściej. Przyszła mi na myśl taka refleksja, że zazwyczaj najpierw słucha się czyjejś muzyki, ona wpada w ucho, podoba się, uwielbiamy jej dźwięki, więc zaczynamy się dowiadywać czegoś o życiu danego artysty, interesuje nas nie tylko jego muzyka, ale i prywatna sfera życia. W przypadku Eltona Johna stało się inaczej – najpierw przeczytałam „Miłość jest lekarstwem”, i właśnie to skłoniło mnie do zapoznania się z tekstami jego utworów i jego muzyką w ogóle. Tak samo miałam z polskim raperem Tau – najpierw życie, potem muzyka - ale to już zupełnie inna historia, nie na teraz.

Pierwszy rzut oka na książkę wskazuje na to, że jest to autobiografia sir Eltona Johna. NIE. Spytacie „Jak to? Przecież na okładce jest jego portret?”. No, jest. Notka na okładce również na to wskazuje: „Bardzo osobista historia życia wspaniałego artysty i po prostu dobrego człowieka”. Warto jednak spojrzeć niżej i doczytać, że „to jedna z najlepszych książek o AIDS”, jak przekonuje Jolanta Kwaśniewska. Tym tropem idźmy dalej i poznajmy oryginalny tytuł książki: „Love is the cure. On life, loss, and the end of AIDS”, i wszystko staje się jasne – to książka o stracie wszystkich osób, które zmarły na AIDS. To książka o AIDS, napisana przez wybitnego artystę, jednego z najbardziej rozpoznawalnych muzyków na świecie, w której mimochodem opowiada o sobie, ale przede wszystkim o innych.

Czytałam i z każdą stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że to publikacja bardzo potrzebna! Jeśli nazwisko i popularność Eltona Johna skłoni polskich czytelników do sięgnięcia po książkę, to bardzo dobrze! Nie przypominam sobie, abym w szkole podstawowej, gimnazjum czy liceum miała jakieś pogadanki na temat AIDS. Nie przypominam sobie, aby ktoś mi o tym zbyt wiele opowiadał. Nie przypominam sobie, abym trafiała na artykuły na ten temat, ale z drugiej strony – pewnie nie trafiałam, bo sama nie interesowałam się tematem. Ostatnio o AIDS słyszałam chyba na Regałowisku w 2012 roku, gdzie stoisko miała jakaś organizacja non-profit. Zaryzykuję stwierdzenie, że w Polsce nie mówi się głośno o AIDS. Mówi się o nowotworach, mówi się o eboli, mówi się o „Rodzić po ludzku”, mówi się o przeszczepach (Religa), ale AIDS? Albo się nie mówi, albo to ja jestem głucha.

Wreszcie ktoś przemówił, i to nie byle kto, tylko sir Elton. Dzięki niemu nadrabiam zaległości informacji o AIDS, choć sam gwiazdor nie uważa siebie za eksperta w tej dziedzinie. Elton John w 1992 roku założył EJAF (Elton John AIDS Foundation - www.ejaf.org). Opowiada w książce o działalności tej oraz innych organizacji walczących z AIDS. Opowiada o swoich przyjaciołach, którzy zmarli na AIDS. O tym, jak wielki wpływ na walkę z tą chorobą mają rządy, przemysł farmaceutyczny i Kościół. Mówi o tym, jak wiele już zrobiono, ale jak wiele jeszcze jest do zrobienia. Przybliża historie z życia wzięte, które uświadamiają czytelnikowi, w jak wielkim odosobnieniu muszą żyć osoby mające HIV i AIDS, oraz jak potężny i wciąż aktualny jest ten problem. Elton John mówi o tym wszystkim bez gwiazdorstwa, bez takiego odczucia, że jest kolejną gwiazdą, która założyła lub wspiera jakąś fundację „bo tak wypada”, i po prostu wykłada pieniążki, żeby świat zobaczył, jak pomocnym jest człowiekiem. Nic z tych rzeczy. Przez tego artystę przemawia wewnętrzna potrzeba misji – on naprawdę wiele robi, nie tylko mówi. Przemawia przez niego wdzięczność, bo przecież w przeszłości, jako człowiek uzależniony od narkotyków i często zmieniający partnerów seksualnych, był w gronie największego ryzyka zakażenia, a jednak jest zdrowy. Co więcej, on żałuje, że stracił tyle czasu na nałóg, zamiast już wtedy działać. Jest wdzięczny, że ktoś wyciągnął do niego pomocną dłoń, dzięki czemu on teraz może pomóc komuś innemu. Dobro rodzi dobro, a miłość jest lekarstwem.

Elton John nie szczędzi słów krytyki rządom poszczególnych krajów oraz Kościołowi katolickiemu. Pisze o Ukrainie, o USA, o krajach afrykańskich. Ciekawa byłam, czy wspomni coś o Polsce, ale jedyną wzmianką okazały się słowa krytyki wobec papieża: „Choć przyjęło się na całym świecie obdarzać papieża Jana Pawła II miłością i adoracją, ja nie potrafię mu wybaczyć braku konkretnych działań w kwestii AIDS”.

Książkę Eltona Johna czyta się tak, że czytelnik ma ochotę zawołać „jest problem!”. Wcale mi nie przeszkadzało, że te 250 stron stanowi jego ciągły monolog o tej samej tematyce. Jak widać, o AIDS można napisać wiele i poruszyć przy tym serce czytającego. Good job, sir Elton. Ale jeszcze nie mission completed. Misją jest miłość i współczucie. Nieustające.


Ważna książka. 

Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014

Biorę udział w WYZWANIU

niedziela, 10 sierpnia 2014

Książka: Matt McGinn "Coldplay. Życie w trasie"

www.empik.com
Zakładam, że każdy zna grupę Coldplay, a niejedna kobieta wzrusza się słuchając utworu „Fix you”. Jeśli nie, pora nadrobić zaległości, a przy okazji sięgnąć po książkę Matta McGinna „Coldplay. Życie w trasie”.

Mówi wam coś określenie roadie? Bycie roadie pozwala na uczestniczenie w niekończących się trasach koncertowych, przygotowywanie koncertów od strony technicznej, opiekę nad sprzętem muzycznym. Oznacza trudną, stresującą, odpowiedzialną pracę, ale jednocześnie serwuje niesamowitą, godną pozazdroszczenia przygodę, szczególnie dla fana muzyki rockowej. Matt McGinn pracuje jako roadie gitarzysty Coldplay, Jonny’ego Bucklanda, i postanowił napisać książkę o tym, jak wygląda życie w trasie z jednym z najpotężniejszych współczesnych zespołów: Coldplay.

Wyobraźcie sobie, jaki stres może odczuwać roadie podczas swojej pracy: wielki stadion, pod sceną tłumy podekscytowanych ludzi, Coldplay właśnie gra jeden ze swoich hitów, podczas którego gitara, zamiast pięknie wybrzmiewać, nie wydaje żadnego dźwięku. Publiczność zorientuje się dopiero po jakimś czasie, że coś nie halo, ale Matt zawsze musi być czujny i przygotowany na takie sytuacje, bo odpowiada za to, aby naprawić usterkę bądź podać muzykowi nową gitarę, jednocześnie będąc niezauważonym na scenie. Awaria sprzętu to tylko jedna z niespodzianek, jaka może się wydarzyć podczas koncertu.

Matt McGinn pracuje z Coldplay niemal od samego początku, w związku z czym sypie anegdotkami zza sceny i tourbusa jak z rękawa. Podoba mi się jego styl, taki od niechcenia. Sam z siebie się nabija, kilka razy powtarza, że ma beznadziejny dowcip, może czasem jest zbyt wyluzowany i nadużywa słowa „cholernie”. Wybitnym pisarzem nie jest, ale jego celem nie była walka o nagrody literackie. Chodziło raczej o zwrócenie uwagi wszystkich bywalców klubów muzycznych i stadionów, że sukces koncertu nie zależy wyłącznie od artysty, ale że pracują na niego dziesiątki ludzi, i to autorowi udało się w stu procentach. Ponadto Matt udziela kilku informacji o działaniu rynku muzycznego, produkcji, sprzęcie muzycznym itd. A że pracuje z Coldplay… no cóż, tym bardziej zainteresuje fanów zespołu swoją publikacją, z czego bardzo się cieszę. Ale uwaga – nie oczekujcie biografii zespołu Coldplay. Zdjęcie na okładce, przedstawiające wokalistę Chrisa Martina, może zmylić, jeśli zatem chcecie poczytać o prywatnych sprawach członków Coldplay – nie tędy, proszę.


Jestem z tych, którzy lubią wynosić pamiątki z koncertu. Kostka do gitary, setlista czy pałka perkusyjna – jeśli uda mi się zdobyć którąś z nich, jestem przeszczęśliwa. Czasem pomocni okazują się właśnie roadie, do których można się uśmiechnąć po koncercie i poprosić o leżącą na scenie, nikomu już niepotrzebną kartkę z wypisanymi tytułami utworów. McGinn w swojej książce udziela kilku cennych rad, jak widz nie powinien, lub właśnie powinien się zachowywać, jeśli chce zostać zauważony przez roadiego i obdarowany upragnionymi pamiątkami. To był jeden z moich ulubionych fragmentów, z którego wyciągnę wnioski, a do rad dostosuję się na najbliższych koncertach. Zacznę też z większą uwagą przyglądać się osobom, które w pocie czoła biegają przed koncertem po scenie rozstawiając sprzęt, a po nim zwijają kilometry kabli. Uwierzcie, że nie chodzi tylko o kable, chodzi o wiele więcej, o czym przekonacie się czytając „Coldplay. Życie w trasie”. 

Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Biorę udział w WYZWANIU

piątek, 20 września 2013

Książka: Chris Salewicz "Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae", Sine Qua Non, 2013

Trzeba przyznać, że o tej książce było głośno. Mówiono o niej w radiu, odbywały się konferencje prasowe, wywiady… Więc także u mnie – kilka słów o książce Chrisa Salewicza „Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae”, przełożonej na język polski, w stanie transcendencji, przez Macieja „Magurę” Góralskiego.

Chris Salewicz pisał między innymi na łamach „Mojo”, „The Independent”, „Q”, jest autorem biografii Joe Strummera (The Clash), sprawdził się też jako narrator w filmie „Zew Wolności”, mówiącym o tym, jak polski rock and roll walczył z komunizmem.






Ciekawi mnie, czy w tytule książki celowo nie umieszczono słowa „biografia”. Miałabym pewne opory przed nazwaniem tej publikacji typową muzyczną biografią, bo znajdziemy w niej nie tylko opis życia króla reggae.  Oczywiście, sylwetka Boba Marleya jest w niej najważniejsza, ale sporo miejsca poświęcono też takim wątkom jak Rastafari, wydarzenia polityczne i krótka historia Jamajki. Sporo miejsca autor poświęcił także Wailersom - Bunny’emu Wailerowi i Peterowi Toshowi; dzięki temu zaczęłam interesować się ich solową twórczością i losami (szczególnie tego ostatniego, który miał nieźle poprzewracane w głowie). Znajdą się też napomknienia o takich wokalistach jak Dennis Brown czy Max Romeo. Salewicz opisuje także najstarsze jamajskie sound systemy oraz narodziny muzyki reggae, wskazuje różnice między reggae jamajskim a np. brytyjskim, przedstawia najważniejszych twórców. Jak widzicie, jest to wydawnictwo wielowątkowe, co działa na jego korzyść.

Jeśli kot z psem żyją w zgodzie, dlaczego nie możemy żyć w miłości?

Wróćmy do Nesty Roberta Marleya, który gra tu pierwsze skrzypce. Poznajemy go jako wiejskiego chłopaka, kochającego piłkę nożną i grę w cieniu drzewa na prowizorycznej gitarze. Chris Salewicz serwuje czytelnikowi całą muzyczną drogę Marleya, począwszy właśnie od puszek i bambusów imitujących gitarę, po lata międzynarodowej sławy, która była efektem talentu, ciężkiej pracy, konsekwencji i niestrudzonego dążenia do celu Boba Marleya.

Autor opisał kolejne albumy Boba Marleya i Wailersów, zwracając uwagę na różnice między nimi, a co za tym idzie, na ewolucję, jaka na przestrzeni lat dokonała się w twórczości Boba. Od początków z czasów utworu Judge Not do bardziej komercyjnego brzmienia końca lat 70. Właśnie dzięki temu ta książka jest dla mnie tak cenna – sama teraz widzę wyraźnie różnice między płytami, słyszę podwójnie tę „zdumiewającą przejrzystość” w Concrete Jungle (s.196),  mogę także posłuchać utworów, które wcześniej gdzieś mi umknęły.

Świetnie, że autor poruszył temat dzieciństwa Boba, jego bezradność i wycofanie związane ze swoim pochodzeniem (Bob miał jaśniejszą skórę niż jego koledzy). Oprócz tego znajdziemy wszystko, co w biografii Marleya być powinno: coraz poważniejsze zagłębianie się w Rastafari, sprawy rodzinne, historię choroby. Chociaż o tej ostatniej jest niewiele, bo nawet będąc już u kresu sił, Bob Marley wciąż koncertował. Dzięki książce w końcu zapamiętałam, które dzieci Bob ma z żoną Ritą, a które z innymi kobietami (fani na pewno wiedzą, że tych kobiet trochę było). Utrwalił się także w moich myślach obraz Marleya skrytego za chmurą jointowego dymu.

Czyta się bardzo szybko i przyjemnie (jeszcze przyjemniej z muzyką Boba w tle). To, czego mi zabrakło, to cytaty. Jest ich niewiele, a myślę, że świetnie uzupełniłyby tekst. Rekompensatą braku cytatów mogą być kolorowe zdjęcia oraz skany różnych dokumentów, np. formularz pozwolenia na pracę Boba Marleya, czy zaświadczenie o grypie Petera Tosha. Szkoda tylko, że niektóre z nich nie są przetłumaczone na język polski ani nawet opisane.

Jeśli chcesz poznać "Boba prywatnego i Boba publicznego" (s. 205), przeczytaj tę książkę. 

czwartek, 24 stycznia 2013

"Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać", Mark Blake, Sine Qua Non, 2012.



Kiedy byłam chyba w pierwszej klasie liceum (7 lat temu, hohoho!), poszłam do kina, żeby zobaczyć na dużym ekranie koncert Pink Floyd z 1994 r. (Pulse). Pamiętam, że tato, który Pink Floyd bardzo lubi, mówił wtedy: Pink Floyd… Potęga! Ale wiesz, możesz się trochę wynudzić… Skąd! Pink Floyd nie wszystkim przypadli do gustu, bo Zanim oni się rozkręcą… itd., ale ja… Ja nie mogę bez tej muzyki, po prostu! Do niedawna była to tylko muzyka. Teraz, po przeczytaniu książki Marka Blake’a, znam już całą historię zespołu i wiem, o czym są utwory.

Właściwie byłam pewna, że to będzie wartościowa książka. Polecana przez radiową Trójkę, z rekomendacją i posłowiem Piotra Metza (który jest też jednym z redaktorów), autorem, który był redaktorem brytyjskiego magazynu muzycznego MOJO. Objętość książki też sugerowała, że jest to kompletna historia Pink Floyd. Plus przeurocza świnia Algie (tak, jej imię również poznałam dzięki książce) na okładce. Tło nie mogło być inne, niż to z okładki The Wall, co jest według mnie dobrym pomysłem. Ucieszyły mnie też kolorowe zdjęcia.

Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać zaczyna się dość nietypowo, bo od opisu koncertu (a właściwie tylko krótkiego występu) z 2005 r. Nie powinno się zdradzać końca książki, ale w przypadku biografii jest on oczywisty - są to najmniej zakurzone wydarzenia związane z zespołem, czyli w przypadku Pink Floyd, koncert Live 8 z 2005 r. można do nich zaliczyć. Zyskujemy opowieść, która rozpoczyna się i kończy tym samym wydarzeniem, a pomiędzy nimi otrzymujemy wszystko to, co chcielibyśmy wiedzieć o zespole. Bardzo ciekawa konstrukcja. W kilku rozdziałach autor na chwilę odbiega od wydarzeń z przeszłości, nawiązując do tych nowszych. Takie celowe zaburzenie chronologii jest ok, bo można odnieść np. dawne wypowiedzi muzyków do tego, co się dzieje obecnie. Oprócz tego każdy rozdział rozpoczyna się cytatem, najczęściej Gilmoura lub Watersa, a tytuły rozdziałów często są fragmentami piosenek. Podziwiam autora, myślę, że dość trudno było wynaleźć odpowiednie tytuły, aby jeszcze pasowały do treści rozdziału. Jeszcze trudniej było napisać całą tę książkę w ogóle, bo Floydzi przez większość swojej działalności stronili od publicznego wypowiadania się.

Książka o najbardziej leniwym zespole na świecie (słowa Gilmoura, s. 213) spełniła wszystkie moje oczekiwana. Jeśli autor ma wątpliwości, czy coś jest jedynie domysłem/legendą, czy faktem, podkreśla, że informacje niekoniecznie są prawdą. Oczywiście faktów jest znacznie więcej niż domysłów! Poznamy sylwetki członków Pink Floyd, ich życie prywatne, ale z umiarem. Informacji, o co kłócą się z partnerkami, czy je zdradzają i innych niezwykłych sensacji na szczęście nie znajdziemy, bo autor skupił się przede wszystkim na muzyce, i bardzo dobrze! Miłe jest też to, że nie odpuścił sobie wspominania o dalszych losach Syda Barretta, kiedy ten już opuścił zespół.

Przeglądam notatki, które robiłam podczas czytania, i naprawdę trudno mi znaleźć rzecz, której brakuje w biografii. Może trochę mało tu anegdotek z życia zespołu, ale na tę okoliczność autor przygotował mi odpowiedź: trzeba przeczytać Pink Floyd: moje wspomnienia perkusisty zespołu, Nicka Masona, tam ponoć jest ich mnóstwo. Nie zabrakło momentów, w których zrobiło mi się wesoło, jak choćby wspomnienie o recenzencie, który w relacji koncertu napisał o wyglądzie Davida Gilmoura: Jego włosy wyglądały na zaniedbane, zwisały pod ciężarem zbyt dużej ilości tłuszczu, rozdwajając się na wysokości ramion (s.292). No cóż, dziennikarz musiał mieć bardzo dobry wzrok, skoro zauważył te karygodnie rozdwajające się końcówki! Ale najbardziej ze wszystkiego rozbawiły mnie chyba słowa Rogera Watersa, koncertującego wówczas z zaproszonym przez siebie Erikiem Claptonem. Powiem tylko, że tę historyjkę opowiadam teraz znajomym, i zawsze robią wielkie oczy. Nie napiszę, co też powiedział Waters, przeczytajcie sami.
Prędzej świnie zaczną latać warto przeczytać nie tylko dla tych kilku fragmentów, ale dla wszystkich, ponad pięciuset stron. Oprócz opisania kolejnych albumów, tras koncertowych, konfliktów i w końcu rozpadu zespołu, dowiedziałam się jak powstawały wszystkie nieokreślone dźwięki między innymi z Echoes, ale też z wielu innych piosenek, zawierających specyficzne odgłosy (lub głosy, np. fragmenty rozmów). Uwierzcie mi, że słucham teraz Pink Floyd z jeszcze większą uwagą i zainteresowaniem. A jeśli nie wiedziałam, o czym jest dany utwór (biorąc pod uwagę teksty Rogera Watersa czasem ciężko odgadnąć jego intencje), no to… Teraz już wiem.

Z ciekawostek dodam jeszcze, że znajdzie się kilka polskich smaczków – pojawi się m.in. Roman Polański i opis koncertu Dave’a Gilmoura z Gdańska.

Stylowi Marka Blake’a nie mogę nic narzucić. W moim przypadku lektura trwała dość długo, ale nie przez nieudolność autora, tylko m.in. przez wypisywanie tytułów piosenek, których jeszcze nie słyszałam. Znalazłam kilka literówek i błędów interpunkcyjnych, ale jest ich mało, zważywszy że książka liczy ponad pięćset stron. Ze względu na objętość radzę nabyć wersję w twardej okładce, będzie się lepiej czytało.

Kilka tygodni temu bardzo się ucieszyłam na wieść, że basista Roger Waters przyjeżdża do Polski z The Wall. Teraz, po jego bliższym poznaniu dzięki książce Marka Blake’a, zastanawiam się, czy warto kupować bilet. Wprawdzie ten starszy pan już nie pluje na fanów i może jest mniej opryskliwy, ale…

Chyba rozwlekłam tę recenzję tak jak Floydzi pozwalali swoim utworom rozwlec się i trwać dwa razy dłużej niż powinny (s.292), dlatego mówię, co następuje: jeśli jesteś fanem Pink Floyd, to idziesz do księgarni bądź molocha na literę E., spoglądasz na regał TOP 10, a tam na pewno znajdziesz Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać. Przynajmniej tydzień temu tam była ;)



środa, 12 grudnia 2012

„Mądrości Shire”, Noble Smith, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2012.

Nie lada gratka dla fanów twórczości J. R. R. Tolkiena. Dzięki tej książce możesz zostać hobbitem (o ile uda ci się zapuścić włosy na stopach ;).

Piwo, jedzenie i przyjaciele to najważniejsze rzeczy w życiu niziołka. Pewnie wiele osób mogłoby się pod tym podpisać, w końcu kto nie lubi smacznie zjeść i napić się piwa z przyjaciółmi? Różnica jest jednak taka, że ludzie biesiadują w ten sposób jedynie od święta, a hobbici robią to cały czas (jeśli nie uczestniczą właśnie w ważnej wyprawie). Do tych trzech rzeczy dodają także życie w zgodzie z naturą i pracę, ale nie mającą niczego wspólnego z wyścigiem szczurów, jaki towarzyszy ludziom. Autor „Mądrości Shire” stara się przekonać czytelnika do przejęcia zasad, jakimi kierują się w życiu hobbici. I robi to w taki sposób, że ja po przeczytaniu książki mam ochotę porządnie zjeść, wyspać się, odwiedzić przyjaciół oraz… założyć przydomowy ogródek.

Każdy rozdział traktuje o innej wartości w życiu. Są strony poświęcone jedzeniu, odpoczynkowi, aktywności fizycznej (spacery!), odwadze, relacjom z ludźmi (np. jak poradzić sobie z naszym własnym Gollumem), miłości, przyjaźni. Czyli rzeczywiście wszystkiemu, co w życiu jest najważniejsze. Autor Noble Smith radzi jak żyć, odwołując się do wydarzeń z „Hobbita” i „Władcy Pierścieni”. Przywołuje przygody Bilba i Frodo, ich reakcje na zaistniałe problemy. Opisuje Shire, cudowną krainę hobbitów, w której wszyscy chcielibyśmy się znaleźć. Widać, że Smith ma całą twórczość Tolkiena w małym palcu. Nic dziwnego, czyta ją każdego roku. Oprócz tego stosuje się do priorytetów, jakimi kierują się w życiu hobbici, mieszka nawet w okolicy przypominającej nieco Shire. Urządza hobbickie urodziny i gotuje hobbicką zupę (ja też!:D). Dzięki temu jego rady nie są bezpodstawne, jest żywym przykładem na to, że jeśli się bardzo chce, to wszystko da się zrobić. Rozdziały kończą się krótkimi mądrościami Shire, prostymi, ale i zabawnymi, np.: „Długi sen czyni cię zdrowym, szczęśliwym i zmniejsza ryzyko, że wkurzysz smoka”.

Książka zawiera sporo smaczków – w dosłownym ujęciu czytelnik znajdzie tu przepis na hobbicką zupę piwną z grzybami. Oto ona w moim wykonaniu:
JEM ZUPĘ

Od samego patrzenia cieknie ślinka, co? Jeśli lubisz piwo (wiem, że tak), pieczarki i czosnek, to pisz, podzielę się przepisem :) Nie ma to jak porządne, hobbickie jadło. Mniaaam!

Hobbici żywią się tylko tym, co wyhodują w swoim ogródku. Taki ogródek może założyć każdy z nas! Co prawda nie unikniemy przetworzonej żywności, wszystko jest teraz naładowane chemią i polepszaczami smaku. Ale nic nie dorówna smakowi świeżego groszku i soczystych pomidorów. Aby zmobilizować czytelnika do działania, Noble Smith zamieszcza instrukcję założenia przydomowego ogródka. Zimą niestety nie posmakujemy świeżego szczypiorku, ale można zasadzić np. kiełki rzodkiewki i fasoli mung w kuchni.

Jedyne, co mnie denerwowało w „Mądrościach Shire”, to wielość przypisów. Po pewnym czasie przestałam je czytać, bo nie wnosiły nic do książki. Jeśli ktoś właśnie przymierza się do lektury Tolkiena, ale ma też w planach „Mądrości Shire”, to radzę najpierw przeczytać Tolkiena. Nie znając choćby w zarysie przygód Froda czy Bilba, trudno będzie zorientować się, o czym pisze Noble Smith. Jeżeli jednak wybierzecie pierwszeństwo dla „Mądrości Shire”, jestem pewna, że ten hobbicki poradnik zachęci was do sięgnięcia po „Władcę Pierścieni”.

Na końcu tej pięknie wydanej i napisanej książki czytelnik przejdzie test, w którym dowie się, czy jest już „hobbitem pełną gębą”, czy może wciąż pozostaje… orkiem.

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl