Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 grudnia 2015

Płyta: Peter J. Birch, The Shore up in the Sky

Peter J. Birch to taki pan, który w gęstej brodzie nosi jelenia i ptasie gniazdo, jak sugeruje okładka jego nowego albumu „The Shore Up In The Sky”, mającego premierę pod koniec 2015 roku. Na okładce jest tyle wszystkiego, że nie zdziwiłabym się, gdyby wśród przedstawionych tu latających ryb, słońca-cytryny, kwiatków-oczu i kolorowej rzeki z piór przechadzałyby się Słonie Salvadora Dalego. Grafika jak najbardziej na plus.

Peter. J. Birch, czyli Piotr Brzeziński pochodzący z Wołowa (dolnośląskie), oprócz brody ma także gitarę i charakterystyczny, bardzo męski wokal. „The Shore Up In The Sky” to jego trzecia płyta, którą nagrał z muzykami z zespołu Two Timer. Nagrali na setkę, czyli że wszyscy muzycy grają jednocześnie w studio. Wydaje mi się, że jest to trudne, wymaga niesamowitego zgrania i uwagi, ale efekt końcowy i klimat jest nie do przecenienia.

Opisując krótko klimat albumu „The Shore Up In The Sky”, można rzucić trzy hasła: rock,  troszkę folku, country. Na płytę składa się 11 utworów.

Otwierające Wake up Louisiana! – żywiołowy rock’n’roll, mocny wstęp, ale już, już zaraz zwolnimy tempo przy…

Gallants – spokojnej balladzie z przyjemnie rzężącą gitarą i pięknymi, pięknymi chórkowymi górami! Plus za bardzo przyjemny klip przedstawiający relację Piotra Brzezińskiego z chyba jego najlepszym przyjacielem – własnym bratem. Polecam sprawdzić.

Self-Identity State of Mind – coś dla fanów Arctic Monkeys. Nawet wokal Brzezińskiego brzmi w tym utworze podobnie do AM, choć końcówka utworu to już trochę Foo Fighters, Pearl Jam itd. Co nie znaczy, że źle. Dobrze!

Memphis Blues – w tej balladzie country pierwsze skrzypce gra harmonijka ustna. Do nucenia. Memphis… oh oh oh, Memhis… hey hey hey!

Black Tombstone – wyobraźcie sobie Johnny’ego Casha i Carter Family. Dodajcie brodę wokaliście i odejmijcie czarny garnitur. Macie Petera J. Bircha w piosence Black Tombstone!

New Prince – ballada-tło do romantycznej kolacji i takichże spojrzeń w oczy

Old Fashioned Hollywood – patrz: Black Tombstone + urocze chórki choo-wop, choo-wop i sentymentalna wstawka smyczkowa

I’ve got this train – wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda w starszych westernach. Gdyby znał wtedy Petera J. Bircha, na pewno nuciłby sobie ten utwór, alby się wkręcić w klimat filmu. Ciekawe, czy autor komponując miał na uwadze Ride this train J. Casha? Albo nawet Folsom Prison Blues, zaczynający się słowami „I hear the train a comin'”?

Everyday Chances – i znów harmonijka

Ownbackyard – a tu także spojrzeniowo-romantycznie

The Shore Up In The Sky – tytułowy utwór. Szkoda, że umieszczony na samym końcu, bo jak dla mnie najlepszy. Całą jesień słuchałam go w samochodzie. Jakoś tak pasuje mi do podróżowania. Nastrojowy, spokojny, współgra z szarugą za oknem samochodu. Z czerwnononiebieskim zachodem słońca podczas powrotu z pracy też. Kwintesencja dobrego smaku, delikatności i dowód, że wystarczy gitara akustyczna i umiejętności wokalne, żeby wzbudzić ogromne emocje. Bo ten utwór nieraz mnie wzruszył, co zresztą za kółkiem nie jest zbyt bezpieczne, ale olać. Po tych kilku minutach muzycznej błogości następuje chwila ciszy, a potem zaczyna się kończące płytę łubu-dubu, czyli taka dodatkowa instrumentalna wstawka, trochę niespójna z resztą płyty, ale niech będzie.


The Shore Up In The Sky to moja płyta numer jeden na jesień 2015. Pewnie wciąż by tkwiła w odtwarzaczu CD w moim aucie, gdyby nie fakt, że auto musiałam odstawić na warsztat, gdyż z końcem roku odmówiło posługi. Jeszcze by mi mechanik dziabnął płytkę i potem utrzymywał, że „żadnej płyty nie było!”. Hoho, hehe, nie. Chociaż… może dobrze by było. Zawsze to jedna owieczka więcej w stadzie fanów Petera J Których jak najwięcej powinno być.

Peter J. Birch, The Shore Up in the Sky, Borówka Music / Gusstaff Records, 2015

niedziela, 4 października 2015

Płyta: Maja Olenderek Esemble "Bubble Town", 2015

majaolenderek.com
Imię i nazwisko Mai Olenderek brzmi bardzo poetycko i melodyjnie. Taka też jest płyta „Bubble Town”. Poetycka, melodyjna… Oj, żeby tylko! Za tymi hasłami kryje się tajemniczy muzycznie świat, trudny do sklasyfikowania i opowiedzenia o nim wprost.


Album „Bubble Town” powstał między innymi dzięki pomocy darczyńców portalu PolakPotrafi.pl. Super, nie? Z całym szacunkiem dla działalności Karoliny Czarneckiej, która też prosiła o wsparcie na tej stronie, uważam, że muzyka Mai Olenderek i jej zespołu jest dużo lepszą propozycją, niż teledysk do „Hera, koka, hasz, LSD”.

Polacy są na tyle hojni, że wystarczyło nie tylko na dobrą produkcję płyty pod względem muzycznym, ale też na książeczkę z tekstami utworów oraz projekt okładki, która szczególnie przypadła mi do gustu. Mam ostatnio hopla na punkcie białej farby. Najchętniej wszystko pomalowałabym na biało: ściany, boazerię, krzesła; „mózg se pomaluj”. Na okładce jest czarno-biały portret Mai Olenderek, na około zamalowany białą farbą, widać nawet ślady pociągnięcia pędzla. Hurra!

We wspomnianej broszurze próżno szukać polskich tekstów, choć zespół polski. Maja śpiewa tylko po angielsku, i wcale nie słychać, że jest Polką. Jest to zaleta w myśl zasady: śpiewasz po angielsku – znaj angielski. Właśnie w tekstach kryje się ten tajemniczy świat. Są to poetycko opowiedziane historie, dosyć… senne. Często pojawiają się w nich sny, kołysanki, inny świat, noc i księżyc. Podobna jest też muzyka. Nostalgiczna, wywołująca czasem nutkę grozy, enigmatyczna. Nie znaczy to jednak, że usypiająca. Wręcz przeciwnie, w śpiewie Mai słyszę dramaturgię, granie na emocjach, wczuwanie się w opowiadaną historię, nawet aktorstwo i klimat nieco musicalowy. Barwa głosu piękna, subtelna, ale i zdecydowana. Najlepiej samemu usłyszeć:



Na płycie słychać szacunek do muzyki przez duże M: bogactwo instrumentów (gitary, akordeon, fortepian, bębny, charango*), umiejętność stworzenia niepowtarzalnego, enigmatycznego klimatu. Widać, że mamy do czynienia z profesjonalistami. Gdzieś czytałam, że w ich muzyce słychać odniesienia do twórczości Antony and the Johnsons. Rzeczywiście, gdyby muzycy Antony’ego Hogarty’ego spotkali się na jednej scenie z Maja Olenderek Ensemble, powstałaby przepiękna orkiestra, a duet Antony & Maja? Oj, to byłoby ogromne wzruszenie. Swoją drogą, wyobrażacie sobie, że Antony and the Johnsons to grupa, którą poleciła nam słuchać jedna pani dr na studiach?



Muzyka powinna wywoływać emocje i pobudzać wyobraźnię. Wiecie, słuchając utworu „Tree” wyobrażam sobie, że jestem nimfą leśną unoszącą się 5 centymetrów nad ziemią. Więc chyba wszystko działa tak, jak powinno :)

„Bubble Town” to album idealny na jesień. Dostałam płytę kilka miesięcy temu, ale dopiero teraz, kiedy wieczory dłuższe, a za oknem dywan ze spadających liści, orzechy włoskie i jabłka, czuję, że twórczość Maja Olenderek Ensemble „chwyciła” mnie doszczętnie właśnie w takich okolicznościach. Nie przy urlopowym, wakacyjnym fiu bździu. Przy dystyngowanej, spokojnej, śliwkowej jesieni. Polecam mocno!


* Słuchając świeżej muzyki, zawsze człowiek się czegoś nauczy. Charango to andyjski instrument strunowy, narodowy instrument Boliwii. Jak widać, w muzyce polskiej śpiewanej po angielsku też się sprawdza!

piątek, 25 kwietnia 2014

Płyta: "100% po polsku", Sony Music, 2013 (część druga)

Kilka miesięcy temu pisałam o płycie „100% po polsku”. Jeśli ktoś nie czytał, link:

źródło: www.empik.com


Recenzowałam tylko pierwszą część dwupłytowego wydania. Chociaż recenzją bym tego nie nazwała, raczej luźnymi spostrzeżeniami. Nadszedł czas na drugą płytkę. Zbierałam się do jej przesłuchania ponad 4 miesiące, doceń!

Będzie trochę czytania, ale zapewniam, że warto, bo są prawdziwe perełki!
Kilka słów, mniej lub więcej, o każdym z utworów.

Marta Podulka – Nieodkryty ląd
Nóżka tupie, przyjemny wokal, pasowałby do repertuaru bardziej jazzowego, jest świeży, słychać uśmiech wokalistki, śpiewającej:

jak się lubi co się ma
cieplejszy wieje wiatr
życie ma lepszy smak


Wiatr, wiatr… „Zły to wiatr – odparło małe stworzenie – który niesie złe wieści” (Neil Gaiman, "Chłopaki Anansiego")

Polskim wokalistą, który śpiewał o wietrze już kilka lat temu, jest Artur Rojek:

cisza i wiatr
słońce i radość
deszcz na Twych skroniach
cóż więcej mógłbyś chcieć
gdy czas kończy się
nic się nie stało
nic się nie stało
kolejny idzie dzień

Oba utwory można uznać za takie lekkie piosenki, przebudzacze, obudzacze, poprawiacze nastroju. Można by się pokusić o wyrwanie i przemieszanie kilku wersów z dwóch utworów i scalenie w jedną piosenkę – nie zmieniłoby tosensu i nie nadwyrężyło jakości tekstu:

Życie ma lepszy smak
cóż więcej mógłbyś chcieć
cieplejszy wieje wiatr
kolejny idzie dzień

Co nie znaczy, że utwory są złe. „Cisza i wiatr” Artura Rojka kilka razy poprawiła mi humor, jest idealna do słuchania w drodze do pracy, na uczelnię, na piwo, w samochodowej drodze na wakacje chyba też. Uniwersalna? Dużo w niej słońca… i wiatru.


Pesymistyczna część mojej osobowości każe mi podejrzewać, że „Nieodkryty ląd” Marty Podulki to najlepszy numer na płycie, swego rodzaju wejście smoka – wejście Marty, i po tym utworze chyba wolałabym, aby kolejne piosenki pozostały właśnie takim nieodkrytym lądem. Ale idę, brnę, słucham dalej, jak idiota, szaleniec!


Ola – Lepszy Świat
Chyba jednak gorszy. Sto trzydzieści osiem dorastających dziewczynek ma taką samą barwę głosu jak Ola, i w ogóle, są w całości takie same jak Ola, czyli żadne, więc śpiewają tylko przy ognisku. Ta Ola postanowiła nagrać piosenkę, albo ktoś za nią zdecydował. Słabiutkie. 

Po deszczu wyjdzie słońce.
Nie wierzysz? - To takie proste!
Rozum mówi ''nie'', Tobą znów kieruje serce!
Po deszczu śladu nie będzie.
Nie wierzysz? - Unieś ręce!
Rozum mówi ''nie'', zimnej kropli nigdy więcej!

Niby optymistyczny tekst, a śpiewa, jakby była najsmutniejszą dziewczynką świata, smutniejszą niż Jula.


Ewa Jach – Przed nami
… nie ma żadnej przyszłości. Ani żadnej przeszłości za nami, na szczęście.


A.D.I. – Wiem, że
Kiedy wpisuję w Google „A.D.I.”, wyskakuje Acceptable Daily Intake, czyli „dopuszczalne dzienne spożycie, wskaźnik określający maksymalną ilość substancji, która zgodnie z aktualnym stanem wiedzy może być przez człowieka pobierana codziennie z żywnością przez całe życie prawdopodobnie bez negatywnych skutków dla zdrowia” (Wikipedia).
Takich ciekawych rzeczy się dowiaduję dzięki tej płytce!
 „Wiem, że” mój wskaźnik ADI w stosunku do słuchania A.D.I. na dzisiaj i na wieki wieków jest już wyczerpany. Nawet nie wiem co to jest. Chyba pop rock, chociaż pop rock pop rockowi nierówny.


Joko – budzi się noc
NIE MAM PYTAŃ! Pierwsze dźwięki – przerażenie. Musicie to zobaczyć i posłuchać! Czy to jest teledysk? Czy jakaś kpina? WordArt na najwyższym poziomie. Wsłuchajcie się dobrze: „Beściebie nie ma mnie, beściebie jest mi źle!”



Looking4 – Czekając na więcej
4 now, this is 2 much 4 me. Śpiewający chłopiec/chłopcy, czekający na więcej.


Kasia Gomoła – Jak chcesz
Nie chcę.


Aleksandra Dźwigała „Alex” – Jak Lew
Kolejna smutna dziewczynka spadająca na dno, bo „życie daje jej w kość i patrzy w nie-boooo, nie-booo, a łzy nieustannie lecąąąąąąą” (nie wiem jak u Alex, ale moje łzy płyną, a nie lecą). Nie poddawaj się, Alex, walcz jak lew! Jak lew Alex z „Madagaskaru”! Ksywa piosenkarki: Alex. Tytuł piosenki: Jak Lew. Przypadek? To nie może być przypadek! Czekam teraz na piosenkarkę o ksywie Julian, śpiewającą piosenkę pt. „Teraz prędkoooooo, zanim dotrze do naaas, że to bez-see-nsuuuu!”




Aspidistra ft. Maciek Pintscher – Noc nie kończy dnia
Tutaj mamy do omówienia dwie sprawy.
Sprawa pierwsza: Aspidistra. Brzmi jak nazwa jakiejś nieodkrytej planety. Ktoś chciał mieć bardzo intrygującą nazwę zespołu, a wyszło na to, że jest „byliną z rodziny szparagowatych, dawniej klasyfikowaną do konwaliowatych, myszopłochowatych, jeszcze dawniej do liliowatych” (Wikipedia). Wciąż poszerzam swoją wiedzę, tym z zakresu botaniki, dzięki tej płytce, która nie powinna nazywać się „100 % po polsku”, ale „+ 100 dla wiedzy zbytecznej, którą pochwalisz się podczas randki aby przerwać krępującą ciszę”. 
Wyobrażacie sobie?:
- Pachniesz konwaliowato niczym aspidistra…

Sprawa druga: Noc nie kończy dnia – to ci nowość. Dziś w programie TAK czy NIETAK sonda: Czy noc nie kończy dnia? Zapraszam do dyskusji na ten temat w komentarzach pod postem!

Szkoda, że piosenka bardzo taka sobie, z wyśpiewanym milion razy zwrotem „Właśnie spełnia się lato z moich snów”. Maciek Pintscher ma dobry głos atrakcyjnego mężczyzny. Zwrotka nawet mi się spodobała, fajnie buja, przyjemnie się słucha, ale refren? Wszystko niszczy.

Aleksandra Pęczek – Nieosiągalny
Piękny, ciepły głos, byłam pewna, że już gdzieś ją słyszałam. Tak, ta słodka dziewczyna występowała w Must be the Music. Ma potencjał. Jest dobra. Lepsza niż Joko, niż Ola, niż Kasia Gomoła. Dużo lepsza. Delikatna, spokojna. Utwór wyróżnia się spośród innych, błyszczy jakimś tam blaskiem, więc spojrzałam do książeczki dołączonej do albumu, żeby zobaczyć, czy Aleksandra tworzy sama, czy ktoś ją wspiera. I proszę, written by Mrozu między innymi.




Goście – Mamy w sobie ogień
Nie macie w sobie ognia. Nie grajcie rocka.


Off Kultura – Znikam
Byli w Teleexpressie. Lekki rock. Przyjemny wokal, przyjemna plumkająca gitara, tekst o niczym.


Nika – Historia życiem pisana
Chyba nie żyłaś.


Sylvia & Robgitarnik – Ty i mój sen
„Właśnie wstaje nowy dzień, twój czuły wzrok już otula mnie”… a u mnie już popołudnie.


Strefa Zero – Wieczny maj
Już miałam kąśliwie pisać, że o maju może śpiewać tylko Kora, ale ugryzłam się w język. Strefa Zero to granie bardzo przyjemne, pozytywne i wpadające w ucho, chętnie posłuchałabym wokalistki Kasi Czarneckiej z zespołem na żywo, np. we wrocławskim klubie Strefa Zero ;) delikatny rock.

Wolny Band – Robię tak
Daniel Moszczyński – sto procent pewności, że już gdzieś słyszałam to nazwisko... Oczywiście, że tak! Moszczyński Pietsch & Bibobit "Plotka", polecam ;) Natomiast tutaj mamy utwór "Robię tak". 
O rany, ucieszyłam się bardzo z tego utworu, z tekstu, z klipu, idealne po prostu, mój numer jeden na „100 % po polsku”. Do tej pory nie wiedziałam, czego szukam na tym albumie, ale teraz już wiem: szukałam właśnie tego! Tak mi się humor poprawił, że już nie mam ochoty słuchać kolejnych utworów. Będziecie wiedzieć o co mi chodzi, sprawdźcie koniecznie i dajcie znać, co myślicie (jeśli w ogóle tu jesteście… jesteście? Jesteś?):

„Śpiewam, bo tutaj refren jest!”. Mega! Jeden z niewielu numerów na tej płycie, który mogę potraktować na poważnie, mimo że wcale poważny nie jest. Co go różni od pozostałych w kwestii (nie)poważności? Premedytacja.


Bloo – Tonę i wiem
Tonę i wiem, że tonie wszystko. To wszystko. Disko polo? Bez sensu.

Bartosz Jagielski – Ile razy mam przepraszać
Jeszcze raz, i jeszcze raz. Poproczek.

Arek Malinowski – sama w ogniu
Kurcze, no żeby tak wszystko na jedno kopyto?

Mariusz Wawrzyńczyk – Jedyny raz
Kolejne kopytko do kolekcji

Filip Moniuszko – Zachłannie
Głos jest, pora jeszcze napisać dobre utwory.


Tyle na dziś. :) 


wtorek, 25 lutego 2014

Elvis mieszka u mnie w domu! - część druga

Szaleńczo mi miło, że wpis o mojej mamie i Elvisie spotkał się z zainteresowaniem. A jeśli czytelnik chce więcej, to... nie trzeba mnie długo namawiać.

Mama się dość mocno zachłysnęła tematem i z chęcią podjęła współpracę. Współpraca przebiegła pomyślnie i oto, co następuje:

Płyty winylowe Presleya - okazało się, że mama ma ich więcej, niż myślałam! Nie wiem, gdzie je pochowała, ale wpadła dzisiaj do mnie z naręczem winyli, które za chwileczkę tu przedstawię. Sama również zajrzałam do kolekcji, chociaż nie - raczej minikolekcji - naszych domowych płyt winylowych, i znalazłam kilka perełek. Na widok niektórych szczena mi opadła, ale o tym za chwilę, albo nawet w osobnym wpisie. 

Póki co Elvis.

1. Album Rock-And-Roll. Wydany - uwaga - w Bułgarii. Obecnie chodzi na Ebay'u za 25 dolarów. Zawiera utwory z lat 50. Nie wiem skąd mama go wytrzasnęła jakieś 30 lat temu, ale Polak potrafi. Jeśli się przyjrzycie, zauważycie, że usta Elvisa na okładce są przyozdobione ciemnym zygzakiem. Jak się dzisiaj dowiedziałam, była to oznaka mojej radosnej twórczości, kiedy miałam roczek czy dwa. Pewnie oberwałam za to po tyłku ;)




2. Album Elvis LIVE. Wydany we Francji prawdopodobnie w 1981 roku przez RCA Records, o ile dobrze rozumiem francuskie napisy. Mamy rodzinę we Francji, więc w tym przypadku pewnie poczta zadziałała. Suspicious Minds, Can't help falling in love, Blue Suede Shoes, czyli numery najlepsze z najlepszych.









3. Album Separate Ways. "Za tę płytę dałam prawie całą moją wypłatę jakoś na początku lat 80." - mama. "Printed in USA", przez Pickwick International, początkowo wydany w 1973 przez RCA Records. Składanka. 













4. Album Moody Blue z 1977 roku, czyli ostatni album wydany za życia Elvisa. RCA Records. "Printed in Holland", proszę, proszę ;)








5. Album The Elvis Presley Collection. Dwupłytowy, 1984. 

















To właśnie w tę płytę wpatrywała się moja mama robiąc makijaż:






Środek The Elvis Presley Collection. Meega zdjęcie!

6. Album Inspirations z 1980 roku. Piosenki religijne, bo Elvis wierzącym człowiekiem był. Choć kiedy patrzę na font wykorzystany w tytule płyty, myślę sobie, że nawet święty Boże nie pomoże...













7. Album Elvis. Worldwide Gold Award Hits, Parts 1&2 z roku 1974, RCA Records. Pomysłowa okładka według mnie. Znajduje się na niej 25 złotych płyt, na każdej z nich tytuł jednego utworu i data jego nagrania. Super sprawa :) Utwory takie jak Don't Be Cruel czy Hound Dog, czyli złoto w czystej postaci!









8. Jest jeszcze płyta 50 x The King. Elvis Presley's Greatest Songs by Danny Mirror & The Jordanaires, czyli Danny Mirror śpiewa utwory Elvisa, a przygrywa mu zespół samego króla. Made in Romania, łohohooo!












9. Proszę bardzo, zbliżamy się do końca, więc polski smaczek: Wojciech Gąssowski i Love me Tender! Gąsior na motocyklu. Pewnie gdyby było go stać, wsiadłby do cadillaca, ale cóż... Nie, nie nabijam się, ale nie marzę też o przesłuchaniu tej płyty :) Wydane przez WIFON w Opolu, 1981.













10. Na koniec płyta, która zaskoczyła mnie najbardziej, a nawet trochę rozbawiła. Karel Zich, Let me sing some Elvis Presley songs. Made in Czechoslovakia, 1983. Karel Zich jest Czechem. Pomyślcie sobie - Love me tender po czesku?! Jailhouse Rock po czesku? Póki co gramofon mam zepsuty, ale miałam nadzieję, że w necie znajdę wykonania tego mistrza. Nie myliłam się. Posłuchałam sobie In the Ghetto i Love me, a następnie trafiłam na mój hit, nie do pobicia: Blue Suede Shoes, czyli po czesku: 
Nešlap mi na sandály
Polecam! Tyle radości z powodu sandałów ;))


Wrzucam jeszcze kilka zdjęć fanowskiego albumu na cześć Elvisa, który pisała moja mama w pocie czoła na maszynie, oprawiła w twardą okładkę i pewnie podczytuje sobie czasem przed snem. Właściwie jest to biografia Elvisa. Nie przeczytałam jeszcze całego tekstu, ale po przejrzeniu fragmentów zauważam, że mama Baśka pisała bardzo emocjonalnie i szczegółowo, skupiając się jednak bardziej na życiu prywatnym Presleya i jego samopoczuciu, niż na karierze. Tak czy inaczej, włożyła w powstanie tej publikacji wiele trudu! Rok "wydania": 1983.
Okładka. Prosta i gładka, ale myślę,
że i tak oprawienie całości nieźle nadwyrężyło domowy budżet ;)


Strona tytułowa
"Dom króla" - zdjęcia wnętrz Graceland oraz Elvis z żoną i córą




Wycinek z gazety, niestety nie wiem jakiej i z którego roku... 

W Poznaniu działa chyba jedyny w Polsce Fan Club Elvisa Presleya. Cieszy się dużą popularnością, o czym świadczy liczba fanów. Są także członkowie-korespondenci, przyjmuje się dalszych chętnych, poszukuje ponadto wszystkich śpiewających, wzorujących się na Presleyu

Jacyś chętni?




RFN... ;)
Zdjęcia!



Ta gitara podróżowała wraz z nim w szoferce jego ciężarówki, wziął ją ze sobą /w lipcu 1954/ do studia Sun na nagranie swojej pierwszej profesjonalnej płyty.

Miał później wiele wspaniałych, nowoczesnych gitar, lecz nigdy nie zapomniał o staruszce, z którą rozpoczął podbój świata.
Preslei, zdjęcie nadesłane chyba z RFN... :)

Elvis rządzi!

Pamiętamy!


Sporo tekstu :) 
Minęła ósma rocznica jego śmierci, czyli wycinek z gazety z sierpnia 1985 roku, jeśli dobrze liczę

Mam nadzieję, że nie popełniłam  żadnej gafy przy opisywaniu płyt. Jeśli ktoś coś zauważy, proszę krzyczeć. Pozdrawiamy Mamę Baśkę!


wtorek, 3 grudnia 2013

Płyta: "100 % po polsku", Sony Music, 2013

Ostatnio na portalu All About Music wygrałam płytę "100 % po polsku". Szczerze mówiąc, nie patrzyłam, co jest do wygrania. Był to konkurs z serii „kto pierwszy ten lepszy”, więc nawet się nie zastanawiając, odpowiedziałam szybko na pytanie konkursowe, i udało się – byłam pierwsza. 

źródło: www.empik.com


Pomyślałam sobie: 

Spoko, zorientuję się, co nowego w polskiej muzyce, może znajdę nową muzyczną miłość albo chociaż kogoś jako tako godnego uwagi.

Spostrzeżenia po przesłuchaniu płyty: 

Czasem lepiej wyłączyć mózg i nie myśleć.

Ale od początku. Kilka dni później odpakowałam kopertę i uśmiechnęłam się od ucha do ucha, widząc:



Fajny pomysł, prawda? Oprócz wysłania nagrody zwycięzca dostaje ręcznie napisane gratulacje. Od razu człowiek myśli: o, jacy oni sympatyczni.

Dobra, zerknęłam na tracklistę płyty „100 % po polsku” i… 
O szlag… 
Chyba się nie znam na stuprocentowej polskiej muzyce, bo trochę mnie zatkało, kiedy ujrzałam takich wokalistów jak: Olek, Klaudia, Ola, Marta Podulka, Radek Michalik. Kto to, kurde, jest? Co to, kurde, są? Hę?

Patrzę dalej, a tam: Red Lips, Jula, Doniu, Farba, Formacja Nieżywych Schabuff. Dobra, coś mi się obiło o uszy, nie jest źle. To znaczy, było źle, bo z miejsca odłożyłam płytę gdzieś na bok, zastanawiając się, czy kiedykolwiek rozpakuję ją z folii. Co jak co, mam ciekawsze rzeczy do roboty niż słuchanie Juli. Zastanawiałam się nawet, czy komuś nie podarować tej płyty, w końcu nówka sztuka, nieśmigana, ale halo… Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe, chyba nie chcę karmić kogokolwiek gów… Znaczy się, wyrobem muzykopodobnym. Wiadomo, że czekolada Lindt jest lepsza od Terravity…

W końcu zebrałam się w sobie i odpaliłam płytę. Ludzie, to jest tak słabe, że aż muszę o tym napisać. I nie ma to żadnego związku z portalem All About Music – jakiejś niechęci do niego czy co tam jeszcze. Chodzi tylko i wyłącznie o płytę. A nawet dwie, bo jest to wydanie dwupłytowe…

Może niektórych zniechęcą (bądź zachęcą?) tytuły utworów. „Gdy nie ma cię”, „Pełen słońca dzień”, „Ciebie nie ma”, „Ty i mój sen”, „Tonę i wiem”. Matko Bosko Kochano, kto wymyśla te tytuły?! I przede wszystkim, kto pisze te teksty?!

Pokrótce.

1. Red Lips – To co nam było
Red Lips kojarzę z Must be the Music. Ruda laska z zadziornym głosem wyglądała i brzmiała obiecująco. Wydali płytę, ponoć się dobrze sprzedaje (pewnie dlatego, że się sprzedali). „To co nam było” znałam już wcześniej, bo często jeżdżę autobusem, a kierowcy słuchają Eski. Nie lubię maniery wokalistki, powtarzanego miliard razy refrenu i nazwy zespołu.

2. Jula – Ślad
Niby rockowo… Ale wokal tak nijaki, że aż boli. Smutna Jula ma „takie same sny już od kilku lat”. Niech się cieszy, że w ogóle jej się coś śni, bo słyszałam, że brak snów jest objawem choroby psychicznej.

3. Mezo & Hania Stach – Na nowo
Hania występowała w Idolu. Pamiętam, że Elżbieta Zapendowska ją podziwiała. Ja nie podziwiam. Meza też nie.

4. Venya -Uwolnij sen
Tekst rodem z Disco Relax. Plus perkusja i gitary. Rymy częstochowskie. Straszne. Next, please...

5. Doniu – Okulary
Zaskoczenie. Pozytywne. Jeden z lepszych numerów na płycie. Znośny tekst i chyba modne od jakiegoś czasu gwizdanie w utworze. Posłuchałam dwa razy pod rząd, więc to musi coś znaczyć… Proszę, fragment:

Yoko Ono mimo lat, codziennie na fejsie
Przypomina innym co dla nas najważniejsze jest
Co dzień test, wielokrotne rozwiązanie
Kim jestem, co zrobię i kim przez to się stanę



6. Roby – Całuj mnie teraz
Sorry, przełączyłam po kilku sekundach, po wersie Całuj, wycałuj teraz o nic się nie martw, o nic się nie martw.

7. Rafał Radomski – Gdy nie ma cię
Chłopcze, jesteś tak młody, a tak wiele wiesz o życiu, uszanowanko. Gdy nie ma cię, wszystko traci sens. Piosenka idealna do puszczania na dyskotece w podstawówce. Każda wtedy marzy, żeby chłopiec poprosił ją do tańca. Khy khy.

8. Olek – Budzę się
Pierwszy wers rozpoczynam pustym słowem – to po co w ogóle rozpoczynasz? Przełączam po pierwszym wersie, rozpoczętym pustym słowem.

Podobnie przy numerach 9 (Robgitarnik & Tomek Orliński – Obrotowe drzwi), 10 (Mariusz Urbaniak – Wypadła mi z rąk), 11 (Gravitee – Pierwszy raz) – swoją drogą utwór „written by” cztery osoby. Szkoda czasu i pracy tych czterech osób, serio. Zastanawiam się, dlaczego w książeczce albumu „100 % po polsku” użyto zwrotu „written by”? Byłam dzielna, kilka pierwszych utworów przesłuchałam w całości, ale od numeru 9. do 12. wszystko jest szaleńczo słabe, na jedno kopyto. Nijakość. Teksty o niczym, albo o tym, jak jest źle bez ciebie, i jak bardzo ci nie wierzę, i jak daleko jesteś, i dlaczego, dlaczego?

Od 13. jest trochę lepiej. Na chwilę zatrzymałam się przy Farbie – wokalistka Joanna Kozak ma interesującą barwę głosu, muzycznie jest trochę lepiej niż w innych utworach, ale bez szału. Moją uwagę zwrócił także wokalista zespołu Niegrzeczni. Pamiętam, jak swego czasu śpiewał u Rubika i występował w Szansie na Sukces. Jego głos kojarzy mi się z tym powszechnie znanym utworem. By the way, to jeden z tych utworów, które wszyscy znają, a nikt nie wie, jak się nazywają. Ja również, aby go znaleźć, wpisałam w Google „Mm mm mm mm”. Znalazłam od razu :D Ty też go znasz, na 100 %. Enjoy!: 


Pośpiewane? ;)
Wokalista Niegrzecznych ma według mnie nieco podobną barwę:


Co jeszcze? Kasia Nowak – Ciebie nie ma. Fajny chillout, robi się całkiem przyjemnie i romantycznie.   

18. Hex – Bliżej słońca, 19. Radek Michalik – To co chcesz, 20. Ania Frontczak & Marco – Tylko w moich znach - w tych utworach wracamy do gatunku „na jedno kopyto, przełącz!”

21. Najlepszy Przekaz w Mieście – zasłużyli na osobną linijkę, bo dali radę w Must be The Music. Według mnie słabe, ale ja się na „rapach i hip-hopach” nie znam.

Uff, jakoś dotrwałam do ostatniego utworu na pierwszej płycie. 21 utworów. Dużo jak na jeden krążek. Przede mną jeszcze drugi, a tam takie perełki jak Aleksandra Dzwigała „Alex”, Ola, Kasia Gomoła i Marta Podulka. Wolę nie wiedzieć, czym mnie uraczą. Dziś nie dam rady. Może innym razem.

100 % po polsku. Czuję się trochę otumaniona. Potrzebuję teraz czegoś polskiego. Czegoś polskiego i dobrego. Nosowska, chodź do mnie! Kora, gdzie jesteś? Maleńczuk? Ratujcie polskość!


niedziela, 13 października 2013

Płyta: Ziemia Kanaan "Katarynka", 2013

Mimo że omawiany album grupy Ziemia Kanaan miał swoją premierę ponad pół roku temu, to warto o nim napisać, nawet z „lekkim” poślizgiem


Dawno nie słyszałam polskiego zespołu, w którego twórczość wsiąknęłam już od pierwszej piosenki. Najpierw trafiłam na znany przebój lat 70. - „Porque Te Vas”. Nie przepadam za oryginalną wersją, dziewczęcy wokal Jeanette ani mnie ziębi, ani parzy, nie dostrzegam w jej śpiewaniu żadnych emocji. Tymczasem po odsłuchaniu tego numeru w wykonaniu Ziemi Kanaan olśniło mnie. Ten utwór jest wspaniały! Jednak cover może nagrać każdy, ciekawe czy we własnych utworach zespół także ma coś do zaoferowania – pomyślałam. Przesłuchałam zatem całego albumu „Katarynka”, i jak już wspomniałam, wsiąknęłam w tę muzykę. Chociaż „wsiąkać” jakoś brzydko mi tu brzmi. Dałam się ponieść tej muzyce. O, tak ładniej. 



Ziemia Kanaan powstał w Stalowej Woli. Przez ponad 10 lat swojej działalności muzycy zaliczyli sporo festiwali reggae, ich utwory były umieszczane na różnych składankach. W większości ich twórczość utrzymuje regałowy puls, ale pierwsze, co mi się nasuwa na myśl jeśli chodzi o ich muzykę, to duże urozmaicenie, świeżość, różnorodność. Nie zamknęłabym Ziemi Kanaan w jednej szufladce z Habakukiem, Parpiką Korps, Pustkami, Czerwonym Tulipanem, Daab, Maleo Reggae Rockers czy nawet Czesławem Mozilem. Dlaczego wymieniłam tak wiele grup? Każdy z tych zespołów ma w sobie coś charakterystycznego, nie grają identycznej muzyki, prawda? Właśnie stąd w moim odczuciu ta różnorodność Ziemi Kanaan – mam wrażenie, jakby inspirowali się muzyką wielu zespołów (te, które wymieniłam wyżej, przyszły mi na myśl jako pierwsze; ciekawe, czy trafiłam), zmiksowali ją ze swoimi pomysłami, i tak oto powstał album „Katarynka”. Nie zrozumcie mnie źle – nie chodzi mi o kopiowanie czyjejś twórczości. 

Nigdy nie byłam w Stalowej Woli, mogę się jedynie domyślać, że grafika na okładce przedstawia to miasto, jakże kolorowe i niekojarzące się z przemysłem hutniczym. A może się mylę. 

Kilka konkretów odnośnie albumu. Rzecz pierwsza: wokal, który jest moim zaskoczeniem numer jeden. Czasem zdarza mi się, słuchając jakiegoś utworu, mieć wątpliwość, czy śpiewa kobieta, czy mężczyzna. Ba, nawet jeśli wiem, że za mikrofonem stoi np. Artur Rojek, zamykam oczy i wyobrażam sobie kobietę śpiewającą „My” Myslovitz. Podobnie, kiedy śpiewa Tracy Chapman, wyobrażam sobie postawnego mężczyznę. Taki odchył, którego przyczyną są niesamowite barwy głosu. Miałam tak również w przypadku wokalisty Ziemi Kanaan – Mariusza Zarzecznego. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy na teledysku ujrzałam, że łagodny, ciepły, lekko zachrypnięty głos należy do faceta mogącego z powodzeniem być frontmanem zespołu hard rockowego! Ważną rzeczą jest dla mnie rozumienie, co wokalista śpiewa (chodzi mi o wymowę, nie o zrozumienie sensu utworów). Tutaj duży plus! Nie ma niewyraźnie zaśpiewanych wersów (nawet w bardzo trudnym utworze „Widziadła”), nierównych chórków, które też często utrudniają odbiór, i czego tam jeszcze. Wokalista mega uniwersalny, sprawdza się w bardziej reggae’owych, bujających dźwiękach, ale wydrzeć też się potrafi. Zresztą wokalnie udziela się nie tylko Mariusz Zarzeczny, ale i reszta zespołu. 

Sprawa druga – to zróżnicowanie, o którym pisałam. Jest kilka utworów zaczynających się od mocnych, rockowych gitar, przechodzących w spokojniejsze, bujające reggae („Słonko”, „Kory drzewne”). Podoba mi się taka konstrukcja, chociaż na koncertach może być trochę myląca – zaczynasz pogować, aż tu nagle zdezorientowany przechodzisz do regałowego bujania. Reggae, rock, ska – czego tu nie usłyszymy? Kilka pierwszych utworów to właśnie pomieszanie reggae z rockiem, czego kwintesencją jest wychwalane przeze mnie wcześniej „Porque Te Vas” (och, te zakończenie utworu… Lepiej bym tego nie wymyśliła!). Później spokojna i melancholijna „Druga Opowieść” (usłyszymy ją także kilka minut później w chilloutowym remixie Gitbit Papilot). Jednak spokój jest tylko chwilowy, bo kolejne utwory - „Jutro Znaczy Nic”, „Jahlove” (w języku angielskim) i „Widziadła” to iście rockowe klimaty. Na końcu usłyszymy kolejny remix – tym razem utworu „Den Sowy”, otwierającego album. Muzycznemu zróżnicowaniu sprzyja też mnogość instrumentów – nie tylko gitary, ale też mandolina, akordeon, klarnet, a nawet kachon. Także remiksy, z uspokajającymi dźwiękami instrumentów dętych, urozmaicają płytę. 

Minusem jest brak książeczki z tekstami piosenek. Wiem, że łączy się to z dodatkowymi kosztami, ale w przypadku tekstów, które nie wpadają w ucho aż tak, że po chwili znasz utwory na pamięć, jest to spora wada. Tym bardziej, że niektóre z nich zasługują na szczególną uwagę (jak choćby „Druga Opowieść”) i chciałoby się lepiej w nie wsłuchać mając przed oczami treść. 

Powtórzę raz jeszcze: dawno nie poznałam zespołu, który tak by mnie zainteresował już po kilku dźwiękach. Nie musiałam się przekonywać do tej płyty, przetrawić jej, odłożyć na bok i wrócić do słuchania po kilku dniach. Od razu „zaskoczyło”. Pozytywnie zaskoczyło!

Agencja Artystyczna Mruku, 2013.

Recenzja napisana dla Independent.pl