Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grass Hopper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grass Hopper. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 czerwca 2012

„Muzykologia czyli the best of… spraw damsko-męskich”, Łukasz Śmigiel, Grass Hopper, 2009.


źródło: www.sklep.gildia.pl
Jakie to miłe, kiedy książka, za którą dałam niecałe 10 zł, okazuje się jedną z tych, do których będę chętnie wracać! Muzykologia… to lekka, łatwa i przyjemna opowiastka na leniwe wakacyjne popołudnie, przepełniona uczuciami i muzyką. 

Fabuła nie jest wyszukana ani oryginalna. Facet mający w głowie uczuciowy mętlik. Kogo wybrać? Dawną miłość - femme fatale, czy kobietę, z którą nie łączy go wielka namiętność i pożądanie, ale stabilizacja uczuciowa? W rozwiązywaniu zawiłości miłości bohaterowi pomagają niezawodni przyjaciele o jakże wdzięcznych ksywach: Cipas i Zgred. 

Książka rozpoczyna się od tekstu piosenki Stinga Seven days. Jak się niebawem okazuje, mężczyzna jest wielkim fanem tego piosenkarza. W ogóle muzyka w jego życiu odgrywa bardzo ważną rolę, jeśli nie najważniejszą. Swoją pasję połączył z życiem zawodowym – pracuje jako dziennikarz radiowy. Przyjemnie mi się czytało o uczuciach tego faceta, wiedząc, że ma takiego samego hopla na punkcie muzyki, jak ja. Potrafił do każdej sytuacji życiowej dopasować odpowiednią piosenkę, odzwierciedlającą jego stan emocjonalny. I tak przez całą książkę przewija się cała masa utworów, najczęściej autorstwa Stinga i The Police, Genesis i Guns’N’Roses. Pojawiają się też Prince, David Bowie, Metallica, ZZ Top, Megadeth, George Michael, a nawet Franek Kimono. Mieszanka iście wybuchowa, nie jestem w stanie wyobrazić sobie duetu Georga Michaela z Megadeth :D Zaznaczam, że przez „pojawienie się” rozumiem nie tylko tekst utworu danego wokalisty, ale często bardzo ciekawe anegdoty o zespołach czy piosenkarzach. Kilka dni temu byłam na koncercie Gentelmana. Anegdotki o tym niemieckim wokaliście reggae również nie zabrakło. Po lekturze jestem naładowana po brzegi ciekawostkami muzycznymi, o których nie miałam pojęcia! Wielkim plusem dla Muzykologii jest miasto, w którym żyje bohater. Wrocław! Zawsze przyjemniej czyta się historię, która dzieje wzdłuż dobrze znanych ulic, kamienic, w klubach, w których czasem się bawię.

Książka została wydana w serii Męski Punkt Widzenia, która ponoć cechuje się twardym i drapieżnym spojrzeniem na świat i kobiety. Muzykologia to już druga książka tej serii, którą przeczytałam, i szczerze mówiąc, ani w jednej, ani w drugiej nie doszukałam się tej drapieżności. Wręcz przeciwnie, mimo że bohater pała uczuciem do dwóch kobiet, wciąż pozostaje romantykiem słuchającym Stinga. Muzyki Stinga również nie nazwałabym twardą ani drapieżną. 

Nie obyło się bez błędów językowych. Autor jest pracownikiem Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Trochę głupio zwracać uwagę dziennikarzowi, ale… Zgred wyglądał na równie zadowolonego. Nieustannie bawił się pod stołem ręką Julii, która raz po raz szeptała mu coś do ucha*. Ciekawa jestem, co też ta ręka mogła szeptać Zgredowi na ucho… Również odnośnie do wspomnianych wyżej wrocławskich lokali: nazwy klubów są w cudzysłowie, ale nazwy restauracji już nie. Czepiam się, czepiam :)

Każdy rozdział poprzedzony jest czarno-białą, klimatyczną fotografią, adekwatną do treści. Na fotografii się nie znam, ale są to według mnie bardzo dobre zdjęcia, niezależnie od tego, czy przedstawiają gitarę, czy cieknący kran. Na końcu książki znajduje się Słownik Pojęć Muzykologa. Szkoda, że o jego istnieniu zorientowałam się dopiero po skończeniu czytania. Umieszczone tu pojęcia to nic innego, jak pojawiające się wcześniej w tekście tytuły piosenek, nazwy zespołów i wokaliści. Przy każdym terminie autor wyjaśnia, kto jest kim, co tworzy, z jakiego albumu pochodzi utwór itd. Swego rodzaju przypisy.

Historyjka jakich wiele, zgrabnie napisana, jednak trochę naiwna i przechodzę obok niej obojętnie. Bez natłoku muzycznych anegdot zapewne Muzykologia byłaby dla mnie nijaka. Ale nie muszę być fanką Stinga lub Phila Collinsa, aby chętnie o nich czytać. Choć może od dzisiaj zacznę przyglądać się bliżej ich twórczości, szczególnie tego pierwszego. Na dobry początek polecam utwór, który już zawsze będzie mi się kojarzył ze skeczem kabaretu Łowcy.B:
* s.153.

sobota, 25 lutego 2012

„Kochanowo i okolice”, Przemek Jurek, Wydawnictwo Grass Hopper, 2010.

źródło: dedalus.pl
Kochanowo to wieś gdzieś niedaleko Kłodzka. Kilka sklepów, dom kultury, kościół. Sarnia Góra, Śnieżnik, agroturystyka. Blisko do mojego ukochanego Międzygórza :) Właśnie tutaj mieszka Marcyś, Lizzy, Makar i Koczis, niespełnieni artystycznie faceci, deathmetalowcy. Jeszcze w podstawówce założyli zespół, czym zyskali sobie fascynację u koleżanek ze szkoły. A teraz są już po trzydziestce, założyli rodziny, zarabiają w sposób sprzeczny z ich młodzieńczymi marzeniami. Zamiast koncertować u boku największych deathmetalowych kapel, jak to sobie założyli w przeszłości, siedzą za ladą w sklepie lub za biurkiem w bibliotece. Rock and roll pełną gębą!

Jednak kiedy tylko mogą, spotykają się w sali prób, chwytają za gitary, bębnią w perkusję, zapalają jointa, piją piwo, cieszą się wspólnym graniem dla przyjemności, rozmowami i nade wszystko cenią sobie święty spokój.

Marcyś, narrator opowieści, od dziecka jest (a raczej był) fanem Kombi. W dzieciństwie robił wszystko, aby zdobyć płytę czy jakiś dziadowski magnetofon (co w czasach komuny nie było łatwym zadaniem). W jego muzycznej fascynacji wspierała go niezawodna ciotka Halinka, która co rusz przysyłała mu płyty zakupione w Katowicach, gdzie istniało już coś takiego jak Empik, a nie tylko miejsce górnolotnie zwane księgarnią, gdzie rzadko kiedy można było dostać coś wartościowego. Kombi ze Skawińskim na czele zajmowało Marcysiowi całą przestrzeń życiową. Z wypiekami na twarzy słuchał nowych piosenek, wyczekiwał ich w liście przebojów Niedźwieckiego, czekał na teledyski w tv. Zbierał wycinki z gazet, wymieniając się za plakaty Smolarka i puszki po piwie.

Kochanowo = wieś = widział ktoś wieś bez dożynek?
Los sprawia, że Exterminator, deathemetalowy zespół rodem z Kochanowa, ma zagrać na dożynkach support przed… Kombii. Powinno być super, prawda? Zagrać na scenie u boku swojego idola sprzed lat… No właśnie: sprzed lat. Bo Kombii to już nie to samo Kombi, co kiedyś. Nigdy za nimi nie przepadałam, utwór Słodkiego, miłego życia budzi moją odrazę, inne zresztą też (żeby nie było, że wypowiadam się znając tylko jeden utwór – znam cztery albo nawet osiem :D)… No, może nie jest to zupełne obrzydzenie, ale parsknięcie śmiechem i poczucie nudy. Naprawdę próbowałam się przekonać do Kombi przy czytaniu tej książki. Ale nawet moje dobre chęci nie pomogły, bo gdy usłyszałam komentarze w stylu Co ty z tym Kombi, koszmarne, mydlana muzyka! (mama), A idź, jak patrzę na tego gościa z łysą pałą, to nie mogę na niego patrzeć (brat)… No cóż, nie mogłam nas dłużej katować. A Kombii z dwoma „i” na końcu to już w ogóle pomyłka, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. Mniejsza o to, przecież każdy miał jakieś ulubione zespoły od których zaczęła się jego przygoda z muzyką, a o gustach się chyba nie dyskutuje.

W każdym razie Marcyś dobrze już o tym wie, że dzisiejsze Kombii to chała i ten dożynkowy support będzie kompletną kompromitacją. Ale niestety zanim nadejdą dożynki, po drodze wydarzy się seria koncertów, o których Exterminator najchętniej chciałby zapomnieć. Do głosu dojdzie polityka i zobowiązania.

Wydarzenia bieżące, tj. przygotowania do nieszczęsnego koncertu przeplatają się tu z wydarzeniami z dzieciństwa i dojrzewania chłopaków z Exterminatora. Oczywiście najważniejszy jest ich rozwój muzyczny, który początkowo u każdego z nich jest odmienny. Po wielu dyskusjach i kłótniach na temat Republiki, Motorhead, Maanamu, Slayera i oczywiście Kombi, jako nastoletni chłopcy dochodzą do wniosku, że w duszach gra im metal.

 Poznajemy historię kapeli, jakich jest przecież wiele. W każdej miejscowości znajdą się jakieś dzieciaki, które będą nazywane przez mieszkańców satanistami, szarpidrutami i brudasami. A jeśli się mieszka na wsi, mogą być na językach wszystkich. I tak właśnie deathmetalowcy, którym nie udało się wybić w czasach ich świetności i młodości, powracają aby trochę się poniżyć na scenie, ale czym to się skończy, dowiesz się jak przeczytasz.

Przemek Jurek jest dziennikarzem i satyrykiem. Jego poczucie humoru bardzo mi odpowiada. Prosty język bez żadnego filozofowania również. Autor wykazał się godną pozazdroszczenia wiedzą muzyczną, którą też bym chciała kiedyś posiąść, ale to chyba niedoczekanie, póki co mogę się „kształcić” czytając tego typu książki ; ) Kochanowo i okolice dostaje ode mnie naprawdę sporo punktów i uśmiech jako bonus. Mimo że nie lubię Kombi, z zaciekawieniem czytałam o ich kolejnych sukcesach, płytach, wywiadach i upadku. Zaznaczam, że Kombi to nie jedyny zespół, o jakim można się dowiedzieć z lektury. Będą Scorpionsi, Def Leppard, Van Halen, Metallica, TSA.

Może banalny, ale trafny cytat: Otwórzcie się na muzykę, nie zamykajcie się w tym, co wciska wam radio. Nie dajcie się ogłupić, myślcie samodzielnie! Świat pełen jest doskonałych dźwięków. Wybierzcie z nich to, co najbardziej wam odpowiada. Nie namawiam was wcale do metalu, punka, reggae, popu, rapu i czego tam jeszcze – ale niech to będzie wybór świadomy!

Polecam nie tylko fanom Kombi czy cięższego grania. Jest to po prostu dobra rozrywka z muzyką w tle, ale też z przyjaźnią, rodziną, polityką, i z tym wiejskim (ale nie wieśniackim) klimatem Kotliny Kłodzkiej.

Mocne strony: mjuzik
Słabe strony: że to Kombi, a nie coś innego.

TUTAJ, bardzo proszę, Kochanowo i okolice w teatrze :)