Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pop. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 kwietnia 2014

Płyta: "100% po polsku", Sony Music, 2013 (część druga)

Kilka miesięcy temu pisałam o płycie „100% po polsku”. Jeśli ktoś nie czytał, link:

źródło: www.empik.com


Recenzowałam tylko pierwszą część dwupłytowego wydania. Chociaż recenzją bym tego nie nazwała, raczej luźnymi spostrzeżeniami. Nadszedł czas na drugą płytkę. Zbierałam się do jej przesłuchania ponad 4 miesiące, doceń!

Będzie trochę czytania, ale zapewniam, że warto, bo są prawdziwe perełki!
Kilka słów, mniej lub więcej, o każdym z utworów.

Marta Podulka – Nieodkryty ląd
Nóżka tupie, przyjemny wokal, pasowałby do repertuaru bardziej jazzowego, jest świeży, słychać uśmiech wokalistki, śpiewającej:

jak się lubi co się ma
cieplejszy wieje wiatr
życie ma lepszy smak


Wiatr, wiatr… „Zły to wiatr – odparło małe stworzenie – który niesie złe wieści” (Neil Gaiman, "Chłopaki Anansiego")

Polskim wokalistą, który śpiewał o wietrze już kilka lat temu, jest Artur Rojek:

cisza i wiatr
słońce i radość
deszcz na Twych skroniach
cóż więcej mógłbyś chcieć
gdy czas kończy się
nic się nie stało
nic się nie stało
kolejny idzie dzień

Oba utwory można uznać za takie lekkie piosenki, przebudzacze, obudzacze, poprawiacze nastroju. Można by się pokusić o wyrwanie i przemieszanie kilku wersów z dwóch utworów i scalenie w jedną piosenkę – nie zmieniłoby tosensu i nie nadwyrężyło jakości tekstu:

Życie ma lepszy smak
cóż więcej mógłbyś chcieć
cieplejszy wieje wiatr
kolejny idzie dzień

Co nie znaczy, że utwory są złe. „Cisza i wiatr” Artura Rojka kilka razy poprawiła mi humor, jest idealna do słuchania w drodze do pracy, na uczelnię, na piwo, w samochodowej drodze na wakacje chyba też. Uniwersalna? Dużo w niej słońca… i wiatru.


Pesymistyczna część mojej osobowości każe mi podejrzewać, że „Nieodkryty ląd” Marty Podulki to najlepszy numer na płycie, swego rodzaju wejście smoka – wejście Marty, i po tym utworze chyba wolałabym, aby kolejne piosenki pozostały właśnie takim nieodkrytym lądem. Ale idę, brnę, słucham dalej, jak idiota, szaleniec!


Ola – Lepszy Świat
Chyba jednak gorszy. Sto trzydzieści osiem dorastających dziewczynek ma taką samą barwę głosu jak Ola, i w ogóle, są w całości takie same jak Ola, czyli żadne, więc śpiewają tylko przy ognisku. Ta Ola postanowiła nagrać piosenkę, albo ktoś za nią zdecydował. Słabiutkie. 

Po deszczu wyjdzie słońce.
Nie wierzysz? - To takie proste!
Rozum mówi ''nie'', Tobą znów kieruje serce!
Po deszczu śladu nie będzie.
Nie wierzysz? - Unieś ręce!
Rozum mówi ''nie'', zimnej kropli nigdy więcej!

Niby optymistyczny tekst, a śpiewa, jakby była najsmutniejszą dziewczynką świata, smutniejszą niż Jula.


Ewa Jach – Przed nami
… nie ma żadnej przyszłości. Ani żadnej przeszłości za nami, na szczęście.


A.D.I. – Wiem, że
Kiedy wpisuję w Google „A.D.I.”, wyskakuje Acceptable Daily Intake, czyli „dopuszczalne dzienne spożycie, wskaźnik określający maksymalną ilość substancji, która zgodnie z aktualnym stanem wiedzy może być przez człowieka pobierana codziennie z żywnością przez całe życie prawdopodobnie bez negatywnych skutków dla zdrowia” (Wikipedia).
Takich ciekawych rzeczy się dowiaduję dzięki tej płytce!
 „Wiem, że” mój wskaźnik ADI w stosunku do słuchania A.D.I. na dzisiaj i na wieki wieków jest już wyczerpany. Nawet nie wiem co to jest. Chyba pop rock, chociaż pop rock pop rockowi nierówny.


Joko – budzi się noc
NIE MAM PYTAŃ! Pierwsze dźwięki – przerażenie. Musicie to zobaczyć i posłuchać! Czy to jest teledysk? Czy jakaś kpina? WordArt na najwyższym poziomie. Wsłuchajcie się dobrze: „Beściebie nie ma mnie, beściebie jest mi źle!”



Looking4 – Czekając na więcej
4 now, this is 2 much 4 me. Śpiewający chłopiec/chłopcy, czekający na więcej.


Kasia Gomoła – Jak chcesz
Nie chcę.


Aleksandra Dźwigała „Alex” – Jak Lew
Kolejna smutna dziewczynka spadająca na dno, bo „życie daje jej w kość i patrzy w nie-boooo, nie-booo, a łzy nieustannie lecąąąąąąą” (nie wiem jak u Alex, ale moje łzy płyną, a nie lecą). Nie poddawaj się, Alex, walcz jak lew! Jak lew Alex z „Madagaskaru”! Ksywa piosenkarki: Alex. Tytuł piosenki: Jak Lew. Przypadek? To nie może być przypadek! Czekam teraz na piosenkarkę o ksywie Julian, śpiewającą piosenkę pt. „Teraz prędkoooooo, zanim dotrze do naaas, że to bez-see-nsuuuu!”




Aspidistra ft. Maciek Pintscher – Noc nie kończy dnia
Tutaj mamy do omówienia dwie sprawy.
Sprawa pierwsza: Aspidistra. Brzmi jak nazwa jakiejś nieodkrytej planety. Ktoś chciał mieć bardzo intrygującą nazwę zespołu, a wyszło na to, że jest „byliną z rodziny szparagowatych, dawniej klasyfikowaną do konwaliowatych, myszopłochowatych, jeszcze dawniej do liliowatych” (Wikipedia). Wciąż poszerzam swoją wiedzę, tym z zakresu botaniki, dzięki tej płytce, która nie powinna nazywać się „100 % po polsku”, ale „+ 100 dla wiedzy zbytecznej, którą pochwalisz się podczas randki aby przerwać krępującą ciszę”. 
Wyobrażacie sobie?:
- Pachniesz konwaliowato niczym aspidistra…

Sprawa druga: Noc nie kończy dnia – to ci nowość. Dziś w programie TAK czy NIETAK sonda: Czy noc nie kończy dnia? Zapraszam do dyskusji na ten temat w komentarzach pod postem!

Szkoda, że piosenka bardzo taka sobie, z wyśpiewanym milion razy zwrotem „Właśnie spełnia się lato z moich snów”. Maciek Pintscher ma dobry głos atrakcyjnego mężczyzny. Zwrotka nawet mi się spodobała, fajnie buja, przyjemnie się słucha, ale refren? Wszystko niszczy.

Aleksandra Pęczek – Nieosiągalny
Piękny, ciepły głos, byłam pewna, że już gdzieś ją słyszałam. Tak, ta słodka dziewczyna występowała w Must be the Music. Ma potencjał. Jest dobra. Lepsza niż Joko, niż Ola, niż Kasia Gomoła. Dużo lepsza. Delikatna, spokojna. Utwór wyróżnia się spośród innych, błyszczy jakimś tam blaskiem, więc spojrzałam do książeczki dołączonej do albumu, żeby zobaczyć, czy Aleksandra tworzy sama, czy ktoś ją wspiera. I proszę, written by Mrozu między innymi.




Goście – Mamy w sobie ogień
Nie macie w sobie ognia. Nie grajcie rocka.


Off Kultura – Znikam
Byli w Teleexpressie. Lekki rock. Przyjemny wokal, przyjemna plumkająca gitara, tekst o niczym.


Nika – Historia życiem pisana
Chyba nie żyłaś.


Sylvia & Robgitarnik – Ty i mój sen
„Właśnie wstaje nowy dzień, twój czuły wzrok już otula mnie”… a u mnie już popołudnie.


Strefa Zero – Wieczny maj
Już miałam kąśliwie pisać, że o maju może śpiewać tylko Kora, ale ugryzłam się w język. Strefa Zero to granie bardzo przyjemne, pozytywne i wpadające w ucho, chętnie posłuchałabym wokalistki Kasi Czarneckiej z zespołem na żywo, np. we wrocławskim klubie Strefa Zero ;) delikatny rock.

Wolny Band – Robię tak
Daniel Moszczyński – sto procent pewności, że już gdzieś słyszałam to nazwisko... Oczywiście, że tak! Moszczyński Pietsch & Bibobit "Plotka", polecam ;) Natomiast tutaj mamy utwór "Robię tak". 
O rany, ucieszyłam się bardzo z tego utworu, z tekstu, z klipu, idealne po prostu, mój numer jeden na „100 % po polsku”. Do tej pory nie wiedziałam, czego szukam na tym albumie, ale teraz już wiem: szukałam właśnie tego! Tak mi się humor poprawił, że już nie mam ochoty słuchać kolejnych utworów. Będziecie wiedzieć o co mi chodzi, sprawdźcie koniecznie i dajcie znać, co myślicie (jeśli w ogóle tu jesteście… jesteście? Jesteś?):

„Śpiewam, bo tutaj refren jest!”. Mega! Jeden z niewielu numerów na tej płycie, który mogę potraktować na poważnie, mimo że wcale poważny nie jest. Co go różni od pozostałych w kwestii (nie)poważności? Premedytacja.


Bloo – Tonę i wiem
Tonę i wiem, że tonie wszystko. To wszystko. Disko polo? Bez sensu.

Bartosz Jagielski – Ile razy mam przepraszać
Jeszcze raz, i jeszcze raz. Poproczek.

Arek Malinowski – sama w ogniu
Kurcze, no żeby tak wszystko na jedno kopyto?

Mariusz Wawrzyńczyk – Jedyny raz
Kolejne kopytko do kolekcji

Filip Moniuszko – Zachłannie
Głos jest, pora jeszcze napisać dobre utwory.


Tyle na dziś. :) 


poniedziałek, 10 marca 2014

Koncert: James Arthur w Warszawie, 5 marca 2014, Klub Palladium

Wyjazd do Warszawy i pobyt w tym mieście uważam za bardzo udany. Krótko, ale intensywnie i szalenie sympatycznie oraz… spontanicznie. Właściwie jedyną do końca zaplanowaną rzeczą był fakt, że idę z przyjaciółką na koncert Jamesa Arthura.

Jak to się stało, że pojechałyśmy na koncert Jamesa Artura?

Bilety kupiłyśmy kilka miesięcy temu. Nie byłyśmy wtedy jego fankami, przynajmniej tak mi się zdaje… Również dzisiaj nie powiedziałabym, że wzdycham na jego widok i uważam za artystę, który dokonał czegoś bardzo ważnego. Nie… Po prostu kiedyś, pijąc martini z K. (dużo, duuużo martini!), zaczęłyśmy słuchać Jamesa (dużo, duuużo Jamesa!) i śpiewać (głośno, głośno zapewne!). Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że K. i ja mamy zupełnie odmienne gusta. Bardzo rzadko się zdarza, że podoba nam się ta sama muzyka, ciuchy, faceci… Dlatego, podekscytowana faktem, że obie polubiłyśmy Jamesa (po wytrzeźwieniu nadal go lubiłyśmy), pomyślałam, że fajnie by było, gdyby przyjechał do Polski. Wyobraźcie sobie moją radość, kiedy kilka dni później trafiłam na informację o marcowym koncercie w Warszawie! Jednak radość trwała tylko przez chwilę, bo okazało się, że wszystkie bilety są już wyprzedane. Szkoda. Jednak wystarczyło kilka dni, aby radocha wróciła z podwójną siłą – zapowiedziano kolejny koncert Jamesa, na 5 marca. Nic dziwnego, skoro bilety na 4 marca sprzedały się w kilka dni, to dobrym posunięciem było zaplanowanie jeszcze jednego koncertu dzień później. Zaopatrzyłyśmy się w bilety, kiedy tylko ruszyła sprzedaż. Co z tego, że koncert w Warszawie, a nie w naszym Wrocławiu? K. wzięła urlop, ja po prostu nie pojechałam na uczelnię. Są sprawy ważne i ważniejsze!

Na posiadaniu biletów na koncert kończyły się konkrety, a reszta do samego końca pozostała jednym wielkim spontanem. Przede wszystkim dojazd – w końcu zdecydowałyśmy się na Bla Bla Car. Polecam wszystkim z całego serca! Jeśli tylko jest się pozytywnie nastawionym na poznawanie nowych ludzi i nie czuje się tremy przed spędzeniem kilku godzin w samochodzie z obcą osobą, to nie ma co się wahać. Można poznać fantastycznych ludzi, wysłuchać ciekawych historii, i w dodatku być na miejscu dużo szybciej, niż w przypadku podróżowania autobusem czy pociągiem. Dla mnie bomba i skorzystam z Bla Bla jeszcze nie raz.

Źródło: www.muzyka.interia.pl
Koncert był w Klubie Palladium. Przyszłyśmy tam chwilę po 18, klub otwierano o 19. Jakby to powiedzieć… bardzo się przeraziłam i zrobiłam wielkie oczy, kiedy ujrzałam kolejkę do wejścia. Fanki ustawiły się na chodniku. Kolejka ciągnęła się przez połowę ulicy, galerię handlową i co tam jeszcze. Jakieś 670 osób. Ponoć niektóre dziewczyny koczowały pod klubem od rana, żeby tylko mieć miejsca pod sceną. Tak jak się spodziewałam, były to w większości nastolatki. Porozumiewawcze spojrzenia z K.: chyba żartujesz, że staniemy na końcu tej kolejki!, i raz dwa, magicznym sposobem znalazłyśmy się prawie pod wejściem do klubu. [Jeśli czyta to jakaś fanka, która stała za nami bądź przed nami, to przepraszam bardzo, że się wepchałam w kolejkę, ale nie usłyszałam znikąd żadnych słów sprzeciwu i poczułam się nawet zaproszona w szeregi tych, które dzięki dobrej miejscówie w kolejce miały zapewnione także miejsca pod sceną!].

O 19 bramy klubu zostały otwarte i tłum dziewcząt z piskiem przemieścił się pod scenę, chociaż koncert miał się zacząć dopiero za dwie godziny. Niezbadane są wyroki boskie. Wiecie, jakie są zalety tego, że jest się osobą nieco starszą niż typowa jamesowa fanka? Takie, że w chwili, kiedy one pobiegły pod scenę, my poszłyśmy się rozejrzeć za czymś do picia i… nie było kolejki do baru. Ani jednej osoby w kolejce do baru. Nikomu nie chciało się pić alkoholu, albo nikt nie był wystarczająco 18-letni, aby móc sobie kupić piwo. Jezu, naprawdę. Pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją na koncercie. Nie to, żebym przychodziła na koncert z zamiarem schlania się, ale jedno piwo można wypić. 

Była to miła odmiana! Koncerty klubowe kojarzyły mi się do tej pory z trzema „punktami kontrolnymi”, które wymyśliłam sekundę temu (wszelkie prawa zastrzeżone!:P):

1. PRZEDKONCERCIE
- kolejka do wejścia
- kolejka do szatni
- ewentualnie kolejka po żetony na napoje (nie zawsze, bo to raczej na festiwalach)
- kolejka do baru
- kolejka do toalety
2. KONCERT WŁAŚCIWY
3. POKONCERCIE
- kolejka po autografy i zdjęcia
- kolejka do toalety
- kolejka do szatni
- kolejka do wyjścia

Wniosek: fanki Jamesa Arthura nie sikają. Albo sikają do wewnątrz. Em… Whatever.

Trochę nie rozumiem stania dwie godziny przed koncertem pod sceną. Nie krytykuję tego, ale wiem, że równie dobrze można pod tę scenę pójść pół godziny przed koncertem i znaleźć równie dobre miejsce. Ale o czym ja mówię, nie wiem jak to jest stać od 10 rano pod klubem czekając na wejście. Z chęcią natomiast skrytykuję zachowanie niektórych fanek Jamesa, które wygwizdały artystkę supportującą, tj. Agathę. Ujmująca polska wokalistka śpiewająca po angielsku. Może rzeczywiście wybór supportu nie był zbyt trafny, po prostu nie ten repertuar, nie dla tej publiczności… Ale pytam się, czy ktoś kazał tym fankom stać twardo pod sceną, skoro support im się nie podobał? Wszystkie mogłyby wyjść się przewietrzyć, ustępując miejsca osobom, które doceniłyby Agathę. A chwilkę przed wyjściem Jamesa mogłyby tłumnie powrócić pod scenę i piszczeć z zachwytu, zamiast podczas koncertu Agathy drzeć się do niej wy-pier-da-laj! oraz Ja pier…, nie po to płaciłam osiem dych, żeby takiego badziewia słuchać!. Ludzie, trochę szacunku i tolerancji! Mam nadzieję, że kiedyś te dziewczyny dorosną do tego, że nie trzeba emanować wieśniactwem na prawo i lewo. A jeśli nie, to zapraszam na dożynki. Tam będą mogły kląć i drzeć japę pod sceną ile wlezie. Nie mówię o ogóle fanek, mówię o tych kilku konkretnych. Zdenerwowały mnie.

Zanim przybył James, na parkiecie zrobiło się na tyle gorąco, że współczułam wszystkim młodszym dziewczynkom (ok. 10-12 lat), które przyszły na koncert z rodzicami. Stała taka jedna obok mnie, i słowo daję, gdybym miała przy sobie butelkę wody, z chęcią bym jej odstąpiła napój, taką miała smutną i zmęczoną buzię. Na szczęście ochroniarze się zorientowali, że jest dość duszno, bo zaraz zaczęły krążyć wśród publiczności kubki z wodą. Jeden z nich dotarł także i do nas. Dawno nie widziałam takiej radości u dziecka, jak u tej dziewczynki stojącej obok mnie. Uśmiech od ucha do ucha, a daję słowo, że mała wypiła nie więcej niż dwa łyki wody!
Źródło: www.muzyka.interia.pl

Wreszcie wybiła magiczna godzina 21:00, z głośników poleciał utwór Jamesa, tłum zaczął piszczeć, a ja pożałowałam, że nie wzięłam ze sobą stoperów do uszu. James wyszedł na scenę i się zaczęło: wrzask, pot, łzy, śpiew, emocje, emocje, emocje! Każda kolejna piosenka wywoływała dziki szał i wrzaski: O Bożeeeeeee! To toooo!, To ta piosenka!!!, i oczywiście I love you James!!!, każde wypowiedziane przez wokalistę DZIEKUJE! wywoływało szał do kwadratu. Sporo fanek zgadało się wcześniej na stronie fb wydarzenia, że zrobią różne akcje koncertowe. Akcje, czyli: wycięte z czerwonego papieru serca wznoszone w górę podczas konkretnego utworu, kartki z napisem You’re My Recovery unoszone podczas utworu Recovery, układanie dłoni w kształt serca. Najlepszym pomysłem według mnie była biało-czerwona flaga z napisem We love you!, rzucona na scenę. James wziął ją i zarzucił sobie na szyi, to mnie ujęło, naprawdę. Wszystko to jest miłe i fajne, tylko zastanawiam się, czy 26-letni wytatuowany facet prawdziwie się cieszy i jest dumny z papierowych serduszek. Może jest… Na pewno ceni swoich fanów. Super, że babeczki potrafią się tak skrzyknąć. Na dodatek jestem pewna, że zdecydowana większość znała teksty wszystkich piosenek i śpiewała razem z Jamesem. Niektóre dziewczyny płakały. To mówi samo za siebie – James potrafi wzbudzić emocje.

James Arthur wyrobił się, bardzo schudł i widać, że nad jego wizerunkiem pracuje szereg specjalistów. Nabrał charyzmy scenicznej. Oglądałam wcześniej jego występy w X Factor i zauważyłam, że ma kilka nawyków, które na scenie nie wyglądają zbyt dobrze, jak np. szarpanie dekoltu swojej koszulki. Robił to dość często, a w Warszawie wykonał taki gest tylko dwa razy, i to z premedytacją, chcąc zaśmiać się z samego siebie i pokazać, że ma do siebie dystans. Szarpnął się więc za ten t-shirt odsłaniając kawałek klatki piersiowej, z czego zaraz zaczął się śmiać, i czym wywołał oczywiście wzmożony pisk na sali.

Uważam, że jest niezwykle uzdolniony i na żywo brzmi bardzo dobrze, niektóre kawałki podobały mi się bardziej niż wersje z albumu. James śpiewał i grał na gitarze zarzucając swoją przydługą grzywką, nawiązał też kontakt z publicznością, wskazując palcem na konkretne osoby, machając do nich, uśmiechając się. Aż trudno uwierzyć, że ten wokalista cierpi na stany lękowe, o czym otwarcie mówi w wywiadach.

Kilka razy się wzruszyłam. Przy utworach New Tattoo i Certain Things. Są piękne i oczy mi się zaszkliły, ale daleko mi było do potoku łez niektórych fanek. Rozumiem jednak ich łzy doskonale! James zaśpiewał wszystkie utwory ze swojej debiutanckiej płyty, nie będę ich wymieniać, ale polecam w szczególności dwie piosenki z początku tego akapitu:


Cały album jest według mnie dobry. Jak na poprock, to naprawdę daje radę i lubię go słuchać. Ale jeśli mam być szczera, uważam, że ta płyta nie jest do końca jego. Zresztą to nawet nie kwestia szczerości, to po prostu fakt. James Arthur mówił o tym w wywiadach, i nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na kolejny album, który będzie stuprocentowo jego, pozbawiony – nazwijmy to ogólnie – wpływami z zewnątrz. Będzie lepszy, czyli będzie świetny. Chętnie pójdę na jego następny koncert w Polsce. Powiedział, że przyjedzie i chciałby zagrać w jakimś większym miejscu. Liczę zatem na Wrocław, być może Stadion albo Hala Stulecia? A właśnie, James powiedział, że to ostatni koncert na tej trasie koncertowej. To jego pierwsza tak duża trasa, więc wielki szacunek za to, że nawet na ostatnim występie dał z siebie wszystko, choć chwilami rzeczywiście wyglądał na zmęczonego. Niestety, nie wyszedł spotkać się z fankami, chyba że coś przeoczyłam.


Brawka dla tych, którzy dotrwali do tego momentu recenzji! Teraz następuje bonus, punkt kulminacyjny, zwał jak zwał (lub nawet zawał – myślę, że w tamtej chwili niektóre fanki dostały zawału, serio). W każdym razie, są na koncertach momenty, które zaskakują. Nikt się ich nie spodziewa, są mega spontaniczne, nie wiadomo, co się wydarzy w kolejnej sekundzie i czy wszyscy wyjdą z tego cali i zdrowi. Uwielbiam to w koncertach.

Uwaga: po bisach (oczywiście utwór Impossible zaśpiewany wspólnie z publicznością) James Arthur ściągnął koszulę i rzucił ją w publikę. Koszula wylądowała w rękach jednej z dziewczyn, stojącej całkiem blisko mnie. Ktoś ma wątpliwości, co było dalej? Czy dziewczyna uśmiechnięta wyszła spokojnie ze zdobyczą i wróciła do domu? No way! Tłum fanek rzucił się na nią (i na dziewczynę, i na koszulę), piszcząc, szarpiąc się, szczypiąc i co tam jeszcze. Stałyśmy z K. zaraz obok tej przepychanki. Nawiązałyśmy porozumiewawcze spojrzenia, któraś z nas krzyknęła Dawaj!, i rzuciłyśmy się na zbitek rozszalałych z żądzy posiadania koszuli fanek. Kurde, dawno się tak dobrze nie bawiłam! Tylko że ja i K., w przeciwieństwie do reszty dziewczyn na ringu, śmiałyśmy się z zaistniałej sytuacji i dołączyłyśmy do walki dla jaj. Śmiałyśmy się na głos, ale kiedy udało mi się złapać rękaw koszuli, poczułam zew krwi i prawdziwą wolę walki. Tym bardziej, że miałam realne szanse na zdobycz, jestem dość silna i nie miałam zamiaru puścić raz złapanego rękawa! Rozejrzałam się wokół i pomyślałam, że niedługo będę gwiazdą Youtuba – kilka osób nagrywało filmiki i robiło zdjęcia. Któraś z fanek zawołała: Czy ktoś ma nożyczki? Potniemy koszulę i każda dostanie kawałek! Myślę sobie: Tak, z pewnością wszyscy zabierają ze sobą nożyczki na koncerty, yes baby. Nożyczki wcale nie były potrzebne, bo koszula i tak się porwała, niestety nie na tyle kawałków, aby wszyscy byli zadowoleni. W końcu przyszedł jakiś chłopak z kluczem, i tym kluczem pociął trzymany przeze mnie wciąż rękaw, i oto jest! Fragment jeansowej koszuli Jamesa Arthura, patrzcie i podziwiajcie:



Najzabawniejsze było to, że ochroniarze tylko stali i zastanawiali się, czy rozdzielić tę szamotaninę, czy lepiej się w to nie mieszać. Na pewno na ich twarzach dostrzegłam zaskoczenie i niedowierzanie. Ciekawe, jak zareagowałby James, gdyby zobaczył, co się dzieje.

Myślę, że James Arthur może wyczynić jeszcze coś dobrego, lepszego. Ma warunki wokalne, dobry zespół (piękne, utalentowane Murzynki w chórkach!), i bardzo oddane fanki. Piąteczka dla nich za wytrwałość, cierpliwość w staniu w kolejce, znajomość tekstów i przygotowane akcje koncertowe. Piąteczka dla Jamesa!



sobota, 13 kwietnia 2013

Płyta: Josh Groban "All That Echoes", 2013


www.dlalejdis.pl
Zainteresowałam się nową płytą Josha Grobana, ponieważ wygląda on jak grzeczniejszy brat Serja Tankiana z System of a Down. Tylko zamiast diabelskiego błysku, w oczach Grobana widzę spokój. Drugim powodem był soundtrack filmu „Once”. Jest tam taka piękna piosenka, nazywa się „Falling Slowly”, zaśpiewana przez Glena Hansarda i Marketę Irglovą. Josh Groban zaśpiewał ją na swoim albumie.

Album „All That Echoes” zawiera 12 piosenek, a „Falling Slowly” nie jest jedynym coverem. Utwór ten, trzeci w kolejności, przykuł moją uwagę. Piękna melodia, ale w wykonaniu Grobana stracił swoją magię, może zbyt przyzwyczaiłam się do delikatności kobiecego wokalu Irglovej. Z planu filmowego przenosimy się do Irlandii. „She Moved Through the Fair” to irlandzki utwór folkowy. Może tradycyjne pieśni są ważne, ale do mnie nie przemówiło granie na dudach. Utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że słucham płyty bardzo zróżnicowanej, i zastanawiałam się, czym zaskoczy mnie kolejny utwór. Na szczęście  „Below the line” zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, swoją radością. Ale co z tego, kiedy po kilku minutach Josh Groban w duecie z Laurą Pausini częstuje słuchaczy mdłym, rozwleczonym, miłosnym gniotem, nadającym się idalnie jako tło dla najbardziej kiepskich telenoweli. Dużo lepiej niż duet Groban & Pausini, wypada duet Groban & Sandoval. Panowie mają tak podobne barwy głosu, że w pierwszej chwili nie rozróżniłam w utworze dwóch mężczyzn. Dopiero przeglądając książeczkę z tekstami, przysłuchałam się uważniej. Klimat utworu „Un Alma Mas” tworzą przede wszystkim instrumenty smyczkowe, trąbka i akustyczny bas.

Z lepszych piosenek należy zwrócić uwagę na „Hollow talk” – utwór przykuwający uwagę od samego początku, kiedy słyszymy jedynie pojedyncze dźwięki pianina. Budzi niepokój, w warstwie tekstowej i muzycznej. Wydawał mi się dziwnie znajomy, i przeczucie mnie nie myliło. To utwór pochodzącego z Kopenhagi muzyka Jannisa Noya Makrigiannisa. Jannis jest twórcą projektu Choir of Young Believers. Posłuchałam „Hollow Talk” w ich wykonaniu, i ponownie oryginał spodobał mi się bardziej niż wykonanie Josha Grobana. Zastanawiam się, skąd się to u mnie bierze, przecież Grobanowi wokalnie nie można nic zarzucić. Może to właśnie jego wokalna perfekcja nie jest tym, co mnie w muzyce porusza najbardziej.

Zwolennikom klasyki spodoba się „Sincera”, utwór stworzony do grania z orkiestrą. Ze wszystkich na płycie właśnie ten jest najbardziej zwrócony ku klasycznemu śpiewaniu. Słychać, że wokalista dobrze czuje się w takim repertuarze. Choć tak naprawdę, Josh Groban wypada bardzo profesjonalnie zarówno śpiewając pop, utwory folkowe, jak i klasyczne.

Ostatnia piosenka "I believe (When I Fall In love it will be forever)” Steviego Wondera jest według mnie najlepszym coverem na tej płycie. Połowę sukcesu stanowi dobry tekst, sporo zdziałał także chór. Słuchając tego utworu stwierdziłam, że na całej płycie zabrakło mi właśnie chórków.

Josh Groban pochodzi z USA i tam jego płyty pokrywają się platyną. Ponoć uwielbia go Nelly Furtado. Jeśli chcecie znać moje zdanie, nie jestem bardzo podekscytowana albumem „All That Echoes”. Umiejętności wokalne Grobana  (tenor to, czy baryton? – krytycy muzyczni nie są zgodni) i jego szczerość są ujmujące, ale chciałabym, aby było więcej Josha Grobana w Joshu Grobanie. Mniej coverów, więcej autorskiej muzyki. Dlatego muszę się zapoznać z jego wcześniejszymi albumami, bo pierwsze spotkanie z jego twórczością zaledwie delikatnie mnie zaintrygowało. Zauważam i doceniam zdolność łączenia klasycznego śpiewu z popem, folkiem, chwilami nawet muzyką rockową. Ale Josh, ja nadal nie wiem, kim ty jesteś?


czwartek, 25 października 2012

Płyta: Joss Stone „The Soul Sessions Vol 2”, Warner Music Poland, 2012.



Joss Stone zaczęłam słuchać zupełnie przypadkiem. Któregoś dnia usłyszałam jej głos w projekcie skupiającym wielkie gwiazdy różnych gatunków muzycznych. Mowa o SuperHeavy, zespole, w którym udziela się wokalnie sam Mick Jagger, a także Damian Marley oraz właśnie Joss Stone. Wydana w zeszłym roku płyta SuperHeavy nie zebrała zbyt dobrych opinii. Cóż, być może wielkie osobistości na jednej scenie nie zawsze są dobrym pomysłem, jednak trzeba przyznać, że wszystkie wyżej wspomniane osoby są niepowtarzalne. Jednak sam fakt, że tak młoda artystka, jaką jest Joss Stone, śpiewała u boku wokalisty Rolling Stones’ów świadczy o tym, że warto przyjrzeć się jej twórczości bliżej.

Nowa płyta piosenkarki „The Soul Sessions Vol 2”, jak sama nazwa wskazuje, jest kontynuacją. Chodzi o debiutancką płytę „The Soul Sessions” wydaną w 2006 roku. Przez te wszystkie lata wokalistka dorobiła się kilku albumów, a najnowsza płyta jest już siódmą w jej dorobku.

The Soul Sessions Vol 2” to zbiór jedenastu coverów, w które Joss Stone wkłada mnóstwo serca i głosu. Wokalistka sięga po klasykę, dając nowe życie utworom z lat 60. i 70. Szczerze mówiąc, nie znałam wszystkich kompozycji w wersji oryginalnej, dlatego nie miałam porównania, które wykonanie podoba mi się bardziej. Większość z nich brzmi jak autorskie numery Joss Stone. Zaległości w muzycznej wiedzy nadrobiłam. Ponoć oryginał zawsze będzie lepszy od coveru, jednak w przypadku wokalistki, która muzykę ma we krwi, warto pokusić się o stwierdzenie, że istnieją odstępstwa od reguły.

Jurorzy telewizyjnych talent show wciąż powtarzają, że w XXI wieku żeby zaistnieć, trzeba koniecznie tworzyć własną muzykę, „odsmażane kotlety” są passe. Pewnie mają rację, ale słuchając komercyjnych list przebojów, dużo bardziej cieszyłabym słysząc cover w wykonaniu Joss Stone, niż z superznanej i supersztucznej, różowej gwiazdki pop, paradującej na teledysku w bikini. Tym bardziej, że Joss Stone sięga po świetne utwory, które warto poznać zarówno w jej wykonaniu, jak i w oryginalnym. Podrzućcie tę płytkę mamie lub babci, być może w wokalu Joss usłyszą nuty, których słuchały, gdy były młodsze.

Już od pierwszej piosenki jest bardzo kobieco, zmysłowo. W drugim utworze „(For God’s Sake) Give More Power To The People” wokalistka pokazuje rockowy pazur, słychać klimatyczną harmonijkę ustną, funkową gitarę i bas. W „While You’re Out Looking For Sugar” warto zwrócić uwagę na tekst, genialny w swojej prostocie, wpadający w ucho i nawet trochę zabawny, choć traktujący o tak ważnych sprawach jak wierność i zdrada. „I Don’t Want To Be With Nobody But You” – klasyczny miłosny hołd zakochanej kobiety. Niestety, w następnym utworze kobieta jest już sama, a wszystko wokół przypomina jej ukochanego. Miłosne otumanienie trwa przez kolejne utwory. „The High Road” nadawałaby się na tytułową piosenkę filmu o Jamesie Bondzie, jednak bardziej podoba mi się w wykonaniu zespołu Broken Bells. Pillow Talk”, zaśpiewana niemalże szeptem, bardzo delikatnie, trochę nuży niczym kołysanka. A jeśli ziewanie, to znaczy, że pora kończyć. Joss Stone wyśpiewuje słuchaczom na koniec „Then You Can Tell Me Goodbye”, za akompaniament mając jedynie klasyczną gitarę, cudne skrzypce i ledwo słyszalne bas i perkusję. Piękne, subtelne pożegnanie, trafny wybór ostatniej piosenki na płycie, która wcale nie musi być ostatnią. Można zaparzyć kolejną herbatę i ponownie zanurzyć się w jedenastu klimatycznych utworach.

Joss Stone, zarówno zakochana, jak i zupełnie uczuciowo obojętna, jest przekonująca i dojrzała artystycznie, mimo młodego wieku. Jednak przy dłuższym jej słuchaniu można zauważyć, że lekko nadużywa swoich wyuczonych ozdobników, takich jak „Mmm…”, „Yeah”, „A-ah”, jakby bardzo chciała pokazać, co potrafi. Brzmi to dobrze, jednak według mnie powinna nieco popracować nad swoją manierą, bo co za dużo, to niezdrowo.

Album „The Soul Sessions Vol 2” jest bardzo kobiecy, i, jak przystało na kobiety, dość zmienny. Joss potrafi być delikatna i subtelna, rockowa, soulowa, funkowa. W każdym stylu jej do twarzy. Zwróciłam uwagę na książeczkę dołączoną do płyty. Podziękowania Joss skierowane do przyjaciół, muzyków i wielu innych osób zajmują… 4 strony. Nie są to jakieś sztywne grzecznościowe przemówienia, tylko słowa od serca, bardzo indywidualne. Zobaczcie, jak dobrze świadczy to o artystce. Zamiast wklejenia kilkunastu swoich zdjęć, przesyła ciepłe słowa do najbliższych. Dzięki temu wiem, że przy tworzeniu płyty współpracuje z niesamowitymi ludźmi, co daje jej wiele radości. Wszystko to zresztą słychać w końcowym efekcie. Jest to płyta, na której słuchaniu można się skupić całkowicie, zakładając słuchawki i zamykając oczy, ale jednocześnie uważam, że nadawałaby się jako tło dla babskiego spotkania przy kawie lub randki ;)

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl