Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mellow Mood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mellow Mood. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 kwietnia 2014

Koncert: The Sleeping Tree, Wrocław, 9 kwietnia 2014

Wczoraj ponownie zakochałam się… w zakochiwaniu się w muzyce.

Poszłam na koncert. Niby wiedziałam, kim jest wykonawca. Wiedziałam, że jest basistą Mellow Mood, włoskiego zespołu reggae. Ale Mellow Mood do tej pory stanowili dla mnie bliźniacy Garzia, nie zwracałam większej uwagi na resztę zespołu. To znaczy, wiadomo, że gdyby nie pełny skład, Mellow Mood nie byliby tym, kim są. Chodzi mi raczej o to, że nie interesowałam się solową działalnością któregoś z członków zespołu. Na szczęście wczoraj się to zmieniło.

Han i bliźniacy Garzia z Mellow Mood, Reggaeland 2013, fot. Ewa Derehajło-Stasiak


Jeśli ktoś jeszcze nie wie, chłopaki z Mellow Mood koncertują właśnie w Polsce! Mają tu oddanych fanów, byli już na One Love Sound Fest 2012, gdzie zostali bardzo pozytywnie przyjęci, zagrali też na Reggaeland 2013, i teraz wracają na 3 koncerty: 11 kwietnia – Kraków, 12 kwietnia – Wrocław (:)!!!), 13 kwietnia – Warszawa. Znam takich, którzy wybierają się na wszystkie 3 koncerty. Gdyby nie praca, może też bym się skusiła na wyjazd do Krakowa. Ale Wrocław wystarczy. Będzie pięknie!

Wracając do wczorajszego koncertu… Był to występ z serii „znam tylko jedną piosenkę tego artysty, ale idę na koncert”. Siara? Nie, siara by była, gdyby druga część zdania brzmiała „ale i tak jestem fanką”.

Giulio Frausin, fot. Ula Orzełowska
Solowy projekt basisty Mellow Mood, Giulio Frausina, nazywa się The Sleeping Tree, i z reggae ma tylko tyle, że w tekstach utworów przewija się Jah. Muzycznie to raczej gitarowe ballady, podczas których zamykasz oczy i odpływasz, tak ci dobrze. Właściwie niczego się nie spodziewałam po tym koncercie, poszłam tam raczej z zamiarem spotkania się ze znajomymi – fanami Mellow Mood, byłam też podekscytowana, że poznam osobiście Giulio, który jest przesympatycznym, kochanym człowiekiem. Co z tego, że gitara co chwilę mu się rozstrajała? Swoim głosem po prostu czarował. Zarówno śpiewając utwór „Going nowhere” Elliota Smitha, jak i własne kompozycje. 

Gdyby go do kogoś porównać… Jego muzyka skojarzyła mi się z tym utworem: 


A gdy zamykałam oczy, słyszałam – naprawdę! – Anthony’ego Kiedisa z RHCP z gitarą akustyczną w ręku, czasem też Chrisa Martina z Coldplay. Przypominał mi kogoś jeszcze... Ale po co takie porównania, usłyszcie sami – nie Anthony’ego, nie Chrisa, ale Giulio Frausina, we własnej osobie:





Rozpłynęłam się przy tej muzyce. Do tego stopnia, że kupiłam płytę. Bo The Sleeping Tree ma na koncie już dwa albumy. Mam jeden z nich. Z autografem. Ogarnęły mnie same ciepłe myśli o Giulio i jego muzyce, włączam album „Painless” ponownie. Szczerze polecam! Lubię się tak pozytywnie zaskakiwać – przyjść na koncert i wyjść z niego bogatszą o piękną, nową muzykę, o wspaniałego artystę. Przypomniał mi się koncert Marka Lanegana z  Mad Season, kilka lat temu we Wrocławiu. Supportował go  pochodzący z Belgii Lyenn, którego nie znałam, a zdobył moje muzyczne zakochanie tak szybko, jak wczoraj Giulio.



Szaleńczo polecam również sprawdzenie muzyki Mellow Mood:




 Pozdrawiam :) 

czwartek, 18 lipca 2013

Koncert: Festiwal Reggaeland 2013, 12-14 lipca 2013, Płock

www.facebook.com/ReggaelandPlockFestival
Jeśli w przyszłym roku najdzie mnie ochota na Reggaeland 2014 (a na pewno mnie najdzie;)), to pierwszą rzeczą, jaką spakuję na wyjazd do Płocka, będzie parasol. Drugą – kalosze. Trzecią – dwie kurtki przeciwdeszczowe. Z takim ekwipunkiem nawet największy deszcz nie będzie mi straszny. Bo szczerze przyznam, że takiej ulewy na tegorocznym Reggaelandzie się nie spodziewałam. A przynajmniej nie aż takiej! Kto był, ten doskonale wie, o czym mówię. Jednak żaden żywioł nie sprawi, że będę źle wspominać Reggaeland 2013. Niebo płacze, Hania ze szczęścia skacze!

Pokonując trasę Wrocław-Płock, ciągle miałam nadzieję, że ulewa za szybą zniknie, kiedy tylko ujrzę kierunkowskaz na Płock. Tak się nie stało, i niestety kilka pierwszych koncertów spędziłam pod parasolami piwnymi z dala od sceny. W tym czasie na głównej scenie zagrali Podwórkowi Chuligani, Jahcoustix i The Selecter. Powoli do mnie docierało, że strój kąpielowy i opalanie nad Wisłą mogę zastąpić ciepłą bluzą i pełnym nienawiści spoglądaniem w niebo. Chociaż… Zaraz zaraz, ja tu przyjechałam psioczyć na pogodę czy bawić się na koncertach? Zdecydowanie to drugie.

Max Romeo. Przecież nie chodzi o jakość c'nie?
Koncertu Maxa Romeo nie mogłam spędzić skulona pod parasolem. Bieg pod scenę w strugach deszczu okazał się świetnym pomysłem. Wśród tłumu ludzi deszcz aż tak nie przeszkadzał i było dużo cieplej. Max Romeo, cały w bieli, zaśpiewał swoje największe hity, w tym oczywiście „Chase the Devil”. W kolejności wyśpiewanych utworów nic się nie zmieniło od listopada, czyli od jego występu na wrocławskim One Love. Dla tych, którzy widzieli poprzedni występ, było to swego rodzaju „przeżyj to jeszcze raz”, a dla wszystkich – dawka korzennego reggae. Prawdziwie mnie wzrusza ten drobny człowiek z dreadami do pasa i wiecznie zatroskaną miną, jakby się obawiał, że za chwilę fani rozejdą się lub rozpuszczą od deszczu. Wspólnie zaśpiewana „Redemption song” – magia.

Wprawdzie Max Romeo ma w swoim repertuarze utwór „Jamaican Ska”, to jednak prawdziwymi przedstawicielami ska tego wieczoru był zespół Karamelo Santo z Argentyny. Fani ska, punk, reggae i hip-hopu na pewno byli zadowoleni z tego energetycznego koncertu, i rozruszali się po nieco spokojniejszym występie Maxa Romeo. Zakończeniem pierwszego dnia występów na scenie głównej był koncert Jafia Namuel. Widziałam ich występ również na One Love, więc poszłam sprawdzić co się dzieje na drugiej scenie – soundsystemowej. Wybór okazał się świetny, ponieważ chłopacy z Dancehall Masak-Rah właśnie rozkręcili niemałą imprezę. Mimo chłodu sporo ludzi tańczyło na boso i raczyło się zimnym piwem. Z głośników słychać było utwory między innymi Tarrusa Rileya i Mr. Vegasa, a białe chustki co chwilę wirowały w górze. W moim odczuciu Dancehall Masak-Rah zrobili lepszą bibę niż Kingstone Sound i Richie Stephens.
 
Powrót po pierwszym dniu koncertów. Do kostek woda, jakby kto pytał ;) 
Drugi dzień festiwalu pozytywnie zaskoczył. Przestało padać (przelotny deszcz to już nie deszcz przecież), w związku z czym zrobiło się tłoczniej i ludzie nie byli już poupychani pod parasolami i namiotami. Można było posiedzieć chwilę na plaży lub skarpie. Dopiero wtedy uważniej przyjrzałam się okolicy. Płock jest piękny! Idea zorganizowania festiwalu zaraz przy rzece, na plaży, jest fantastyczna, dlatego wciąż nie mogłam odżałować, że pogoda pierwszego dnia nie dopisała. Humor mogła poprawić kawa z mobilnej kawiarni, jamajski burger czy zapiekanka i frytki. Dla lepiej zaopatrzonych finansowo przygotowano stoiska z koszulkami, płytami, biżuterią, torbami i czym tam jeszcze. 
Scena z lotu ptaka. A raczej ze skarpy
Nadciągają złe chmury!
Prawie-pływające namioty


Wśród festiwalowiczów kręcili się fotoreporterzy, więc nawet ci, którzy nie mieli aparatów, mogą liczyć na pamiątkę z Reggaelandu. Było sporo namiotów piwnych, a także takich, pod którymi można było usiąść na pufie lub leżaku i odpocząć. Toi toi’ów nie zabrakło. Nie wiem jak wyglądała sprawa z polem namiotowym, ale pomijając to, według mnie organizacyjnie wszystko grało. Już wiele dni wcześniej na reggaelandowym forum organizatorzy starali się odpowiadać na wszelkie pytania i wątpliwości, pomagali w poszukiwaniach noclegu. Ponadto festiwalowicze mieli darmowy wstęp do płockiego Zoo oraz muzeów. Widząc takie zaangażowanie, aż chce się wracać do Płocka. Ukłony w stronę Urzędu Miasta Płocka i Płockiego Ośrodku Kultury i Sztuki.
Ciężko mi się rozstać z opaską!
Nie ma dePRESSji!

Wracając do muzyki: drugi dzień Reggaelandu według mnie należał do Mellow Mood i Shaggy’ego. Chociaż koncert Transmisji, z której – chyba można tak powiedzieć - wywodzą się takie zespoły jak np. Vavamuffin, był nie lada gratką. Mesajah z kolei prezentował w większości utwory z wydanej w zeszłym roku płyty, a na scenie towarzyszyły mu dziewczyny z I Grades. Jak zawsze pięknie wyglądające i uśmiechnięte ubarwiały swoimi chórkami zachrypnięty wokal Mesajah. Następni w kolejności byli St. Petersburg Ska-jazz Review. Nie przepadam za damskimi wokalami w tego rodzaju muzyce, zatem zamiast skakać pod sceną, poszłam na spacer na molo. Tam też bardzo dobrze było słychać koncert, a zespół grał dość długo. Być może przedłużającymi się bisami chcieli zrekompensować zeszłoroczną edycję Reggaelandu, kiedy to St. Petersburg Ska-jazz Reviev nie zagrali z powodu złych warunków pogodowych. No cóż, gdyby ich koncert zaplanowany został na dzień poprzedni, pewnie znów nie doszedłby do skutku, a tego już fani pewnie by nie znieśli ;)

Stylówa Płock 2013
Ciąg dalszy stylówy

Gdzie jest upał?
Halooo taxi
Towarzysz Festiwalowicz - Monia!
Po 19 nadszedł czas na Mellow Mood – jeden z głównych powodów, dla których zjawiłam się w Płocku. Ich koncerty to wielki ładunek tak pozytywnej energii, że nawet zła pogoda nie jest w stanie zniszczyć dobrej zabawy pod sceną. Bracia bliźniacy o włoskiej urodzie (i takim też obywatelstwie) biegali po scenie, machali rękami, skakali, a przy tym jeszcze dobrze śpiewali. Wśród publiczności znalazły się osoby, które znały teksty piosenek, co mnie bardzo ucieszyło – nie byłam jedyną zdzierającą gardło. Myślę, że Mellow Mood wspiął się już na czołówkę europejskiego reggae i długo z niej nie spadnie. Przemawia za tym zarówno ich muzyka, jak i to, co się dzieje po koncercie. Muzycy poświęcili dużo czasu na rozmowy i zdjęcia z fanami, rozdawanie autografów. A dzień później w sieci napisali, że bardzo, bardzo kochają Polaków. Z wzajemnością!

Najważniejsi bliźniacy w moim życiu - Mellow Mood. Fot. Ewa Derehajło-Stasiak


Fenomenu grupy Jamal nie rozumiem. Nie przemawia do mnie człowiek, który na szyi ma wytatuowaną nazwę swojego zespołu i który przeklina na scenie. Nie można jednak odmówić muzykom charyzmy i umiejętności stworzenia fantastycznego show. Zaczęli grać po 21, ściemniło się, w związku z czym oświetlenie sceniczne dawało spektakularny efekt. Jamal zgromadził chyba największą publiczność z wszystkich dotychczasowych występów. Płocka plaża się zapełniła i rozbrzmiewała dźwiękami „Defto”, „Policeman” i innych utworów Jamala. Wszyscy się świetnie bawili, na czele z facetem przebranym za Świętego Mikołaja. Lato wszędzie!

Zespół Jamal przedłużył swój występ niemiłosiernie. Być może dlatego, iż dostali cynk o spóźniającym się Shaggym. Planowo już dawno Shaggy powinien zjawić się na scenie, a minęło sporo czasu, zanim autokar wiozący gwiazdę podjechał pod scenę (a właściwie prawie na nią wjechał). Obawiałam się trochę tego koncertu. Shaggy, megagwiazda, wykonawca wielu przebojów, spóźniający się już prawie godzinę. Czy warto czekać? Czy liczyć na świetny koncert, czy raczej na pokaz arcygwiazdorzenia? Na szczęście kiedy tylko Shaggy w czerwonych spodniach pojawił się na scenie, poczułam przypływ energii i radości. Shaggy oczywiście jest gwiazdorem, ale jakość jego show również jest… gwiazdorska! Od początku skakał i biegał po scenie niczym szaleniec, a ruchy jego bioder powodowały piski i zawstydzenie młodszych festiwalowiczek. Ktoś może powiedzieć, że piosenkarz chwilę pomachał tyłkiem, powyginał się, odśpiewał hiciory i tyle z tego było. Ja sądzę, że nie. Shaggy złapał znakomity kontakt z publicznością. Tańczyliśmy, śpiewaliśmy, piszczeliśmy, a w pewnym momencie pomnik lwa unoszony przez publikę powędrował w stronę sceny. „Angel”, „Boombastic”, „Fired up”, „Hey Sexy Lady” – to tylko niewielka liczba wszystkich zaśpiewanych hitów. Na scenie obecny był też Rayvon, z którym Shaggy od wielu lat współpracuje. Cały koncert był bombą energetyczną, ale końcówka to już zupełne apogeum – utwory z płyty „Summer in Kingston” spowodowały niesamowite zakwasy w nogach na drugi dzień. Jak się okazało, Shaggy i Rayvon wcale nie zmęczyli się koncertem na głównej scenie. Kilka minut po zniknięciu za kulisami Shaggy wskoczył na scenę soundsystemową! Nie sądzę, aby miał zapisany w kontrakcie dodatkowy występ, więc chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że polska publiczność spodobała mu się. Tak samo jak w przypadku Mellow Mood – z wzajemnością! Mimo że zamiast „Płock” wymawiał „Płak” – niech będzie mu wybaczone ;).

Mimo późnej godziny na przedostatnim koncercie festiwalu nadal bawiło się mnóstwo ludzi. Ras Luta rozbujał publiczność swoim „Nie mam hajsu” i nowym „Jak daleko”, Dr. Ring Ding nakręcał imprezę w namiocie soundsystemowym, gruziński Reggaeon nie pozwalał spać wytrwałym. A ci najbardziej wytrwali bawili się w rytmie reggae jeszcze trzeciego dnia.

W relacji nie wymieniłam wszystkich artystów występujących na Reggaelandzie, nie sposób być w kilku miejscach jednocześnie.

I tylko ja wiem,
jak kawałek zalaminowanego
papieru może przybrać na wartości!
Autograf jednego z braci Garzia z Mellow Mood :)



Płock! Szykuję kalosze i przybywam za rok! 

Relacja napisana dla Independent.pl

sobota, 24 listopada 2012

Koncert: One Love Sound Fest 2012, 17.11.2012, Wrocław, Hala Stulecia.


One Love Sound Fest 2012 już za nami… niestety! 17 listopada zleciał tak szybko, że kiedy w Hali Stulecia zapaliły się światła obwieszczające koniec imprezy, usta wykrzywiłam w podkówkę niczym nieszczęśliwe dziecko, marudząc „jak to, już po wszystkim?”. To oznacza, że warto było czekać na największy halowy festiwal reggae w Europie.

Kryzys zażegnany!


Sukces tegorocznej edycji One Love stał pod znakiem zapytania. Organizatorzy musieli poradzić sobie z niemiłymi niespodziankami. Kolejni headlinerzy rezygnowali z przyjazdu do Polski, a zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem festiwalu SOJA odwołali europejską trasę koncertową. Na szczęście fani reggae zamiast słów krytyki, wolą udzielać wsparcia! Na stronie facebookowej festiwalu organizatorzy dziękowali za spływające do nich maile dodające otuchy. Raz dwa sporządzono listę proponowanych artystów, gotowych zjawić się we Wrocławiu, dzięki czemu sami mogliśmy zadecydować w sondzie, kogo chcemy usłyszeć. W sondażu wybraliśmy weterana roots reggae – Ijahmana Levi oraz bardzo lubiany w Polsce, włoski skład Mellow Mood. Prawda, że godne zastępstwo? Nie wiem jak u reszty, ale u mnie początkowe obniżenie nastroju zostało całkowicie zrekompensowane.

Już w tramwaju czułam regałową atmosferę: wszechobecne dready oraz zielono-żółto-czerwone ubrania, szaliki, czapki, biżuteria, a nawet paznokcie. Wszyscy chcieli jak najszybciej znaleźć się w Hali Stulecia, jednak najpierw trzeba było odstać swoje kilkanaście minut w gigantycznej kolejce (tyczy się osób, które zjawiły się na samym początku imprezy, tj. około 16). O dziwo nikt się nie pchał, wszyscy grzecznie stali, czekając na swoją kolej.

Polskie smaczki muzyczne… i kulinarne.


Festiwal rozpoczął się bez żadnych opóźnień koncertem Junior Stressa, wokalisty, który kilka lat temu wydał debiutancką solową płytę, współpracował m.in. z Mariką i Lechem Janerką. Najmilsza była końcówka jego występu – Junior Stress, zapowiadając lekki i przyjemny utwór o zakochaniu „Znam ten stan”, odniósł się do tytułowego hasła festiwalu – na One Love Sound Fest nie mogło zabraknąć piosenki o miłości. Nieskomplikowane teksty i melodyjność zespołu Sun El Band skłoniły do lekkiego bujania się pod sceną, ale nie była to jakaś superenergetyczna bomba. W sam raz na rozpoczęcie festiwalu, kiedy połowa osób zaciekawiona jest tym, co dzieje się na scenie, a reszta wyrusza na poszukiwania szatni, toalet i sklepów z gadżetami.

Jako że One Love gwarantuje całe popołudnie, wieczór i noc reggae’owej zabawy, organizatorzy musieli zapewnić stoiska z jedzeniem i piciem. Pod względem jadłospisu wszystko było super – coś dla zwolenników kuchni tradycyjnej i wegańskiej, kukurydza, słodkie gofry. Jak się można było spodziewać, ceny nie były zachęcające, ale co zrobić, kiedy jest się głodnym… Zainteresowanie było spore. Trochę lepiej było z piwem – tradycyjne 6 zł za lane, 7 zł za puszkowe, do nabycia i wypicia w osobnym namiocie rozłożonym przy Hali.

Ludzi przybywało, tymczasem swoim głosem na scenie zaczęła czarować jedyna wokalistka sceny głównej wieczoru – Marika. To, co u niej lubię, to umiejętność grania mimiką twarzy i barwą głosu. Potrafi z lekką pogardą w głosie i drwiną na twarzy zaśpiewać „Filifionkę”, z czarującym uśmiechem „Moje serce” czy ze skupieniem spokojniejsze, soulowe utwory. Piękna, uśmiechnięta, utalentowana. Prezentowała kawałki z nowej płyty „Momenty”. Nie przesłuchałam wcześniej całego albumu, ale odniosłam wrażenie, że Marika wzięła się za trudne tematy, jak przemijanie i wieczność. Sama wspomniała, że wcale nie jest non stop uśmiechniętą trzpiotką, za jaką uchodzi. Trochę trudno było mi w to uwierzyć widząc piosenkarkę wirującą w tańcu i wołającą do publiczności „Ale jesteście piękni!”. Śpiewała też utwory z poprzedniej płyty, np. „Esta festa”, i jeszcze starsze, np. „Siła ognia”. Mając za sobą dwie dziewczyny w chórku i całą Spokoarmię, wszystko brzmiało świetnie. Wyszło dość zabawnie: Marika zapowiedziała ostatnią piosenkę i już zbierała się ze sceny, kiedy otrzymała informację, że mogą jeszcze chwilę grać. Jak to przyjęła? Oczywiście z szerokim uśmiechem! Po koncercie przechadzała się po korytarzu Hali rozmawiając z fanami i pozując do zdjęć. Kolejny raz przekonałam się, że mamy na polskiej scenie reggae’owej prawdziwy skarb.


Siła bliźniąt 


Mellow Mood. Od 17 listopada 2012 r. ta nazwa będzie kojarzyć mi się nie tylko z tytułem utworu Boba Marleya, ale też (a nawet przede wszystkim!) z dwoma niezwykle charyzmatycznymi mężczyznami, którzy sprawili, że One Love Sound Fest w końcu rozpoczął się na dobre. Przypominam, że zawitali do Wrocławia w zamian za SOJA. Tym bardziej cieszyłam się, że zostali tak pozytywnie odebrani. Ale to tylko ich zasługa, dali fantastyczny występ. Machanie rękami, klaskanie, kucanie z wyskokami… Tym stricte koncertowym gestom nie było końca. Nie każdy artysta potrafi sprawić, że w pewnym momencie publiczność chwyci się za ręce albo zaświeci zapalniczki tworząc niepowtarzalny klimat. Na początku śpiewał tylko jeden wokalista, po kilku utworach dołączył do niego gitarzysta. Głosy mają podobne – w końcu są bliźniakami – dlatego na scenie tak dobrze się uzupełniają. Trzeba przyznać, że są pełni wdzięku i potrafią uwodzić wokalem i sposobem poruszania się, co na pewno nie uszło uwadze żeńskiej części publiczności. Ich reggae jest porywające, dobrze brzmią i dobrze wyglądają. Wspólnie zaśpiewane „Only you” czy „Inna jail”, z akcentem wokalistów brzmiące dość zabawnie – „Inadziel”, sprawiły, że ten młody zespół, który przyjechał w zastępstwo, dał chyba najlepszy koncert, biorąc pod uwagę tych młodszych przedstawicieli świata reggae. Dodatkowo jakiś szczęściarz z publiczności zaopatrzył się w pałeczki do perkusji, rzucone w dal przez perkusistę Mellow Mood na koniec koncertu.

Chcieliśmy niekończącego się bisu, jednak konferansjer Mirosław „Maken” Dzięciołowski szybko przywołał publikę do porządku, zapowiadając niespodziankę. W całej Hali zgasły światła, jednak przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Niektórzy zaczęli gwizdać i tupać, słyszałam nawet naszą jakże częstą, polską przyśpiewkę: „Nic się nie stało! Chłopaki nic się nie stało…”. Tak, to już był ten czas, kiedy poziom alkoholu i radości na widowni znacznie wzrósł. Wreszcie na suficie i ścianach Hali pojawiły się świetlne esy-floresy i zabrzmiały niepokojące dźwięki. Niewiele to miało wspólnego z koncertem, może niektórym nieco wyostrzyło zmysły, ale jak dla mnie nie było to nic spektakularnego.

Nastąpiła dość długa przerwa w występach, poszłam więc zobaczyć, co słychać na scenie soundsystemowej. Pierwsza próba okazała się niepowodzeniem – sala była zapełniona po brzegi, nie dało się wejść. Prawdopodobnie Dancehall Masak-Rah robili właśnie niezłą masakrę na parkiecie, stąd ten tłok;).


Szwedzki rap i jamajskie roots reggae


Kolejny artysta sceny głównej, szwedzki raper Promoe, zafundował publiczności najbardziej zaangażowane teksty tego wieczoru. W przerwach między utworami, popijając sok i poprawiając długą, zdreadowaną brodę, namawiał do abstynencji alkoholowej i weganizmu. O tym też rapował, a jego energia i żywiołowość, oraz umiejętne połączenie hip-hopu z reggae przyciągnęło na parkiet mnóstwo osób. Widać, że Promoe ma zdecydowane poglądy, a dzięki talentowi znalazł doskonały sposób, aby podzielić się nimi ze światem. Szczególnie utkwił mi w pamięci utwór „Lullabies to myself”, w którym zadaje pytania, na które nie ma odpowiedzi… Choć część tych odpowiedzi i ukojenie daje muzyka. Na scenie raperowi towarzyszył C.O.S.MIC, członek Looptroop Rockers (w którym śpiewa również Promoe). Do niejedzenia mięsa mnie nie przekonali, ale do swojej muzyki – owszem.

Wreszcie przyszedł czas na headlinera prosto z Jamajki – Maxa Romeo. Siłą rzeczy tamtejsi artyści nie mają sobie równych. Nieskomplikowane, korzenne reggae zawsze znajdzie odbiorców. Mimo, że dready wokalistów są już siwe, Jamajczykom można pozazdrościć energii. Max Romeo posiada jej aż nadto, nie tylko do śpiewu, ale i do tańca! Były to prawie dwie godziny, podczas których Max Romeo wykrzykiwał „Jah! Rastafari!”, a na telebimach pojawiał się Haile Selassie. Ponadczasowe reggae z damskim chórkiem, moc pozytywnej energii, płynącej od już nie tak młodego zespołu. Były utwory „War Ina Babylon” czy „One Step Forward”, ale dopiero hit „I Chase The Devil” doczekał się największego aplauzu. Podobnie było z zaśpiewaną acapella „Redemption song”. „Won't you help to sing these songs of freedom”? Oczywiście, że pomogliśmy. Do śpiewania przyłączyła się cała publiczność, co w wielkiej Hali dało niesamowity efekt.

Soundsystemy w cieniu sceny głównej 


Czekając na kolejny występ, podjęłam następną próbę dostania się pod scenę soundystemową. Tym razem udało się! Ludzi było dużo mniej niż przedtem, pewnie dlatego, że nie działo się nic ciekawego… Prezentował się Overproof Soundsystem; zaduch i monotonne dźwięki szybko skierowały mnie do wyjścia. Ciężko być w dwóch miejscach jednocześnie. Scena główna oferowała w moim odczuciu lepszych artystów, wolałam się skupić właśnie na nich. Oprócz Dancehall Masak-rah i Overproof Soundsystem na mniejszej scenie grali również: Zebra, Silly Walks Discotheque, Radikal Guru & Cian Finn, Mungo’s Hi-Fi, Herbalize It. 


Saturday Night Fever – Mr. Vegas!


Tymczasem na scenie głównej właśnie pojawił się Mr. Vegas. Ten facet ma siłę ognia. Była 1 w nocy, a całe zmęczenie ze mnie uciekło. Co ten dancehall robi z człowiekiem! Superpozytywne „I’m blessed”, cover „Three little birds” czy niegrzeczne „Bruk it down”, przy którym na scenie pojawiły się tancerki dancehall z Ulą Afro na czele – to utwory, obok których nie dało się przejść obojętnie. Przypomniał mi się koncert Beenie Mana na Regałowisku, który również występował późno, a mimo to publiczność szalała. Nie ma rady, kiedy słyszysz te dźwięki, musisz tańczyć. Dodatkowo zabawę nakręcał towarzyszący wokaliście DJ, który wprowadził nieco dyskotekową atmosferę, wykrzykując co chwilę „Are you ready?!”. Mr. Vegas występował już w Polsce na Ostróda Reggae Festival, jego koncert został wtedy oceniony najlepiej przez fanów imprezy. Nie zdziwię się, jeśli na dniach zostanie okrzyknięty najjaśniejszą gwiazdą One Love Sound Fest 2012.


Wielki Mały Człowiek


Równie jasną gwiazdą był Ijahman Levi – drugi artysta, o którego występie dowiedzieliśmy się kilka dni przed festiwalem. W Polsce nieprzypadkowo fani nadali mu przydomek „Wielki Mały Człowiek”. Starszy pan lichej postury, ale za to z sercem na dłoni. Przed nim wystąpił jeszcze Hornsman Coyote, serbski wokalista reggae grający na puzonie. Akompaniował mu ten sam zespół, co Ijahmanowi, dlatego między ich występami nie było żadnej przerwy. Niestety sporo osób po dzikiej wariacji pod sceną spowodowanej występem Mr. Vegasa opadło z sił i ulotniło się do domu bądź do namiotu piwnego. Najbardziej wytrwali wysłuchali dźwięków roots reggae prosto z Jamajki, z cudownym, ciepłym wokalem Ijahmana. Idealnie dobrana muzyka na koniec festiwalu, uspokajająca, ale i lekko usypiająca (była 3 w nocy!). Miałam wrażenie, że Ijahman również jest już zmęczony, choćby samym czekaniem na swoją kolej. Śpiewał krótko, zaledwie kilka utworów, za to zgotował nam tak miłe pożegnanie, że na samo wspomnienie się uśmiecham. Niski, sprawiający wrażenie bardzo kruchego człowieka Ijahman Levi, pełen werwy zeskoczył ze sceny (która wcale nie była taka mała) i podbiegł do barierek, aby wyściskać publiczność. Widać, że sprawiło mu to ogromną radość, a nam, stojącym przy barierkach, jeszcze większą. Powróciwszy na scenę zapewnił, że ma nas w swoim sercu. Piękne pożegnanie i zakończenie festiwalu.

One Love Sound Fest 2012, mimo kilku przykrych niespodzianek, na długo zapadnie w pamięć fanom reggae z Wrocławia, z całej Polski i świata. Chwilowe rozjaśnienie życia jamajskim słońcem, kiedy na dworze zimno. Wytchnienie od codzienności, pozytywne zmęczenie tańcem i śpiewem. 12 godzin uśmiechu!

Recenzja opublikowana na Independent.plWSA.org.pl