Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lutego 2014

Książka: Stephen Clarke "Merde! W rzeczy samej" + moje wspomnienia z Paryża

Byłam na wakacjach w Paryżu. Gwoli ścisłości, wcale nie w czasie lipcowych upałów, ale w marcu. Jeszcze ściślej mówiąc, nazywam pobyt w tym mieście „wakacjami” bardzo na wyrost, ponieważ spędziłam tam zaledwie dwa dni. Weekend w Paryżu – czyż nie brzmi to romantycznie? Cóż, niestety nie pamiętam, czy był to rzeczywiście weekend, czy środek tygodnia. Mniejsza o to. Pamiętam za to, że wyruszając w drogę powrotną, głowę miałam naładowaną licznymi spostrzeżeniami na temat Francji i Francuzów. Mój pobyt tam nazwałabym chętnie komedią, wcale nie romantyczną, jak przystało na Paryż. Raczej komedią pomyłek.

Spostrzeżenie nr 1: Jesteś we Francji, więc mów po francusku

Tyle światła! Marzec 2012 :)
Pierwsze, co spotkało mnie i moich przyjaciół, to prawie trzygodzinne ślęczenie w holu hotelu, w oczekiwaniu na wolne pokoje, które miały być dostępne o 11, a nie wiedzieć czemu, czekaliśmy na nie do 13 z hakiem. Może dogadalibyśmy się z obsługą hotelu sprawniej i przyjemniej, gdybyśmy nie musieli długo czekać na osobę z personelu, która potrafiłaby mówić po angielsku. Warto nadmienić, że hotel był dość elegancki, i w ciągu tych kilku godzin, kiedy siedzieliśmy w holu na walizkach, przewijali się przez niego równie eleganccy Francuzi i obcokrajowcy. A nasza czwórka, niestety, w dresach i tłustych włosach. Jak to się stało? Ano tak, że Paryż był jednym z przystanków w naszym Eurotripie. Za nami była całonocna podróż samochodem, a później promem, z Anglii. Nic dziwnego, że byliśmy źli i śpiący. Źli, śpiący, odziani w dresy i głodni! A jedyne, co mieliśmy przy sobie do jedzenia, to chipsy. Źli, śpiący, odziani w dresy Polacy, jedzący chipsy i siedzący na walizkach w paryskim hotelu. Nic dziwnego, że wszyscy wokół patrzyli na nas z politowaniem.

Spostrzeżenie nr 2: Jeśli jesteś Polakiem mówiącym po angielsku, to dla Francuza jesteś Amerykaninem

Wieczorem wybraliśmy się do francuskiej restauracji, gdzie wspaniałomyślnie zjedliśmy… włoską pizzę. Żeby nie było, zamówiłam także Ementhal za 4 euro. Domyślałam się, że chodzi o ser. Ale kiedy kelner przyniósł na ogromnej, drewnianej desce 4 plasterki cieniusieńsko pokrojonego sera z dziurami, pomyślałam, że to najdurniej wydane dwie dychy w moim życiu. Złożyliśmy zamówienie mówiąc całkiem sprawnie po angielsku, na co kelner zawołał: „America!”. Pokręciliśmy przecząco głowami. „Non? Poland?” - uśmiechnęliśmy się i tym razem pokiwaliśmy głowami. „Aaaa, Polska! Solidarnosc! Walesa! Warsovie!”. Za tę daleko idącą wiedzę o naszym kraju kelner dostał od nas spory napiwek, a niech ma!

Spostrzeżenie nr 3: Na Wieży Eiffla na pewno spotkasz Polaka. A nawet kilku

Jeśli nie masz dość cierpliwości, aby czekać na windę w kilometrowej kolejce, która zawiezie cię na szczyt Wieży, zawsze możesz pójść schodami. Tylko że na górze piękny widok przysłonią ci mroczki przed oczami, ogólna zadyszka, i będziesz błagał swoich towarzyszy o tabletkę na gardło.

Spostrzeżenie nr 4:  Jeśli poruszasz się po Francji samochodem, to po powrocie do Polski stwierdzisz, że na naszych drogach panuje niebywała kultura jazdy!

We Francji kierowca potrafi wysiąść z auta na środku ulicy (co tam, że czteropasmowa), aby nawrzeszczeć na motocyklistę, który przejechał za blisko jego samochodu. Co więcej, motocykliści, zmieniając pas, nie używają kierunkowskazów. Kierowcy krzyczą też na rowerzystów. I na innych kierowców. Może się też okazać, że droga jednokierunkowa wcale nie jest jednokierunkowa. No cóż, są takie przypadki, że córka jest starsza od matki.

Spostrzeżenie nr 5: Paryskie metro jest źródłem rozrywki na najwyższym poziomie

W polskiej komunikacji miejskiej czasem spotyka się żebrzące dzieciaki grające na akordeonie. W paryskim metrze sama z chęcią opróżniłabym portfel (gdyby tylko był czymkolwiek zapełniony!) i podarowała jego zawartość artystom, których w nim spotykałam. Inaczej ich nie nazwę, to naprawdę są artyści, których występy powinny być biletowane. Dla przykładu:
- facet, który ni z tego ni z owego zaczyna opowiadać dowcipy i anegdoty, wprawiając w serdeczny śmiech podróżujących metrem
- liczne zespoły muzyczne grające naprawdę dobrą muzykę. Niektórym brakowało jedynie perkusji do pełnego składu. Gdyby tylko metro zatrzymywało się na peronie na dłużej niż 10 sekund, jestem pewna, że muzycy ładowaliby się do niego wraz z bębnami.


Oczywiście, że to miała być recenzja książki. Miała być. Ale ten, kto tu od czasu do czasu zagląda, zna moje predyspozycje do rozpisywania się. Dobra,  chciałam tylko powiedzieć, że ucieszyłam się, kiedy sięgnęłam po jedną z książek Stephena Clarke, który w swoich powieściach opisuje losy Brytyjczyka mieszkającego we Francji. Pomyślałam sobie, że może być zabawnie, tak jak mnie było w gruncie rzeczy zabawnie w Paryżu. Niestety nie czytałam wcześniejszej „Merde! Rok w Paryżu”, ale wszystko przede mną. Tak czy inaczej, mimo że „Merde! W rzeczy samej” jest kontynuacją, to od pierwszej strony wiedziałam o co chodzi, nie odczułam żadnej dezorientacji czy poczucia, że zaczęłam poznawać historię od jej środka, a nie początku. I mimo, że spędziłam tylko 2 dni w Paryżu, to doskonale się bawiłam i wiedziałam, co czuje bohater Paul West, złorzecząc na pozostawiającą wiele do życzenia kulturę jazdy samochodem po francuskich drogach czy opowiadając o litrach wypitego francuskiego wina (nie żebym również wypiła litry… ja tylko degustowałam!).


Jednak aby książka przypadła do gustu, wcale nie musicie się wcześniej wybierać w podróż do Paryża. Lektura może być także zabawnym przedsmakiem wakacji we Francji. A jeśli wcale nie planujecie wizyty w tym kraju, to może „Merde! W rzeczy samej” kogoś do niej nakłoni, lub… wręcz przeciwnie. Jest to w końcu niezłe merde… W rzeczy samej.

Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013
Recenzja (w wersji okrojonej, sprawozdania z mojego pobytu w Paryżu tam nie ma ;P) opublikowana na DlaLejdis.pl

niedziela, 7 lipca 2013

Maria Nurowska "Sergiusz, Czesław, Jadwiga", 2013

Trzeba być odważnym, aby pisać o Czesławie Miłoszu. I to pisać krytycznie, a jednocześnie bardzo dobrze i wciągająco.


Stopniowo poznaję literaturę Marii Nurowskiej. Sięgam po powieści najnowsze, jak i te starsze. Ani razu się jeszcze nie zawiodłam, lubię jej charakterystyczny styl, smutek i emocje, które przemyca na karty książki. Dotychczas czytałam powieści, w których głównymi bohaterkami były kobiety. „Sergiusz, Czesław, Jadwiga” nieco się różni od tamtych, bo oprócz kobiety, najważniejszymi osobami są mężczyźni. Mężczyźni nieprzypadkowi, a przynajmniej jeden z nich znany jest każdemu Polakowi. Chodzi o Czesława Miłosza i Sergiusza Piaseckiego.

Narratorką jest Anna, którą poznajemy jako studentkę polonistyki. Los sprawia, że poznaje osobiście Sergiusza Piaseckiego, i postanawia zostać jego biografką. Spotyka się z nim, zapisuje i nagrywa rozmowy. Jest w jakiś sposób zafascynowana pisarzem, ale ich relacje wcale nie wyglądają nieskazitelnie. Dyskusjom i różnicom zdań nie ma końca. Głównym wątkiem, który zaprząta głowę biografki, jest relacja Sergiusza Piaseckiego z Czesławem Miłoszem, która również do najlepszych nie należała. Delikatnie mówiąc, mężczyźni nie przepadali za sobą, a przyczyną tego była między innymi kobieta – Jadwiga Waszkiewicz. Anna całe serce i czas wkłada w to, aby poznać i wyjaśnić historię tego tajemniczego trójkąta miłosnego. Poświęca na to kawał swojego życia – pod koniec książki nie jest już studentką polonistyki, ale szanowanym w środowisku pracownikiem uczelni. Niewiele o niej wiemy, ale nie ma takiej potrzeby, bo Anna nie jest w tej książce najważniejsza. Musiała jednak zostać wprowadzona jej postać, aby nie była to typowa biografia pisarza. Jest sporo przypisów i fragmentów literatury Piaseckiego i Miłosza, ale ciągle czyta się ją jak wciągającą opowieść a nie zbiór faktów.

Podziwiam ogrom pracy, jaki Maria Nurowska włożyła w powstanie powieści „Sergiusz, Czesław, Jadwiga”. Miłe jest to, że znana i uznana pisarka swoją powieścią popularyzuje sylwetki i literaturę innych literatów, mimo że wcale nie przedstawia ich jako ludzi godnych naśladowania. Mnie zachęciła do sięgnięcia po słowo Miłosza (po raz kolejny) i po słowo Piaseckiego (po raz pierwszy). O tym, że sięgnę po kolejne książki Nurowskiej, chyba nie muszę wspominać.

Recenzja opublikowana na dlaLejdis.pl

wtorek, 11 czerwca 2013

Hiromi Kawakami „Sensei i miłość", 2013

Hiromi Kawakami w Japonii zdobywa wiele literackich nagród. Okładka wydanej w tym roku w Polsce powieści „Sensei i miłość” zachęca do lektury słowami: „Książka jak lekcja szczęścia”. Nagradzana pisarka chce mnie nauczyć szczęścia? Skoro tak, szybko sięgam po książkę.

Sięgam i… kilka dni po jej przeczytaniu wciąż mam mieszane uczucia. Nie wiem, czy zachwalać, czy odłożyć na półkę i zapomnieć.

Tsukiko jest samotną kobietą dobiegającą czterdziestki. Sądzi, że z biegiem lat dziecinnieje. Gdzieś pracuje, ale gdzie? Tego się nie dowiedziałam, chyba że coś przeoczyłam. Wolny czas przeznacza na siedzenie w barze i upijanie się. I to by było na tyle. Na początek te informacje o głównej bohaterce i zarazem narratorce muszą czytelnikowi wystarczyć.

Któregoś dnia Tsukiko spotyka w barze kolejnego stałego klienta tego miejsca – swojego nauczyciela z podstawówki, Sensei Harutsuna Matsumoto. Mężczyzna pod siedemdziesiątkę, ale kondycję fizyczną ma dużo lepszą niż Tsukiko. Oczytany dżentelmen piszący haiku.

Tsukiko i Sensei nie umawiają się ze sobą, po prostu spotykają się przypadkiem w barze czy na ulicy. Czasem się tylko pozdrawiają, czasem piją sake do późnych godzin wieczornych w barze pana Satoru.

Na tych spotkaniach opiera się cała książka, i właśnie tutaj chciałabym powiedzieć więcej o moich wahaniach w ocenie powieści. Dwa słowa, którymi mogłabym opisać styl Hiromi Kawakami, to delikatność i minimalizm. Mało wiemy o bohaterach, dialogi między Tsukiko i Senseiem często ograniczają się do wymiany krótkich zdań, nie wyrażają emocji. A z drugiej strony, są tak delikatne, że miałam poczucie, jakbym podsłuchiwała czyjąś bardzo intymną rozmowę, mimo że nie dotyczyła tematów tabu

Zadałam sobie jednak pytanie, gdzie kończy się styl autorki, a gdzie zaczyna nuda? Dla przykładu, treść jednego dialogu:

Tsukiko: Ech, lato się już kończy.
Sensei: Tak, lato się już kończy.

Kolejny:

Sensei: Może zahaczymy jeszcze o bar pana Satoru?
Tsukiko: Hm, może zahaczymy?
Sensei: A nie jesteś jutro z kimś umówiona?
Tsukiko:  Aa, wszystko jedno.
Sensei: Ach tak?
Tsukiko: Tak.

Takich powtórzeń tych samych myśli jest mnóstwo. Dialogów, w których najdłuższymi wyrażeniami są „acha”, „hm”, „ok”, „tak” jest zatrzęsienie. Nie wiem o co chodzi. Kiedy z wypowiedzi bohaterów tworzy się masło maślane, a kolejne zwroty nic nie znaczą, to czy nie szkoda papieru? A może chodzi o to, żeby się szybko czytało? Minimalistyczny jest też świat przedstawiony, większość rozmów odbywa się w barze lub na spacerze.

Na początku irytowała mnie też mało wyrazista okładka. Ujęcie profilu kobiety, widać jej usta, ale nie widać oczu. Później stwierdziłam, że pasuje do treści - usta mogą odzwierciedlać rozmowy, a brak oczu tę tajemniczość, delikatność, ograniczenie w wyrażaniu emocji.


Kilka trafnych przemyśleń, opis specyficznej relacji, ale przyznanie tej powieści miana „lekcji szczęścia” jest według mnie lekkim nadużyciem. Niemniej jednak chętnie przeczytam inną powieść Hiromi Kawakami, aby się przekonać, czy „Sensei i miłość” to jej „typowa” książka, czy nieco „inna”. 

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl
Ulubione cytaty:

Zadziwiająco duża ilość żywych stworzeń mnie otacza i wszystkie brzęczą. I naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego idę tą drogą. (s. 73)

Stałam przed zlewem, płakałam i jadłam – tyle do zrobienia naraz (s. 82)

Ludzie dorośli nie powinni mówić tego, co sprawia kłopot innym. Nie powinni beztrosko wypowiadać słów, przez które następnego ranka nie będą mogli z uśmiechem  przywitać się ze swoim rozmówcą (s. 152)

W środku nocy wystarczy pozostawić jakieś uczucie samemu sobie, a rozrasta się przesadnie.

Taka jest właśnie miłość – mówiła babcia. Jeśli to jest ważne dla nas uczucie, należy koniecznie o nie dbać, nie szczędząc wysiłku, tak samo jak o posadzone drzewko: dać mu nawozu czy zabezpieczyć gałęzie, żeby się nie połamały pod ciężarem śniegu. A jeśli to niezbyt ważna miłostka, można spokojnie zostawić odłogiem i poczekać, aż sama uschnie. Jeśliby pójść tym tropem, wystarczy, że przez dłuższy czas nie będę spotykać Senseia, a moje uczucia do niego uschną. I dlatego właśnie ostatnio unikam Senseia

środa, 1 sierpnia 2012

"Drugi oddech", Philippe Pozzo di Borgo, W.A.B, 2012.


Do pewnego czasu życie Philippe’a Pozzo di Borgo było nieskazitelnie szczęśliwe. Urodzony w bogatej rodzinie, inteligentny, dość przystojny pasjonat paralotniarstwa, po uszy zakochany w swojej żonie Béatrice. Jedyne, czego pragnął aby poczuć się do końca spełnionym, to gromadka dzieci.
           
Któregoś dnia nad małżeństwem Philippe’a i Béatrice zaczęła rosnąć bańka mydlana pełna nieszczęść. Strata kolejnych, nienarodzonych jeszcze dzieci, nowotwór żony. Jedynym pozytywnym aspektem w tej tragedii stała się niegasnąca miłość między małżonkami, nieustające wsparcie i… loty na paralotni, dające poczucie wolności, wyłączenia się od problemów codzienności. Co za chichot losu, kiedy twoja pasja w jednej chwili zabiera tę wolność! Upadek, huk, utrata przytomności, helikopter ratowniczy i tylko jedna myśl: „Zaopiekujcie się moją rodziną”.

Po wypadku na paralotni Philippe jest w stanie poruszać jedynie twarzą. Mimo że nie czuje reszty ciała, wciąż przeszywają go nawracające bóle fantomowe i rozpala gorączka. Kiedy wydaje się, że gorzej już być nie może, w życiu przykutego do wózka mężczyzny pojawia się Abdel, pełniący funkcję jego opiekuna. Kontrast między Philippem a Abdelem jest niewyobrażalny: pochodzący z dobrego domu, kulturalny dżentelmen kontra złodziejaszek z paryskich przedmieść, rozwiązujący problemy za pomocą pięści, który jakiś czas temu wyszedł z więzienia. Czy takiemu człowiekowi można w ogóle zaufać, i powierzyć jego opiece swoje bezwładne ciało? 

Drugi oddech to autobiografia człowieka, który w obliczu tragedii i nieciekawych prognoz na przyszłość nie poddał się. Autor wraca pamięcią do lat młodości, kiedy nic nie wskazywało na to, że szczęście może mieć swoje granice. Poznajemy go jako młodego chłopca, który rumieni się na widok swoich dorastających koleżanek. Później jest już ta jedyna, Béatrice, obecna do samego końca książki, jeśli nie w życiu ziemskim, to choćby w myślach Philippe’a. I jest Abdel, nie tylko opiekun, ale i przyjacielem. Philippe nazywa go swoim diabłem stróżem, opisuje wspólne podróże, pogawędki po haszyszu. Szczególnie spodobał mi się rozdział Na styku kultur, zawierający krótkie dialogi, ukazujące, jak bardzo ci dwaj się różnią. 

Przyjaźń i miłość dają mu siłę, jednak nie traktuję bohatera jako osoby pogodzonej z losem i szczęśliwej mimo kalectwa. Philippe często opisuje ból, który nieraz sprawia, że chce odejść z tego świata. Nie odczułam w jego słowach dawki optymizmu i humoru, które zostały ukazane w Nietykalnych, filmie powstałym na podstawie wątków tej książki. 

Na dodatek styl Philippe’a jest bardzo nierówny. Raz pisze niemal niczym natchniony poeta, cytuje Biblię, niektóre zdania celowo są oderwane od innych i umieszczane w osobnych akapitach, aby podkreślić ich znaczenie. Jednak w innych momentach ta poetyckość przechodzi w banalne, chaotyczne zdania. Są tu też listy do jednej z kobiet Philippe’a, umieszczone na końcu rozdziałów, opowiadających zupełnie o czymś innym. Nie współgra to według mnie ze sobą, ale może autor chciał pokazać, jak wielką ma słabość do kobiet i jak ważną rolę w jego życiu one odgrywają. Patrząc z drugiej strony, dzięki tej nierównej narracji poczułam, iż mam do czynienia ze zwykłym, prawdziwym człowiekiem, z historią, która wydarzyła się naprawdę i nadal trwa. Nie ma fikcji, jest realne cierpienie, zmaganie się z losem, upadki, nadzieja, wiara i przyjaźń.

Gdybym mogła coś zmienić w książce, byłaby to okładka. Chętnie zobaczyłabym na niej zdjęcie pana Philippe’a Pozzo di Borgo z Abdelem zamiast aktorów z filmu Nietykalni. Weź głęboki oddech… A potem Drugi oddech. Zapoznaj się z historią tetraplegika, aby docenić swoje zdrowie, ujrzeć siłę przyjaźni i wdzięczności za obecność drugiego człowieka.

Recenzja opublikowana na Dlalejdis.pl

czwartek, 5 lipca 2012

„Przypomnij sobie”, Elina Hirvonen, Wydawnictwo W.A.B., 2008.


Dawno nie czytałam książki, której bohaterowie, wszyscy bez wyjątku, byli bardzo pokiereszowani przez życie. Agresywny ojciec, chory psychicznie syn, weteran wojny w Wietnamie, narkomanka, nieszczęśliwa młoda kobieta, depresyjny Amerykanin. W powieści Eliny Hirvonen wszystko jest smutne, dołujące, ale zarazem pisane w sposób, który do mnie nie trafił. Współczułam bohaterom, ale czasem miałam już dość tej wszechobecnej beznadziei, pociętych nadgarstków, odwiedzin w szpitalach, kulenia się w pozycji embrionalnej na łóżku. Lubię książki, w których źle się dzieje, ale tutaj czegoś mi zabrakło, jakiejś głębi.

Główna bohaterka, Anna, wspomina trudne dzieciństwo, jest w związku z facetem równie smutnym jak ona. I tak sobie wieczorami siedzą razem i płaczą, przeżywając wszystkie patologie tego świata. Książka nie jest długa, odpowiednia na jeden wieczór, o ile ten wieczór chcemy przeznaczyć na zagłębienie się w wielu problemach, opowiedzianych niezbyt dogłębnie. Co za dużo, to niezdrowo. Bo mimo trudnej sytuacji bohaterów, książka mnie nie poruszyła. No, może oprócz dwóch wypowiedzi, które zapadły mi w pamięć, może dlatego, że odebrałam je bardzo osobiście. Dość długi fragment, ale wkleję go tu, bo... Bo tak.

   Nigdy nie umiałam jej sobie wyobrazić. Miłości, która jest tak niepodważalna, że mogę być zapłakana i rozbita, a mimo to pewna, że ktoś będzie mnie trzymał i chciał, bym następnego dnia obudziła się przy nim.
   Moje związki opierały się na opiece i rozpaczy. Z językiem na brodzie goniłam za narkomanami, którzy przerwali detoks, za złodziejami samochodów oczekującymi na odsiadkę i za alkoholikami marzącymi o rewolucji. Byłam w ustawicznej gotowości bojowej, skora do spłacania starych długów albo poszukiwania torebki z amfetaminą ukrytej w regale z książkami. Kochałam poczucie zagrożenia i chwile, kiedy mogłam trzymać w ramionach mężczyznę prześladowanego przez narkotykowych wierzycieli albo przez policję, gładzić jego przestraszoną twarz i powtarzać, że na pewno damy sobie radę. Kochałam noce trwające dwadzieścia cztery godziny, kiedy po bójce, seksie i trawie mogłam wysłuchiwać historii o samotności, a na końcu słów, o których marzyłam od dziecka: „Bez ciebie nie dałbym rady nawet spróbować”.
   Im bardziej ubłocony człowiek spał w moim łóżku, tym bardziej czułam się czysta. Mogłam myśleć, że reprezentuję świat świeżego powietrza i spacerów, zdrowych śniadań i nadziei, że w którymś momencie wszystko się ułoży. W tych rzadkich wypadkach, kiedy próbowałam spotykać się z mężczyznami, którzy mieli grono ułożonych przyjaciół i plany na przyszłość, czułam swoją postronność i strach, że się wyda. Wiedziałam, że jest tylko kwestią czasu, kiedy ten człowiek mnie przejrzy. Zobaczy rodzinę, która nigdy nie będzie zdolna do wspólnego spędzenia udanego wieczoru z jego rodziną, i ciemny wiatr, który w każdej chwili może porwać mnie w chaos.
Ian sprawił, że po raz pierwszy pozwoliłam sobie na bezradność i mogłam przeżyć te wszystkie uczucia, które tłamsiłam w sobie podczas długich wieczorów, kiedy leżałam w łóżku, wbijałam paznokcie w dłonie i przysłuchiwałam się przez ścianę coraz donośniejszym głosom taty i Jonasza. Dlatego byłam gotowa zrobić dla niego wszystko.*

To jest najlepszy fragment książki. Właściwie po przepisaniu tych słów i przeczytaniu ich jeszcze raz, stwierdzam, że dawno żaden fragment tak mnie nie poruszył. A zatem fabuła, opowieść: nie, pojedyncze fragmenty: tak.

Jak to możliwe, że żyje się z kimś do osiągnięcia dojrzałości i wyrasta na kogoś tak mu obcego, że nie pozostaje nic ponad dokuczliwą świadomość wspólnych wspomnień?**


Być może, gdyby autorka skupiła się bardziej na Annie i jej partnerze, byłaby z tego dobra, mocna historia.

* s. 88-89.
** s. 154.