Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 lutego 2014

Książka: Jerry Hopkins "Elvis. Król rock'n'rolla"

Mam w pokoju plakat z Elvisem Presleyem, a nie przeczytałam nawet jego biografii – pomyślałam kilka miesięcy temu. Wydawnictwo Dolnośląskie akurat wtedy wypuściło „Elvis. Król rock’n’rolla”… Dzisiaj mogę powiedzieć: mam w pokoju plakat z Elvisem Presleyem, i nawet przeczytałam jego biografię! Nie żebym chodziła z tego powodu dumna jak paw, ale cieszę się.

Autorem biografii jest Jerry Hopkins. Niektórzy mogą go kojarzyć z biografią Jima Morrisona „Nikt nie wyjdzie stąd żywy”, której jest współautorem, i którą również mam w planach przeczytać. Niebawem.

Dzięki tej książce poznałam człowieka, który nie był przystosowany do życia, a powodem tego wcale nie były odchyły psychiczne, tylko kariera. Fenomen człowieka, który był skromny i nieśmiały, do wszystkich zwracał się „tak, proszę pana”, miał kompleksy, a jednocześnie wystarczyło, że kiwnął małym palcem (dosłownie!), a rzesze fanek mdlały... 

potrafił zgiąć mały palec i pokiwać nim. Wystarczyło, że tak zrobił, i na widowni podnosił się wrzask

Mówiąc o nieprzystosowaniu do życia, mam na myśli, że będąc królem, miał swój dwór. Elvis i jego świta. Kumple, którzy dotrzymywali mu towarzystwa, załatwiali mu kobiety, zamawiali torby hamburgerów, w jego imieniu wykonywali telefony. Kiedy już zrobił karierę, Elvis nie musiał robić nic związanego ze „zwyczajnym” życiem.

Elvis to facet, który zbierał na początku bardzo niepochlebne recenzje...

Za nic nie potrafi śpiewać, ale wokalne braki nadrabia starannie wyreżyserowanymi i sugestywnymi wygibasami, które mogłyby uchodzić za aborygeński taniec godowy

...a jednak nie znajdzie się osoba, która dziś podważałaby fakt, że był królem rock’n’rolla. Nie wiedziałam też, że zagrał w bardzo wielu filmach. Znałam kilka tytułów, ale serio, ich ilość i częstotliwość nagrywania powaliła mnie. Wprawdzie większość z nich sprowadzała się do schematu: 

Elvis w motorówce. Elvis macha do dziewczyn. Elvis podjeżdża samochodem. Elvis odjeżdża samochodem. Elvis kogoś bije. Ktoś bije Elvisa. I tak na okrągło

...ale to jest właśnie ten fenomen, że za każdym razem filmy z nim biły rekordy popularności.

Trochę mało jest cytatów Elvisa i prawie wcale nie zarysowano obrazu muzycznego światka tamtych czasów, do czego przyzwyczaiły mnie inne biografie. Nie wiem też, na jakich modelach gitar grał on i jego zespół, ale nie szkodzi. Życie Elvisa było na tyle bogate, że takie „okołoelvisowe” kwestie wcale nie musiały być poruszone w książce, a i tak jest o czym, a raczej o kim, czytać.


Książka zainspirowała mnie do czegoś, co ujrzycie na Chilloucie już niedługo. Właściwie już teraz mogę powiedzieć o co chodzi. Ten plakat z Elvisem, który wisi u mnie w pokoju, tak naprawdę nie jest mój. Jest mojej mamy. Po prostu u mnie w pokoju był kawałek wolnej ściany, na której Elvis znalazł sobie miejsce. Nie znam drugiej takiej fanki Elvisa, jak moja mama. Czytając „Elvis. Król rock’n’rolla”, zakiełkowała mi w głowie myśl, żeby zebrać wszystkie płyty, kasety i rzeczy dotyczące Elvisa, które ma moja mama, i pokazać je tutaj. Bo wszystko, o czym pisze Jerry Hopkins jest prawdą, którą ja również doświadczyłam, a hasło „Elvis żyje!” jest wciąż aktualne. 

Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej książki.
Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2013

Biorę udział w wyzwaniu

czwartek, 8 listopada 2012

"Clapton. Autobiografia", Eric Clapton, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2012.



Kto nie zna „Tears in heaven” Erica Claptona, ręka do góry! Oj, nie widzę lasu rąk. Oczywiście, że wszyscy znają ten utwór. Pewnie też większość słyszała, że Clapton napisał go niedługo po śmierci swojego syna, Conora. Dlatego wielu ludzi uważa, że to taki porządny i dobry człowiek, dotknięty tragedią, i należy mu współczuć. Zgadzam się z tym, jednak zanim stał się spokojnym, starszym panem, przez wiele lat nie był wzorem do naśladowania. Opisał to wszystko w swojej autobiografii, w Polsce wydanej przez Wydawnictwo Dolnośląskie.

Autor pisze: „W szkole, poza zajęciami plastycznymi, dobrze radziłem sobie z angielskim i literaturą angielską. To oczywiście nie upoważnia mnie do pisania niniejszej ksiązki, ale zakładam, że ktoś to może jednak przeczyta” (s. 264).

Przeczytałam, śpieszę zatem z podzieleniem się opinią.

Osoby, które tu zaglądają, być może pamiętają, że recenzowałam już kilka biografii wydanych przez Wydawnictwo Dolnośląskie. Tym razem jest to jednak autobiografia. Dziennikarze muzyczni piszący biografie potrafią wspaniale opisywać życie i twórczość muzyków, jednak w autobiografii jest coś więcej. Po pierwsze: wiemy na pewno, co siedzi w umyśle artysty. Drugą sprawą, której nie zauważyłam w poprzednich biografiach (a tutaj – owszem), są opisy tego, w jaki sposób Clapton wydobywa z gitary niepowtarzalne dźwięki. Używa do tego specjalistycznego słownictwa. Osoby, które jedynie słuchają gitar, a na nich nie grają, mogą chwilami nie wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Są też opisy poszczególnych modeli gitar, różnice między nimi. Ile się można nauczyć! :)

Mam wrażenie, że Eric Clapton o wszystkich potrafi wypowiadać się jedynie pozytywnie. Z autobiografii wynika, że miał i ma mnóstwo przyjaciół. Może ma to szczęście, że trafia na odpowiednich ludzi, albo po prostu jest na tyle uprzejmy, że postanowił pominąć w publikacji jakieś towarzyskie niesnaski. Inaczej ma się sprawa z kobietami, począwszy od matki, po kolejne miłosne przygody. W tej kwestii już nie było tak łatwo…

Clapton w swojej książce rozlicza się z przeszłością, która była pełna narkotyków i alkoholu. Myślę, że napisanie autobiografii było potrzebne zarówno samemu muzykowi, jak i jego fanom. Ale nie tylko. Jest to świadectwo faceta, który „kiedy znalazł się na dnie, usłyszał pukanie od spodu”. Świadectwo wiary w wstawiennictwo boskie, ale też w siłę muzyki. „Po latach chlania i ćpania wciąż miałem swoją muzykę. Zawsze była moim wybawieniem. Dzięki niej chciało mi się żyć. Nawet kiedy nie grałem, a tylko słuchałem, pomagała mi” (s. 219). Zauważcie, że jego przeszłość podobna jest do życia Jimiego Hendriksa, Phila Lynotta z Thin Lizzy, i wielu innych muzyków, których nie ma już na tym świecie. A Eric jest, co więcej – ma się dobrze! Można? Można! Paradoksalnie nawet strata syna pomogła jemu samemu przeżyć. Wystarczy spojrzeć na te słowa: „Nagle uświadomiłem sobie, że być może znalazłem sposób, by z tej strasznej tragedii wynieść coś dobrego (…). [O pozostaniu w trzeźwości]: Nie ma lepszego sposobu na uczczenie pamięci mego syna” (s. 204). Nie znaczy to, że książkę mają przeczytać tylko alkoholicy i narkomani. Mnie osobiście dała wiarę w to, że każdy kryzys można przezwyciężyć, z każdego gówna da się wyjść.

Czytając autobiografię tego wybitnego gitarzysty, wiele razy wzbierała we mnie złość. W młodości Clapton zachowywał się naprawdę paskudnie wobec kobiet (choć miało to swoją przyczynę). Ale z każdą stroną traktującą o powrocie do trzeźwości coraz bardziej się cieszyłam, że mu się udało. Przeczytajcie, a przyznacie mi rację. Działalność, jaką obecnie zajmuje się Eric, odkupuje wszystkie przewinienia jego przeszłości, i to jest piękne. Nie mówiąc już o jego twórczości muzycznej.

Eric Clapton zarówno w tekście głównym, jak i w epilogu, wymienia mnóstwo nazwisk ze środowiska muzycznego, których twórczością się inspirował, z którymi współpracował, lub po prostu których znał i cenił lub przyjaźnił się. Pojawiają się takie nazwiska jak Aretha Franklin czy George Harrison. Co do języka – według mnie Clapton niezbyt wylewnie dzieli się w piśmie emocjami, tę kwestię pozostawia występowaniu na scenie. Zresztą sam pisze, że nigdy nie okazywał uczuć w widoczny sposób. Nie sypie też żartami jak z rękawa, ale kilka razy tak dosadnie podsumował jakiś akapit bądź użył takiej ironii, że nie mogłam powstrzymać uśmiechu. I jeszcze raz powtarzam: Eric bardzo szanuje ludzi. Być może za to, że trwali przy nim wtedy, gdy sam siebie nie szanował. 

Szkoda, że jest tak mało zdjęć, zaledwie jedna czarno-biała fotografia przy każdym z rozdziałów. Na okładce widzimy autora bez okularów, które zazwyczaj nosi. Nie wiem, czy akurat ta fotografia była trafnym wyborem.

Wiecie, zamykając książkę, naszła mnie myśl, że wspaniale byłoby zobaczyć i usłyszeć Erica Claptona na żywo. Na drugi dzień zupełnie przypadkiem, szukając czegoś w Internecie, zobaczyłam informację: "Eric Clapton ogłasza koncerty w Europie na 2013 rok: 7 czerwca 2012, Atlas Arena, Łódź". Pięknie? Jasne, że tak.

Na marginesie, może to mało ważne, ale nie mogę się powstrzymać: posikacie się ze śmiechu, kiedy przeczytacie o początkach utworu „Yesterday” Beatles’ów! – odsyłam do strony 47.

I już zupełnie na koniec, zostawiam Was ze spostrzeżeniami Erica Claptona na temat ogólnie pojętej muzyki:
„Scena muzyczna w dzisiejszych czasach różni się nieco od tej, w której wzrastałem. Procentowy układ jest niezmiennie taki sam: 95 % chłamu i 5 % prawdziwej muzyki” (s. 275).
„Muzyka przetrwa wszystko i podobnie jak Pan Bóg jest zawsze obecna. Nie potrzebuje wsparcia i nie zna żadnych przeszkód. Mnie zawsze odnajdywała i – z błogosławieństwem Bożym i Jego pozwoleniem – zawsze tak będzie” (s. 276).

czwartek, 20 września 2012

"Pokój pełen luster. Biografia Jimiego Hendriksa", Charles R. Cross, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2012.



Słuchałam ostatnio wywiadu radiowego z jednym z polskich przedstawicieli sceny reggae. Dodam, że jest to jeden z moich ulubionych polskich wokalistów jeśli chodzi o taką muzykę. Słuchając audycji, jednocześnie wpatrywałam się w okładkę biografii Jimiego Hendriksa (prawda, że hipnotyzujące spojrzenie?). Do czego zmierzam? Owy piosenkarz wypowiedział słowa, które wytrąciły mnie z równowagi, wywołały dziwny skurcz i grymas na twarzy, zwątpienie. Dziwne, dziwne uczucie, tym bardziej osobliwe, że akurat patrzyłam na twarz Hendriksa. Dobra, nie przedłużam. Regałowiec powiedział: „Nie jestem fanem wirtuozerii gitarowej. Nie bawi mnie to, nie podoba mi się to. Jestem fanem trzech dobrze dobranych dźwięków”.

Spojrzenie na okładkę. Podrapanie się po głowie. Masz Ci los, jaka dziwna emocja mnie ogarnęła, nawet nie potrafię dobrze określić tego, co czułam. Chciałam w tym momencie postawić wokalistę reggae, fana trzech dźwięków, obok osoby Jimiego Hendriksa, wirtuoza gitary, i porównać osiągnięcia obu panów i ich wkład w rozwój muzyki. Wiadomo, kto by wygrał. Wiem, wiem, o gustach się nie dyskutuje, a tym bardziej nie powinnam porównywać reggae z rockiem. Przecież mnie też coś może się nie podobać. Jak to się mówi, po tych słowach „złapałam zawiechę” i nie wiedziałam, co o tej wypowiedzi sądzić. Właśnie słuchałam wywiadu z człowiekiem, którego twórczość uwielbiam, jednocześnie spoglądając na zdjęcie Jimiego Hendriksa, mistrza gitary.

Dobra, halo, Ziemia! Oprócz okładki, „Pokój pełen luster. Biografia Jimiego Hendriksa” zawiera również treść, więc kilka słów o tym.

Ogólnie rzecz biorąc, biografie nie są łatwą lekturą. Trzeba przebrnąć przez życie człowieka rok po roku, miesiąc po miesiącu. Ponoć najlepsze scenariusze pisze właśnie życie, pełne cierpień, sukcesów, zwrotów akcji, patologii. Takie właśnie było życie Jimiego Hendriksa. Autor biografii, Charles R. Cross, pisał książkę cztery lata, przeprowadzając w tym czasie ponad trzysta wywiadów z ludźmi, którzy na temat Jimiego mieli coś do powiedzenia. Dzięki jego wytrwałości i uprzejmości wielu osób udało się stworzyć kompletną biografię o człowieku, którego życie obrazuje powiedzenie „od pucybuta do milionera”.

Wszyscy znamy „Hey Joe”, wszyscy wiemy, że we Wrocławiu co roku organizowany jest Thanks Jimi Festival, ale ilu fanów gitarzysty wie, że ich idol w dzieciństwie przymierał głodem? Że przez całe życie, obawiając się powrotu do ubogich czasów, wkładał do buta dolara, aby mieć zabezpieczenie na czarną godzinę? Że już jako dorosły facet, nadal był bity pasem przez ojca? Czy w końcu, że był w dzieciństwie chorobliwie nieśmiały i się jąkał? Pewnie większość wie tylko tyle, że był gwiazdą rocka, leworęcznym gitarzystą i narkomanem, który zarzygał się na śmierć. Ktoś ostatnio powiedział mi, że ojciec Jimiego był saksofonistą, co jest bzdurą. Skąd wiedział? Gdzieś to po prostu usłyszał. I tak rodzą się mity o wielkich artystach. Szczerze mówiąc, sama nie wiedziałam wiele więcej, zanim sięgnęłam po „Pokój pełen luster”.

Cieszę się, że nie jest to jedynie zbiór faktów dotyczących kariery Jimiego. Autor przedstawia muzyka całościowo, prowadzi przez dzieciństwo, jakiego nikt by sobie nie życzył, poprzez służbę w wojsku, próby zabłyśnięcia na scenie muzycznej, w końcu upragnioną karierę, która po pewnym czasie stała się przekleństwem. Charles R. Cross przywołuje często słowa Jimiego, wiele anegdot, często zabawnych. Moją uwagę przykuły fragmenty listów pisanych do ojca i do jednej z pierwszych dziewczyn, jak również fragmenty pamiętnika.  Szkoda, że w czasach, kiedy kariera nabrała tempa, wpisy w pamiętniku ograniczały się do trzech liter: S.O.S, co znaczyło „same old shit”, ale właśnie to pokazuje, że nawet sława może przerodzić się w nieznośną rutynę. Po przeczytaniu tego wszystkiego, z mojego umysłu znikł obraz wariata palącego gitary na scenie, a pojawił się mężczyzna niezwykle inteligentny, wrażliwy, trochę pokręcony, często nie mówiący niczego wprost.

Oczywistym jest, że Jimi, już jako wielka gwiazda, obracał się w muzycznym światku równie wielkich sław. Co za chichot losu: Jimi musiał długo udowadniać, że jest dobry w tym co robi, zanim ktokolwiek zauważył jego geniusz, a później inni artyści (np. Paul McCartney) stają się jego fanami. Wszystko to dostrzega autor biografii. W życiu Jimiego pojawiały się takie postaci, jak Mick Jagger, Little Richard, Janis Joplin, Beatlesi. Nawet jeśli ktoś nie jest  fanem Jimiego, warto sięgnąć po tę pozycję, choćby ze względu na ciekawe anegdoty świata muzycznego tamtych czasów.

Autor Charles R. Cross jest dziennikarzem muzycznym, który oprócz biografii Hendriksa stworzył m. in. monografię Led Zeppelin. Jeżeli jest napisana tak dobrze, jak „Pokój pełen luster”, z pewnością po nią sięgnę. Charles R. Cross operuje dość dosadnym językiem, nie boi się nazwać kogoś idiotą czy używać potocznych zwrotów typu „coś tam leży i kwiczy”. W niektórych przypadkach wydawałoby się to kolokwialne, ale u niego brzmi po prostu dobrze. 

Do wszystkich fanów i osób, którym Jimi Hendrix nie jest obojętny: „Nie przegap tego człowieka, który jest Dylanem, Claptonem i Jamesem Brownem w jednym!” (s. 159). Nie przegap „Pokoju pełnego luster”.


środa, 15 sierpnia 2012

„Freddie Mercury. Biografia legendy”, Lesley-Ann Jones, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2012.


Boję się myśleć co by było, gdyby członkowie Queen nie postawili w swoim życiu muzyki na pierwszym miejscu. Freddie Mercury prawdopodobnie sprzedawałby ekstrawaganckie ubrania na targu, Brian May zostałby znanym astronomem, Roger Taylor byłby stomatologiem, a John Deacon depresyjnym basistą w jakimś garażowym zespole, o którym świat by nie usłyszał. Boję się myśleć, co by było, gdyby Freddie nie opuścił Zanzibaru. A już największym myślowym wstrząsem jest idea, że czwórka tych wybitnych muzyków daje za wygraną, kiedy jeszcze nikt nie poznał się na ich geniuszu a drzwi wszystkich wytwórni płytowych były przed nimi zamykane. Co by było, gdyby odpuścili sobie długą i żmudną drogę do sukcesu? 

Nie, nie, odganiam od siebie te myśli. Spokojnie, wszystko poszło tak, jak trzeba. Płyta kręci się w odtwarzaczu, a ja czytam właśnie ostatnią stronę Biografii Legendy, serce bije mocniej niż zwykle, oczy zaszklone, lekki uśmiech i zaduma. Pierwsza myśl po odłożeniu książki: mam na półce skarb. Na półce skarb, w uszach The great pretender a w sercu – Freddie Mercury.

Ukłony w stronę Wydawnictwa Dolnośląskiego za wydawanie biografii  znanych osób w pięknej postaci. Wcześniej czytałam biografię Johnny’ego Casha tego samego wydawnictwa. Sięgając po kolejną pozycję, tym razem Biografię Legendy, znów się nie zawiodłam. Umocniłam się w przekonaniu, że za tymi porządnymi, twardymi oprawami w czarno-białych barwach kryją się świetnie napisane opowieści o niezwykłych ludziach. 

Autorka Lesley-Ann Jones, urodziwa dziennikarka muzyczna, znała osobiście Freddiego, świadczą o tym między innymi wspólne zdjęcia. Może dzięki temu nie obawia się wygłaszać własnych domysłów, poglądów, obserwacji. Jej uwagi są świetnym uzupełnieniem faktów, które przedstawia, co bardzo umila czytanie. Zwroty typu „Według mnie”, „Uważam, że…” sprawiają, że biografia to nie tylko zbiór suchych, wymienionych po sobie faktów, ale też bardzo przyjemna lektura. Odniosłam wrażenie, że autorka to bardzo wyluzowana babka, z którą można o wszystkim pogadać i przybić pionę, właśnie w taki sposób pisze. Czasem też, w bardzo pozytywnym sensie czułam, jakby tekst traktował o kumplu autorki, a nie o wielkiej gwieździe rocka.

Freddie i ja, Blackpool, 2012.
Queen słuchałam, odkąd tylko pamiętam. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, kiedy usłyszałam pierwszy raz ich muzykę, sikałam w pieluszki, kiedy rodzice słuchali Bohemian Rhapsody. Nie pamiętam też, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam koncert Queen na video. Ale od samego początku osoba Freddiego kojarzyła mi się z wielkością, siłą, zwycięstwem, również fizycznie wydawał mi się wysoki i mocno zbudowany, kiedy biegał po scenie emanując pewnością siebie. Nie zapomnę mojego zaskoczenia, kiedy pięć miesięcy temu odwiedziłam Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds w Blackpool (gdzie Queen grali koncert w 1974 r.) i stanęłam obok figury Freddiego. Pierwsza myśl: TAKI niski? Taki filigranowy?! Rzeczywiście, nie był może największej postury, ale miał w sobie coś takiego, że czuło się jego potęgę i wielkość.

W większości Biografia legendy oparta jest na wypowiedziach osób, które miały styczność z Freddiem. Mnóstwo wypowiedzi Briana Maya, Rogera Taylora, Jima Huttona (partnera Freddiego) i wielu, wielu innych. Lista osób, dzięki którym powstała książka, jest naprawdę długa. Historię wokalisty poznajemy od samego dzieciństwa spędzonego na Zanzibarze, poprzez dorastanie w szkole z dala od rodziców, ucieczkę do wielkiego świata, niestrudzone dążenie do sukcesu, wreszcie czasy kariery i smutne zakończenie. Cieszę się, że autorka nie zakończyła książki po opisaniu ostatnich dni Freddiego, ale poświęciła sporo miejsca na późniejsze losy zespołu, który przecież nadal istnieje. Historia Queen jeszcze się nie skończyła, ba, nie sądzę, żeby kiedykolwiek się skończyła! Ponad 20 lat po śmierci Freddie i jego muzyka nadal jest żywa w sercach fanów.

Kilka osób już opisywało życie i twórczość Mercury’ego. Czy w takim razie warto sięgnąć po świeżo napisaną, kolejną biografię? Według mnie tak. Lesley-Ann Jones przedstawia wiele wydarzeń w nowym świetle, niektóre z nich, dotąd uchodzące za niezaprzeczalne fakty, bez skrupułów obala. Dzięki niej poznałam na kartach książki osobę, która prywatnie była zupełnie inna, niż na scenie. Freddie: nieśmiały, ze wstydem zakrywający swoje zbyt duże i wystające zęby i spuszczający wzrok, kiedy poznaje nowe osoby? To właśnie on. Ten sam, który potrafił porwać setki tysięcy fanów na koncertach, który nabijał się z publiczności. Ten sam, a tak różny. Miło Cię poznać, Farrokh.

Obok prywatnego życia Freddiego autorka opisuje też twórczość Queen. Dowiedziałam się, które utwory skomponował wokalista, a które Brian May czy John Deacon. Trochę brakowało mi interpretacji i genezy tekstów piosenek, ale to niczyja wina. Freddie chciał, aby każdy interpretował utwory Queen po swojemu i odnosił do własnego życia. Jest za to rozdział w całości poświęcony Bohemian Rhapsody. Piosenka – arcydzieło. Jeżeli jest jakiś utwór, o którym można mówić i mówić, pisać i pisać, i którego można słuchać przez lata za każdym razem wzruszając się i zastanawiając o co chodzi w tekście, to właśnie Bohemian Rhapsody

Dopełnieniem treści są zdjęcia, jest ich sporo: Freddie z zespołem, Freddie z kochankiem, Freddie z Mary Austin, Freddie w królewskiej pelerynie, Freddie z kotem. Jest co oglądać. A gdyby po przeczytaniu książki umknęło komuś coś ważnego z życia artysty, wystarczy zajrzeć na ostatnie strony. Są na nich wymienione chronologicznie ważne wydarzenia z życia piosenkarza oraz dyskografia zespołu Queen. Dobra robota, mówiąc krótko.

Jeśli jesteś fanem Queen, wiedz jedno: musisz to, skarbie, przeczytać!

Wydawnictwo Dolnośląskie - dziękuję!

sobota, 30 czerwca 2012

"Johnny Cash. Biografia", Michael Streissguth, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2012.


Czekałam na tę książkę z niecierpliwością, choć muzyka country nigdy mnie nie zachwycała. W przeciwieństwie do samej osoby J. R. Casha, którego życie zaintrygowało mnie po obejrzeniu jednego z filmów o jego życiu (recenzja TUTAJ).

Film bardzo dobry, jednak nie odzwierciedlający całej prawdy o przeżyciach tego wielkiego piosenkarza. Wpływ na moje zainteresowanie Cashem miał również utwór Hurt, który został nagrany niedługo przed śmiercią. Stary, schorowany człowiek z gitarą śpiewa o przemijaniu, jakby żegnał się z życiem pełnym cierpienia. Okazało się, że film i artykuły w Internecie to za mało, aby poznać Johnny’ego Casha. Z pomocą przyszła biografia autorstwa Michaela Streissgutha. Nie sposób poznać człowieka, nie zamieniając z nim ani jednego słowa, ani nawet nie widząc go nigdy na żywo. A jednak dzięki tej książce czuję się jakoś bliżej Człowieka w Czerni.

Po pierwsze: rewelacyjne wydanie. Biografia podzielona jest na pięć części, odzwierciedlających fazy życia artysty, począwszy od dzieciństwa, poprzez wzloty i upadki kariery, kończąc na starości i śmierci. Każda część podzielona jest na rozdziały, a rozdziały dalej dzielą się na mniejsze fragmenty. Jest to świetne rozwiązanie, bo chyba żadnej biografii nie da się przeczytać jednym tchem, potrzebne są chwile odpoczynku na przemyślenia czy obejrzenie zdjęć, których tu nie brakuje. Jedno z nich znajduje się na okładce: Cash wychudzony, z zapadniętymi policzkami, walczący z nałogiem narkotykowym. Dzięki zamieszczonym na końcu przypisom i obszernej bibliografii widać, jak wielką pracę autor włożył w powstanie tej biografii, ile wywiadów przeprowadził, ile artykułów i książek przeczytał (są tu nawet księgi rachunkowe menadżera Johnny’ego Casha!). Niestety w tekst wkradło się kilka błędów, jak np. brak polskich liter na końcu wyrazów. Bardzo mi to nie pasowało do tej, naprawdę świetnej, postaci wydawniczej.

Przed otwarciem książki warto choć trochę zapoznać się z twórczością piosenkarza. Kiedy czytałam o kolejnych piosenkach czy koncertach, przyjemnie było kojarzyć melodię i znać słowa. Ale w biografii znajdziemy nie tylko opisy kolejnych albumów. Autor bardzo wnikliwie przyjrzał się sylwetce Casha, przedstawiając kolejne fakty z życia, unikał jednak wartościowania go czy wtrącania własnych przemyśleń. To dobrze, bo przemyślenia same się czytelnikowi nasuwają: współczucie, podziw, niezrozumienie, a nawet złość. Współczucie dla człowieka, który w dzieciństwie stracił bliską osobę i którego za to winiono. Podziw dla wielkiego talentu i nieugiętości. Niezrozumienie i złość dla artysty, który ranił i nie potrafił wyrwać się od nałogu. Ta biografia pokazuje, że Johnny Cash, mimo swej religijności i miłości do muzyki gospel, wcale aniołem nie był, a mimo to wielu fanów uważa, że jego podobizna powinna znaleźć się na Mount Rushmore.

Czytając, zaznaczałam ważniejsze wydarzenia, które miały wpływ na dalsze życie Casha. Zwątpiłam, gdy książka zaczęła wyglądać jak zeszyt z notatkami: co kilka stron wystawały kolorowe karteczki z zapiskami. Bo w życiu prywatnym i artystycznym Casha ciągle coś ważnego się działo, a wszystko to przybliża czytelnikowi autor biografii. Zwraca uwagę na politykę, na wydarzenia w kraju, na muzykę, której się słuchało, na religijność artysty. Przedstawia przyjaciół, menedżerów, rodzinę Johnny’ego, posługując się wieloma cytatami; nie ma wątpliwości, że biografia jest wiarygodna.
Mam nadzieję, że książka trafi do jak największej liczby osób. Powinien ją przeczytać każdy fan Johnny’ego Casha, każdy entuzjasta muzyki country czy gospel, zarówno z pokolenia, które dorastało w latach 60-tych, jak i ci, którzy dopiero wyrabiają swój gust muzyczny. Człowiek w Czerni w pełni zasłużył, aby o nim pisano i czytano. Niech dowodem na to będą słowa, którymi podzielił się z pewnym żołnierzem, przeżywającym załamanie nerwowe: Życie ma swoje zakręty, którymi będziesz musiał pójść, nawet jeżeli nie będziesz wiedział, dokąd prowadzą. I choć w takiej chwili wiele rzeczy może wydać Ci się strasznych, za każdym z tych zakrętów jest nowa historia i nowy przyjaciel. Życie to wyzwanie. Zawsze jest na co czekać*.
 *s. 193. 
Recenzja opublikowana na portalu kobieta20.pl.