Peter J. Birch to taki pan, który w gęstej brodzie nosi
jelenia i ptasie gniazdo, jak sugeruje okładka jego nowego albumu „The Shore Up
In The Sky”, mającego premierę pod koniec 2015 roku. Na okładce jest tyle
wszystkiego, że nie zdziwiłabym się, gdyby wśród przedstawionych tu latających
ryb, słońca-cytryny, kwiatków-oczu i kolorowej rzeki z piór przechadzałyby się
Słonie Salvadora Dalego. Grafika jak najbardziej na plus.
Peter. J. Birch, czyli Piotr Brzeziński pochodzący z Wołowa
(dolnośląskie), oprócz brody ma także gitarę i charakterystyczny, bardzo męski
wokal. „The Shore Up In The Sky” to jego trzecia płyta, którą nagrał z muzykami
z zespołu Two Timer. Nagrali na setkę, czyli że wszyscy muzycy grają
jednocześnie w studio. Wydaje mi się, że jest to trudne, wymaga niesamowitego
zgrania i uwagi, ale efekt końcowy i klimat jest nie do przecenienia.
Opisując krótko klimat albumu „The Shore Up In The Sky”,
można rzucić trzy hasła: rock, troszkę folku,
country. Na płytę składa się 11 utworów.
Otwierające Wake up Louisiana! – żywiołowy rock’n’roll,
mocny wstęp, ale już, już zaraz zwolnimy tempo przy…
Gallants – spokojnej balladzie z przyjemnie rzężącą gitarą i
pięknymi, pięknymi chórkowymi górami! Plus za bardzo przyjemny klip przedstawiający
relację Piotra Brzezińskiego z chyba jego najlepszym przyjacielem – własnym bratem. Polecam sprawdzić.
Self-Identity State of Mind – coś dla fanów Arctic Monkeys.
Nawet wokal Brzezińskiego brzmi w tym utworze podobnie do AM, choć końcówka
utworu to już trochę Foo Fighters, Pearl Jam itd. Co nie znaczy, że źle. Dobrze!
Memphis Blues – w tej balladzie country pierwsze skrzypce
gra harmonijka ustna. Do nucenia. Memphis… oh oh oh, Memhis… hey hey hey!
Black Tombstone – wyobraźcie sobie Johnny’ego Casha i Carter
Family. Dodajcie brodę wokaliście i odejmijcie czarny garnitur. Macie Petera J.
Bircha w piosence Black Tombstone!
New Prince – ballada-tło do romantycznej kolacji i takichże
spojrzeń w oczy
Old Fashioned Hollywood – patrz: Black Tombstone + urocze
chórki choo-wop, choo-wop i sentymentalna wstawka smyczkowa
I’ve got this train – wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda w
starszych westernach. Gdyby znał wtedy Petera J. Bircha, na pewno nuciłby sobie
ten utwór, alby się wkręcić w klimat filmu. Ciekawe, czy autor komponując miał
na uwadze Ride this train J. Casha? Albo nawet Folsom Prison Blues, zaczynający
się słowami „I hear the train a comin'”?
Everyday Chances – i znów harmonijka
Ownbackyard – a tu także spojrzeniowo-romantycznie
The Shore Up In The Sky – tytułowy utwór. Szkoda, że
umieszczony na samym końcu, bo jak dla mnie najlepszy. Całą jesień słuchałam go
w samochodzie. Jakoś tak pasuje mi do podróżowania. Nastrojowy, spokojny, współgra
z szarugą za oknem samochodu. Z czerwnononiebieskim zachodem słońca podczas
powrotu z pracy też. Kwintesencja dobrego smaku, delikatności i dowód, że
wystarczy gitara akustyczna i umiejętności wokalne, żeby wzbudzić ogromne
emocje. Bo ten utwór nieraz mnie wzruszył, co zresztą za kółkiem nie jest zbyt
bezpieczne, ale olać. Po tych kilku minutach muzycznej błogości następuje
chwila ciszy, a potem zaczyna się kończące płytę łubu-dubu, czyli taka
dodatkowa instrumentalna wstawka, trochę niespójna z resztą płyty, ale niech
będzie.
The Shore Up In The Sky to moja płyta numer jeden na
jesień 2015. Pewnie wciąż by tkwiła w odtwarzaczu CD w moim aucie, gdyby nie
fakt, że auto musiałam odstawić na warsztat, gdyż z końcem roku odmówiło
posługi. Jeszcze by mi mechanik dziabnął płytkę i potem utrzymywał, że „żadnej
płyty nie było!”. Hoho, hehe, nie. Chociaż… może dobrze by było. Zawsze to
jedna owieczka więcej w stadzie fanów Petera J
Których jak najwięcej powinno być.
Peter J. Birch, The Shore Up in the Sky, Borówka Music / Gusstaff Records, 2015
Poszłam dzisiaj do biblioteki oddać książki. Nie doczytałam ich
do końca, bo to wiecie, takie do pracy magisterskiej, czytane fragmentami. Nie,
że nudne. Nie. Poszłam je oddać, bo termin upłynął i… Oczywiście, że ich nie
oddałam. Weszłam do biblioteki i zamiast wyciągnąć książki z torby oznajmiając koleżance
po fachu, że „chciałabym oddać”, coś mi się we łbie poprzekręcało i
powiedziałam „chciałabym przedłużyć termin zwrotu książek”. Jasne, Hanka,
dźwigaj książki przez pół miasta, i nie oddaj ich. Co więcej, wypożycz kolejne,
żeby nie było zbyt lekko. Zrobiłam to celowo. Te książki są tak dobre, że
jednak postanowiłam ich nie oddawać, tylko przeczytać. Jedną z nich chciałabym Wam
dzisiaj polecić, tak szybciorem, bo dzisiaj Światowy Dzień Książki, więc kilka
słów tylko i wracam do czytania.
źródło: www.proszynski.pl
Piotr Kaczkowski – wszyscy wiemy kto to (prawda? Prawda?!). „42
rozmowy” to zbiór wywiadów, które Kaczkowski przeprowadził ze znanymi artystami
w latach 1999-2004.
Dzisiaj przeczytałam większość. W autobusie, w tramwaju, na
parapecie, na podłodze. Nie mogłam się oderwać. Zazdroszczę miliarda spotkań z
wybitnymi muzykami, możliwości porozmawiania z nimi. Bardzo podoba mi się sposób
prowadzenia rozmów, przygotowanie Kaczkowskiego do każdego spotkania... Chciałabym
kiedyś wiedzieć o muzyce i o artystach tyle, co on.
Kilka luźnych przemyśleń i zaraz spadam, serio.
Wybór muzyków – znakomity. Same wielkie osobowości. Nie
przypuszczałam, że Piotr Kaczkowski rozmawiał z Peterem Gabrielem, Mobym, Tori
Amos, Robertem Plantem, Markiem Knopflerem. Co ja wiem o świecie... Chyba nic!
Te wywiady mają dla mnie ogromną wartość, szczególnie te z
muzykami, których ubóstwiam. Ale nie tylko! Dzięki Kaczkowskiemu zwróciłam
uwagę na Tori Amos, której nigdy nie słuchałam, jakoś mi nie podchodziła, a
dzisiaj słucham już drugiego jej albumu i jestem pod wrażeniem. Tak bardzo zainteresowało
mnie to, co mówiła w wywiadach, że po prostu od razu, natychmiast, chciałam
poznać jej muzykę.
Rozmowy z muzykami utwierdziły mnie również w przekonaniu, że
artyści zapamiętują twarze. Zapamiętują twarze swoich oddanych fanów, którzy
zjawiają się na wielu koncertach. Zapamiętują twarze dziennikarzy. Według mnie
to jest niesamowite, ogromnie miłe.
Wiecie, ostatnio szukałam dobrego źródła o
firmie graficznej Hipgnosis, która tworzyła okładki Pink Floyd. Musiałam o niej napisać w pracy mgr, i co znajduję dziś w „42 rozmowach?” Wywiad ze Stormem
Thorgersonem, założycielem Hipgnosis. No po prostu hip hip, hurra! Tego mi było
trzeba!
Znaczące jest także to, że wywiady zostały zarejestrowane 10 i więcej
lat temu. Jak na dłoni widać, że rynek muzyczny - ba! - świat ogólnie rzecz biorąc! - od tego czasu zmienił się
baaardzo. Przykład? Moby, chwalący się, że ma takie fajne urządzonko – iPad, na
którym mieści się tysiąc utworów. W dobie smartfonów i gadżeciarstwa posiadanie iPada chyba nikogo już nie dziwi.
Kurcze, jest nawet wywiad z wokalistą Budgie;
do tej pory nie wpadło mi do głowy, żeby poczytać coś o Shelleyu, a przecież
między innymi na Budgie się wychowałam. Pamiętam, jak w 2006 wydali nową płytę
(poprzednia wyszła w 1982), i poszłam do sklepu muzycznego spytać, czy jest
nowe Budgie. Gościu (metal w średnim wieku) wybałuszył oczy i spytał: „A skąd
ty znasz Budgie!?”. No cóż, miałam 16 lat i mogłam być podejrzewana prędzej o słuchanie
Nelly Furtado, a nie klasyki rocka. No, wiesz, raczej nie. Budgie - "Breadfan", słuchajcie:
Piotr Kaczkowski
zwrócił moją uwagę na artystów, których może nie do końca znam, a właśnie
dzięki tym rozmowom mam ochotę poznać ich twórczość. Choć do Depeche Mode chyba
nikt mnie nie przekona, ominęłam dziś wywiad z Davem Gahanem, tak samo jak z
Liamem Gallagherem z Oasis, ale może wrócę do nich jutro, pojutrze.
Jeśli trochę interesujecie się muzyką, to przy okazji
zajrzyjcie do tej książki, może w bibliotece (egzemplarz bardzo podniszczony,
znaczy, że czytany!), może w księgarni, a może macie ją w domu. Wywiady nie są
długie, za to naprawdę, naprawdę wciągające. Zazwyczaj piszę o nowościach. To
nowość nie jest, ale musiałam chwilę poświęcić tej publikacji. Póki co, z tego co widzę, nakład jest wyczerpany (cieszy mnie to!), a co ważne, książka była już wznawiana :) Bardzo się
cieszę, że zupełnym przypadkiem wypożyczyłam „42 rozmowy” Piotra Kaczkowskiego.
I że zamiast oddać dziś tę książkę, przyniosłam ją z powrotem do domu. Warto
było.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2004
Miłego wieczoru i pamiętajcie, że jeszcze tylko maj, czerwiec, lipiec,
sierpieńwrzesieńpaździerniklistopad i prawie cały grudzień, i znowu będzie
kolejna odsłona Topu Wszech Czasów Radiowej Trójki! I znowu wygra „Brothers in
Arms” Dire Straits!
Wyjazd do Warszawy i pobyt w tym mieście uważam za bardzo
udany. Krótko, ale intensywnie i szalenie sympatycznie oraz… spontanicznie. Właściwie
jedyną do końca zaplanowaną rzeczą był fakt, że idę z przyjaciółką na koncert
Jamesa Arthura.
Jak to się stało, że pojechałyśmy na koncert Jamesa Artura?
Bilety kupiłyśmy kilka miesięcy temu. Nie byłyśmy wtedy jego
fankami, przynajmniej tak mi się zdaje… Również dzisiaj nie powiedziałabym, że
wzdycham na jego widok i uważam za artystę, który dokonał czegoś bardzo ważnego.
Nie… Po prostu kiedyś, pijąc martini z K. (dużo, duuużo martini!), zaczęłyśmy
słuchać Jamesa (dużo, duuużo Jamesa!) i śpiewać (głośno, głośno zapewne!). Muszę
w tym miejscu zaznaczyć, że K. i ja mamy zupełnie odmienne gusta. Bardzo rzadko
się zdarza, że podoba nam się ta sama muzyka, ciuchy, faceci… Dlatego,
podekscytowana faktem, że obie polubiłyśmy Jamesa (po wytrzeźwieniu nadal go
lubiłyśmy), pomyślałam, że fajnie by było, gdyby przyjechał do Polski. Wyobraźcie
sobie moją radość, kiedy kilka dni później trafiłam na informację o marcowym
koncercie w Warszawie! Jednak radość trwała tylko przez chwilę, bo okazało się,
że wszystkie bilety są już wyprzedane. Szkoda. Jednak wystarczyło kilka dni, aby radocha wróciła z podwójną siłą – zapowiedziano kolejny koncert
Jamesa, na 5 marca. Nic dziwnego, skoro bilety na 4 marca sprzedały się w kilka
dni, to dobrym posunięciem było zaplanowanie jeszcze jednego koncertu dzień
później. Zaopatrzyłyśmy się w bilety, kiedy tylko ruszyła sprzedaż. Co z tego,
że koncert w Warszawie, a nie w naszym Wrocławiu? K. wzięła urlop, ja po prostu
nie pojechałam na uczelnię. Są sprawy ważne i ważniejsze!
Na posiadaniu biletów na koncert kończyły się konkrety, a
reszta do samego końca pozostała jednym wielkim spontanem. Przede wszystkim
dojazd – w końcu zdecydowałyśmy się na Bla Bla Car. Polecam wszystkim z całego
serca! Jeśli tylko jest się pozytywnie nastawionym na poznawanie nowych ludzi i
nie czuje się tremy przed spędzeniem kilku godzin w samochodzie z obcą osobą,
to nie ma co się wahać. Można poznać fantastycznych ludzi, wysłuchać ciekawych
historii, i w dodatku być na miejscu dużo szybciej, niż w przypadku
podróżowania autobusem czy pociągiem. Dla mnie bomba i skorzystam z Bla Bla
jeszcze nie raz.
Źródło: www.muzyka.interia.pl
Koncert był w Klubie Palladium. Przyszłyśmy tam chwilę po
18, klub otwierano o 19. Jakby to powiedzieć… bardzo się przeraziłam i zrobiłam
wielkie oczy, kiedy ujrzałam kolejkę do wejścia. Fanki ustawiły się na
chodniku. Kolejka ciągnęła się przez połowę ulicy, galerię handlową i co tam
jeszcze. Jakieś 670 osób. Ponoć niektóre dziewczyny koczowały pod klubem od
rana, żeby tylko mieć miejsca pod sceną. Tak jak się spodziewałam, były to w większości
nastolatki. Porozumiewawcze spojrzenia z K.: chyba żartujesz, że staniemy na
końcu tej kolejki!, i raz dwa, magicznym sposobem znalazłyśmy się prawie pod
wejściem do klubu. [Jeśli czyta to jakaś fanka, która stała za nami bądź przed
nami, to przepraszam bardzo, że się wepchałam w kolejkę, ale nie usłyszałam
znikąd żadnych słów sprzeciwu i poczułam się nawet zaproszona w szeregi tych,
które dzięki dobrej miejscówie w kolejce miały zapewnione także miejsca pod
sceną!].
O 19 bramy klubu zostały otwarte i tłum dziewcząt z piskiem
przemieścił się pod scenę, chociaż koncert miał się zacząć dopiero za dwie
godziny. Niezbadane są wyroki boskie. Wiecie, jakie są zalety tego, że jest się
osobą nieco starszą niż typowa jamesowa fanka? Takie, że w chwili, kiedy one
pobiegły pod scenę, my poszłyśmy się rozejrzeć za czymś do picia i… nie było
kolejki do baru. Ani jednej osoby w kolejce do baru. Nikomu nie chciało się pić
alkoholu, albo nikt nie był wystarczająco 18-letni, aby móc sobie kupić piwo.
Jezu, naprawdę. Pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją na koncercie. Nie
to, żebym przychodziła na koncert z zamiarem schlania się, ale jedno piwo można
wypić.
Była to miła odmiana! Koncerty klubowe kojarzyły mi się do tej pory z trzema
„punktami kontrolnymi”, które wymyśliłam sekundę temu (wszelkie prawa zastrzeżone!:P):
1. PRZEDKONCERCIE
- kolejka do wejścia
- kolejka do szatni
- ewentualnie kolejka po żetony na napoje (nie zawsze, bo to
raczej na festiwalach)
- kolejka do baru
- kolejka do
toalety
2. KONCERT WŁAŚCIWY
3. POKONCERCIE
- kolejka po autografy i zdjęcia
- kolejka do toalety
- kolejka do szatni
- kolejka do wyjścia
Wniosek: fanki Jamesa Arthura nie sikają. Albo sikają do wewnątrz.
Em… Whatever.
Trochę nie rozumiem stania dwie godziny przed koncertem pod
sceną. Nie krytykuję tego, ale wiem, że równie dobrze można pod tę scenę pójść
pół godziny przed koncertem i znaleźć równie dobre miejsce. Ale o czym ja
mówię, nie wiem jak to jest stać od 10 rano pod klubem czekając na wejście. Z
chęcią natomiast skrytykuję zachowanie niektórych fanek Jamesa, które wygwizdały artystkę supportującą, tj. Agathę. Ujmująca polska wokalistka
śpiewająca po angielsku. Może rzeczywiście wybór supportu nie był zbyt trafny,
po prostu nie ten repertuar, nie dla tej publiczności… Ale pytam się, czy ktoś
kazał tym fankom stać twardo pod sceną, skoro support im się nie podobał?
Wszystkie mogłyby wyjść się przewietrzyć, ustępując miejsca osobom, które
doceniłyby Agathę. A chwilkę przed wyjściem Jamesa mogłyby tłumnie powrócić pod
scenę i piszczeć z zachwytu, zamiast podczas koncertu Agathy drzeć się do niej wy-pier-da-laj! oraz Ja pier…, nie po to płaciłam osiem dych, żeby takiego badziewia słuchać!.
Ludzie, trochę szacunku i tolerancji! Mam nadzieję, że kiedyś te dziewczyny
dorosną do tego, że nie trzeba emanować wieśniactwem na prawo i lewo. A jeśli
nie, to zapraszam na dożynki. Tam będą mogły kląć i drzeć japę pod sceną ile
wlezie. Nie mówię o ogóle fanek, mówię o tych kilku konkretnych. Zdenerwowały mnie.
Zanim przybył James, na parkiecie zrobiło się na tyle
gorąco, że współczułam wszystkim młodszym dziewczynkom (ok. 10-12 lat), które
przyszły na koncert z rodzicami. Stała taka jedna obok mnie, i słowo daję,
gdybym miała przy sobie butelkę wody, z chęcią bym jej odstąpiła napój, taką miała
smutną i zmęczoną buzię. Na szczęście ochroniarze się zorientowali, że jest
dość duszno, bo zaraz zaczęły krążyć wśród publiczności kubki z wodą. Jeden z
nich dotarł także i do nas. Dawno nie widziałam takiej radości u dziecka, jak u
tej dziewczynki stojącej obok mnie. Uśmiech od ucha do ucha, a daję słowo, że
mała wypiła nie więcej niż dwa łyki wody!
Źródło: www.muzyka.interia.pl
Wreszcie wybiła magiczna godzina 21:00, z głośników poleciał
utwór Jamesa, tłum zaczął piszczeć, a ja pożałowałam, że nie wzięłam ze sobą
stoperów do uszu. James wyszedł na scenę i się zaczęło: wrzask, pot, łzy,
śpiew, emocje, emocje, emocje! Każda kolejna piosenka wywoływała dziki szał i
wrzaski: O Bożeeeeeee! To toooo!, To ta piosenka!!!, i oczywiście I love
you James!!!, każde wypowiedziane przez wokalistę DZIEKUJE! wywoływało szał
do kwadratu. Sporo fanek zgadało się wcześniej na stronie fb wydarzenia, że
zrobią różne akcje koncertowe. Akcje, czyli: wycięte z czerwonego papieru
serca wznoszone w górę podczas konkretnego utworu, kartki z napisem You’re
My Recovery unoszone podczas utworu Recovery, układanie dłoni w
kształt serca. Najlepszym pomysłem według mnie była biało-czerwona flaga z napisem We love you!, rzucona na scenę. James wziął ją i zarzucił sobie na szyi, to mnie ujęło, naprawdę. Wszystko to jest miłe i fajne, tylko zastanawiam się, czy
26-letni wytatuowany facet prawdziwie się cieszy i jest dumny z papierowych
serduszek. Może jest… Na pewno ceni swoich fanów. Super, że babeczki potrafią
się tak skrzyknąć. Na dodatek jestem pewna, że zdecydowana większość znała
teksty wszystkich piosenek i śpiewała razem z Jamesem. Niektóre dziewczyny
płakały. To mówi samo za siebie – James potrafi wzbudzić emocje.
James Arthur wyrobił się, bardzo schudł i widać, że nad jego
wizerunkiem pracuje szereg specjalistów. Nabrał charyzmy scenicznej. Oglądałam
wcześniej jego występy w X Factor i zauważyłam, że ma kilka nawyków, które na
scenie nie wyglądają zbyt dobrze, jak np. szarpanie dekoltu swojej koszulki.
Robił to dość często, a w Warszawie wykonał taki gest tylko dwa razy, i to z
premedytacją, chcąc zaśmiać się z samego siebie i pokazać, że ma do siebie
dystans. Szarpnął się więc za ten t-shirt odsłaniając kawałek klatki
piersiowej, z czego zaraz zaczął się śmiać, i czym wywołał oczywiście wzmożony
pisk na sali.
Uważam, że jest niezwykle uzdolniony i na żywo brzmi bardzo
dobrze, niektóre kawałki podobały mi się bardziej niż wersje z albumu. James
śpiewał i grał na gitarze zarzucając swoją przydługą grzywką, nawiązał też kontakt z publicznością, wskazując palcem na konkretne
osoby, machając do nich, uśmiechając się. Aż trudno uwierzyć, że ten wokalista
cierpi na stany lękowe, o czym otwarcie mówi w wywiadach.
Kilka razy się wzruszyłam. Przy utworach New Tattoo i Certain Things. Są
piękne i oczy mi się zaszkliły, ale daleko mi było do potoku łez niektórych
fanek. Rozumiem jednak ich łzy doskonale! James zaśpiewał wszystkie utwory ze
swojej debiutanckiej płyty, nie będę ich wymieniać, ale polecam w szczególności
dwie piosenki z początku tego akapitu:
Cały album jest według mnie dobry. Jak na poprock, to
naprawdę daje radę i lubię go słuchać. Ale jeśli mam być szczera, uważam, że ta
płyta nie jest do końca jego. Zresztą to nawet nie kwestia szczerości, to po
prostu fakt. James Arthur mówił o tym w wywiadach, i nie pozostaje mi nic
innego, jak czekać na kolejny album, który będzie stuprocentowo jego,
pozbawiony – nazwijmy to ogólnie – wpływami z zewnątrz. Będzie lepszy, czyli
będzie świetny. Chętnie pójdę na jego następny koncert w Polsce. Powiedział, że
przyjedzie i chciałby zagrać w jakimś większym miejscu. Liczę zatem na Wrocław,
być może Stadion albo Hala Stulecia? A właśnie, James powiedział, że to ostatni
koncert na tej trasie koncertowej. To jego pierwsza tak duża trasa, więc wielki
szacunek za to, że nawet na ostatnim występie dał z siebie wszystko, choć
chwilami rzeczywiście wyglądał na zmęczonego. Niestety, nie wyszedł spotkać się
z fankami, chyba że coś przeoczyłam.
Brawka dla tych, którzy dotrwali do tego momentu recenzji!
Teraz następuje bonus, punkt kulminacyjny, zwał jak zwał (lub nawet zawał –
myślę, że w tamtej chwili niektóre fanki dostały zawału, serio). W każdym
razie, są na koncertach momenty, które zaskakują. Nikt się ich nie spodziewa,
są mega spontaniczne, nie wiadomo, co się wydarzy w kolejnej sekundzie i czy wszyscy
wyjdą z tego cali i zdrowi. Uwielbiam to w koncertach.
Uwaga: po bisach
(oczywiście utwór Impossible zaśpiewany wspólnie z publicznością) James Arthur
ściągnął koszulę i rzucił ją w publikę. Koszula wylądowała w rękach jednej z
dziewczyn, stojącej całkiem blisko mnie. Ktoś ma wątpliwości, co było dalej?
Czy dziewczyna uśmiechnięta wyszła spokojnie ze zdobyczą i wróciła do domu? No
way! Tłum fanek rzucił się na nią (i na dziewczynę, i na koszulę), piszcząc,
szarpiąc się, szczypiąc i co tam jeszcze. Stałyśmy z K. zaraz obok tej
przepychanki. Nawiązałyśmy porozumiewawcze spojrzenia, któraś z nas krzyknęła Dawaj!,
i rzuciłyśmy się na zbitek rozszalałych z żądzy posiadania koszuli fanek. Kurde,
dawno się tak dobrze nie bawiłam! Tylko że ja i K., w przeciwieństwie do reszty
dziewczyn na ringu, śmiałyśmy się z zaistniałej sytuacji i dołączyłyśmy do
walki dla jaj. Śmiałyśmy się na głos, ale kiedy udało mi się złapać rękaw
koszuli, poczułam zew krwi i prawdziwą wolę walki. Tym bardziej, że miałam
realne szanse na zdobycz, jestem dość silna i nie miałam zamiaru puścić raz
złapanego rękawa! Rozejrzałam się wokół i pomyślałam, że niedługo będę gwiazdą
Youtuba – kilka osób nagrywało filmiki i robiło zdjęcia. Któraś z fanek
zawołała: Czy ktoś ma nożyczki? Potniemy koszulę i każda dostanie kawałek! Myślę sobie: Tak, z pewnością wszyscy zabierają ze sobą nożyczki na koncerty,
yes baby. Nożyczki wcale nie były potrzebne, bo koszula i tak się porwała,
niestety nie na tyle kawałków, aby wszyscy byli zadowoleni. W końcu przyszedł
jakiś chłopak z kluczem, i tym kluczem pociął trzymany przeze mnie wciąż rękaw,
i oto jest! Fragment jeansowej koszuli Jamesa Arthura, patrzcie i podziwiajcie:
Najzabawniejsze było to, że ochroniarze tylko stali i
zastanawiali się, czy rozdzielić tę szamotaninę, czy lepiej się w to nie
mieszać. Na pewno na ich twarzach dostrzegłam zaskoczenie i niedowierzanie. Ciekawe,
jak zareagowałby James, gdyby zobaczył, co się dzieje.
Myślę, że James Arthur może wyczynić jeszcze coś dobrego,
lepszego. Ma warunki wokalne, dobry zespół (piękne, utalentowane Murzynki w
chórkach!), i bardzo oddane fanki. Piąteczka dla nich za wytrwałość,
cierpliwość w staniu w kolejce, znajomość tekstów i przygotowane akcje
koncertowe. Piąteczka dla Jamesa!
Nathan
Brackett to amerykański dziennikarz muzyczny. Obecnie pełni funkcję zastępcy
redaktora naczelnego magazynu Rolling Stone. Tworzył także stronę internetową
czasopisma oraz redagował książkowe wydanie listy „500 Greatest Songs of All Time” magazynu
Rolling Stone. Lista dostępna tutaj: 500 Greatest Songs.
Z racji, że autor związany jest z
Rolling Stone, nie dziwi fakt, że we wstępie książki cytuje Jaya-Z,
który napisał wstęp do „500 Greatest Songs”. Cała wypowiedź rapera dostępna tutaj: Jay-Z o przeboju, warto poczytać!
Na książkę składa się 80 utworów
ułożonych chronologicznie, dzięki czemu czytelnik może prześledzić ewolucję
rocka. Listę otwiera Bill Haley i jego „Rock Around the Clock” z 1954, a kończy
grupa Coldplay i „Fix You” z 2005 roku. Wydawnictwo ma charakter albumowy, stąd
też jego dość wysoka cena – 59,90 zł. Płacimy za twardą okładkę, wyklejkę,
papier kredowy, za dobrze wykonaną pracę grafika i mnóstwo fotografii zachęcających
do kupna książki. Zmieniłabym tylko okładkę. Gitara w płomieniach jest zbyt
oczywista i mało przekonywująca, po prostu nijaka i właśnie taka typowo „albumowa”.
Oczekiwałabym czegoś bardziej zaskakującego.
Utworom poświęcono od 2 do 4 stron. W
każdym przypadku zawarto zdjęcie okładki albumu, z którego pochodzi nagranie,
komentarz Nathana Bracketta oraz wypowiedzi znanych muzyków rockowych odnośnie
omawianego utworu. Do tego kolorowe zdjęcia, a czasem również fragmenty
tekstu utworu.
Nathan Brackett obiecuje, że „te
osiemdziesiąt piosenek to najlepsze z najlepszych”. O gustach się nie dyskutuje,
ale rzeczywiście przedstawione w publikacji utwory każdy fan rocka pewnie zna
na pamięć. Dla mnie ten album jest interesujący, bo w jednym miejscu skupia
mnóstwo ciekawostek o okolicznościach powstania wielkich przebojów. Sama nigdy
nie pofatygowałabym się, aby szukać w necie niezwykłych historii, które
inspirowały muzyków do napisania wybitnego tekstu. Teraz mam je wszystkie pod
ręką. Często są to zabawne historie, a czasem okazuje się, że utwór stanowiący
dziś wielki przebój, początkowo w ogóle nie miał być umieszczony na płycie.
Zastanawia mnie tylko, dlaczego autor
umieścił w tym zestawieniu „Billy Jean” Michaela Jacksona, który był królem popu, a nie rocka. Jeszcze bardziej dziwi mnie obecność „Holiday”
Madonny, na której zdjęcia z lat 80. nie mogę patrzeć (zresztą na żadne inne
też nie). Słabiutki wokal i piosenka, która nigdy nie zaciągnęłaby mnie na
parkiet dyskoteki. Utwór Madonny jest niczym i ginie wśród innych przedstawionych
w książce numerów; choćby Deep Purple, The Velvet Underground czy Patti Smith.
O ich utworach mogę czytać w nieskończoność!
Myślę, że sporo
osób dostało tę książkę pod choinkę kilka dni temu. Może jakiś młody chłopak,
początkujący gitarzysta. Może mama, która chętnie poczyta o Elvisie Presleyu.
Może dzieciak, który wkracza na niebezpieczną ścieżkę słuchania popowej
sieczki, i rodzice chcą go przed tym uchronić podarowując tę książkę. Każda
możliwość jest dobra!
Czy życie każdego rockmana obfituje w ciągi
alkoholowo-narkotykowe, przygodny seks i nieustające imprezy w trasach
koncertowych? Przeczytałam kilka biografii muzyków, którzy rzeczywiście nie stronili
od tego typu rozrywek; są legendami,
żyjącymi bądź już niestety nie. Wiecie… Można też inaczej! Można być gwiazdą rocka,
szanującą swoją prywatność i unikającą skandali. Szaleńcem muzycznym, który
nigdy nie był na odwyku, i który ponad libacje alkoholowe przedkłada życie
rodzinne i ciężką pracę nad muzyką. Spójrzcie na tytuł wpisu. Jasne, że chodzi
o Dave’a Grohla.
Przed lekturą „Dave Grohl. Nirvana & Foo Fighters” byłam
jedną z wielu osób, które Dave’a kojarzą, jak wskazuje tytuł, z tych właśnie
dwóch zespołów. Wiedziałam też, że kręcił coś z Queens of the Stone Age i z
Lemmym z Motorhead. Za sprawą tego ostatniego osoba Dave’a zaciekawiła mnie na
tyle, aby poczytać o jego twórczości ciut więcej. Dave pojawił się w tym oto
filmie: Lemmy - Filmweb, o którym zresztą pisałam tutaj: Lemmy - recenzja.
Poczucie humoru, śmiech i wypowiedzi Grohla w dokumencie tak mnie oczarowały,
że sięgnęłam po książkę Wydawnictwa Anakonda.
Kilka kwestii w tej publikacji zwróciło moją szczególną
uwagę. Pierwsza sprawa – jak tytuł odnosi się do treści? Myślę, że podtytuł
„Nirvana & Foo Fighters” sporo wyjaśnia czytelnikowi, który spodziewa się
biografii muzyka. Biografia to nie jest, poznamy jedynie ogólny zarys życia
rodzinnego. Z drugiej strony, nie jest to jedynie opis Nirvany i Foo Fighters.
Może są to główne kapele, z których Grohl jest znany, ale autor pisze o
wszystkich wcześniejszych i późniejszych projektach muzycznych, a jest ich
naprawdę sporo! W związku z tym tytuł jest nieco mylący. Wystarczy zresztą
spojrzeć na tytuł oryginału, w którym zwrot „other misadventures” jest strzałem
w dziesiątkę. Polskie wydanie też mogłoby zawierać podobny podtytuł.
Kolejna rzecz, która pewnie zachęci do lektury: kawały o
perkusistach. Pierwszy z nich jest umieszczony na początku książki, gdzieś
między wstępem a podziękowaniami. Myślałam, że jest to jednorazowa wstawka,
nastrajająca pozytywnie do czytania, ale nie. Każdy rozdział rozpoczyna się dowcipem
o perkusistach. Co za dystans, lepiej bym tego nie wymyśliła! Czasem musiałam
się nieźle powstrzymywać, żeby nie opluć książki. Tym bardziej, że podczas
czytania zawsze piję herbatę. Chwila niepowstrzymanego chichotu i herbaciane
kleksy gotowe…
- Co powiesz perkusiście z bardzo znanego zespołu?
- Powtórz, jak się nazywasz?
Jeśli chodzi o Dave’a Grohla, książka potwierdziła moje
wrażenia o nim: „walił w gary z wielką radością i energią, zarzucając włosy w
każdym kierunku. Energia jego uderzeń równać się mogła jedynie z intensywnością
szerokiego uśmiechu” (s. 63). Taki jego obraz zapamiętałam z filmu „Lemmy” i z
teledysków Foo Fighters; jak się okazuje – obraz prawdziwy. Niezwykle
uzdolnionego muzyka, który wcale nie ubiegał się o uzyskanie statusu gwiazdy
rocka. Obraz faceta bardzo serdecznego, który zamiast przytykać kolegom po
fachu (jak robi wielu muzyków), wypowiada się o nich ciepło. Uparłam się
dzisiaj chyba na tego Lemmy’ego, ale proszę, przykład pierwszy z brzegu: „Lemmy.
Co tu można w ogóle powiedzieć? On jest Bogiem” (s. 191). I jeszcze jeden: „Moim największym bohaterem
jest Neil Young. On żyje tak, jak mam nadzieję sam kiedyś żyć” (s. 211).
Autor Martin James, dziennikarz muzyczny, doktor
dziennikarstwa piszący dla wielu magazynów, opisuje historie kolejnych
zespołów, w których grał i śpiewał Dave. Dużo miejsca poświęca analizie
konkretnych utworów, używając trafnych epitetów: „wyborne gitary”, „delikatna
nuta”, „powściągliwa gra”, „uduchowiony refren” (s. 182). Jest przy tym
obiektywny – jeśli jakiś album nie odniósł sukcesu, nie próbuje wmawiać
czytelnikowi, że jest dobry. Dużo informacji, cytatów, postaci ze środowiska
muzycznego (m.in. David Bowie, Slash, Jack Black), mnóstwo muzyki, którą możemy
sobie puścić w tle.
Wszystko byłoby super, gdyby nie korekta. Czasem nawet
odnosiłam wrażenie, że jej zupełny brak… Oto, co znalazłam: błędy w stylu „one”
zamiast „on”, pisane kursywą niepełne tytuły piosenek, powtarzające się po
sobie te same wyrazy, brak konsekwencji w używaniu cudzysłowów i mój największy
„hit”: „Robert Taylor z Queen”. Szkoda.
Najbardziej cieszę się z tego, że dzięki książce poznałam
zespół Them Crooked Vultures. Coś przepięknego. Z pełnym przekonaniem mówię,
że to moje objawienie miesiąca. Warto posłuchać.
Mimo że omawiany album grupy Ziemia Kanaan miał swoją premierę ponad pół roku temu, to warto o nim napisać, nawet z „lekkim” poślizgiem.
Dawno nie słyszałam polskiego zespołu, w którego twórczość wsiąknęłam już od pierwszej piosenki. Najpierw trafiłam na znany przebój lat 70. - „Porque Te Vas”. Nie przepadam za oryginalną wersją, dziewczęcy wokal Jeanette ani mnie ziębi, ani parzy, nie dostrzegam w jej śpiewaniu żadnych emocji. Tymczasem po odsłuchaniu tego numeru w wykonaniu Ziemi Kanaan olśniło mnie. Ten utwór jest wspaniały! Jednak cover może nagrać każdy, ciekawe czy we własnych utworach zespół także ma coś do zaoferowania – pomyślałam. Przesłuchałam zatem całego albumu „Katarynka”, i jak już wspomniałam, wsiąknęłam w tę muzykę. Chociaż „wsiąkać” jakoś brzydko mi tu brzmi. Dałam się ponieść tej muzyce. O, tak ładniej.
Ziemia Kanaan powstał w Stalowej Woli. Przez ponad 10 lat swojej działalności muzycy zaliczyli sporo festiwali reggae, ich utwory były umieszczane na różnych składankach. W większości ich twórczość utrzymuje regałowy puls, ale pierwsze, co mi się nasuwa na myśl jeśli chodzi o ich muzykę, to duże urozmaicenie, świeżość, różnorodność. Nie zamknęłabym Ziemi Kanaan w jednej szufladce z Habakukiem, Parpiką Korps, Pustkami, Czerwonym Tulipanem, Daab, Maleo Reggae Rockers czy nawet Czesławem Mozilem. Dlaczego wymieniłam tak wiele grup? Każdy z tych zespołów ma w sobie coś charakterystycznego, nie grają identycznej muzyki, prawda? Właśnie stąd w moim odczuciu ta różnorodność Ziemi Kanaan – mam wrażenie, jakby inspirowali się muzyką wielu zespołów (te, które wymieniłam wyżej, przyszły mi na myśl jako pierwsze; ciekawe, czy trafiłam), zmiksowali ją ze swoimi pomysłami, i tak oto powstał album „Katarynka”. Nie zrozumcie mnie źle – nie chodzi mi o kopiowanie czyjejś twórczości.
Nigdy nie byłam w Stalowej Woli, mogę się jedynie domyślać, że grafika na okładce przedstawia to miasto, jakże kolorowe i niekojarzące się z przemysłem hutniczym. A może się mylę.
Kilka konkretów odnośnie albumu. Rzecz pierwsza: wokal, który jest moim zaskoczeniem numer jeden. Czasem zdarza mi się, słuchając jakiegoś utworu, mieć wątpliwość, czy śpiewa kobieta, czy mężczyzna. Ba, nawet jeśli wiem, że za mikrofonem stoi np. Artur Rojek, zamykam oczy i wyobrażam sobie kobietę śpiewającą „My” Myslovitz. Podobnie, kiedy śpiewa Tracy Chapman, wyobrażam sobie postawnego mężczyznę. Taki odchył, którego przyczyną są niesamowite barwy głosu. Miałam tak również w przypadku wokalisty Ziemi Kanaan – Mariusza Zarzecznego. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy na teledysku ujrzałam, że łagodny, ciepły, lekko zachrypnięty głos należy do faceta mogącego z powodzeniem być frontmanem zespołu hard rockowego! Ważną rzeczą jest dla mnie rozumienie, co wokalista śpiewa (chodzi mi o wymowę, nie o zrozumienie sensu utworów). Tutaj duży plus! Nie ma niewyraźnie zaśpiewanych wersów (nawet w bardzo trudnym utworze „Widziadła”), nierównych chórków, które też często utrudniają odbiór, i czego tam jeszcze. Wokalista mega uniwersalny, sprawdza się w bardziej reggae’owych, bujających dźwiękach, ale wydrzeć też się potrafi. Zresztą wokalnie udziela się nie tylko Mariusz Zarzeczny, ale i reszta zespołu.
Sprawa druga – to zróżnicowanie, o którym pisałam. Jest kilka utworów zaczynających się od mocnych, rockowych gitar, przechodzących w spokojniejsze, bujające reggae („Słonko”, „Kory drzewne”). Podoba mi się taka konstrukcja, chociaż na koncertach może być trochę myląca – zaczynasz pogować, aż tu nagle zdezorientowany przechodzisz do regałowego bujania. Reggae, rock, ska – czego tu nie usłyszymy? Kilka pierwszych utworów to właśnie pomieszanie reggae z rockiem, czego kwintesencją jest wychwalane przeze mnie wcześniej „Porque Te Vas” (och, te zakończenie utworu… Lepiej bym tego nie wymyśliła!). Później spokojna i melancholijna „Druga Opowieść” (usłyszymy ją także kilka minut później w chilloutowym remixie Gitbit Papilot). Jednak spokój jest tylko chwilowy, bo kolejne utwory - „Jutro Znaczy Nic”, „Jahlove” (w języku angielskim) i „Widziadła” to iście rockowe klimaty. Na końcu usłyszymy kolejny remix – tym razem utworu „Den Sowy”, otwierającego album. Muzycznemu zróżnicowaniu sprzyja też mnogość instrumentów – nie tylko gitary, ale też mandolina, akordeon, klarnet, a nawet kachon. Także remiksy, z uspokajającymi dźwiękami instrumentów dętych, urozmaicają płytę.
Minusem jest brak książeczki z tekstami piosenek. Wiem, że łączy się to z dodatkowymi kosztami, ale w przypadku tekstów, które nie wpadają w ucho aż tak, że po chwili znasz utwory na pamięć, jest to spora wada. Tym bardziej, że niektóre z nich zasługują na szczególną uwagę (jak choćby „Druga Opowieść”) i chciałoby się lepiej w nie wsłuchać mając przed oczami treść.
Powtórzę raz jeszcze: dawno nie poznałam zespołu, który tak by mnie zainteresował już po kilku dźwiękach. Nie musiałam się przekonywać do tej płyty, przetrawić jej, odłożyć na bok i wrócić do słuchania po kilku dniach. Od razu „zaskoczyło”. Pozytywnie zaskoczyło!
Porządnej relacji z Nowego Brzmienia Hey nie będzie, bo nie
byłam na tym koncercie. Uściślając, nie byłam pod sceną, nie byłam wśród tłumu,
nie byłam nawet na terenie Wyspy Słodowej, ale… słyszałam i tak! Widziałam i
tak! Trochę niewyraźnie, ale wystarczyło, aby odczuć klimat i miłość do zespołu
Hey. Ci, którzy nie mieli biletów na koncert, siedzieli w pewnym miejscu nad
Odrą, z którego jest w miarę dobry widok na scenę. Dźwięk jest trochę
przytłumiony, ale i tak jest bardzo klimatycznie. Wieczór, szum wody i wiatru,
widocznie w oddali światła sceny i telebim. Bardzo przydatny, aby cokolwiek
zobaczyć z takiej odległości, czyli od drugiej strony rzeki.
Przyszłam tylko na koncert Hey. Występy poprzednich
zespołów, grających tego dnia utwory Hey we własnych aranżacjach, też na pewno
były interesujące, ale tego dnia miałam ochotę usłyszeć tylko Kasię, śpiewającą
własne utwory. Myślę jednak, że Nosowska i pozostali członkowie zespołu musieli
być bardzo wzruszeni słysząc swoje piosenki w wykonaniu innych kapel. Co jak
co, ale wydaje mi się, że Kasia Nosowska należy do osób łatwo wzruszających
się, co pokazuje zresztą na każdym koncercie.
Zawsze na koncertach Hey chce mi się płakać. Teksty tak do
mnie przemawiają… Nieraz metaforyczne, nieraz do bólu proste, ale zawsze tak
prawdziwe, tak dla mnie zrozumiałe, że czasem się dziwię, dlaczego sama ich nie
wymyśliłam. Chociaż… właściwie nie ma co się dziwić, talent Kasi Nosowskiej ma
tylko Kasia Nosowska!
Nie zapoznałam się jeszcze z całym najnowszym albumem
zespołu Hey, dlatego miałam nadzieję, że ten wieczór nie ma na celu promowania „Do
rycerzy, do szlachty, do mieszczan”, ale raczej zaprezentowania ogółu
twórczości zespołu. Nie zawiodłam się. Usłyszeliśmy utwory z czasów Kasi
Czerwonowłosej, Kasi Zdreadowanej, Kasi Łysej, Kasi Długowłosej, Kasi Brunetki,
Kasi Blondynki. Tyle Kaś, a ciągle jedna i ta sama, przepiękna : )
Największe wzruszenie? Kiedy śpiewała:
Jesteś cenny
tak jak ja
Jesteś piękna tak jak ja
Jestem dzielna tak jak wy
Nie wiem, co
autorka miała na myśli pisząc te słowa, ale ja ich bardzo potrzebowałam, i wytężając
wzrok żeby zobaczyć Kasię na telebimie, byłam szaleńczo wdzięczna za te słowa.
A poza tym? To, że 90 % utworów Nosowska kończy nieśmiałym „No… Dziękujemy
bardzo…Naprawdę…”, jakby chciała przeprosić za to, że w ogóle się zjawiła na
scenie… To jest takie urocze! Ten jej niepewny uśmiech, spuszczanie wzroku,
jakby tylko czekała, aż zabrzmią pierwsze dźwięki kolejnej piosenki, żeby na
powrót mogła zająć się śpiewaniem, a nie konferansjerką… Kasia stojąca non stop
przy mikrofonie, bite dwie godziny, nie zmieniając swojej postawy, żadnego
kiwania się w rytm muzyki, żadnego namawiania publiczności do klaskania… Urocze,
po prostu. I znów przypomniała, jak ważny jest Wrocław zarówno dla niej, jak i
dla całego zespołu Hey. Sporo się tu wydarzyło, lubią tu grać. Nie rzucają słów
na wiatr - grają chyba każdego roku, za każdym razem gromadząc rzesze fanów pod
sceną. Pięknie!
Do ostatnich dni nie wiedziałam, czy pójdę na ten koncert.
Marzenia na szczęście się spełniają i we wtorek, 30 lipca, mocząc nogi w
fontannie na pergoli, odliczałam czas do otwarcia bram wrocławskiej Hali
Stulecia. Deep Purple, legenda hard rocka, zaraz zagra dla polskich fanów. Moją
ekscytację podsycali zgromadzeni na pergoli i pod Iglicą fani w koszulkach z Deep
Purple, ale też Pink Floyd, Jimim Hendrixem. Lubię patrzeć na takich ludzi.
Lubię widzieć całe rodziny ubrane w fanowskie koszulki.
Zaledwie początek spragnionej rockowych wrażeń kolejki
Koło 18 kolejka do
wejścia zaczęła się powiększać w szalonym tempie. Jej widok utwierdził mnie w
przekonaniu, że Purple legendą są i na zawsze pozostaną w czołówce historii
rocka. Nie mam wątpliwości, że ich muzyka łączy pokolenia. Były osoby w wieku
moich rodziców (50+), którzy pamiętają młodość Purpurowych. A poniżej
pięćdziesiątki można było spotkać przedstawicieli chyba każdego roku
kalendarzowego. Studenci, licealiści w długich włosach, małe dzieci w
specjalnych słuchawkach chroniących uszy. I byłam ja! Pewnie jak większość z
zebranych, reprezentowałam osoby, które mają wrażenie, że znają utwory Purpli od
zawsze, właściwie nie wiedzą kiedy zaczęli ich słuchać, ale jak się urodzili to
już wtedy po głowie chodziło im „Child in Time”. Oj, przesadzam troszeczkę?
Legendę rocka supportował zespół Kruk. Ten wybór nie dziwi,
muzycy grali już między innymi przed Thin Lizzy i Uriah Heep. Zespół
inspirujący się w swojej twórczości właśnie muzyką Deep Purple, mógł
podziękować wrocławskiej publiczności za wspaniałe przyjęcie. Wokalista Andrzej
Kwiatkowski zaskoczył mnie swoim głosem. Zamykając oczy, miałam wrażenie, że
śpiewa do mnie sam Bruce Dickinson z Iron Maiden. Podstawową różnicę stanowił
jednak typowy polski akcent Kwiatkowskiego w anglojęzycznych utworach. Na bis
zagrali znane wszystkim utwory Queen, między innymi „I want it all”. Wokalista
(który nie jest stałym członkiem zespołu) szczerze się cieszył i dziękował
publiczności podkreślając, jak ważny jest dla nich trwający właśnie występ.
Zrobiło się bardzo, bardzo duszno. Był upalny dzień, pot
spływał strumieniami. Jeśli w Hali Stulecia jest jakaś klimatyzacja, to tamtego
dnia zawiodła. Uznaję to za spory minus organizacyjny, bo ludzi było mnóstwo, a
ocierające się non stop o siebie spocone ciała nie do końca pozwalają cieszyć
się koncertem. Włosy mokre, zero przewiewu, a gwiazdy wieczoru dopiero
rozstawiają się na scenie.
Cieszyłam się bardzo na koncert Deep Purple. Przegapiłam ich
poprzednie występy w Polsce i kiedyś płakałam z tego powodu, serio. Mimo
wszystko jednak trochę się obawiałam, przede wszystkim wokalu Iana Gillana, czy
nadal jest tak silny?
O 21 zgasły światła, a wypełniona po brzegi Hala Stulecia
zabrzmiała gromkimi oklaskami i nawoływaniami. Nie wiem, skąd muzycy Deep
Purple wiedzieli, że „Fireball” to mój ulubiony utwór, ale kiedy zaczęli występ
właśnie od niego, ucieszyłam się niesamowicie. Tym bardziej, że słyszałam
gdzieś obok mnie spekulacje, że pewnie zaczną utworem z nowej płyty „Now
What?!”. „Fireball” od samego początku podkręcił rockową atmosferę na maxa,
potem poszły jeszcze „Into the Fire” i „Hard Lovin’ Man”. Wiadomo, że wokal
Gillana nie brzmiał tak dobrze jak w studyjnych nagraniach, ale dawał radę. Jeśli
chodzi o koncertowy image zespołu, Gillan wyglądał najmniej rockandrollowo ze
wszystkich. Od kiedy ściął włosy (dawno to było!), wcale nie przypomina
dinozaura rocka. Z nieznikającym z twarzy uśmiechem i zwykłym podkoszulku
wyglądał po prostu jak sympatyczny dziadek. Z czasem ten dziadek jednak się
rozkręcił i biegał od jednej strony sceny do drugiej, tańczył, a pomiędzy
utworami wołał „Fantastic!”. Na dinozaura rocka wyglądał z kolei Roger Glover,
jak zawsze z chustką na głowie. Steve’a Morse’a dinozaurem bym nie nazwała, bo
jest młodszy od kolegów z zespołu, ale długie włosy nadają mu rockowy wygląd.
Solóweczka Steve'a Morse'a, w oddali Gillan z tamburynem :)
Deep Purple zagrali swoje klasyczne utwory, ale także te z
nowej płyty. Wcześniej słuchałam w domu tylko kilku piosenek z „Now what?!”,
były dobre, ale nie zwaliły mnie z nóg. Co innego na koncercie! Brzmiały o
niebo lepiej. Wykonane na żywo „Vincent Price” i megaenergetyczne, zaśpiewane
wspólnie z publicznością „Hell to pay” skłoniły mnie do sięgnięcia po nowy
album. Z tych starszych, szkoda, że nie zagrali „Child in Time”, uwielbiam ten
utwór. Chociaż może i lepiej, pewnie nie bez powodu przestali go grać. Ian
Gillan mógłby nie dać rady, a szkoda byłoby zepsuć klimat potknięciami
wokalnymi.
Każdy z muzyków miał na scenie swoje pięć minut. Myślę, że
nie przypadkiem Purple zdecydowali się na takie rozwiązanie, wiek robi swoje.
Kiedy solówkę miał klawiszowiec, pozostali mieli chwilę odpoczynku. Co do samej
solówki Dona Aireya – zrobił wielki ukłon w stronę polskich fanów grając utwór
Chopina oraz… „Mazurek Dąbrowskiego”. Tego się nie spodziewałam, serio. Inni
chyba też nie, ale kiedy zorientowaliśmy się co to za dźwięki, dało się słyszeć
słowa hymnu dochodzące spod sceny. Deep Purple zagrali Hymn Polski – jak to w
ogóle brzmi! Perkusista Ian Paice z kolei zrobił niezły show podświetlanymi
pałeczkami, przy zgaszonych światłach wyglądało to bardzo spektakularnie.
Telebim. Bardzo przydatny!
Na początku koncertu stałam mniej więcej na wprost Iana
Gillana. Pod koniec zostałam zepchnięta przez skaczących nastoletnich długowłosych
gdzieś w prawą stronę. Był szał, ale dopiero kiedy usłyszeliśmy riff „Smoke on
the Water”, tykająca bomba wybuchła. Uwielbiam wykonania live tego utworu, są
niesamowite, i tak było też tym razem. Zaśpiewane wspólnie od początku do
końca, cały czas słyszałam wrzaski wniebowziętej publiki, trybuny wstały z
miejsc. Świetnie, świetnie!
Muzycy zeszli ze sceny, a halę wypełnił huk tupania butami,
okrzyki, ale przede wszystkim głośne nucenie riffu z „Black Night”. Długo nie
czekaliśmy, zadowoleni Purple grali jeszcze około 20 minut, a na sam koniec w
stronę publiczności powędrowała koszulka jednego z muzyków oraz kostki do gry
na gitarze. Udało mi się złapać jedną z nich! Najlepsza pamiątka z koncertu,
oprócz wspomnień oczywiście. Mam w łapach piórko Steve’a Morse’a z Deep Purple
i cieszę się szaleńczo! Po ostatecznym zniknięciu zespołu za sceną, publiczność
przez kilka minut nie dawała za wygraną, mimo że światła się zapaliły, wyszli
ochroniarze i impreza dobiegła końca. Wytrwaliśmy pod sceną i… doczekaliśmy
się! Szczęśliwcy zdobyli kilka egzemplarzy setlisty prosto ze sceny.
Wychodząc z Hali, z radością i należytą dumą spoglądałam na
moją koncertową zdobycz schowaną w dłoni. Przyglądałam się jej jak największemu
skarbowi. Zauważył to jeden facet. Podszedł i mówi:
- Widzę, że udało się pani złapać kostkę do gry… Odsprzeda
pani? Mój syn ma dzisiaj 20. urodziny…
Raz dwa trzy to klasa sama w
sobie. Od lat popularni, chociaż muzyka, którą grają, nie jest trendy. Nazwisko
wokalisty również nie jest trendy. Adam Nowak? Trudno o bardziej pospolite
inicjały. Na dodatek Adam Nowak wygląda jak… Typowy Adam Nowak, czyli
niewyróżniający się z tłumu facet.
A jednak, zespołowi udało się
zrobić na początku tego roku trochę zamieszania. Raz, Dwa, Trzy właśnie są w
trasie koncertowej, tym razem nie sami. Towarzyszy im zespół Spitfire, nadający
starym utworom nowe brzmienie.
Wrocławski koncert miał się odbyć
w klubie Eter, jednak z powodu remontu został przeniesiony do Alibi. Mnie to
wielkiej różnicy nie zrobiło, nie byłam jeszcze w Eterze, więc nie mam
porównania. Z tego co wiem, miejsca siedzące były droższe od stojących, a loże
w Alibi są rozstawione po bokach parkietu, lub na samym tyle. Przykro było
patrzeć na kobiety w średnim wieku wychylające się z foteli, aby mogły
cokolwiek zobaczyć. A i tak na pierwszym planie widziały osoby stojące pod
sceną, może gdzieś między nimi sylwetki muzyków. Bo trzeba przyznać, że
publiczność Raz, Dwa, Trzy wiekowo raczej nie ma granic – sporo było
dwudziestolatków, jak i właśnie pięćdziesięciolatków. Patrząc na tę
publiczność, naszła mnie myśl, że w Alibi dawno nie było tak spokojnie.
Przyzwyczaiłam się do widoku osób tańczących pod sceną, a tu większość stała z
założonymi rękami, jakby się zastanawiając, czy tupanie nogą w takt muzyki jest
ok, czy to może już przesada. Od początku koncertu wyczuwałam lekkie spięcie,
tym bardziej, że wokalista nie nawiązał kontaktu z publicznością. Nie wiem, z
czego to wynikało. Z poprzedniego koncertu kilka lat temu zapamiętałam Adama
Nowaka rozgadanego, bawiącego publiczność dowcipami, nie szczędzącego czasu na
ciekawe opowiastki między utworami. Na wtorkowym koncercie trochę mi tego
brakowało. Zaskoczeniem było dla mnie też zaproszenie na scenę kobiety, która
wcześniej poprosiła zespół o wsparcie.
Stanęła przy mikrofonie i zaczęła opowiadać o swoim chorym dziecku, o
turnusach rehabilitacyjnych, operacjach. Między czasie na parkiecie pojawili
się wolontariusze ze skarbonkami, lider Raz, Dwa, Trzy poprosił publiczność o
wpłaty pieniężne. Spontanicznie występ zespołu przemienił się w koncert
charytatywny.Nie wiem, czy tego oczekiwała publiczność.
Kilka słów o muzyce. Byłam bardzo
zaciekawiona nowymi aranżacjami utworów. Czytałam, że Spitfire & Raz, Dwa,
Trzy zafundują całkiem odmienne brzmienie piosenek, nowoczesne, klubowe. Od
razu na myśl przyszła mi współpraca Kory z 5th Elementem sprzed kilku lat,
która zaowocowała iście dyskotekowymi wersjami takich hitów jak „Szare miraże”.
Jeśli ktoś się spodziewał podobnych brzmień w wykonaniu Raz, Dwa, Trzy, to się
zawiódł. Nie zauważyłam większych zmian w aranżacjach. Gdzieś dodano trąbkę,
gdzieś zrezygnowano z bębnów, gdzieś przyspieszono rytm lub wydłużono czas
trwania utworu, ale to wciąż jest stare, rozpoznawalne, i przede wszystkim
dobre Raz Dwa Trzy! I całe szczęście. Zmiany subtelne, ale zauważalne. Reakcje
publiczności umiarkowane, wiadomo, że najbardziej entuzjastyczne brawa otrzymał
utwór „Trudno nie wierzyć w nic”, „Nikt nikogo (i tak warto żyć)” i kilka
innych. Muzycy ze Spitfire mieli zaczynać koncert, ale zmieniono plany i
wpletli kilka własnych utworów gdzieś w połowie koncertu. W tym czasie parkiet
lekko się przerzedził, jednak muzycy stwierdzili, że i tak „jest dobrze, bo są
brawa”. Grunt to dystans do siebie ;) Pod koniec, kiedy Adam Nowak powrócił na
scenę, tych braw było coraz więcej. Na tyle dużo, że zespół nie dał się długo
prosić o bis.
Kameralnie, spokojnie, teksty i
melodie ucztą dla duszy – to właśnie Raz, Dwa, Trzy. Spitfire nadał nowy
smaczek, wokalista był małomówny, jednak ciągle lekko uśmiechnięty, z uniesionymi
brwiami. Muzycznie nie mogło być inaczej, niż bardzo dobrze.
Idąc na koncert Damiana Ukeje, nie przygotowałam się
należycie – nie sprawdziłam, kto będzie grał support. I wiecie… Wcale nie
żałuję, bo zaskoczenie (pozytywne!) po wejściu do klubu trwało przez dobrych
kilka chwil. The Colonists to
zespół, na który warto zwrócić uwagę. Rasowe, rockowe granie, rasowy, rockowy
wygląd. Każdy z muzyków miał w sobie coś charakterystycznego – czy to cylinder
perkusisty, czy pofarbowane na siwo lub długie włosy, czy rozpięta koszula. Cecha
wspólna: pasja grania i charyzma. Teksty po polsku i po angielsku, muzycznie
słychać było wpływy np. jazzu, ale daję słowo, że w jednym z utworów słyszałam
przygrywkę w stylu Lady Pank! Myślę, że The Colonists zobaczymy we Wrocławiu
jeszcze nie raz, bo chłopaki są stąd. Teraz, kiedy odsłuchuję studyjne wersje
ich utworów, już nie robią na mnie takiego wrażenia jak na koncercie, dlatego
czekam na kolejny występ na żywo. Zaczęłam się zastanawiać, czy czasem support
nie będzie lepszy od gwiazdy wieczoru! Prawdopodobnie Damian Ukeje również był
zadowolony z The Colonists, przez chwilę przyglądał się zespołowi zza sceny,
uśmiechając się.
Damian Ukeje już
na spotkaniu z fanami w Empiku pokazał, że jest facetem bardzo wyluzowanym i
sympatycznym. Dlatego, kiedy zobaczył, że publiczność w klubie zamiast podejść
pod scenę, siedzi przy stolikach, bez zażenowania przywołał ją pod scenę,
sugerując, że jesteśmy przecież na koncercie rockowym! Długo nie daliśmy się
prosić – klub Puzzle jest przystosowany do organizowania koncertów, pod sceną
jest mnóstwo miejsca dla fanów. Ludzi było całkiem sporo, choć przez cały czas
się zastanawiałam, jaka jest frekwencja na koncertach Damiana. Wszak to w końcu
zwycięzca „The Voice of Poland”, więc sporo osób go kojarzy choćby z występów w
telewizji. Szczerze mówiąc mam gdzieś, czy wygrał talent show, czy nie wygrał.
Nie mam żadnych uprzedzeń do tego typu programów, chociaż denerwują mnie
uczestnicy, którzy w programie mówią, że mają zespół metalowy, a po pół roku
ich marne, popowe hiciory lecą na Vivie. Damianowi Ukeje na pewno po
zwycięstwie łatwiej było wkroczyć na rynek muzyczny, choć z drugiej strony
słuchacze rocka chyba niechętnie podchodzą do uczestników talent show, bo
„komercha” itd. Wobec tego Damian ma podwójnie trudne zadanie, jakim jest
udowodnienie, że pozostaje sobą.
Na koncercie była moc i emocje. Nie znałam wcześniej
wszystkich utworów z jego nowej płyty, ale po wyjściu z klubu od razu
postanowiłam nabyć ten album, bo nie było numeru, który by mi się nie podobał!
Damian śpiewał też kawałki swojego poprzedniego zespołu – Fat Belly Family.
Najlepszym odbiorem cieszył się utwór „Bezkrólewie”, znany z radia. Damian
zaśpiewał go dwa razy (na początku i na bis), publika znała refren, więc była
to fajna rama otwierająca i zamykająca koncert. Wokalista mówił o zmianach w
zespole, że nowy perkusista i gitarzysta mieli bardzo mało czasu na nauczenie
się utworów, przez co było kilka pomyłek, ale Damian komentował to z uśmiechem,
jakżeby inaczej ;). Ogólnie, patrząc na zespół, odniosłam wrażenie, że każdy
muzyk jest z innej bajki: Damian sam w sobie charakterystyczny, gitarzysta –
typowy rockman, nieco nieśmiały basista z gitarą w kolorze pistacji, perkusista
wyglądał jakby wyszedł właśnie z planu filmowego „Step Up”, i właściwie nie
rzucający się w oczy klawiszowiec. Interesująca mieszanka, ale widać, że muzycy
zdążyli już się zgrać, i grają bardzo, bardzo dobrze. Było miejsce na
zdzieranie gardła, ale też na chwilę zadumy, np. przy spokojniejszym utworze
„To nie ten świat”. Podobało mi się zaangażowanie, z jakim śpiewał Ukedż –
przymknięte oczy i skupienie, a po wybrzmieniu ostatnich dźwięków –
natychmiastowy szeroki uśmiech, jakby powracał na ziemię z jakichś zaświatów.
Magia. Słyszałam niektóre z utworów po raz pierwszy, i to wystarcza. Jestem
całkowicie kupiona.
Po koncercie Damian Ukeje poświęcił sporo czasu fanom,
rozmawiając z nimi i pozując do zdjęć. Muzyka na żywo i kilka zdań zamienionych
z wokalistą, i już wiem, że jest sobą, genialnym muzykiem rockowym, a przy
okazji bardzo pozytywnym człowiekiem! :)