Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Nurowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Nurowska. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 marca 2014

Książka: Maria Nurowska "Zabójca"

Rozkładam ręce i pytam: co się stało z Marią Nurowską?

Po jej książki sięgałam, kiedy miałam ochotę na coś lepszego niż przeciętną obyczajówkę. Ale jeśli jej kolejne powieści będą podobne do „Zabójcy”, książki Nurowskiej staną się dla mnie opowiastkami w sam raz do szybkiego przeczytania, i jeszcze szybszego zapomnienia.

Nurowska przyzwyczaiła mnie do zaglądania w głąb ludzkiej psychiki, do skrupulatnych portretów psychologicznych, do poranionych serc i skomplikowanych umysłów, ale też do bezlitosnej, szarej rzeczywistości otaczającej jej bohaterów. W „Zabójcy” znalazłam tylko to ostatnie – rzeczywistość osadzoną w sporej części w amerykańskim więzieniu San Quentin. Zresztą to już nie pierwszy raz, kiedy pisarka umieszcza bohaterów za kratkami – spójrzmy choćby na „Drzwi do piekła” (w porównaniu z „Zabójcą” – arcydzieło!).

Oprócz więzienia, w „Zabójcy” ujrzymy Tatry, które autorka również sobie ukochała, założyła nawet pensjonat w Bukowinie Tatrzańskiej. Dlatego zdziwiłam się, że główna bohaterka powieści, młoda dziennikarka Joanna Padlewska, ma o góralach bardzo krytyczne, jak najgorsze zdanie. Zastanawiam się, czy odzwierciedlają one prawdziwe spostrzeżenia Nurowskiej o góralach, czy celowo je przerysowała.

Owa dziennikarka postanawia napisać artykuł o Adamie - byłym więźniu San Quentin, Polaku, który został skazany za morderstwo, a po odsiadce wrócił do Zakopanego. Adam umożliwia Joannie dostęp do dzienników, w których dzień po dniu opisywał swoje więzienne życie. Fragmenty tych dzienników stanowią najlepszą część książki. Widać, że autorka „siedzi” w tematyce więziennej, pisze poruszająco, tak jakby sama obserwowała gdzieś z boku więzienne realia. Ale na tym kończą się niestety pozytywne aspekty książki.

Nie to, żeby reszta miała zostać przemilczana, kilka słów trzeba powiedzieć. Książkę czyta się ekspresowo. Jest krótka, chociaż ilość stron (270) może być myląca. Wystarczy jednak zajrzeć do środka, aby zauważyć, że połowę powierzchni strony zajmują marginesy, a tekst napisany jest zbyt dużym, jak na mój gust, stopniem pisma. Do tego szeroka interlinia i proszę – mamy książkę, która równie dobrze mogłaby być wydana w dwa razy mniejszej objętości. Bez sensu jednak oceniać książkę zarówno po liczbie stron. Wróćmy zatem do treści.

Joanna odwiedza Adama coraz częściej, wmawiając sobie, że jeździ do niego tylko w celach służbowych – zebrać materiał do artykułu. Łatwo się jednak domyślić, co będzie dalej. Opowiastka to przewidywalna, naiwna, a na dodatek mało realna. Bez wdawania się w szczegóły – wiele sytuacji w prawdziwym życiu po prostu nie mogłoby się wydarzyć, potwierdzicie to czytając książkę. Postaci są zarysowane zbyt ogólnie – nie wiem, co myślą, co czują. Kolejne wydarzenia po prostu „się dzieją”, nie wiadomo co kieruje bohaterami, czytelnik nie może się z nimi bliżej zapoznać. Czytając infantylne dialogi zastanawiałam się, czy to na pewno ta sama Maria Nurowska.

Przeciętniak, jakiego się nie spodziewałam.

Wydawnictwo Znak, Kraków 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

niedziela, 7 lipca 2013

Maria Nurowska "Sergiusz, Czesław, Jadwiga", 2013

Trzeba być odważnym, aby pisać o Czesławie Miłoszu. I to pisać krytycznie, a jednocześnie bardzo dobrze i wciągająco.


Stopniowo poznaję literaturę Marii Nurowskiej. Sięgam po powieści najnowsze, jak i te starsze. Ani razu się jeszcze nie zawiodłam, lubię jej charakterystyczny styl, smutek i emocje, które przemyca na karty książki. Dotychczas czytałam powieści, w których głównymi bohaterkami były kobiety. „Sergiusz, Czesław, Jadwiga” nieco się różni od tamtych, bo oprócz kobiety, najważniejszymi osobami są mężczyźni. Mężczyźni nieprzypadkowi, a przynajmniej jeden z nich znany jest każdemu Polakowi. Chodzi o Czesława Miłosza i Sergiusza Piaseckiego.

Narratorką jest Anna, którą poznajemy jako studentkę polonistyki. Los sprawia, że poznaje osobiście Sergiusza Piaseckiego, i postanawia zostać jego biografką. Spotyka się z nim, zapisuje i nagrywa rozmowy. Jest w jakiś sposób zafascynowana pisarzem, ale ich relacje wcale nie wyglądają nieskazitelnie. Dyskusjom i różnicom zdań nie ma końca. Głównym wątkiem, który zaprząta głowę biografki, jest relacja Sergiusza Piaseckiego z Czesławem Miłoszem, która również do najlepszych nie należała. Delikatnie mówiąc, mężczyźni nie przepadali za sobą, a przyczyną tego była między innymi kobieta – Jadwiga Waszkiewicz. Anna całe serce i czas wkłada w to, aby poznać i wyjaśnić historię tego tajemniczego trójkąta miłosnego. Poświęca na to kawał swojego życia – pod koniec książki nie jest już studentką polonistyki, ale szanowanym w środowisku pracownikiem uczelni. Niewiele o niej wiemy, ale nie ma takiej potrzeby, bo Anna nie jest w tej książce najważniejsza. Musiała jednak zostać wprowadzona jej postać, aby nie była to typowa biografia pisarza. Jest sporo przypisów i fragmentów literatury Piaseckiego i Miłosza, ale ciągle czyta się ją jak wciągającą opowieść a nie zbiór faktów.

Podziwiam ogrom pracy, jaki Maria Nurowska włożyła w powstanie powieści „Sergiusz, Czesław, Jadwiga”. Miłe jest to, że znana i uznana pisarka swoją powieścią popularyzuje sylwetki i literaturę innych literatów, mimo że wcale nie przedstawia ich jako ludzi godnych naśladowania. Mnie zachęciła do sięgnięcia po słowo Miłosza (po raz kolejny) i po słowo Piaseckiego (po raz pierwszy). O tym, że sięgnę po kolejne książki Nurowskiej, chyba nie muszę wspominać.

Recenzja opublikowana na dlaLejdis.pl

niedziela, 20 maja 2012

„Hiszpańskie oczy”, Maria Nurowska, Wydawnictwo Alfa, 1990.

źródło: www.conrada11.pl

Przeczytałam jakiś czas temu „Drzwi do piekła”, najnowszą książkę Marii Nurowskiej (recenzja tutaj). Jej tematyka nie była ani łatwa, ani przyjemna, jednak coś mnie tknęło, aby zapoznać się z wcześniejszą twórczością autorki. Sprawę ułatwił fakt, że na regale u brata w pokoju znalazłam powieść „Hiszpańskie oczy”. Stan książki wskazywał na jej zupełne zaczytanie (połowa kartek powyrywana, niezdarnie posklejana taśmą klejącą, zagięte rogi, pożółkły papier, ziarenka piasku między stronami, no i rok wydania – 1990); zdecydowanie, ta książka ma swoją historię.

- Mamo, czytałaś to?
- Tak… Oj, Nurowska pisze ciężkie książki, takie smętne…

Mój ojciec zapewne skomentowałby wybór lektury słowami „Lubisz się katować? Musisz się katować?” – tak zwykł mawiać, kiedy oglądałam w TV programy traktujące o nieszczęściu ludzkim, chorobach etc. Może lubię. Może czasem potrzebuję.

Anna: nieco zapomniana aktorka w średnim wieku, piękna kobieta, której lata młodości przypadły na czas wojny. Anna ma córkę Ewę. Córkę, której nie chciała (ciąża była wynikiem gwałtu), do której przez długi czas czuła wstręt. Nie nazywała jej swoim dzieckiem.

Ewa: około dwudziestoletnia bulimiczka, zero w niej kobiecości, sama skóra i kości. Razem z Anną chodzą na terapię do psychologa. Jej relacje z matką ograniczają się do kłótni, płaczu, bezsilności i pogardy, a jednocześnie chęci pomocy sobie nawzajem. Ewa ma syna Antka. Syna, którego nie chciała mieć, do którego przez długi czas czuła wstręt… Historia lubi się powtarzać. Ponoć kocha swojego synka. A nie jest w stanie go przytulić.

Antek: mniej niż 5 lat, do babci mówi „mamo”, wiecznie rozdarty między mieszkaniem z Ewą, która po naćpaniu się lekami nie jest w stanie się nim opiekować i podrzuca go do Anny, a mieszkaniem z babcią.

Autorka opisuje skomplikowane relacje między matką a córką. Mnóstwo tu smutku, żalu, niedostosowania do życia, nieumiejętności kochania i akceptacji siebie, a przede wszystkim piętna przeszłości, o której ciężko zapomnieć. Są to relacje zdecydowanie patologiczne, które nie powinny mieć miejsca, szczególnie przy małym dziecku. Widzimy, że historia lubi się powtarzać. Zarówno Anna, jak i Ewa urodziły dziecko za wcześnie, nie były do tego zupełnie przygotowane. Temat przedwczesnego macierzyństwa jest tu dobitnie przedstawiony. Tak naprawdę Ewa, dopiero zostając babcią, ujrzała w sobie coś na kształt instynktu macierzyńskiego. Dopiero gdy trzymała swojego wnuka w ramionach, poczuła pokłady miłości. Miłości, której zabrakło jej w stosunku do własnej córki.

Anna nie potrafi zająć się sobą i własnym życiem, bo cały czas pali jej się czerwona żaróweczka w głowie: czy jej córka nie leży właśnie nieprzytomna w swoim mieszkaniu, czy znowu klęczy nad ubikacją? Chociaż, nawet gdy znajduje już chwilę dla siebie, zupełnie nie wie, czym się zająć. Chciałoby się rzec: problem nieodciętej pępowiny. Obie mają na siebie nawzajem niszczący wpływ. Kobiety, oprócz tego, że nie potrafią prawdziwie pokochać siebie nawzajem i żyć spokojnie obok siebie, mają także trudność z odnalezieniem miłości do mężczyzny. Jeżeli już jest jakiś partner, to ta miłość jest trudna lub zakazana.

Co mówi Anna?
Ja siedzę na ławce, mój wnuk jeździ na rowerku, dookoła jesienne kolory podświetlone słońcem… ja siedzę na ławce i przeżywam szczęście w czystej postaci (…) i nagle pstryk, wracamy do domu, Ewa leży z opuchniętą twarzą. Wygląda, jakby pokąsały ją pszczoły. A to nas obie coś pokąsało, jesteśmy zatrute jadem.
Nikt do mnie nie przychodził, nikt mnie nie zapraszał do siebie (…), ludzie mnie nudzili. Ja nie nudziłam się nigdy wypełniona swoim cierpieniem.

Nie znalazłam w tej powieści ani cienia optymizmu. Kiedy już wydaje się, że będzie lepiej, „nagle pstryk”, i wszystko idzie źle. Ale ja się lubię tak katować, może czasem potrzebuję. I chętnie ‘pokatuję’ się, czytając kolejne książki autorki. Czy tylko ja, czytając Marię Nurowską, odnoszę wrażenie, że musi być bardzo, bardzo smutną kobietą? Która perfekcyjnie przenosi ten smutek na papier, sprawiając, że boli mnie serce, kiedy poznaję bohaterów powieści?

sobota, 24 marca 2012

"Drzwi do piekła", Maria Nurowska, Znak, 2012.


Jakbyś się zachowała, będąc młodą, zdrową, wykształconą pisarką, mężatką kochającą swojego męża? Biorąc jednak pod uwagę, że ten mąż Cię zdradza, a Ty o tym wiesz, i na to pozwalasz, wręcz sama go do tego popychasz...

Biorąc pod uwagę również jeden mankament: mąż uważa Cię za zakompleksioną pisarkę drugiego rzędu. I przede wszystkim, biorąc pod uwagę to, że zakochałaś się w intelekcie ukochanego, a w jego ciele niestety nie. Seks z nim jest przykrym obowiązkiem, pragniesz być przy nim, a jednocześnie czujesz niechęć i obrzydzenie. Stąd ta gra w dozwolone, kontrolowane zdrady. Czy pierwsze, co Ci przyszło na myśl, to rozwód? Tak, najprostsze rozwiązanie dla dogorywającego małżeństwa. Jednak Daria z Edwardem mimo wszystko nie mogą żyć bez siebie. Z sobą też nie! Razem ciężko żyć, osobno źle, śpiewała swego czasu Urszula. A zatem… jeden strzał w plecy i jedno z nich nie żyje. 


Daria trafia do Zakładu Karnego dla Kobiet w Kowańcu. Za zabójstwo męża dostaje 12 lat. Tutaj historia mogłaby się kończyć, co się może dziać w babskim więzieniu… Bród, przekleństwa, depresje, praca, pasiaki. Jednak czasem człowiek musi upaść na samo dno, żeby usłyszeć pukanie od spodu. 

Daria Tarnowska w pierwszych dniach odsiadki przeżywa psychiczne i fizyczne katusze, szczególnie ze strony otyłej, rubasznej lesbijki Agaty, z którą dzieli celę. Daria postanawia milczeć, nie mówić nic o sobie, ale też pokazać, że nie pozwoli się poniżyć. Nie chce być „frajerką”, jak nazywane są więźniarki, które od początku nie potrafiły postawić na swoim i pokazać, że będą grały wysoką rangę wśród oskarżonych. Jeżeli ocenią cię na frajerkę, będziesz musiała stale płacić – tymi słowami ostrzega Darię jej pani wychowawca – Iza. Okazuje się to być ostrzeżeniem na miarę złota. Daria dobrze zdaje sobie sprawę, że gdyby nie Iza, schamiałaby, zginęłaby w tym więzieniu. Ale los i dobre chęci Izy sprawiają, że Daria odnajduje swoje miejsce za kratami. Jest to biblioteka, w której ma pracować. Przy okazji coraz więcej więźniarek rozpoznaje w Darii znaną pisarkę i osobę, która wie więcej. Zyskuje sobie respekt, nawet ze strażniczkami jest na ty, tak samo jak z Izą.
            
Maria Nurowska stworzyła bohaterkę, która jest w swoim życiu zagubiona. Jedyną osobą, przed którą potrafiła się otworzyć, z którą lubiła rozmawiać, był jej mąż. A w więzieniu to ona staje się spowiednikiem cudzych problemów. Więźniarki lgną do rozmowy z nią, mają potrzebę opowiedzenia tej kobiecie ich własnych historii, historii strasznych, bo przecież przestępstw. Więzienie stanowi dla Darii swego rodzaju czyściec: powoli odkrywa własną wartość, której nie znała za życia męża. 

Trudno stwierdzić, czy Daria jest bohaterką pozytywną. Nie potrafię powiedzieć, czy ją polubiłam. W końcu przy zdrowych zmysłach pociągnęła za spust. Na pewno jej historia, w której wydarzenia z więzienia przeplatają się z opowieścią o jej małżeństwie, począwszy od poznania przyszłego męża aż do chwili zabójstwa, budzi współczucie. Wiele razy zastanawiałam się, tak samo jak wychowawca Iza, czy nie łatwiej byłoby się rozwieść? Jednak z biegiem czasu rozumiałam jej postawę. Mimo że czasu na zapoznanie się z bohaterką było niewiele – książka nie ma podziału na rozdziały, dlatego czyta się ją jednym tchem. Drzwi do piekła przypomina mi nieco Skazanych na Shawshank (mówię tu o filmie, książki nie czytałam). W książce Nurowskiej, tak jak i w ww. filmie, biblioteka odgrywa ważną rolę. Jest miejscem, gdzie więzienna wegetacja ucieka od rutyny i bólu codzienności, a książka i literatura sprawiają, że więźniarki dostrzegają w życiu coś więcej niż tylko poniżanie drugiej osoby.

Jest to opowieść o przemianie, o życiu za kratami, które paradoksalnie okazało się lepsze od życia w zniewoleniu miłości. O sile, jaką kobieta potrafi z siebie wykrzesać w obliczu zagrożenia. Nie jest to lektura lekka i łatwa w odbiorze, ale właśnie tego potrzebowałam: chwili skupienia i mocnej historii bez lukru.


Recenzja opublikowana na portalu kobieta20.pl