Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hala Stulecia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hala Stulecia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 marca 2015

Koncert: Garou w Hali Stulecia we Wrocławiu, 21 marca 2015

źródło: www.halastulecia.pl
Koncert Garou we Wrocławiu był dla mnie zaskoczeniem i spontanem. Moja kuzynka wygrała bilety i dzień przed koncertem dostałam smsa, czy chcę iść na ten koncert. I wtedy przypomniałam sobie…

2002 rok. Koncert Garou w Sopocie (13 lat temu jeśli dobrze liczę, jak ten czas leci… miałam 12 lat!). Właśnie wtedy Garou stał się w Polsce megagwiazdą, a moja mama i ja oszalałyśmy na jego punkcie, zarażając tą fascynacją także ciocie i kuzynki. Byłyśmy razem na dwóch koncertach Garou, we Wrocławiu i w Katowicach. Drukowałyśmy plakaty, nosiłyśmy koszulki z podobizną Garou, kupowałyśmy kubki z Garou, o płytach nie wspomnę. Na koncertach darłyśmy się w niebogłosy… Fanki pełną gębą. Nie znałam ani trochę francuskiego, więc zapisywałam na kartkach orientacyjnie, jak się wymawia słowa poszczególnych utworów, i śpiewałam… żeby wam to unaocznić i poprawić nastrój – wyglądało to mniej więcej tak: „tał de fła żipąse, galetusie le ze tła” oraz „że natą deke wuuuu” i moje ulubione „że pe sząże leku dimą, pądą ku me szewe pus”. Teraz z moim francuskim nie jest wcale lepiej, ale przynajmniej umiem go mniej więcej czytać, nie muszę już zapisywać ze słuchu :D

Z biegiem czasu moja fascynacja Garou minęła. Nie przestałam go lubić, ale nie słucham od dawna. W przeciwieństwie do mojej mamy, która ma wszystkie płyty i od miesiąca chodziła i gadała „idę na Garouuuu, idę na Garou!”.

Już pewnie się domyślacie, co odpisałam kuzynce. „Mogę iść”.

Bawiłam się wspaniale! Okazało się, że mój sentyment do Garou jest tak znaczny, że wzruszyłam się, gdy tylko wyszedł na scenę, przywoływany brawami. Na płycie Hali Stulecia rozstawione były krzesła – numerowane miejsca siedzące. Nietrudno się domyślić, że długo tego miejsca nie zagrzałam, tak samo jak większość osób. Po kilkunastu minutach koncertu byłam już pod sceną. Chciałabym zwrócić uwagę na wielką kulturę fanów Garou. Nie było przepychania się, krzywych spojrzeń i tych wszystkich „pan tu nie stał!”. Przeciwnie, wszyscy pod sceną uśmiechali się do siebie, nie robili kłopotu, kiedy chciało się podejść bliżej. Fanki robiły sobie nawzajem zdjęcia ze śpiewającym na drugim planie Garou (tak! Było tak blisko od artysty, na wyciągnięcie ręki dosłownie!). Ujęło mnie też to, że około 4 metry od sceny siedział starszy pan na wózku inwalidzkim. I wiecie, że publiczność ustawiała się tak, aby nie zasłaniać widoku temu panu? Swoją drogą, facet cieszył się jak dziecko, robił zdjęcia, próbował nawet wstawać na chwilę z wózka i podpierał się kulami. Publiczność pierwsza klasa. Trochę śpiewająca, trochę udająca, że śpiewa i zna francuski (jak ja), ale jestem pewna, że Garou uznał tę naszą niezdarność za uroczą.

Garou jest wokalistą niezwykle chwytającym za serce. Śpiewa całym sobą, całym sercem. Naprawdę można się wzruszyć. Jego uśmiech rozbraja, a wygląd? Cóż, jest bardzo atrakcyjnym mężczyzną, co niekoniecznie dostrzegałam w 2002 roku ;), no ale z wiekiem zaczyna się zauważać różne rzeczy, prawda? ;)

Garou jest w świetnej komitywie ze swoim zespołem, równie atrakcyjnym. Jeśli dobrze zrozumiałam jego słowa, to ma nowego perkusistę. Cieszyły się buźki wszystkim muzykom na scenie. Muszę wspomnieć, że ekipa to niewielka. Z tego co pamiętam, na poprzednich koncertach Garou występował z kobiecym chórkiem, teraz go nie ma. Ale nie szkodzi. Garou śpiewający, grający na gitarze, pianinie i harmonijce w zupełności mi wystarcza.

Repertuar? Wymarzony. Śpiewał nowsze i starsze kawałki, które wzbudzają u mnie taki sentyment. Było zatem „Seul”, „Gitan”, przepiękne „Belle” z musicalu „Notre Dame de Paris”, utwory z nowszych i starszych płyt oraz covery. Zaskoczeniem był dla mnie utwór Leonarda Cohena „Everybody knows” – uwielbiam go! Oprócz tego Garou śpiewał Alicię Keys i Elvisa Presleya (cudo!). Piosenkarz wprawdzie nie skoczył ze sceny w tłum, ale kulturalnie z niej zszedł i przez kilka minut śpiewał otoczony ze wszystkich stron fanami.



Ten wieczór poprawił mi nastrój. Nadal lubię Garou, jak fajnie to wiedzieć! A Garou lubi koncertować w Polsce. W obecnej trasie koncertowej zatrzymał się u nas wyjątkowo długo. Spędzi w Polsce nawet Święta Wielkanocne – w Wielkanocny Poniedziałek wystąpi w Bydgoszczy. Czyli razem da u nas 7 koncertów na przełomie marca i kwietnia. Fani czują się dopieszczeni, nie ma innej opcji.



Zdaje się, że zaraz po bisach Garou poleciał na spotkanie z polskim fanclubem, dlatego ci, którzy czekali pod sceną z nadzieją na zamienienie kilku słów z artystą, nie doczekali się. Doczekaliśmy się za to równie serdecznego gitarzysty. Długo rozmawiał z fanami kanadyjskiego piosenkarza (po francusku), podpisywał płyty. Jako że rozmawiać po francusku nie umiem, skupiłam się na mojej ulubionej czynności pokoncertowej, czyli łypaniu okiem na scenę w poszukiwaniu koncertowych pamiątek. I udało się :) Zdobyłam teksty utworów, które były przyklejone na podłodze (ech, ten Garou, czyżby już mu pamięć szwankowała?). A potem, kiedy skończyły się rozmówki francuskie z gitarzystą (o ile się nie mylę, był to Danny Ranallo), poprosiłam go uprzejmie o kostkę od gitary. „Of course!” – uśmiechnął się i podarował mi kostkę. Można? Można :)




Dobry wieczór! Tylko głupia ja, że nie wzięłam aparatu. Miałam Garou na wyciągnięcie ręki!

środa, 26 listopada 2014

One Love Sound Fest 2014, 22 listopada, Wrocław, Hala Stulecia

Byłam na One Love Sound Fest. Nie poczułam w tym roku klimatu jamajskiego słońca w polski, pochmurny listopad. Nie poczułam klimatu jednej miłości, ale to pewnie ze względu na jakieś moje psychiczne pstro, a nie, że zły One Love.

Mellow Mood, sympatyczni zdreadowani bliźniacy z Włoch, jak zawsze dali przyjemny, pozytywny koncert. Piszę „jak zawsze”, bo to już ich trzeci (o ile się nie mylę) koncert w Polsce, i po tych kilku razach, no cóż, czym jeszcze mogą zaskoczyć? Może nowym materiałem, ale ten zbytnio nie odbiega od rytmów, które MM serwowali wcześniej. Niemniej, do bujania, skakania i wzdychania, że mają takie słodkie reggae love songi.

Najbardziej czekałam na koncert Patrice’a (jak się okazuje, nie tylko ja, bo z ankiety na onelove.pl wynika, że właśnie jego koncert podobał się najbardziej). Nie dość, że gościu wygląda jak milion dolarów, to jeszcze dzieli się taką pozytywną energią z publiką… Najgłośniej śpiewały i najwyżej skakały moje dwie towarzyszki, obie ciężarne. I dobrze, dzieciaczki pewnie też w brzuchach kręciły sobie dready, a za 20 lat będą się bawić na One Love Sound Fest - edycja 31. Podczas występu Patrice'a poczułam rzeczywiście przesłanie one love, że to nie są tylko czcze słowa, że dla niego serio wszyscy są równi i wszyscy są braćmi, których nie należy się obawiać, tylko do nich wychodzić. Bo Patrice wyszedł do publiczności i zmieszał się z tłumem ciągle coś podśpiewując do mikrofonu, a zrobił to tylko po to, żeby spojrzeć mi w oczy i przybić piątkę. Miło z jego strony, prawda?

Fragment jego utworu „Cry cry cry”, powinien nucić sobie każdy facet, który pozwala, aby jego dziewczyna przez niego płakała:
Never wanna see my girl
Cry cry cry again
I say woi woi woi
Rather I would wanna die”

Tak, drodzy. Szkoda, że zamiast tego, niejedna kobieta słyszy „woi woi woi, czemu znowu płaczesz, mała?”.

Nneka mnie zawiodła. Gdzieś czytałam opinie, że czysty mistycyzm, magia, rozwalony system itd. Rzeczywiście, Nneka tworzy muzykę dość zaangażowaną, ale jakoś nie wiem…
- trochę do spania, nie?
- no, do spania, do spania.
… takie komentarze wymieniałam z ludźmi. Jeśli ktoś ma inną opinię, to dobrze, i chętnie też wysłucham. Według mnie Nneka trochę przygwiazdorzyła, pośpiewała nie patrząc w publiczność, a w podłogę, nie nawiązała kontaktu ze słuchaczami, czego efektem była cisza między kolejnymi utworami. Nie, że nie było braw, ale entuzjastycznymi owacjami bym tego nie nazwała. Czułam między Nneką a publicznością mur nie do przeskoczenia i nic na to nie poradzę. Ale wokalistką jest bardzo zdolną.

Alpha Blondy to klasyk, proszę ja was, klasyk. Reggae’owcy starszej generacji mają ten niekwestionowany styl, po prostu potrafią to robić. Nawet „Wish you were here” Pink Floyd w wersji reggae, zagrane pod koniec, nie oburzyło mnie, a przecież mogło. Ponadto Alpha Blondy ma znakomitych gitarzystów, których nie powstydziłby się zespół grający rasowego rocka. No cóż, Alpha Blondy zapewne też się ich nie wstydzi!

One Love zakończyło się koncertem Juniorstressa. Ktoś chyba chciał, żeby Juniorstress szybciej zszedł ze sceny, bo w trakcie koncertu wysiadł prąd. Cisza na scenie, zaskoczenie zarówno muzyków, jak i publiczności. A! Jak fajnie, że sporo ludzi zostało na tym ostatnim występie, było już megapóźno, a pod sceną wciąż bujando i hulahopy. Juniorstress w całej tej dziwnej sytuacji („słuchajcie, dziwna sprawa, nie ma ekipy technicznej, nikt nie wie, gdzie się podziała…”) zachował się bardzo pozytywnie – zaczął śpiewać acapella, a niektórzy razem z nim. Potem jeszcze zatańczyliśmy kilka razy „wszyscy w prawooooooo, wszyscy w lewolewolewooo”, aż w końcu prąd wrócił i koncert został wznowiony.


Żetony do szatni – straszne zdzierstwo. Żarcie – zdzierstwo. Przeciągi w całej hali, widziałam niejednego zmarzniętego. Aby dotrzeć do sceny soundystemowej, też trzeba było wyjść na zewnątrz i zmarznąć. Namiot piwny – szaro od dymu, ale przynajmniej ciepło. Miłego dnia. 

piątek, 29 listopada 2013

Koncert: One Love Sound Fest 2013, 23.11.2013, Wrocław

independent.pl
Line-up tegorocznego One Love Sound Fest nie zaskoczył. Beenie Man, Gentelman… To już było. Spodziewałam się, że na 10. edycję festiwalu organizatorzy zaproszą kogoś takiego, że wszystkim szczęki opadną. Choć wielu gigantów reggae odwiedziło już nasz kraj i można pomyśleć, że żadne nazwisko już fana reggae nie zaskoczy, to jednak uczynienie Gentelmana gwiazdą wieczoru było według mnie pójściem na łatwiznę. Cenię tego artystę, wiem, że na koncertach daje z siebie wszystko i ma świetny kontakt z polską publicznością. Skąd to wiem? Właśnie stąd, że już kilka razy miałam okazję się o tym przekonać. Zdarzało się, że artysta występował w naszym kraju nawet kilka razy w roku. Beenie Mana również witaliśmy w Bielawie rok temu, grał też we Wrocławiu.

Może mam zbyt wygórowane oczekiwania, może zbyt wiele koncertów reggae już widziałam. Wiem, że jest mnóstwo osób, które w tym roku na One Love były pierwszy raz, i takich, które Beenie Mana, Gentelmana, czy też naszego Ras Lutę czy Dancehall Masak-rah widzieli pierwszy raz. Dla nich festiwal na pewno był nie lada wydarzeniem. Dlatego nie podważam atrakcyjności One Love Sound Fest ani artystów występujących zarówno na scenie głównej, jak i soundsystemowej. Jednak ta edycja nie obudziła we mnie entuzjazmu. Może to przez śnieg i szaroburą zimową aurę.

Gentelman gra znakomite koncerty, daje pewność, że publiczność będzie się dobrze bawić. Świadczyć o tym mogą opinie tych, którzy w ankiecie prowadzonej na stronie festiwalu głosowali na najlepszy występ. Póki co pierwsze miejsce zajmuje Gentelman & The Evolution, i to zdecydowaną większością głosów. Drugie – Beenie Man, trzecie – Ras Luta. Choć Beenie Man ani mnie ziębi, ani parzy, a omijanie niektórych wersów i chwilami dość niechlujny śpiew mogą drażnić, to trzeba przyznać, że jego muzyka jest tak energetyczna, że nie sposób się nie pobujać przy dźwiękach wielkiego hitu „Gimmie Gimmie Gimmie”, czy „I’m Okay / Drinking Rum & Red Bull”. A Gentelman śpiewający częściowo do publiczności, częściowo do swojej żony Tamiki udzielającej się w chórkach, jest ujmujący, ciepły i serdeczny. Działa to w dwie strony – jego publiczność jest wyjątkowa. Wokalista pytał, które utwory chcemy usłyszeć, niektóre z nich śpiewał w nowych, ciekawych aranżacjach. Na koniec zaśpiewaliśmy wspólnie, bez towarzyszenia instrumentów, „Redemption Song”. Nie miało to dla mnie jednak dużej „siły rażenia”, bo odniosłam wrażenie, że zaczerpnął ten pomysł od Maxa Romeo, z którym w ten sam sposób zaśpiewaliśmy „Redemption Song” na One Love 2012. Choć z drugiej strony, może właśnie tworzy się pewna tradycja i za rok zaśpiewamy ten utwór z jeszcze innym artystą?



W tym roku zupełnie odpuściłam scenę soundsystemową. I wolę nie wiedzieć, czy jest czego żałować, bo pewnie jest…

Jak co roku, w przerwie między koncertami można było się najeść, napić się w namiocie piwnym, kupić biżuterię, koszulki i czego tam dusza zapragnie. Jak co roku były też gigantyczne kolejki do toalet i szatnia na żetony. Konferansjerem festiwalu był niezawodny Mirosław „Maken” Dzięciołowski. Trudno byłoby wybrać lepszą osobę na jego miejsce.

Więcej o Festiwalu na Independent.pl


niedziela, 4 sierpnia 2013

Koncert: Deep Purple, 30 lipca 2013, Wrocław, Hala Stulecia

independent.pl
Do ostatnich dni nie wiedziałam, czy pójdę na ten koncert. Marzenia na szczęście się spełniają i we wtorek, 30 lipca, mocząc nogi w fontannie na pergoli, odliczałam czas do otwarcia bram wrocławskiej Hali Stulecia. Deep Purple, legenda hard rocka, zaraz zagra dla polskich fanów. Moją ekscytację podsycali zgromadzeni na pergoli i pod Iglicą fani w koszulkach z Deep Purple, ale też Pink Floyd, Jimim Hendrixem. Lubię patrzeć na takich ludzi. Lubię widzieć całe rodziny ubrane w fanowskie koszulki. 
Zaledwie początek spragnionej rockowych wrażeń kolejki

Koło 18 kolejka do wejścia zaczęła się powiększać w szalonym tempie. Jej widok utwierdził mnie w przekonaniu, że Purple legendą są i na zawsze pozostaną w czołówce historii rocka. Nie mam wątpliwości, że ich muzyka łączy pokolenia. Były osoby w wieku moich rodziców (50+), którzy pamiętają młodość Purpurowych. A poniżej pięćdziesiątki można było spotkać przedstawicieli chyba każdego roku kalendarzowego. Studenci, licealiści w długich włosach, małe dzieci w specjalnych słuchawkach chroniących uszy. I byłam ja! Pewnie jak większość z zebranych, reprezentowałam osoby, które mają wrażenie, że znają utwory Purpli od zawsze, właściwie nie wiedzą kiedy zaczęli ich słuchać, ale jak się urodzili to już wtedy po głowie chodziło im „Child in Time”. Oj, przesadzam troszeczkę?

Legendę rocka supportował zespół Kruk. Ten wybór nie dziwi, muzycy grali już między innymi przed Thin Lizzy i Uriah Heep. Zespół inspirujący się w swojej twórczości właśnie muzyką Deep Purple, mógł podziękować wrocławskiej publiczności za wspaniałe przyjęcie. Wokalista Andrzej Kwiatkowski zaskoczył mnie swoim głosem. Zamykając oczy, miałam wrażenie, że śpiewa do mnie sam Bruce Dickinson z Iron Maiden. Podstawową różnicę stanowił jednak typowy polski akcent Kwiatkowskiego w anglojęzycznych utworach. Na bis zagrali znane wszystkim utwory Queen, między innymi „I want it all”. Wokalista (który nie jest stałym członkiem zespołu) szczerze się cieszył i dziękował publiczności podkreślając, jak ważny jest dla nich trwający właśnie występ.

Zrobiło się bardzo, bardzo duszno. Był upalny dzień, pot spływał strumieniami. Jeśli w Hali Stulecia jest jakaś klimatyzacja, to tamtego dnia zawiodła. Uznaję to za spory minus organizacyjny, bo ludzi było mnóstwo, a ocierające się non stop o siebie spocone ciała nie do końca pozwalają cieszyć się koncertem. Włosy mokre, zero przewiewu, a gwiazdy wieczoru dopiero rozstawiają się na scenie.

Cieszyłam się bardzo na koncert Deep Purple. Przegapiłam ich poprzednie występy w Polsce i kiedyś płakałam z tego powodu, serio. Mimo wszystko jednak trochę się obawiałam, przede wszystkim wokalu Iana Gillana, czy nadal jest tak silny?

O 21 zgasły światła, a wypełniona po brzegi Hala Stulecia zabrzmiała gromkimi oklaskami i nawoływaniami. Nie wiem, skąd muzycy Deep Purple wiedzieli, że „Fireball” to mój ulubiony utwór, ale kiedy zaczęli występ właśnie od niego, ucieszyłam się niesamowicie. Tym bardziej, że słyszałam gdzieś obok mnie spekulacje, że pewnie zaczną utworem z nowej płyty „Now What?!”. „Fireball” od samego początku podkręcił rockową atmosferę na maxa, potem poszły jeszcze „Into the Fire” i „Hard Lovin’ Man”. Wiadomo, że wokal Gillana nie brzmiał tak dobrze jak w studyjnych nagraniach, ale dawał radę. Jeśli chodzi o koncertowy image zespołu, Gillan wyglądał najmniej rockandrollowo ze wszystkich. Od kiedy ściął włosy (dawno to było!), wcale nie przypomina dinozaura rocka. Z nieznikającym z twarzy uśmiechem i zwykłym podkoszulku wyglądał po prostu jak sympatyczny dziadek. Z czasem ten dziadek jednak się rozkręcił i biegał od jednej strony sceny do drugiej, tańczył, a pomiędzy utworami wołał „Fantastic!”. Na dinozaura rocka wyglądał z kolei Roger Glover, jak zawsze z chustką na głowie. Steve’a Morse’a dinozaurem bym nie nazwała, bo jest młodszy od kolegów z zespołu, ale długie włosy nadają mu rockowy wygląd.
Solóweczka Steve'a Morse'a, w oddali Gillan z tamburynem :)

Deep Purple zagrali swoje klasyczne utwory, ale także te z nowej płyty. Wcześniej słuchałam w domu tylko kilku piosenek z „Now what?!”, były dobre, ale nie zwaliły mnie z nóg. Co innego na koncercie! Brzmiały o niebo lepiej. Wykonane na żywo „Vincent Price” i megaenergetyczne, zaśpiewane wspólnie z publicznością „Hell to pay” skłoniły mnie do sięgnięcia po nowy album. Z tych starszych, szkoda, że nie zagrali „Child in Time”, uwielbiam ten utwór. Chociaż może i lepiej, pewnie nie bez powodu przestali go grać. Ian Gillan mógłby nie dać rady, a szkoda byłoby zepsuć klimat potknięciami wokalnymi.

Każdy z muzyków miał na scenie swoje pięć minut. Myślę, że nie przypadkiem Purple zdecydowali się na takie rozwiązanie, wiek robi swoje. Kiedy solówkę miał klawiszowiec, pozostali mieli chwilę odpoczynku. Co do samej solówki Dona Aireya – zrobił wielki ukłon w stronę polskich fanów grając utwór Chopina oraz… „Mazurek Dąbrowskiego”. Tego się nie spodziewałam, serio. Inni chyba też nie, ale kiedy zorientowaliśmy się co to za dźwięki, dało się słyszeć słowa hymnu dochodzące spod sceny. Deep Purple zagrali Hymn Polski – jak to w ogóle brzmi! Perkusista Ian Paice z kolei zrobił niezły show podświetlanymi pałeczkami, przy zgaszonych światłach wyglądało to bardzo spektakularnie.
Telebim. Bardzo przydatny!

Na początku koncertu stałam mniej więcej na wprost Iana Gillana. Pod koniec zostałam zepchnięta przez skaczących nastoletnich długowłosych gdzieś w prawą stronę. Był szał, ale dopiero kiedy usłyszeliśmy riff „Smoke on the Water”, tykająca bomba wybuchła. Uwielbiam wykonania live tego utworu, są niesamowite, i tak było też tym razem. Zaśpiewane wspólnie od początku do końca, cały czas słyszałam wrzaski wniebowziętej publiki, trybuny wstały z miejsc. Świetnie, świetnie!

Muzycy zeszli ze sceny, a halę wypełnił huk tupania butami, okrzyki, ale przede wszystkim głośne nucenie riffu z „Black Night”. Długo nie czekaliśmy, zadowoleni Purple grali jeszcze około 20 minut, a na sam koniec w stronę publiczności powędrowała koszulka jednego z muzyków oraz kostki do gry na gitarze. Udało mi się złapać jedną z nich! Najlepsza pamiątka z koncertu, oprócz wspomnień oczywiście. Mam w łapach piórko Steve’a Morse’a z Deep Purple i cieszę się szaleńczo! Po ostatecznym zniknięciu zespołu za sceną, publiczność przez kilka minut nie dawała za wygraną, mimo że światła się zapaliły, wyszli ochroniarze i impreza dobiegła końca. Wytrwaliśmy pod sceną i… doczekaliśmy się! Szczęśliwcy zdobyli kilka egzemplarzy setlisty prosto ze sceny.

Wychodząc z Hali, z radością i należytą dumą spoglądałam na moją koncertową zdobycz schowaną w dłoni. Przyglądałam się jej jak największemu skarbowi. Zauważył to jeden facet. Podszedł i mówi:
- Widzę, że udało się pani złapać kostkę do gry… Odsprzeda pani? Mój syn ma dzisiaj 20. urodziny…
- Proszę pana, ja też niedawno miałam urodziny!


Za żadne skarby! :) 
Nie oddam!

Cudowność!

Relacja napisana dla Independent.pl

sobota, 2 marca 2013

Koncert: Matisyahu, Wrocław, Hala Stulecia, 28.02.2013.

Independent.pl
Nie zasnę dzisiaj, nie zasnę z emocji! – powtarzałyśmy na zmianę z koleżanką po zakończeniu koncertu Matisyahu. Kilka dni po wydarzeniu wciąż jestem rozemocjonowana!

Trzeba przyznać, że koncert był bardzo dobrze wypromowany. Plakaty na przystankach, tablicach ogłoszeniowych, tramwaj z wizerunkiem Matisyahu – Wrocław od dwóch miesięcy przygotowywał fanów na występ artysty.

Supportem był rootsowy zespół Jafia Namuel, powstały prawie 20 lat temu. Mam mieszane uczucia co do ich występu. Grupa postawiła na samą muzykę, nie decydując się na zbytnią komunikację z publicznością, a przecież wiadomo, że sukces koncertu w dużej mierze zależy od tego, jak go odbiera publiczność. W związku z tym odniosłam wrażenie, że Jafia Namuel sobie, a publika sobie. W czasie dłuższych przerw między utworami słychać było rozmowy zamiast braw. Zagrali kilka utworów Boba Marleya, kilka swoich. Pod koniec ludzie trochę się ożywili, ale nie na tyle, aby grupa mogła zagrać bis. Ciągle nie mogłam od siebie odsunąć myśli, że muzycy Jafia Namuel powinni grać rocka. Może zasugerowałam się koszulkami muzyków, przedstawiającymi Jima Morrisona i Jimiego Hendrixa.

Po przerwie technicznej konferansjer zapowiedział gwiazdę wieczoru. Muszę wspomnieć, że wypowiedzi prowadzącego były najsłabszym punktem imprezy. Już zapowiadając Jafia Namuel, określił ich jako najbardziej „jamajski” zespół z Polski, po czym dodał: „Jeśli są fani, to może mnie poprawią, jeśli źle mówię…”. O Matisyahu powiedział, że wygląda jak chasyd. Rzeczywiście, gdybyśmy się cofnęli ponad rok wstecz, jego informacja byłaby aktualna. Zastanawiam się, czy pan konferansjer w ogóle wiedział, kogo zapowiada, i czy spotkał się wcześniej w garderobie z Matisyahu, który już od pewnego czasu nie nosi chasydzkiej brody i pejsów. Ponarzekałam, teraz pora na relację najważniejszej części.

Po dość długim wstępie, gdzie prym wiodły syntezatory i dochodzące nie wiadomo skąd modlitewne szepty Matisyahu, artysta wyszedł na scenę. Za duży płaszcz, ciemne okulary i czapka z daszkiem – nie wierzyłam, że w takiej stylizacji będzie nam śpiewał. Jak to tak, żebyśmy nie widzieli oczu piosenkarza? Po kilku minutach Matisyahu odłożył okulary i ściągał kolejne elementy garderoby, aż został w jeansach i T-shirt’cie.

Reggae, rock, pop, rap, modlitewne zaśpiewy, beatbox, a nawet lekka psychodelia połączona z grą świateł – Matisyahu nie ograniczał się do grania na jedno kopyto. W każdej odsłonie był bardzo dobry, a co najważniejsze, był sobą, i roztaczał wokół przekonanie, że właśnie uczestniczymy w czymś niezwykłym. Ciężko to opisać, u mnie przejawiło się tym, że na początku denerwowałam się, bo nie udało mi się stanąć w pierwszym rzędzie, że przede mną stali dwumetrowi faceci i musiałam stawać na palcach, aby cokolwiek zobaczyć – najczęściej załapywałam się na czubek głowy artysty. Po kilku utworach spłynęła na mnie fala błogości i radości, dryblasy ustąpili miejsca przed sobą, basy czuło się całym sobą, ba! Całą muzykę czuło się od stóp do głów! Nie wiem jak Matisyahu to robił, że publiczność była tak euforyczna, przecież między utworami nie mówił zbyt wiele. Wystarczyła muzyka, przekaz, uśmiech i autentyczność, a wszyscy poszliśmy za nim. Każdy, kto twierdzi, że Matisyahu na żywo to więcej niż odegranie kilkunastu piosenek na żywo, ma rację!

Matisyahu śpiewał utwory ze wszystkich swoich płyt, także z najnowszej „Spark Seeker”, która z reggae ma raczej mało wspólnego. Zaśpiewał hity „One Day”, „Jerusalem”, „Sunshine”. W zależności od utworu artysta stał w miejscu, lekko się kołysał, najczęściej jednak biegał i skakał z jednego końca sceny na drugi, a dam głowę, że gdyby scena była dwa razy większa, również wykorzystałby każdy jej skrawek na swój taniec. Niesamowite pokłady energii!

Na bis czekaliśmy długo. Podłoga Hali Stulecia trzęsła się od tupania nogami. Po chwili wyszedł gitarzysta, ale najwyraźniej zrezygnował, bo odłożył gitarę i zszedł ze sceny. Ale wrócił, wraz z całym zespołem i z Matisyahu, aby pokazać wrocławskiej publiczności, czym jest bis pełną gębą. Matisyahu ku uciesze wszystkich rzucił się w tłum, który uniósł go na rękach. Pierwszy raz widziałam coś takiego. Co innego, gdy ktoś z publiczności „pływa”, ale skoku ze sceny jeszcze nie widziałam. Jest to dla mnie wyraz zaufania do publiczności i potwierdzenia, że artysta cieszy się z koncertu tak samo jak widzowie. Piękne! Matisyahu popływał sobie na naszych rękach, usiłował nawet wstać, uśmiechał się, rzucił buty na scenę. Spodnie prawie mu spadły, ale co z tego. Myślę, że fani nie mogli sobie zażyczyć lepszego zwieńczenia koncertu. Matisyahu powrócił na scenę, aby po chwili zaprosić na nią publiczność. Kolejne emocje, pchanie się pod scenę, aby podać dłoń artyście. I wspólnie zaśpiewane „One Day”. Po tym wszystkim Matisyahu skromnie się ukłonił i zszedł ze sceny, pozostawiając na parkiecie publiczność krzyczącą „Dziękujemy!”. Jego uśmiech również zdawał się mówić „dziękuję”.

Koncertem rozpoczęto świętowanie setnych urodzin Hali Stulecia. Życzę Hali, aby wciąż była miejscem, w którym przeżywa się wspaniałe, niezapomniane muzyczne chwile.

Myślę, że Matisyahu świetnie się czuł na tym koncercie i jeszcze do nas wróci!

Recenzja opublikowana na WSA.org.pl oraz Independent.pl

niedziela, 2 grudnia 2012

Trochę prywaty + relacja z Konfrontacji Rockowych wROCK 2012, 1.12.2012, Wrocław, Hala Stulecia.



Ostatnie dni sprawiły mi wiele radości. Zaczęło się od upieczenia czterech blach ciastek. Przepis mówił, że z porcji ciasta wyjdzie „dużo ciastek”, ale skąd miałam wiedzieć, czy dużo = trzydzieści, czy dwieście. W rezultacie spędziłam cztery godziny w kuchni, ale z każdą porcją ciepłych, pachnących pierniczków miałam coraz lepszy humor. A jeszcze milsze było planowanie kogo nimi obdaruję, przecież sama nie przejadłabym tych stu trzydziestu miniaturowych radości. Fajnie tak czasem się zasłodzić :) Nie jestem mistrzynią w kuchni, ale jak mnie czasem coś najdzie, to puszczam muzykę i tanecznym krokiem wiruję między piekarnikiem a blatem. Niedługo święta, więc pewnie spędzicie sporo czasu na pieczeniu słodkości. Powiem Wam, że nowa płyta Artura Andrusa „Myśliwiecka” jest idealnym soundtrackiem do wykrawania pierniczków!

Pierniczki okazały się idealne do grzanego piwa wypitego z Ptanią. Wcześniej wygrzałyśmy się w saunach na Magicznym Wieczorze portalu DlaLejdis. Rety, jakie to fajne poleżeć w ciepełku, kiedy na dworze mróz. Przy okazji pozbywając się toksyn.

Kolejną porcją radości był kabaret Hrabi we wrocławskim Imparcie 30 listopada. Moim marzeniem było zobaczyć Aśkę na żywo. Nie tylko ja mam takie marzenia – miesiąc przed występem wszystkie bilety były już wykupione, załapałam się na ostatnie dwa miejsca. Joanna Kołaczkowska to kobieta, która samą swoją obecnością, sposobem patrzenia i chodzenia wzbudza mój śmiech. A jak zacznie mówić albo śpiewać, to już w ogóle brzuch ledwo wytrzymuje nagłe ataki śmiechu totalnego.

Kiedy występ nie jest nagrywany dla telewizji, na scenie dzieją się rzeczy, których srebrny ekran pewnie by nie pokazał. Spodziewałam się tego i cieszyłam niezmiernie z każdych chwil graniczących z absurdem. Nie będę pisać szczegółów, bo być może ktoś się wybiera na występ, albo czeka na premierę nowych skeczy w tv. Powiem tylko, że warto czekać. Cały program „Gdy powiesz tak” jest świetny, a gdy Kołaczkowska zaśpiewała na koniec „Song porzuconej” („Andrzejuuuu, Andrzeju, rety rety jeju!”) to poczułam ducha Janis Joplin gdzieś obok niej ;). Trzeba przyznać, że gdyby nie ona, kabaret Hrabi nie byłby moim ulubionym. Radość w radości, że oprócz mnie, również radosna Karolina miała radochę z występu.

Chwilę przed występem Hrabi zadzwoniła do mnie kuzynka z informacją, że wygrała bilety na Konfrontacje Rockowe wROCK 2012, ale nie może iść i czy chcę przejąć nagrodę. Jakby to Kołaczkowska powiedziała do Dziubasa: „No to chyba OCZYWISTE!”. Zastanawiałam się nad kupnem biletu, ale nie byłam do końca zdecydowana. Nie zależało mi na koncercie IRY, Jelonka właściwie nie znałam, na Luxtorpedzie byłam już kilka razy, a na Kim Novak i tak bym nie zdążyła, bo do 16 byłam w pracy. Ale wygrany bilet to zupełnie co innego, niż bilet za 60 zł ;).

źródło: strona wROCK na Fb
Weszłyśmy z Ewą do Hali Stulecia, kiedy Kim Novak właśnie kończyli swój występ. Szkoda, może jeszcze zagrają we Wrocławiu. Następny miał być Jelonek. Ludzie! Dlaczego ja go wcześniej nie słuchałam?! Wiedziałam, że skrzypek, że za je bi sty, że jego koncerty zapadają w pamięć. Ale kiedy nawet ktoś mi poleci jakiegoś artystę, to nie zawsze z entuzjazmem zaczynam go słuchać. Stwierdzam, że „eee, no dobra, kiedyś może posłucham, ale teraz dawać mi tu starych dobrych Beatlesów”. Tak właśnie było z Jelonkiem. Ktoś kiedyś wrócił z jego koncertu podekscytowany i zaczął mi opowiadać jak było, a ja nie miałam ochoty przesłuchiwać nowej dla mnie muzyki.

Słuchajcie, po wczorajszym wieczorze naszła mnie taka ochota na tę nową muzykę, że zaczęłam poszukiwać dvd z koncertów Jelonka. Co to za człowiek jest! Wchodzimy na Halę, a tam na scenie fajerwerki! A zza tych fajerwerk wyłania się pan w średnim wieku, w dłoni dzierży skrzypce, na jego marynarce przysiadły pluszowe misie (!), a na głowie ma hełm z rogami jelenia. Nazwijcie jego wygląd kiczowatym, ale jego muzykę – broń Boże! Na scenie towarzyszyli mu gitarzyści w długich włosach, headbangingowi nie było końca. Ostry rock w połączeniu ze skrzypcami, no kurde, super! Michał Jelonek jest mistrzem w łączeniu mocnego grania i dobrej zabawy. Śpiewał niewiele, za to tak nakłaniał do szaleństw, że publiczność nie dała się prosić. 

Przykładowe teksty Jelonka:
„Budujemy ściankę, Wrocławiankę! Budujemy ścianeczkę, Wrocławianeczkę!” – ściana śmierci wykonana, a Jelonek: „Budujemy nową ściankę! Ściankę, ściankę, Wrocławiankę!”. Jedyny mój komentarz: Jezus Maria, co tam się musiało dziać. Stałam trochę daleko i niewiele widziałam, ale patrząc po filmikach, budowano ściany jedną za drugą. 
„A teraz wężyk! Wężyk się przyczaja, wszyscy kucamy!” – to po prostu trzeba zobaczyć;
„Czy lubicie karaluchy? Trzeba je lubić, bo tylko one przetrwają!” – wtf? :D
„Jest disco, jest wszystko!” – wstęp do zagranego „Daddy cool”
I jeszcze bardzo wdzięczne „Napierdalaaaaaaaaaać!”.

Polecę banałem: publiczność oszalała. Tylko sobie wyobraźcie: facet z pluszakami na ramionach i rogami na głowie grający ciężki rock. Na skrzypcach! Oprócz wspomnianego „Daddy cool” grał standardy muzyki klasycznej, które z gitarami brzmiały nieziemsko. Byłam wniebowzięta! Bardzo lubię przychodzić na koncert artysty, którego nie znam, a po koncercie rozgłaszać wszem i wobec „posłuchajcie go koniecznie!”. Także posłuchajcie:



Jelonek podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Następna była Luxtorpeda, o nich się nie obawiałam, bo na Luxach zawsze dobrze się bawię. Tym razem jednak wyszło bardzo średnio. Litza był wkurzony jak nigdy, czepiał się ochroniarzy, przeklinał i niewiele mówił. Po kilku utworach przeprosił tłumacząc się zmęczeniem i tęsknotą za żoną, dziećmi i wnukiem. No dobra, mogę to zrozumieć. Widać, że potrzebuje  odpoczynku, bo głos mu chwilami siadał. Zagrali oczywiście na poziomie, tylko że krótko, i jakoś tak bez polotu. Ale „Wilki dwa” jak zawsze ruszają za serce.

Potem wystąpił Czesław. Czesław Śpiewa. Pierwszy raz byłam na jego koncercie. Chociaż „byłam” jest złym określeniem. Po dwóch czy trzech utworach wyszłam na piwo. Nie wiedziałam, że potrafi tak rockowo grać. I do tego rockowego grania jego głos zupełnie mi nie pasuje…  Muzyka też jakaś przekombinowana. Odniosłam wrażenie, że jest nieco wyniosły i wcale nie taki słodki i wzruszający, za jakiego uchodzi. Jego wypowiedzi w stylu „Artyści są tylko w Krakowie. A tu Wrocław, tu Wrocław”, „I ludzie myślą, że ja nie kocham publiczności, a ja kocham przecież”… Wyszłam, wyszłam po prostu. Sorki Czesław. Okazało się, że nie tylko my odpuściłyśmy sobie jego koncert, bo przy piwnym stoisku i na korytarzach było sporo osób. Również okrzyki publiczności się zmieniły – teraz było słychać jedynie piski kobiet, a nie wrzaski facetów, jak na Jelonku i Luxach.

Po Czesławie dość długo na scenie stroił się Hey. Do końca nie wiedziałam, że będę na koncercie, dlatego nawet nie przesłuchałam ich nowej płyty. Nie szkodzi, Kasia wyszła na scenę i przedstawiła „ten sam, stary Hey”. Uznałam to za sygnał, że nie będą promować jedynie nowego albumu. Rzeczywiście, po kilku nowych utworach zaczęli się jakby „cofać” z repertuarem do coraz starszych piosenek. Kilka utworów z płyty „Unisexblues”, którą sobie ukochałam bardzo, bardzo. Dalej były brzmienia z „Echosystemu”, i jeszcze starsze piosenki, jak np. „Missy seepy” i „Cudzoziemka w raju kobiet”. Granie było różnorodne, od „starego” Heya do nowszych, elektronicznych brzmień. Kochana, nieśmiała Kasia Nosowska każdy utwór kończyła nieśmiertelnymi słowami, które już na stałe do niej przylgnęły: „No… Dziękujemy bardzo…”, czasem dodając nerwowy chichot. Była piękna jak zwykle, chociaż bez okularów niewiele widziałam ;).

Na koniec IRA świętowała swoje 25-lecie. Objeżdżają z tej okazji chyba każdy festiwal w tym roku. Widziałam ich już jako support Queen w lipcu. Mają wiernych fanów, ale drugi raz chyba nudziłabym się na ich koncercie, więc poszłyśmy do domu, żeby ogłosić światu, że wielbimy Jelonka!

Co do samej koncepcji Konfrontacji Rockowych wROCK: super, że w jednym dniu wystąpiło tak dużo artystów prezentujących różne odmiany rocka. Ale ta wielość spowodowała, że organizatorzy bardzo trzymali się ram czasowych. Nie było czasu na bisy, poszczególne koncerty trwały około godzinę, w związku z czym repertuar był mocno okrojony. Szatnia 3 zł za sztukę jest dla mnie nieporozumieniem. Lane piwo 0,4 l za 7 zł, chociaż facet nalewał nawet mniej, na dodatek nie wydawał reszty… Pozostawię to bez komentarza. Tortillę z kurczakiem o smaku nie wiem czego, ale na pewno nie kurczaka, również pozostawię bez komentarza.


To by było tyle na dziś. „No… dziękujemy bardzo" :).

PS
Pojutrze pierwsze urodziny bloga, trzeba by coś przedsięwziąć ;).


sobota, 24 listopada 2012

Koncert: One Love Sound Fest 2012, 17.11.2012, Wrocław, Hala Stulecia.


One Love Sound Fest 2012 już za nami… niestety! 17 listopada zleciał tak szybko, że kiedy w Hali Stulecia zapaliły się światła obwieszczające koniec imprezy, usta wykrzywiłam w podkówkę niczym nieszczęśliwe dziecko, marudząc „jak to, już po wszystkim?”. To oznacza, że warto było czekać na największy halowy festiwal reggae w Europie.

Kryzys zażegnany!


Sukces tegorocznej edycji One Love stał pod znakiem zapytania. Organizatorzy musieli poradzić sobie z niemiłymi niespodziankami. Kolejni headlinerzy rezygnowali z przyjazdu do Polski, a zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem festiwalu SOJA odwołali europejską trasę koncertową. Na szczęście fani reggae zamiast słów krytyki, wolą udzielać wsparcia! Na stronie facebookowej festiwalu organizatorzy dziękowali za spływające do nich maile dodające otuchy. Raz dwa sporządzono listę proponowanych artystów, gotowych zjawić się we Wrocławiu, dzięki czemu sami mogliśmy zadecydować w sondzie, kogo chcemy usłyszeć. W sondażu wybraliśmy weterana roots reggae – Ijahmana Levi oraz bardzo lubiany w Polsce, włoski skład Mellow Mood. Prawda, że godne zastępstwo? Nie wiem jak u reszty, ale u mnie początkowe obniżenie nastroju zostało całkowicie zrekompensowane.

Już w tramwaju czułam regałową atmosferę: wszechobecne dready oraz zielono-żółto-czerwone ubrania, szaliki, czapki, biżuteria, a nawet paznokcie. Wszyscy chcieli jak najszybciej znaleźć się w Hali Stulecia, jednak najpierw trzeba było odstać swoje kilkanaście minut w gigantycznej kolejce (tyczy się osób, które zjawiły się na samym początku imprezy, tj. około 16). O dziwo nikt się nie pchał, wszyscy grzecznie stali, czekając na swoją kolej.

Polskie smaczki muzyczne… i kulinarne.


Festiwal rozpoczął się bez żadnych opóźnień koncertem Junior Stressa, wokalisty, który kilka lat temu wydał debiutancką solową płytę, współpracował m.in. z Mariką i Lechem Janerką. Najmilsza była końcówka jego występu – Junior Stress, zapowiadając lekki i przyjemny utwór o zakochaniu „Znam ten stan”, odniósł się do tytułowego hasła festiwalu – na One Love Sound Fest nie mogło zabraknąć piosenki o miłości. Nieskomplikowane teksty i melodyjność zespołu Sun El Band skłoniły do lekkiego bujania się pod sceną, ale nie była to jakaś superenergetyczna bomba. W sam raz na rozpoczęcie festiwalu, kiedy połowa osób zaciekawiona jest tym, co dzieje się na scenie, a reszta wyrusza na poszukiwania szatni, toalet i sklepów z gadżetami.

Jako że One Love gwarantuje całe popołudnie, wieczór i noc reggae’owej zabawy, organizatorzy musieli zapewnić stoiska z jedzeniem i piciem. Pod względem jadłospisu wszystko było super – coś dla zwolenników kuchni tradycyjnej i wegańskiej, kukurydza, słodkie gofry. Jak się można było spodziewać, ceny nie były zachęcające, ale co zrobić, kiedy jest się głodnym… Zainteresowanie było spore. Trochę lepiej było z piwem – tradycyjne 6 zł za lane, 7 zł za puszkowe, do nabycia i wypicia w osobnym namiocie rozłożonym przy Hali.

Ludzi przybywało, tymczasem swoim głosem na scenie zaczęła czarować jedyna wokalistka sceny głównej wieczoru – Marika. To, co u niej lubię, to umiejętność grania mimiką twarzy i barwą głosu. Potrafi z lekką pogardą w głosie i drwiną na twarzy zaśpiewać „Filifionkę”, z czarującym uśmiechem „Moje serce” czy ze skupieniem spokojniejsze, soulowe utwory. Piękna, uśmiechnięta, utalentowana. Prezentowała kawałki z nowej płyty „Momenty”. Nie przesłuchałam wcześniej całego albumu, ale odniosłam wrażenie, że Marika wzięła się za trudne tematy, jak przemijanie i wieczność. Sama wspomniała, że wcale nie jest non stop uśmiechniętą trzpiotką, za jaką uchodzi. Trochę trudno było mi w to uwierzyć widząc piosenkarkę wirującą w tańcu i wołającą do publiczności „Ale jesteście piękni!”. Śpiewała też utwory z poprzedniej płyty, np. „Esta festa”, i jeszcze starsze, np. „Siła ognia”. Mając za sobą dwie dziewczyny w chórku i całą Spokoarmię, wszystko brzmiało świetnie. Wyszło dość zabawnie: Marika zapowiedziała ostatnią piosenkę i już zbierała się ze sceny, kiedy otrzymała informację, że mogą jeszcze chwilę grać. Jak to przyjęła? Oczywiście z szerokim uśmiechem! Po koncercie przechadzała się po korytarzu Hali rozmawiając z fanami i pozując do zdjęć. Kolejny raz przekonałam się, że mamy na polskiej scenie reggae’owej prawdziwy skarb.


Siła bliźniąt 


Mellow Mood. Od 17 listopada 2012 r. ta nazwa będzie kojarzyć mi się nie tylko z tytułem utworu Boba Marleya, ale też (a nawet przede wszystkim!) z dwoma niezwykle charyzmatycznymi mężczyznami, którzy sprawili, że One Love Sound Fest w końcu rozpoczął się na dobre. Przypominam, że zawitali do Wrocławia w zamian za SOJA. Tym bardziej cieszyłam się, że zostali tak pozytywnie odebrani. Ale to tylko ich zasługa, dali fantastyczny występ. Machanie rękami, klaskanie, kucanie z wyskokami… Tym stricte koncertowym gestom nie było końca. Nie każdy artysta potrafi sprawić, że w pewnym momencie publiczność chwyci się za ręce albo zaświeci zapalniczki tworząc niepowtarzalny klimat. Na początku śpiewał tylko jeden wokalista, po kilku utworach dołączył do niego gitarzysta. Głosy mają podobne – w końcu są bliźniakami – dlatego na scenie tak dobrze się uzupełniają. Trzeba przyznać, że są pełni wdzięku i potrafią uwodzić wokalem i sposobem poruszania się, co na pewno nie uszło uwadze żeńskiej części publiczności. Ich reggae jest porywające, dobrze brzmią i dobrze wyglądają. Wspólnie zaśpiewane „Only you” czy „Inna jail”, z akcentem wokalistów brzmiące dość zabawnie – „Inadziel”, sprawiły, że ten młody zespół, który przyjechał w zastępstwo, dał chyba najlepszy koncert, biorąc pod uwagę tych młodszych przedstawicieli świata reggae. Dodatkowo jakiś szczęściarz z publiczności zaopatrzył się w pałeczki do perkusji, rzucone w dal przez perkusistę Mellow Mood na koniec koncertu.

Chcieliśmy niekończącego się bisu, jednak konferansjer Mirosław „Maken” Dzięciołowski szybko przywołał publikę do porządku, zapowiadając niespodziankę. W całej Hali zgasły światła, jednak przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Niektórzy zaczęli gwizdać i tupać, słyszałam nawet naszą jakże częstą, polską przyśpiewkę: „Nic się nie stało! Chłopaki nic się nie stało…”. Tak, to już był ten czas, kiedy poziom alkoholu i radości na widowni znacznie wzrósł. Wreszcie na suficie i ścianach Hali pojawiły się świetlne esy-floresy i zabrzmiały niepokojące dźwięki. Niewiele to miało wspólnego z koncertem, może niektórym nieco wyostrzyło zmysły, ale jak dla mnie nie było to nic spektakularnego.

Nastąpiła dość długa przerwa w występach, poszłam więc zobaczyć, co słychać na scenie soundsystemowej. Pierwsza próba okazała się niepowodzeniem – sala była zapełniona po brzegi, nie dało się wejść. Prawdopodobnie Dancehall Masak-Rah robili właśnie niezłą masakrę na parkiecie, stąd ten tłok;).


Szwedzki rap i jamajskie roots reggae


Kolejny artysta sceny głównej, szwedzki raper Promoe, zafundował publiczności najbardziej zaangażowane teksty tego wieczoru. W przerwach między utworami, popijając sok i poprawiając długą, zdreadowaną brodę, namawiał do abstynencji alkoholowej i weganizmu. O tym też rapował, a jego energia i żywiołowość, oraz umiejętne połączenie hip-hopu z reggae przyciągnęło na parkiet mnóstwo osób. Widać, że Promoe ma zdecydowane poglądy, a dzięki talentowi znalazł doskonały sposób, aby podzielić się nimi ze światem. Szczególnie utkwił mi w pamięci utwór „Lullabies to myself”, w którym zadaje pytania, na które nie ma odpowiedzi… Choć część tych odpowiedzi i ukojenie daje muzyka. Na scenie raperowi towarzyszył C.O.S.MIC, członek Looptroop Rockers (w którym śpiewa również Promoe). Do niejedzenia mięsa mnie nie przekonali, ale do swojej muzyki – owszem.

Wreszcie przyszedł czas na headlinera prosto z Jamajki – Maxa Romeo. Siłą rzeczy tamtejsi artyści nie mają sobie równych. Nieskomplikowane, korzenne reggae zawsze znajdzie odbiorców. Mimo, że dready wokalistów są już siwe, Jamajczykom można pozazdrościć energii. Max Romeo posiada jej aż nadto, nie tylko do śpiewu, ale i do tańca! Były to prawie dwie godziny, podczas których Max Romeo wykrzykiwał „Jah! Rastafari!”, a na telebimach pojawiał się Haile Selassie. Ponadczasowe reggae z damskim chórkiem, moc pozytywnej energii, płynącej od już nie tak młodego zespołu. Były utwory „War Ina Babylon” czy „One Step Forward”, ale dopiero hit „I Chase The Devil” doczekał się największego aplauzu. Podobnie było z zaśpiewaną acapella „Redemption song”. „Won't you help to sing these songs of freedom”? Oczywiście, że pomogliśmy. Do śpiewania przyłączyła się cała publiczność, co w wielkiej Hali dało niesamowity efekt.

Soundsystemy w cieniu sceny głównej 


Czekając na kolejny występ, podjęłam następną próbę dostania się pod scenę soundystemową. Tym razem udało się! Ludzi było dużo mniej niż przedtem, pewnie dlatego, że nie działo się nic ciekawego… Prezentował się Overproof Soundsystem; zaduch i monotonne dźwięki szybko skierowały mnie do wyjścia. Ciężko być w dwóch miejscach jednocześnie. Scena główna oferowała w moim odczuciu lepszych artystów, wolałam się skupić właśnie na nich. Oprócz Dancehall Masak-rah i Overproof Soundsystem na mniejszej scenie grali również: Zebra, Silly Walks Discotheque, Radikal Guru & Cian Finn, Mungo’s Hi-Fi, Herbalize It. 


Saturday Night Fever – Mr. Vegas!


Tymczasem na scenie głównej właśnie pojawił się Mr. Vegas. Ten facet ma siłę ognia. Była 1 w nocy, a całe zmęczenie ze mnie uciekło. Co ten dancehall robi z człowiekiem! Superpozytywne „I’m blessed”, cover „Three little birds” czy niegrzeczne „Bruk it down”, przy którym na scenie pojawiły się tancerki dancehall z Ulą Afro na czele – to utwory, obok których nie dało się przejść obojętnie. Przypomniał mi się koncert Beenie Mana na Regałowisku, który również występował późno, a mimo to publiczność szalała. Nie ma rady, kiedy słyszysz te dźwięki, musisz tańczyć. Dodatkowo zabawę nakręcał towarzyszący wokaliście DJ, który wprowadził nieco dyskotekową atmosferę, wykrzykując co chwilę „Are you ready?!”. Mr. Vegas występował już w Polsce na Ostróda Reggae Festival, jego koncert został wtedy oceniony najlepiej przez fanów imprezy. Nie zdziwię się, jeśli na dniach zostanie okrzyknięty najjaśniejszą gwiazdą One Love Sound Fest 2012.


Wielki Mały Człowiek


Równie jasną gwiazdą był Ijahman Levi – drugi artysta, o którego występie dowiedzieliśmy się kilka dni przed festiwalem. W Polsce nieprzypadkowo fani nadali mu przydomek „Wielki Mały Człowiek”. Starszy pan lichej postury, ale za to z sercem na dłoni. Przed nim wystąpił jeszcze Hornsman Coyote, serbski wokalista reggae grający na puzonie. Akompaniował mu ten sam zespół, co Ijahmanowi, dlatego między ich występami nie było żadnej przerwy. Niestety sporo osób po dzikiej wariacji pod sceną spowodowanej występem Mr. Vegasa opadło z sił i ulotniło się do domu bądź do namiotu piwnego. Najbardziej wytrwali wysłuchali dźwięków roots reggae prosto z Jamajki, z cudownym, ciepłym wokalem Ijahmana. Idealnie dobrana muzyka na koniec festiwalu, uspokajająca, ale i lekko usypiająca (była 3 w nocy!). Miałam wrażenie, że Ijahman również jest już zmęczony, choćby samym czekaniem na swoją kolej. Śpiewał krótko, zaledwie kilka utworów, za to zgotował nam tak miłe pożegnanie, że na samo wspomnienie się uśmiecham. Niski, sprawiający wrażenie bardzo kruchego człowieka Ijahman Levi, pełen werwy zeskoczył ze sceny (która wcale nie była taka mała) i podbiegł do barierek, aby wyściskać publiczność. Widać, że sprawiło mu to ogromną radość, a nam, stojącym przy barierkach, jeszcze większą. Powróciwszy na scenę zapewnił, że ma nas w swoim sercu. Piękne pożegnanie i zakończenie festiwalu.

One Love Sound Fest 2012, mimo kilku przykrych niespodzianek, na długo zapadnie w pamięć fanom reggae z Wrocławia, z całej Polski i świata. Chwilowe rozjaśnienie życia jamajskim słońcem, kiedy na dworze zimno. Wytchnienie od codzienności, pozytywne zmęczenie tańcem i śpiewem. 12 godzin uśmiechu!

Recenzja opublikowana na Independent.plWSA.org.pl

piątek, 28 września 2012

Koncert: Jesse Cook, The Blue Guitar Tour, 23 września 2012, Wrocław, Hala Stulecia



Piszę o koncercie z lekkim opóźnieniem, spowodowanym wypadem w góry. Powrót na stare śmieci, czyli Międzygórze. Kocham tę wiochę, w której ciężko jest znaleźć w sklepie taki ekskluzywny kosmetyk jak żel pod prysznic!

Jesse Cook to Kanadyjczyk urodzony w Paryżu, w muzyce inspiruje się kulturą cygańską (grał m.in. z zespołem Gipsy Kings), nieobca mu jest latynoska rumba i hiszpańskie flamenco. (źródło: www.jessecook.pl) .Sam jednak nie lubi być szufladkowany, bo jego utwory to coś więcej, niż wyrażenie jednego konkretnego stylu.

To był bez wątpienia najbardziej zaskakujący koncert w moim życiu.

Gitarzysta promował swój nowy album „The blue gitar sessions”, jednak większość zagranych utworów pochodziła z wcześniejszych płyt. Usłyszeliśmy m.in. „Bogota by bus” i „Cafe mocha”. W dźwiękach płynących ze sceny zakochałam się już od pierwszego utworu. Oczywiście, jak to u mnie bywa, serducho zaczęło pikać, a do oczu napłynęły łzy. Mistrz gitary Jesse Cook wraz z zespołem tworzą niesamowitą muzykę. Każdy członek coś do niej wnosi, sam w sobie jest wybitny i zwraca na siebie uwagę wyglądem, ruchem, ale przede wszystkim grą na instrumentach. Wiadomo, że Jesse Cook jest w tym składzie najważniejszy, jednak widać, że ma świetny kontakt z zespołem. Wszyscy mieli swoje pięć minut na scenie, Jesse z uśmiechem zwracał się do nich i oddawał im głos. Szczególnie zachwycił mnie skrzypek Chris Church, który jest właściwie multiinstrumentalistą. Grał na flecie, akordeonie, a nawet armeńskim duduku, a jego wokal... Też bardzo dobry. Miałam wrażenie, że słyszę muzykę pochodzącą ze wszystkich stron świata.

Oglądając przed koncertem filmy z koncertów w Internecie, wydawało mi się, że Jesse Cook to zamknięty w sobie elegancki pan, który chce żeby wszyscy go słuchali i podziwiali. O, jakże się myliłam! Nigdy nie widziałam tak charyzmatycznego i zabawnego muzyka! Jego zachowanie było pierwszym wielkim zaskoczeniem na koncercie. Żartował, śmiał się, zachęcał do klaskania (właściwie brawa nie ustępowały) i tańczenia (chociaż wszystkie miejsca były siedzące), mówił po polsku. „Grałem już w Nowym Jorku. Grałem w Londynie. Grałem w Bangkoku. Ale tu, we Wrocławiu, podoba mi się najbardziej!”. To był pierwszy moment, kiedy publika była już totalnie kupiona. Wprawdzie jeszcze żaden śmiałek nie poderwał się z krzesła aby dać się porwać latynoskim rytmom, ale koncert stawał się coraz lepszy i lepszy, a publiczność wyluzowana. Jesse Cook zaprosił na scenę polską wokalistkę Natalię Grosiak (znaną m.in. z Mikromusic), która zaśpiewała „I put my spell on you”, później jeszcze jeden utwór. Sam Jesse był nią zachwycony, a co dopiero publiczność. Muszę nadrobić zaległości i zapoznać się z jej muzyką.

Nagle stało się coś, co dla wielu artystów byłoby źródłem dezaprobaty, a nawet powodem zakończenia koncertu. Nawalił sprzęt, nie wiem co to było, chyba kabel od gitary lub mikrofon. Jesse Cook zagrał jeden utwór na gitarze, której wcale nie było słychać, zagłuszył go zespół. Robiąc dobrą minę do złej gry, nie przestawał grać aż do końca piosenki. Kiedy brawa po utworze już ucichły, Jesse powiedział z uśmiechem: „Nie potrzebujemy całej tej technologii, co wy na to, aby dokończyć koncert bez mikrofonów?”. Szczęka mi opadła. „No, na pewno…” – pomyślałam. Publiczność zaczęła się śmiać, jednak Jesse Cook nie żartował. Odłączył wadliwy kabel od gitary, wyszedł do przodu, wołał do zdezorientowanej publiczności, abyśmy przyszli pod scenę, bo inaczej nie będziemy nic słyszeć. Równie jak my, zaskoczeni byli ochroniarze, którzy stali pod sceną i nie wiedzieli, jak zareagować na tłum napierający z trybun i płyty w stronę sceny. W rezultacie zgromadziliśmy się na wyciągnięcie ręki od zespołu, Jesse zaczął grać, zespół klaskał i śpiewał, a ja oszalałam z radości. Nie tylko ja! Kobieta obok mnie krzyczała „Ja chcę jeszczeeee!”, klaskanie i uśmiechy nie ustawały, a Jesse grał, grał, grał… Mogę sobie pisać, ale żadne słowa nie oddadzą niezwykłości i radości tej chwili. Koncert przeniósł się pod samą scenę, i tak zostało już do końca, bez kabli, bez prądu. Całości dopełniały radosne okrzyki muzyków, „Epaaa!”, „Heeeeey!” itd.

Ten, kto był w Hali Stulecia na jakimkolwiek koncercie, wie, jaką moc posiada tupanie nogami w jej podłogę. Dźwięk zwany „pędzą konie po betonie” skutecznie zachęcił gitarzystę do bisu.

Niesamowita radocha nastąpiła w mojej duszy po tym koncercie, i długo nie ustępowała!
Proszę bardzo, próbka koncertu: 



Uwaga! Po odsłuchaniu piosenka będzie chodziła po głowie do końca dnia, bo utwór znany i lubiany. Warto, warto! Filmik jest amatorski, ale zwróćcie uwagę na energię i atmosferę wspaniałej zabawy. Polecam posłuchać do końca, Chris Church śpiewa naprawdę pięknie.


poniedziałek, 17 września 2012

XI Targi i Wystawa Zoologiczno-Botaniczna ZOO-BOTANICA, 14-16 września 2012, Wrocław, Hala Stulecia.



Wczoraj (16 września) chciałam się dostać z ul. Grabiszyńskiej do Hali Stulecia w możliwie najszybszym czasie. Nie spodziewałam się, że coś (bądź ktoś) może mi w tym przeszkodzić. Stałam na przystanku czekając na tramwaj. Minęło 5, 10 minut, nic nie przyjeżdżało. Nagle na ulicy pojawiły się biegnące osoby. Najpierw jedna grupka, kilkunastoosobowa. Spojrzałam dalej… Cała Grabiszyńska zmieniła się w trasę maratonu, a ruch tramwajowy i samochodowy został wstrzymany. Jak mogłam zapomnieć?! Przecież to 30. Jubileuszowy Hasco-Lek Wrocław Maraton! Nie wiedziałam, że zainteresowanie Maratonem jest aż tak ogromne. Myślałam, że biegacze przebiegną i ruch w mieście wróci do normy. Skąd! Ludzi na przystanku przybywało, ale tych, których było najwięcej, to uczestnicy Maratonu! Biegli, biegli, końca nie było widać. Po około 40 minutach zdecydowałam się iść na pieszo, ale to żaden wyczyn w porównaniu z trasą, jaką przebiegli maratończycy. 3896 uczestników. Podziwiam, szczerze podziwiam. Pstryknęłam kilka zdjęć:






W końcu dojechałam do Hali Stulecia. Tego dnia przestrzeń między Halą a Iglicą zazieleniła się. Wszelkiego rodzaju rośliny gotowe do wzięcia i posadzenia na ogrodzie, w sadzie, w doniczki i na parapet. Do tego mnóstwo nasion do samodzielnego posiania. Zainteresowanie spore, jednak, szerokim łukiem omijając budki z lodami i dmuchany zamek dla dzieci, dość szybko dotarłam do samej Hali z jedną myślą: Kotki, kociaki, ale będzie słodko! :D

Kupiłam bilet, weszłam do środka, gdzie już czekało na mnie zbiorowisko istot, patrzących dumnym, lekko znudzonym wzrokiem, a jestem pewna, że większość z nich, gdyby potrafiła mówić, mówiłaby: Jestem Bogiem, oglądaj mnie i podziwiaj! Oto Międzynarodowa Wystawa Kotów Rasowych. Większość niestety w klatkach, niektóre jednak zostały wyciągnięte, można było je pogłaskać. Były zarówno kocięta, jak i dorosłe i dorodne okazy, często na klatkach wisiały medale, co oznaczało, że dany kocur nie jest wcale takim sobie zwykłym kocurem, tylko diamentem wśród tandety ;) Największe wrażenie zrobiły na mnie chyba Brytyjskie Koty Krótkowłose. Śliczne maskotki, do przytulania!
Bawmy się!

Wyprane w Vizirze :)

Mama też wyprana!

Jestem królem...

...ale pieszczot nigdy nie za wiele :)


Nuda, nuda. Ciągle nuda.




Po zachwycaniu się nad kociakami przyszła pora na świnki morskie. Od razu mój wzrok zatrzymał się na jednej z najśmieszniejszych i niezbyt ładnych (według mnie) ras: Skinny, czyli po prostu bez sierści. Ponoć ich skóra jest miękka i miła w dotyku, jednak dla mnie jest to po prostu miniaturowy hipopotam, który wygląda tak:


Były też świnki o bardzo długiej sierści, które wyglądały jak mop lub peruka. Nie żebym miała coś do tych zwierzątek, ale po prostu… Nie dla mnie. Sąsiadkami świnek na wystawie były fretki, o których swego czasu sporo się nasłuchałam. Zwinne, szybkie, wredne, ale i kochające fretki wystawiały noski do zwiedzających.

Nagle mój wzrok spoczął na tym…:

Urny, trumienki i zapalone znicze. Nawet zwierzę zasługuje na godny pochówek. Co sądzicie? Przesada czy nic niezwykłego?

Dotarłam do wystawy psów, jednak było ich zdecydowanie mniej, niż kotów.
Widziałam także psy i koty w klatkach bądź na smyczy przy stoiskach „Do adopcji”. Piękny bernardyn, kundelki i owczarki niemieckie czekały na kogoś, kto ich przygarnie. Mam nadzieję, że się doczekały.

Szybko przeszłam obok wystawy akwarystycznej, podeszłam do namiotu, w którym zamigotało mi coś wielobarwnego. Papuga! Wielka i kolorowa. Siadała ludziom na ramieniu, przytulała się, nastawiała łebek do głaskania. Nie wiedziałam, że to takie miłe zwierzątka. W tym samym namiocie, ale już w klatkach, podziwialiśmy mniejsze odmiany nie mniej kolorowych papug oraz bardzo przestraszoną wiewiórkę, która z całych sił chciała wydostać się z klatki.

Na wystawę terrarystyczną nawet nie zaglądnęłam. Pająki, węże? Nie, nie.

Wyszliśmy z Hali z kilkunastoma wizytówkami hodowli kotów. Taki Rosyjski Niebieski lub Brytyjski Krótkowłosy… Napatrzeć się na nie nie mogę, ale obawiam się, że moja wielorasowa (:D) kociczka Emilka miałaby wiele argumentów przeciwko nowemu towarzyszowi w domu.
Kotka Emilia jest zniesmaczona tym, że jej pani zwraca uwagę na inne koty.