Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reggae. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reggae. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lutego 2015

Koncert: Marika i L.U.C, trasa koncertowa "Spragnieni lata", 30 stycznia, Wrocław

Pani Naczelnik, czyli Marika, po ostatnim koncercie we Wrocławiu, który odbył się 30 stycznia w Starym Klasztorze, na swoim profilu FB napisała tak:

"chciałam tylko powiedzieć: ALE BYŁO TURBO-E-K-S-T-R-A !!!!! tańczyliśmy do 4, rozbiłam telefon, pobrudziłam białe trampesie, KOCHAM WROCŁAW!!!!!♥"

Byłam na tym koncercie! Do tej pory zbieram szczękę z podłogi, chociaż minęło już sporo czasu od koncertu. Nie rozbiłam telefonu, ale zgubiłam plakat z koncertu. Dostałam go od Anioła, który zjawił się nie wiadomo skąd, podszedł do mnie i powiedział: „Słuchaj, słyszałem, że chcesz plakat, a w klubie nie było… Ja mam, weź, proszę”. Anioł okazał się nie byle kim, bo muzykiem, który gra z L.U.C. em. Jeśli jeszcze raz kiedykolwiek powiem, że nie doświadczam megazaskakujących i pozytywnych sytuacji w życiu, to sama siebie stłukę na kwaśne jabłko. Będzie Hania Kwaśna do potęgi. No i właśnie, jak ja mogłam zgubić ten plakat? Ech… ale to wszystko przez emocje. Nie miałam białych trampesiów, ale miałam brązowe bucisze, i tak, pobrudziłam! Kocham Wrocław, kiedy Marika gra w tym mieście!

Zaczęłam pisać o Marice, ale muszę zaznaczyć, że najpierw na scenie w Starym Klasztorze zjawił się L.U.C, bo koncert odbył się w ramach ich wspólnej trasy koncertowej „Spragnieni lata”. Trochę żałuję, że przyszłam chwilę po 20, kiedy klub był już cały zapełniony i nie było innej opcji, niż stać na szarym końcu, mało co widzieć i słyszeć na pewno nie tak dobrze, jak pod sceną. L.U.C jest geniuszem, którego twórczość niestety za mało znam (nadrobię!), żebym potrafiła wiele napisać. A nawet gdybym wiedziała wiele, to pewnie bym stwierdziła, że i tak najlepiej będzie zostawić Was z jego muzyką, tak jak robię to teraz:


Marika. Marika! Chodząca cudowność! Byłam kilka razy na jej koncercie, za każdym razem było świetnie, ale ten koncert 30 stycznia… O rany.  Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale Marika w wydaniu mniej reggae’owym podoba mi się chyba bardziej! Poza tym… Śpiewa po prostu lepiej, niż 3 lata temu. Jest królową sceny. Robi na niej, co tylko chce: wzrusza się, tańczy, wskakuje na wzmacniacze, jest spontaniczna, bije od niej taka dziecięca aż radość i dziewczęcy wdzięk, a jednocześnie niesamowity seksapil. Ale stop! W tym przypadku też już kończę gadać. Zobaczcie po prostu, co się wydarzało na tej scenie! Posłuchajcie tego wokalu, poczujcie to discooooo i przyznajcie, że jeśli nigdy nie byliście na koncercie Mariki, to niedługo będziecie! Jakość nagrania średnia, ale wystarczająca, aby zobaczyć, jak kończą się imprezy z Mariką! (a właściwie zaczynają, bo gdzie się kończy koncert, tam zaczyna się afterparty! :D)

W marcu Marika znów zaśpiewa we Wrocławiu, choć koncert będzie miał zupełnie inny klimat. Marika jest jedną z wokalistek, która wzięła udział w projekcie muzycznym „Panny Wyklęte” i właśnie Panny Wyklęte – „Wygnane” wystąpią z zespołem Darka Malejonka 3 marca we Wrocławiu. Spotkajmy się wszyscy na tym koncercie!






środa, 26 listopada 2014

One Love Sound Fest 2014, 22 listopada, Wrocław, Hala Stulecia

Byłam na One Love Sound Fest. Nie poczułam w tym roku klimatu jamajskiego słońca w polski, pochmurny listopad. Nie poczułam klimatu jednej miłości, ale to pewnie ze względu na jakieś moje psychiczne pstro, a nie, że zły One Love.

Mellow Mood, sympatyczni zdreadowani bliźniacy z Włoch, jak zawsze dali przyjemny, pozytywny koncert. Piszę „jak zawsze”, bo to już ich trzeci (o ile się nie mylę) koncert w Polsce, i po tych kilku razach, no cóż, czym jeszcze mogą zaskoczyć? Może nowym materiałem, ale ten zbytnio nie odbiega od rytmów, które MM serwowali wcześniej. Niemniej, do bujania, skakania i wzdychania, że mają takie słodkie reggae love songi.

Najbardziej czekałam na koncert Patrice’a (jak się okazuje, nie tylko ja, bo z ankiety na onelove.pl wynika, że właśnie jego koncert podobał się najbardziej). Nie dość, że gościu wygląda jak milion dolarów, to jeszcze dzieli się taką pozytywną energią z publiką… Najgłośniej śpiewały i najwyżej skakały moje dwie towarzyszki, obie ciężarne. I dobrze, dzieciaczki pewnie też w brzuchach kręciły sobie dready, a za 20 lat będą się bawić na One Love Sound Fest - edycja 31. Podczas występu Patrice'a poczułam rzeczywiście przesłanie one love, że to nie są tylko czcze słowa, że dla niego serio wszyscy są równi i wszyscy są braćmi, których nie należy się obawiać, tylko do nich wychodzić. Bo Patrice wyszedł do publiczności i zmieszał się z tłumem ciągle coś podśpiewując do mikrofonu, a zrobił to tylko po to, żeby spojrzeć mi w oczy i przybić piątkę. Miło z jego strony, prawda?

Fragment jego utworu „Cry cry cry”, powinien nucić sobie każdy facet, który pozwala, aby jego dziewczyna przez niego płakała:
Never wanna see my girl
Cry cry cry again
I say woi woi woi
Rather I would wanna die”

Tak, drodzy. Szkoda, że zamiast tego, niejedna kobieta słyszy „woi woi woi, czemu znowu płaczesz, mała?”.

Nneka mnie zawiodła. Gdzieś czytałam opinie, że czysty mistycyzm, magia, rozwalony system itd. Rzeczywiście, Nneka tworzy muzykę dość zaangażowaną, ale jakoś nie wiem…
- trochę do spania, nie?
- no, do spania, do spania.
… takie komentarze wymieniałam z ludźmi. Jeśli ktoś ma inną opinię, to dobrze, i chętnie też wysłucham. Według mnie Nneka trochę przygwiazdorzyła, pośpiewała nie patrząc w publiczność, a w podłogę, nie nawiązała kontaktu ze słuchaczami, czego efektem była cisza między kolejnymi utworami. Nie, że nie było braw, ale entuzjastycznymi owacjami bym tego nie nazwała. Czułam między Nneką a publicznością mur nie do przeskoczenia i nic na to nie poradzę. Ale wokalistką jest bardzo zdolną.

Alpha Blondy to klasyk, proszę ja was, klasyk. Reggae’owcy starszej generacji mają ten niekwestionowany styl, po prostu potrafią to robić. Nawet „Wish you were here” Pink Floyd w wersji reggae, zagrane pod koniec, nie oburzyło mnie, a przecież mogło. Ponadto Alpha Blondy ma znakomitych gitarzystów, których nie powstydziłby się zespół grający rasowego rocka. No cóż, Alpha Blondy zapewne też się ich nie wstydzi!

One Love zakończyło się koncertem Juniorstressa. Ktoś chyba chciał, żeby Juniorstress szybciej zszedł ze sceny, bo w trakcie koncertu wysiadł prąd. Cisza na scenie, zaskoczenie zarówno muzyków, jak i publiczności. A! Jak fajnie, że sporo ludzi zostało na tym ostatnim występie, było już megapóźno, a pod sceną wciąż bujando i hulahopy. Juniorstress w całej tej dziwnej sytuacji („słuchajcie, dziwna sprawa, nie ma ekipy technicznej, nikt nie wie, gdzie się podziała…”) zachował się bardzo pozytywnie – zaczął śpiewać acapella, a niektórzy razem z nim. Potem jeszcze zatańczyliśmy kilka razy „wszyscy w prawooooooo, wszyscy w lewolewolewooo”, aż w końcu prąd wrócił i koncert został wznowiony.


Żetony do szatni – straszne zdzierstwo. Żarcie – zdzierstwo. Przeciągi w całej hali, widziałam niejednego zmarzniętego. Aby dotrzeć do sceny soundystemowej, też trzeba było wyjść na zewnątrz i zmarznąć. Namiot piwny – szaro od dymu, ale przynajmniej ciepło. Miłego dnia. 

piątek, 29 listopada 2013

Koncert: One Love Sound Fest 2013, 23.11.2013, Wrocław

independent.pl
Line-up tegorocznego One Love Sound Fest nie zaskoczył. Beenie Man, Gentelman… To już było. Spodziewałam się, że na 10. edycję festiwalu organizatorzy zaproszą kogoś takiego, że wszystkim szczęki opadną. Choć wielu gigantów reggae odwiedziło już nasz kraj i można pomyśleć, że żadne nazwisko już fana reggae nie zaskoczy, to jednak uczynienie Gentelmana gwiazdą wieczoru było według mnie pójściem na łatwiznę. Cenię tego artystę, wiem, że na koncertach daje z siebie wszystko i ma świetny kontakt z polską publicznością. Skąd to wiem? Właśnie stąd, że już kilka razy miałam okazję się o tym przekonać. Zdarzało się, że artysta występował w naszym kraju nawet kilka razy w roku. Beenie Mana również witaliśmy w Bielawie rok temu, grał też we Wrocławiu.

Może mam zbyt wygórowane oczekiwania, może zbyt wiele koncertów reggae już widziałam. Wiem, że jest mnóstwo osób, które w tym roku na One Love były pierwszy raz, i takich, które Beenie Mana, Gentelmana, czy też naszego Ras Lutę czy Dancehall Masak-rah widzieli pierwszy raz. Dla nich festiwal na pewno był nie lada wydarzeniem. Dlatego nie podważam atrakcyjności One Love Sound Fest ani artystów występujących zarówno na scenie głównej, jak i soundsystemowej. Jednak ta edycja nie obudziła we mnie entuzjazmu. Może to przez śnieg i szaroburą zimową aurę.

Gentelman gra znakomite koncerty, daje pewność, że publiczność będzie się dobrze bawić. Świadczyć o tym mogą opinie tych, którzy w ankiecie prowadzonej na stronie festiwalu głosowali na najlepszy występ. Póki co pierwsze miejsce zajmuje Gentelman & The Evolution, i to zdecydowaną większością głosów. Drugie – Beenie Man, trzecie – Ras Luta. Choć Beenie Man ani mnie ziębi, ani parzy, a omijanie niektórych wersów i chwilami dość niechlujny śpiew mogą drażnić, to trzeba przyznać, że jego muzyka jest tak energetyczna, że nie sposób się nie pobujać przy dźwiękach wielkiego hitu „Gimmie Gimmie Gimmie”, czy „I’m Okay / Drinking Rum & Red Bull”. A Gentelman śpiewający częściowo do publiczności, częściowo do swojej żony Tamiki udzielającej się w chórkach, jest ujmujący, ciepły i serdeczny. Działa to w dwie strony – jego publiczność jest wyjątkowa. Wokalista pytał, które utwory chcemy usłyszeć, niektóre z nich śpiewał w nowych, ciekawych aranżacjach. Na koniec zaśpiewaliśmy wspólnie, bez towarzyszenia instrumentów, „Redemption Song”. Nie miało to dla mnie jednak dużej „siły rażenia”, bo odniosłam wrażenie, że zaczerpnął ten pomysł od Maxa Romeo, z którym w ten sam sposób zaśpiewaliśmy „Redemption Song” na One Love 2012. Choć z drugiej strony, może właśnie tworzy się pewna tradycja i za rok zaśpiewamy ten utwór z jeszcze innym artystą?



W tym roku zupełnie odpuściłam scenę soundsystemową. I wolę nie wiedzieć, czy jest czego żałować, bo pewnie jest…

Jak co roku, w przerwie między koncertami można było się najeść, napić się w namiocie piwnym, kupić biżuterię, koszulki i czego tam dusza zapragnie. Jak co roku były też gigantyczne kolejki do toalet i szatnia na żetony. Konferansjerem festiwalu był niezawodny Mirosław „Maken” Dzięciołowski. Trudno byłoby wybrać lepszą osobę na jego miejsce.

Więcej o Festiwalu na Independent.pl


czwartek, 24 października 2013

Koncert: Steel Pulse, 20.10.2013, Wrocław, Eter

O Steel Pulse usłyszałam zaledwie kilka miesięcy temu, kiedy natknęłam się na informację o nich w książce „Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae”. Kilka dni temu brytyjski zespół, który rozpoczynał karierę w latach 70., zagrał we Wrocławiu wspaniały koncert.

Z pierwotnego składu w grupie grają tylko dwie osoby – wokalista David „Dread” Hinds i klawiszowiec (także udzielający się wokalnie) Selwyn Brown. To oni są siłą napędową zespołu, nie ujmując oczywiście niczego pozostałym muzykom. Przesłanie muzyki Steel Pulse brzmi: „Bez miłości nie ma sprawiedliwości, a bez sprawiedliwości nie ma pokoju”. Ich misją, jak mówi wokalista, jest niesienie nadziei, że wszystko będzie lepsze, kiedy ludzie zjednoczą się w dobrej sprawie.

Obawiałam się trochę frekwencji na tym wydarzeniu. Stali bywalcy wrocławskich koncertów reggae pewnie pamiętają, że koncerty I Jah Mana Levi  czy Tarrusa Rileya w klubie Alibi nie cieszyły się sporym zainteresowaniem, i że w ogóle klubowe koncerty roots reggae organizowane są na granicy opłacalności. Tym razem koncert odbywał się w Eterze, który jest chyba większy niż Alibi, dlatego bałam się, że klub będzie świecił pustkami. Na szczęście myliłam się.

Już na występie Positive Thursdays in Dub było sporo osób, swoją drogą bardzo przyjemny support. Zanim Steel Pulse wyszli na scenę, słyszeliśmy przeróbki utworów innych legend reggae, np. Boba Marleya i Maxa Romeo.

O koncercie Steel Pulse mogę powiedzieć zasadniczo jedną rzecz: nie wiem kiedy zleciał ten czas, mam wrażenie, że koncert był za krótki, chociaż bisy oczywiście były. Muzycy grali raczej starsze utwory, z lat 80., np.  „Chant a Psalm”, „A Who Responsible?”, „Man no Sober”, „Roller Skates”, “Steppin’ out”. Usłyszeliśmy “Not King James Version” z płyty “Babilon The Bandit” z 1986 roku, która zdobyła wtedy nagrodę Grammy za najlepszy album reggae. Jednak w ostatnich minutach występu pokazali, że jako kompozytorzy nadal nie próżnują, i zagrali utwór z tegorocznego singla „Put Your Hoodies On”, którym zakończyli występ.


Wokalista i klawiszowiec, mimo że nie są już najmłodsi, świetnie wyglądali na scenie. David Hinds nieprzypadkowo ma ksywę „Dread”. Jego fantazyjnie ułożone, megagrube dready robią wrażenie. Ciężko uwierzyć, że już tyle lat działa na scenie, wygląda tak młodo… Choć szczerze mówiąc, bardziej podobały mi się momenty, kiedy za mikrofonem stał klawiszowiec Selwyn Brown, jego śpiew bardziej mnie przekonywał.

Czasem wynoszę różne rzeczy z koncertów :D Tym razem
udało się zdobyć tracklistę! 
Ze sceny płynęła pozytywna energia, jedynie saksofonista Jerry „Saxman” Johnson sprawiał wrażenie zmęczonego i nieco znudzonego. Rozglądał się po suficie, jednak kiedy zaczynał grać, robił to naprawdę dobrze. Nic dziwnego, że do współpracy zapraszali go tacy artyści jak Burning  Spear, Shaggy czy Ky-Mani Marley (chociaż i tak mistrzem saksofonu pozostaje dla mnie Dean Fraser, koncertujący m.in. z Tarrusem Rileyem). Udało mi się po koncercie porozmawiać z saksofonistą. Przyznał, że zmęczenie z powodu długiej trasy koncertowej powoli bierze nad nim górę. Dlatego też muzycy zaraz po koncercie pojechali do hotelu, wcześniej oczywiście robiąc sobie zdjęcia z fanami, rozdając autografy i podpisując płyty. W tłum poleciało także piórko do gry gitarzysty oraz tracklisty wrocławskiego koncertu. Najlepsze pamiątki!
Iza, Han i lekko zmęczony Jerry "Saxman" Johnson


Publiczność dopisała, myślę, że przyjechało sporo osób spoza Wrocławia, w końcu Steel Pulse zagrali w naszym kraju tylko jeden koncert. Dla fanów reggae słabą opcją byłoby przegapienie tego wydarzenia. 

Relacja napisana dla Independent.pl

sobota, 19 października 2013

Koncert: KaCeZet i Fundamenty, 18.10.2013, Łykend, Wrocław

KaCeZet, który twierdzi, że nie zna się na promocji, nieoczekiwanie stał się… Mistrzem promocji. Zaledwie dwa dni przed wrocławskim koncertem w sieci pojawił się utwór „Za darmo”, którym Kapitan KaCeZet namawiał do pojawienia się na koncercie. Link do utworu po kilku godzinach pojawił się na Demotywatorach z opisem „Prawdziwy artysta – stworzył coś w jeden dzień, a wy i tak będziecie się jarać Patty”. Nagranie w ciągu niecałego tygodnia zdobyło ponad 11 tysięcy wyświetleń na Youtube. Zasięg utworu w sieci okazał się spory, co niestety nie przełożyło się na frekwencję piątkowego koncertu.


W Łykendzie było nas „minimalnie mało”, jak zauważył KaCeZet, jednak muzycy i tak dali świetny koncert. Czy ważne są tłumy, skoro nawet garstka potrafi stworzyć fajny klimat? Szczególnie, że ta garstka zna teksty wielu piosenek na pamięć i śpiewa razem z zespołem!

Wrocławscy fani Piotra Kozieradzkiego i Fundamentów nauczyli się na błędzie, jaki popełnili w grudniu zeszłego roku, również w Łykendzie. Wtedy to Kapitan wyszedł na scenę i usiadł na niej, bo publiczność zamiast podejść pod scenę, siedziała przy stolikach i sączyła piwo. Tym razem było inaczej, już od pierwszych chwil bawiliśmy się pod niewielką klubową sceną. Akustycznym, energetycznym reggae muzycy zrekompensowali ponad godzinne opóźnienie. Promowali nową płytę „Dziennik Kapitana cz.1”. Przyznam bez bicia, że jeszcze jej nie posiadam, ale mistrzowski „Mistrz”, „Czasownik”, „Niech gadają” czy „Przebudzenie” zagrane na żywo, zachęciły do kupna płyty. Zresztą nie pierwszy raz, bo powyższe utwory grali na koncertach długo przed październikową premierą płyty.  Usłyszeliśmy też utwory z poprzedniego albumu, m. in. „Kocham swoje miasto”, „Fundament”, „Miłość pieprzy rację”.

Wokalnie pierwsze skrzypce grał KaCeZet, natomiast zabawianiem publiczności między utworami zajął się fantastyczny Dżeksong, którego okrzyki „Yeah!” i opowiastki wymyślone na poczekaniu zawsze wprawiają w dobry nastrój. Poza tym, serio nie wiem, skąd czerpie energię do ciągłego podskakiwania na scenie. Chociaż… To chyba jasne skąd – z muzyki!


Na scenie panował taki luz, że nawet delikatne potknięcia, jak choćby nierówne rozpoczęcie utworu, nikogo nie przejęły. Nie zabrakło smaczków w postaci genialnego solo na djembe, czy nagłego zjawienia się Johna Frusciante na scenie. Naprawdę, KaCeZet rozpuściwszy włos i przybrawszy odpowiednią minę oraz pozę, podczas gitarowej solówki przywiódł mi na myśl samego wirtuoza gitary znanego z Red Hot Chili Peppers.

Jakoś szybko zleciał czas. Ani się obejrzałam, jak Kapitan zapowiedział ostatni utwór. Na szczęście bis nie pozostawił niedosytu – usłyszeliśmy wspomniany na początku utwór „Za darmo” (który wciąż chodzi mi po głowie, na zmianę z „Mistrzem”) oraz piosenki „Sługa” i „Nadciąga”.

Nie jaram się Patty. Jaram się muzyką, dzięki której czuję się dobrze dziś, dziś czuję się jak mistrz! Jaram się artystami, z którymi można po koncercie porozmawiać jak z kumplami. Kocham swoje miasto za takie koncerty! :) 

Relacja opublikowana na Independent.pl i WSA.org.pl

niedziela, 13 października 2013

Płyta: Ziemia Kanaan "Katarynka", 2013

Mimo że omawiany album grupy Ziemia Kanaan miał swoją premierę ponad pół roku temu, to warto o nim napisać, nawet z „lekkim” poślizgiem


Dawno nie słyszałam polskiego zespołu, w którego twórczość wsiąknęłam już od pierwszej piosenki. Najpierw trafiłam na znany przebój lat 70. - „Porque Te Vas”. Nie przepadam za oryginalną wersją, dziewczęcy wokal Jeanette ani mnie ziębi, ani parzy, nie dostrzegam w jej śpiewaniu żadnych emocji. Tymczasem po odsłuchaniu tego numeru w wykonaniu Ziemi Kanaan olśniło mnie. Ten utwór jest wspaniały! Jednak cover może nagrać każdy, ciekawe czy we własnych utworach zespół także ma coś do zaoferowania – pomyślałam. Przesłuchałam zatem całego albumu „Katarynka”, i jak już wspomniałam, wsiąknęłam w tę muzykę. Chociaż „wsiąkać” jakoś brzydko mi tu brzmi. Dałam się ponieść tej muzyce. O, tak ładniej. 



Ziemia Kanaan powstał w Stalowej Woli. Przez ponad 10 lat swojej działalności muzycy zaliczyli sporo festiwali reggae, ich utwory były umieszczane na różnych składankach. W większości ich twórczość utrzymuje regałowy puls, ale pierwsze, co mi się nasuwa na myśl jeśli chodzi o ich muzykę, to duże urozmaicenie, świeżość, różnorodność. Nie zamknęłabym Ziemi Kanaan w jednej szufladce z Habakukiem, Parpiką Korps, Pustkami, Czerwonym Tulipanem, Daab, Maleo Reggae Rockers czy nawet Czesławem Mozilem. Dlaczego wymieniłam tak wiele grup? Każdy z tych zespołów ma w sobie coś charakterystycznego, nie grają identycznej muzyki, prawda? Właśnie stąd w moim odczuciu ta różnorodność Ziemi Kanaan – mam wrażenie, jakby inspirowali się muzyką wielu zespołów (te, które wymieniłam wyżej, przyszły mi na myśl jako pierwsze; ciekawe, czy trafiłam), zmiksowali ją ze swoimi pomysłami, i tak oto powstał album „Katarynka”. Nie zrozumcie mnie źle – nie chodzi mi o kopiowanie czyjejś twórczości. 

Nigdy nie byłam w Stalowej Woli, mogę się jedynie domyślać, że grafika na okładce przedstawia to miasto, jakże kolorowe i niekojarzące się z przemysłem hutniczym. A może się mylę. 

Kilka konkretów odnośnie albumu. Rzecz pierwsza: wokal, który jest moim zaskoczeniem numer jeden. Czasem zdarza mi się, słuchając jakiegoś utworu, mieć wątpliwość, czy śpiewa kobieta, czy mężczyzna. Ba, nawet jeśli wiem, że za mikrofonem stoi np. Artur Rojek, zamykam oczy i wyobrażam sobie kobietę śpiewającą „My” Myslovitz. Podobnie, kiedy śpiewa Tracy Chapman, wyobrażam sobie postawnego mężczyznę. Taki odchył, którego przyczyną są niesamowite barwy głosu. Miałam tak również w przypadku wokalisty Ziemi Kanaan – Mariusza Zarzecznego. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy na teledysku ujrzałam, że łagodny, ciepły, lekko zachrypnięty głos należy do faceta mogącego z powodzeniem być frontmanem zespołu hard rockowego! Ważną rzeczą jest dla mnie rozumienie, co wokalista śpiewa (chodzi mi o wymowę, nie o zrozumienie sensu utworów). Tutaj duży plus! Nie ma niewyraźnie zaśpiewanych wersów (nawet w bardzo trudnym utworze „Widziadła”), nierównych chórków, które też często utrudniają odbiór, i czego tam jeszcze. Wokalista mega uniwersalny, sprawdza się w bardziej reggae’owych, bujających dźwiękach, ale wydrzeć też się potrafi. Zresztą wokalnie udziela się nie tylko Mariusz Zarzeczny, ale i reszta zespołu. 

Sprawa druga – to zróżnicowanie, o którym pisałam. Jest kilka utworów zaczynających się od mocnych, rockowych gitar, przechodzących w spokojniejsze, bujające reggae („Słonko”, „Kory drzewne”). Podoba mi się taka konstrukcja, chociaż na koncertach może być trochę myląca – zaczynasz pogować, aż tu nagle zdezorientowany przechodzisz do regałowego bujania. Reggae, rock, ska – czego tu nie usłyszymy? Kilka pierwszych utworów to właśnie pomieszanie reggae z rockiem, czego kwintesencją jest wychwalane przeze mnie wcześniej „Porque Te Vas” (och, te zakończenie utworu… Lepiej bym tego nie wymyśliła!). Później spokojna i melancholijna „Druga Opowieść” (usłyszymy ją także kilka minut później w chilloutowym remixie Gitbit Papilot). Jednak spokój jest tylko chwilowy, bo kolejne utwory - „Jutro Znaczy Nic”, „Jahlove” (w języku angielskim) i „Widziadła” to iście rockowe klimaty. Na końcu usłyszymy kolejny remix – tym razem utworu „Den Sowy”, otwierającego album. Muzycznemu zróżnicowaniu sprzyja też mnogość instrumentów – nie tylko gitary, ale też mandolina, akordeon, klarnet, a nawet kachon. Także remiksy, z uspokajającymi dźwiękami instrumentów dętych, urozmaicają płytę. 

Minusem jest brak książeczki z tekstami piosenek. Wiem, że łączy się to z dodatkowymi kosztami, ale w przypadku tekstów, które nie wpadają w ucho aż tak, że po chwili znasz utwory na pamięć, jest to spora wada. Tym bardziej, że niektóre z nich zasługują na szczególną uwagę (jak choćby „Druga Opowieść”) i chciałoby się lepiej w nie wsłuchać mając przed oczami treść. 

Powtórzę raz jeszcze: dawno nie poznałam zespołu, który tak by mnie zainteresował już po kilku dźwiękach. Nie musiałam się przekonywać do tej płyty, przetrawić jej, odłożyć na bok i wrócić do słuchania po kilku dniach. Od razu „zaskoczyło”. Pozytywnie zaskoczyło!

Agencja Artystyczna Mruku, 2013.

Recenzja napisana dla Independent.pl

piątek, 4 października 2013

Płyta: Zabili Mi Żółwia "Wniebowzięci", 2013

independent.pl

Zabili Mi Żółwia – zespół, którego słuchałam parę lat temu, w wieku, kiedy jeszcze absolutnie nie jest się dorosłym, ale za takiego właśnie się uważa. W wieku wczesno-licealnym, kiedy zaczęło się chodzić na koncerty Happysad, Koniec Świata, Farbren Lehre i właśnie Zabili mi żółwia. Pamiętam, jak słowa jednej z piosenek ZMŻ: „Sialalalala, zrób mi dobrze w rytmie ska” królowały przez całe lato przy ogniskach, a „Dzień wagarowicza”… No cóż, siłą rzeczy ten utwór królował w ciągu roku szkolnego. 

Teraz przypomniałam sobie o Zabili Mi Żółwia za sprawą ich nowego albumu, wydanego w sierpniu tego roku. Okładkę zdobi, a jakżeby inaczej – żółw, wniebowzięty, obrazując tytuł albumu -„Wniebowzięci”. 

Płytę rozpoczyna punkowo-reggae’owa „Złość”. Nie wiem czy ten utwór celowo umieszczono jako pierwszy, ale według mnie to właśnie on jest najbardziej chwytliwy ze wszystkich. Nadająca tempo perkusja, mocne gitary, przyjemny reggaeowy przerywnik przechodzący w ska, prosty tekst – czyli wszystko to, z czego Zabili mi Żółwia są znani. Już tym pierwszym utworem zasugerowali, że w ich muzycznej drodze niewiele się zmieniło, wciąż trzymają się sprawdzonego patentu na własne, charakterystyczne brzmienie. Choć z drugiej strony mam wrażenie, że nabrali bardziej rockowego brzmienia – niektórych gitarowych wstawek nie powstydziłby się dobry zespół rockowy. 

Teksty są proste, chwytliwe. Niektóre opisują rzeczywistość, nie zawsze wesołą („Słowa”, „Intelektualny Szajs”, „Maszyny”), lub po prostu mówi ą „O tym co ważne”. Znalazło się też miejsce dla kobiet („Ewa, twoje ciało zeszło z nieba”, „Agata”), a nawet dla kibiców („LKS”). 

Czasem przeszkadza nierówno zaśpiewany chórek, czasem irytują niepotrzebne według mnie zaśpiewki w stylu „naj naj naj” w „Maszynach” czy „teraz już wie-e-em!” w „Garbusie”. Te niedociągnięcia zespół rekompensuje świetnym utworem „Nocny świat”. Nie jest tak chwytliwy jak „Złość”, ale zaśpiewany zgodnymi głosami fragment piosenki oraz gitara solowa stwarzają klimat, którego w innych numerach nie znalazłam. Uwagę zwraca też ostatni utwór na płycie – „Kolejny…”, być może za sprawą saksofonu. Te dwa kawałki według mnie z powodzeniem można by grać w rockowych stacjach radiowych. 

Przesadziłabym mówiąc, że jestem wniebowzięta albumem „Wniebowzięci”. Warto jednak zwrócić uwagę na kilka dobrych utworów, proste teksty, wpadające w ucho melodie. Intrygująca jest również sprawa tytułu albumu, przecież na trackliście nie ma utworu „Wniebowzięci”. Powiem tak: warto zapomnieć o wyłączeniu odtwarzacza zaraz po wybrzmieniu ostatniego kawałka. Cierpliwość popłaca! 

Recenzja napisana dla Independent.pl. Może niektórzy z Was już czytali, bo wrzucałam linka do portalu na fanpage'u, ale może dzięki umieszczeniu na blogu trafi do większego grona osób. 

Słuchajcie, przeprowadziłam swój pierwszy w życiu wywiad! :) Właśnie z zespołem Zabili Mi Żółwia. Nie będę go umieszczać w osobnej notce, jeśli kto ciekaw, zapraszam do poczytania tutaj: Independent.pl: Wywiad z zespołem Zabili Mi Żółwia

piątek, 20 września 2013

Książka: Chris Salewicz "Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae", Sine Qua Non, 2013

Trzeba przyznać, że o tej książce było głośno. Mówiono o niej w radiu, odbywały się konferencje prasowe, wywiady… Więc także u mnie – kilka słów o książce Chrisa Salewicza „Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae”, przełożonej na język polski, w stanie transcendencji, przez Macieja „Magurę” Góralskiego.

Chris Salewicz pisał między innymi na łamach „Mojo”, „The Independent”, „Q”, jest autorem biografii Joe Strummera (The Clash), sprawdził się też jako narrator w filmie „Zew Wolności”, mówiącym o tym, jak polski rock and roll walczył z komunizmem.






Ciekawi mnie, czy w tytule książki celowo nie umieszczono słowa „biografia”. Miałabym pewne opory przed nazwaniem tej publikacji typową muzyczną biografią, bo znajdziemy w niej nie tylko opis życia króla reggae.  Oczywiście, sylwetka Boba Marleya jest w niej najważniejsza, ale sporo miejsca poświęcono też takim wątkom jak Rastafari, wydarzenia polityczne i krótka historia Jamajki. Sporo miejsca autor poświęcił także Wailersom - Bunny’emu Wailerowi i Peterowi Toshowi; dzięki temu zaczęłam interesować się ich solową twórczością i losami (szczególnie tego ostatniego, który miał nieźle poprzewracane w głowie). Znajdą się też napomknienia o takich wokalistach jak Dennis Brown czy Max Romeo. Salewicz opisuje także najstarsze jamajskie sound systemy oraz narodziny muzyki reggae, wskazuje różnice między reggae jamajskim a np. brytyjskim, przedstawia najważniejszych twórców. Jak widzicie, jest to wydawnictwo wielowątkowe, co działa na jego korzyść.

Jeśli kot z psem żyją w zgodzie, dlaczego nie możemy żyć w miłości?

Wróćmy do Nesty Roberta Marleya, który gra tu pierwsze skrzypce. Poznajemy go jako wiejskiego chłopaka, kochającego piłkę nożną i grę w cieniu drzewa na prowizorycznej gitarze. Chris Salewicz serwuje czytelnikowi całą muzyczną drogę Marleya, począwszy właśnie od puszek i bambusów imitujących gitarę, po lata międzynarodowej sławy, która była efektem talentu, ciężkiej pracy, konsekwencji i niestrudzonego dążenia do celu Boba Marleya.

Autor opisał kolejne albumy Boba Marleya i Wailersów, zwracając uwagę na różnice między nimi, a co za tym idzie, na ewolucję, jaka na przestrzeni lat dokonała się w twórczości Boba. Od początków z czasów utworu Judge Not do bardziej komercyjnego brzmienia końca lat 70. Właśnie dzięki temu ta książka jest dla mnie tak cenna – sama teraz widzę wyraźnie różnice między płytami, słyszę podwójnie tę „zdumiewającą przejrzystość” w Concrete Jungle (s.196),  mogę także posłuchać utworów, które wcześniej gdzieś mi umknęły.

Świetnie, że autor poruszył temat dzieciństwa Boba, jego bezradność i wycofanie związane ze swoim pochodzeniem (Bob miał jaśniejszą skórę niż jego koledzy). Oprócz tego znajdziemy wszystko, co w biografii Marleya być powinno: coraz poważniejsze zagłębianie się w Rastafari, sprawy rodzinne, historię choroby. Chociaż o tej ostatniej jest niewiele, bo nawet będąc już u kresu sił, Bob Marley wciąż koncertował. Dzięki książce w końcu zapamiętałam, które dzieci Bob ma z żoną Ritą, a które z innymi kobietami (fani na pewno wiedzą, że tych kobiet trochę było). Utrwalił się także w moich myślach obraz Marleya skrytego za chmurą jointowego dymu.

Czyta się bardzo szybko i przyjemnie (jeszcze przyjemniej z muzyką Boba w tle). To, czego mi zabrakło, to cytaty. Jest ich niewiele, a myślę, że świetnie uzupełniłyby tekst. Rekompensatą braku cytatów mogą być kolorowe zdjęcia oraz skany różnych dokumentów, np. formularz pozwolenia na pracę Boba Marleya, czy zaświadczenie o grypie Petera Tosha. Szkoda tylko, że niektóre z nich nie są przetłumaczone na język polski ani nawet opisane.

Jeśli chcesz poznać "Boba prywatnego i Boba publicznego" (s. 205), przeczytaj tę książkę. 

wtorek, 27 sierpnia 2013

Koncert: Regałowisko Bielawa Reggae Festiwal, 22-24.08 2013

Są w Polsce dwa miejsca, które śmiało uznaję za magiczne. Międzygórze i Bielawa.  Nie tylko dlatego, że ukochałam sobie Sudety. Międzygórze rzeczywiście jest wyjątkowe ze względu na krajobrazy, ale Bielawa, oprócz pięknych widoków, ma w sobie coś jeszcze: co roku pod koniec sierpnia świeci tam jamajskie słońce, rozbrzmiewa jamajska muzyka, a po okolicy kręci się mnóstwo osób w dreadach. REGAŁOWISKO, i wszystko jasne!

Kilka dni przed Regałowiskiem złapało mnie lekkie przeziębienie. Nos zatkany, uszy zatkane, gardło drapiące. Co w tej sytuacji zrobić? Jechać czy nie jechać na festiwal? Wybór byłby łatwiejszy, gdyby nie fakt, że noce są już chłodne, a spać trzeba pod namiotem… Pamiętacie notkę z początku wakacji? Wymieniłam w niej koncerty i festiwale, na których chciałam zjawić się w ciągu lata. Regałowisko Bielawa Reggae Festiwal również tam był, a że do tej pory wszystkie punkty udało mi się zaliczyć, szkoda zawalić sprawę i nie pojechać na Regałowisko przez głupi ból gardła… Jeszcze w piątek  rano wahałam się. W końcu pomyślałam: Hanka, do Bielawy masz godzinę autobusem, będziesz się źle czuła to wrócisz, proste. Uff, jak dobrze, że się zdecydowałam!

Trochę ciężko było trafić do Bielawy z Wrocławia ze względu na objazdy, ale po kilku nadrobionych kilometrach wreszcie ujrzeliśmy tabliczkę z nazwą miejscowości. Niestety Bielawa była dość słabo oznakowana (albo to my jesteśmy ślepi), był tylko jeden drogowskaz na parking, zero wskazówek na teren festiwalu. Na szczęście mieszkańcy Bielawy są bardzo uprzejmi, o czym przekonaliśmy się także w trakcie dwóch dni festiwalu. 

Znaleźliśmy skrawek wolnego miejsca na polu namiotowym, rozstawiliśmy naszą hacjendę i… Regałowanie czas zacząć!

Szczerze przyznam, że nie znałam wszystkich wykonawców tegorocznej edycji. Niektórych zaczęłam słuchać zaledwie tydzień temu, żeby wiedzieć mniej więcej, co mnie czeka. Ale to jest właśnie fajne w festiwalach, że nie musisz znać na pamięć utworów artystów, a i tak świetnie się bawisz, bo oprócz skakania pod sceną jest sporo alternatywnych możliwości spędzania czasu. Nie mam na myśli jedynie zwiedzania sklepów monopolowych :D Nie sposób być też na wszystkich koncertach, bo zwyczajnie ogłuchniesz, jeśli nie masz stoperów w uszach. Inna sprawa, że były dwie sceny: główna i soundsystemowa. Dlatego pokrótce napiszę,  na czyich koncertach udało mi się być i które zapamiętam do końca życia.


Piątek

Przede wszystkim Alborosie! Nie sposób go nie zapamiętać, już choćby ze względu na wygląd wokalisty. Dready do kolan, megagrube i cieńsze. Gdyby Alborosie je ściął, byłby kilka kilogramów lżejszy. Podczas koncertu bawił się dreadami celując niczym karabinem w publiczność, imitując lasso i co tam jeszcze. Włoski muzyk zrobił fantastyczne show.
Alborosie, fot. Izabela Brodziak
 
Na scenie szaleje Mesajah, ale spójrzcie jakie fajne piłki!
Na scenie głównej tego dnia zagrali też The Whiff (roots rodem z Wrocławia), Pentateuch, Maleo Reggae Rockers (Maleo jak zawsze w formie, nie starzeje się!), Israel Vibration i Mesajah (energia i radość jak zawsze plus piękne chórki I Grades). 

Koncerty na scenie głównej się skończyły, poszliśmy zatem bawić się pod namiotem soundsystem. Dancehall Masak-Rah – i wszystko jasne. Najwytrwalsi zostali chyba do 6 rano? Kto choć raz ich widział, ten na słowa „Zostaw mnie!” oraz „Wszyscy w prawo prawo prawo, w lewo w lewo w lewo!” na pewno się uśmiechnie i przypomni sobie zakwasy w nogach następnego dnia;)

Muzyka nie ucichła ani na chwilę, grała non stop całą noc, do samego rana. Może niektórym ciężko było przez to zasnąć pod namiotami, ale kto by tam spał na Regałowisku! 


Sobota 

Festiwalowiczów przywitało piękne słońce, niektórych pewnie też kac morderca. A na kaca? Zimny prysznic za symboliczne dwa złote. Koncerty zaczynały się dopiero o 18, trzeba było zorganizować sobie jakoś czas, albo zregenerować siły drzemką w namiocie. 

W sobotę na scenie królowali Capleton i Protoje. Capleton, ubrany w kolorowy strój przypominający szaty króla skakał jak szalony po scenie, przekazując publiczności niesamowitą energię. Mnóstwo rąk w górze, flagi… Mimo późnej pory zebrał mnóstwo ludzi pod sceną. Czekałam bardzo na ten koncert i nie zawiodłam się. Protoje, muzyk o chłopięcej urodzie, na tegorocznej trasie promuje swój nowy album „The 8 year affair”. Bez wątpienia zjednał sobie polską publiczność, zszedł nawet ze sceny aby przez chwilę być bliżej fanów. Ma świetny zespół i uzdolnione chórki.
Protoje, fot. Izabela Brodziak
Z polskiej sceny reggae tego dnia zobaczyliśmy Marikę ze Spokoarmią. Marika jak zawsze piękna i uśmiechnięta, mimo zmęczenia również zeszła do rozradowanej publiczności, dała z siebie wszystko. Na nią zawsze można liczyć;) Wcześniej występowali też Vavamuffin, a na zakończenie Paprika Korps

Festiwal powoli się kończył, więc trzeba było wykorzystać ostatki sił i energii i bawić się do rana pod sceną soundsystemową. Randy Valentine był dobry, ale według mnie największe oklaski należą się Sentinel Sound. Na stronie www.regalowisko.pl napisano, że soundsystem dostarcza „rozrywki na najwyższym poziomie”… Chyba nie mam nic więcej do dodania w temacie. Mimo że zbliżało się rano, namiot był wypełniony po brzegi i zabawa trwała w najlepsze do samego rana. 


Niedziela 
 
Na wstępie chciałabym pozdrowić ekipę, która o 6 lub 7 rano w niedzielę na polu namiotowym krzyczała „EEEEOOOO, eeeeeoooo! Wstawać, nie ma spania!” – czy tylko ja się z tego śmiałam na głos zamiast wkurzać? ;)

Niedziela… Czyli koniec Regałowiska. Skończyło się szybko, ale może to i dobrze, kolejnego dnia imprezy mój organizm by nie wytrzymał. Wróciłam do domu i od razu dosłownie zwaliło mnie z nóg, wreszcie mogłam nafaszerować się gripexem, położyć do łóżka i wspominać oglądając zdjęcia.
Bawmy się!
 
Jeszcze bardziej się bawmy!



A tu znowu rano!

Pink Floyd też byli na Regałowisku!

Jeszcze kilka słów o organizacji: już w piątek nie było miejsc na parkingu przy terenie festiwalu, trzeba było się cofać i szukać drugiego parkingu albo parkować pod czyimś domem. Na szczęście, jak już wspomniałam, mieszkańcy Bielawy są bardzo serdeczni i nie robili z tego problemu. Prysznice zimne, ale za to żarcie jakie dobre! Szczególnie makaronowe kubełki, niebo w gębie! Jamajskie jedzenie, oklepane zapiekanki, a na śniadanie parówki w „Barze Sudety”. Sporo stoisk z koszulkami, biżuterią itd. Toi toi’e po pewnym czasie już tylko dla odważnych, a dla bogatych – toalety z prawdziwego zdarzenia za złocisza. Ładowanie telefonu również za złocisza. 
No tak, za wiele rzeczy trzeba płacić, ale za atmosferę, jaka panowała na festiwalu, na szczęście nie. Gdyby wszędzie było tak sympatycznie jak na Regałowisku, ludziom żyłoby się lepiej! Z uśmiechem wspominam wiele spontanicznych i radosnych sytuacji, jak na przykład tę, kiedy ze znajomymi zaczepialiśmy przypadkowych ludzi i robiliśmy sobie z nimi zdjęcia. Na jednym z nich jest jakieś 20 osób, zresztą spójrzcie:


Dziękuję za milion uśmiechów i mnóstwo radości! Wiadomo, że przybywam za rok! Za zdjęcia dziękuję Izabeli Brodziak :)

czwartek, 18 lipca 2013

Koncert: Festiwal Reggaeland 2013, 12-14 lipca 2013, Płock

www.facebook.com/ReggaelandPlockFestival
Jeśli w przyszłym roku najdzie mnie ochota na Reggaeland 2014 (a na pewno mnie najdzie;)), to pierwszą rzeczą, jaką spakuję na wyjazd do Płocka, będzie parasol. Drugą – kalosze. Trzecią – dwie kurtki przeciwdeszczowe. Z takim ekwipunkiem nawet największy deszcz nie będzie mi straszny. Bo szczerze przyznam, że takiej ulewy na tegorocznym Reggaelandzie się nie spodziewałam. A przynajmniej nie aż takiej! Kto był, ten doskonale wie, o czym mówię. Jednak żaden żywioł nie sprawi, że będę źle wspominać Reggaeland 2013. Niebo płacze, Hania ze szczęścia skacze!

Pokonując trasę Wrocław-Płock, ciągle miałam nadzieję, że ulewa za szybą zniknie, kiedy tylko ujrzę kierunkowskaz na Płock. Tak się nie stało, i niestety kilka pierwszych koncertów spędziłam pod parasolami piwnymi z dala od sceny. W tym czasie na głównej scenie zagrali Podwórkowi Chuligani, Jahcoustix i The Selecter. Powoli do mnie docierało, że strój kąpielowy i opalanie nad Wisłą mogę zastąpić ciepłą bluzą i pełnym nienawiści spoglądaniem w niebo. Chociaż… Zaraz zaraz, ja tu przyjechałam psioczyć na pogodę czy bawić się na koncertach? Zdecydowanie to drugie.

Max Romeo. Przecież nie chodzi o jakość c'nie?
Koncertu Maxa Romeo nie mogłam spędzić skulona pod parasolem. Bieg pod scenę w strugach deszczu okazał się świetnym pomysłem. Wśród tłumu ludzi deszcz aż tak nie przeszkadzał i było dużo cieplej. Max Romeo, cały w bieli, zaśpiewał swoje największe hity, w tym oczywiście „Chase the Devil”. W kolejności wyśpiewanych utworów nic się nie zmieniło od listopada, czyli od jego występu na wrocławskim One Love. Dla tych, którzy widzieli poprzedni występ, było to swego rodzaju „przeżyj to jeszcze raz”, a dla wszystkich – dawka korzennego reggae. Prawdziwie mnie wzrusza ten drobny człowiek z dreadami do pasa i wiecznie zatroskaną miną, jakby się obawiał, że za chwilę fani rozejdą się lub rozpuszczą od deszczu. Wspólnie zaśpiewana „Redemption song” – magia.

Wprawdzie Max Romeo ma w swoim repertuarze utwór „Jamaican Ska”, to jednak prawdziwymi przedstawicielami ska tego wieczoru był zespół Karamelo Santo z Argentyny. Fani ska, punk, reggae i hip-hopu na pewno byli zadowoleni z tego energetycznego koncertu, i rozruszali się po nieco spokojniejszym występie Maxa Romeo. Zakończeniem pierwszego dnia występów na scenie głównej był koncert Jafia Namuel. Widziałam ich występ również na One Love, więc poszłam sprawdzić co się dzieje na drugiej scenie – soundsystemowej. Wybór okazał się świetny, ponieważ chłopacy z Dancehall Masak-Rah właśnie rozkręcili niemałą imprezę. Mimo chłodu sporo ludzi tańczyło na boso i raczyło się zimnym piwem. Z głośników słychać było utwory między innymi Tarrusa Rileya i Mr. Vegasa, a białe chustki co chwilę wirowały w górze. W moim odczuciu Dancehall Masak-Rah zrobili lepszą bibę niż Kingstone Sound i Richie Stephens.
 
Powrót po pierwszym dniu koncertów. Do kostek woda, jakby kto pytał ;) 
Drugi dzień festiwalu pozytywnie zaskoczył. Przestało padać (przelotny deszcz to już nie deszcz przecież), w związku z czym zrobiło się tłoczniej i ludzie nie byli już poupychani pod parasolami i namiotami. Można było posiedzieć chwilę na plaży lub skarpie. Dopiero wtedy uważniej przyjrzałam się okolicy. Płock jest piękny! Idea zorganizowania festiwalu zaraz przy rzece, na plaży, jest fantastyczna, dlatego wciąż nie mogłam odżałować, że pogoda pierwszego dnia nie dopisała. Humor mogła poprawić kawa z mobilnej kawiarni, jamajski burger czy zapiekanka i frytki. Dla lepiej zaopatrzonych finansowo przygotowano stoiska z koszulkami, płytami, biżuterią, torbami i czym tam jeszcze. 
Scena z lotu ptaka. A raczej ze skarpy
Nadciągają złe chmury!
Prawie-pływające namioty


Wśród festiwalowiczów kręcili się fotoreporterzy, więc nawet ci, którzy nie mieli aparatów, mogą liczyć na pamiątkę z Reggaelandu. Było sporo namiotów piwnych, a także takich, pod którymi można było usiąść na pufie lub leżaku i odpocząć. Toi toi’ów nie zabrakło. Nie wiem jak wyglądała sprawa z polem namiotowym, ale pomijając to, według mnie organizacyjnie wszystko grało. Już wiele dni wcześniej na reggaelandowym forum organizatorzy starali się odpowiadać na wszelkie pytania i wątpliwości, pomagali w poszukiwaniach noclegu. Ponadto festiwalowicze mieli darmowy wstęp do płockiego Zoo oraz muzeów. Widząc takie zaangażowanie, aż chce się wracać do Płocka. Ukłony w stronę Urzędu Miasta Płocka i Płockiego Ośrodku Kultury i Sztuki.
Ciężko mi się rozstać z opaską!
Nie ma dePRESSji!

Wracając do muzyki: drugi dzień Reggaelandu według mnie należał do Mellow Mood i Shaggy’ego. Chociaż koncert Transmisji, z której – chyba można tak powiedzieć - wywodzą się takie zespoły jak np. Vavamuffin, był nie lada gratką. Mesajah z kolei prezentował w większości utwory z wydanej w zeszłym roku płyty, a na scenie towarzyszyły mu dziewczyny z I Grades. Jak zawsze pięknie wyglądające i uśmiechnięte ubarwiały swoimi chórkami zachrypnięty wokal Mesajah. Następni w kolejności byli St. Petersburg Ska-jazz Review. Nie przepadam za damskimi wokalami w tego rodzaju muzyce, zatem zamiast skakać pod sceną, poszłam na spacer na molo. Tam też bardzo dobrze było słychać koncert, a zespół grał dość długo. Być może przedłużającymi się bisami chcieli zrekompensować zeszłoroczną edycję Reggaelandu, kiedy to St. Petersburg Ska-jazz Reviev nie zagrali z powodu złych warunków pogodowych. No cóż, gdyby ich koncert zaplanowany został na dzień poprzedni, pewnie znów nie doszedłby do skutku, a tego już fani pewnie by nie znieśli ;)

Stylówa Płock 2013
Ciąg dalszy stylówy

Gdzie jest upał?
Halooo taxi
Towarzysz Festiwalowicz - Monia!
Po 19 nadszedł czas na Mellow Mood – jeden z głównych powodów, dla których zjawiłam się w Płocku. Ich koncerty to wielki ładunek tak pozytywnej energii, że nawet zła pogoda nie jest w stanie zniszczyć dobrej zabawy pod sceną. Bracia bliźniacy o włoskiej urodzie (i takim też obywatelstwie) biegali po scenie, machali rękami, skakali, a przy tym jeszcze dobrze śpiewali. Wśród publiczności znalazły się osoby, które znały teksty piosenek, co mnie bardzo ucieszyło – nie byłam jedyną zdzierającą gardło. Myślę, że Mellow Mood wspiął się już na czołówkę europejskiego reggae i długo z niej nie spadnie. Przemawia za tym zarówno ich muzyka, jak i to, co się dzieje po koncercie. Muzycy poświęcili dużo czasu na rozmowy i zdjęcia z fanami, rozdawanie autografów. A dzień później w sieci napisali, że bardzo, bardzo kochają Polaków. Z wzajemnością!

Najważniejsi bliźniacy w moim życiu - Mellow Mood. Fot. Ewa Derehajło-Stasiak


Fenomenu grupy Jamal nie rozumiem. Nie przemawia do mnie człowiek, który na szyi ma wytatuowaną nazwę swojego zespołu i który przeklina na scenie. Nie można jednak odmówić muzykom charyzmy i umiejętności stworzenia fantastycznego show. Zaczęli grać po 21, ściemniło się, w związku z czym oświetlenie sceniczne dawało spektakularny efekt. Jamal zgromadził chyba największą publiczność z wszystkich dotychczasowych występów. Płocka plaża się zapełniła i rozbrzmiewała dźwiękami „Defto”, „Policeman” i innych utworów Jamala. Wszyscy się świetnie bawili, na czele z facetem przebranym za Świętego Mikołaja. Lato wszędzie!

Zespół Jamal przedłużył swój występ niemiłosiernie. Być może dlatego, iż dostali cynk o spóźniającym się Shaggym. Planowo już dawno Shaggy powinien zjawić się na scenie, a minęło sporo czasu, zanim autokar wiozący gwiazdę podjechał pod scenę (a właściwie prawie na nią wjechał). Obawiałam się trochę tego koncertu. Shaggy, megagwiazda, wykonawca wielu przebojów, spóźniający się już prawie godzinę. Czy warto czekać? Czy liczyć na świetny koncert, czy raczej na pokaz arcygwiazdorzenia? Na szczęście kiedy tylko Shaggy w czerwonych spodniach pojawił się na scenie, poczułam przypływ energii i radości. Shaggy oczywiście jest gwiazdorem, ale jakość jego show również jest… gwiazdorska! Od początku skakał i biegał po scenie niczym szaleniec, a ruchy jego bioder powodowały piski i zawstydzenie młodszych festiwalowiczek. Ktoś może powiedzieć, że piosenkarz chwilę pomachał tyłkiem, powyginał się, odśpiewał hiciory i tyle z tego było. Ja sądzę, że nie. Shaggy złapał znakomity kontakt z publicznością. Tańczyliśmy, śpiewaliśmy, piszczeliśmy, a w pewnym momencie pomnik lwa unoszony przez publikę powędrował w stronę sceny. „Angel”, „Boombastic”, „Fired up”, „Hey Sexy Lady” – to tylko niewielka liczba wszystkich zaśpiewanych hitów. Na scenie obecny był też Rayvon, z którym Shaggy od wielu lat współpracuje. Cały koncert był bombą energetyczną, ale końcówka to już zupełne apogeum – utwory z płyty „Summer in Kingston” spowodowały niesamowite zakwasy w nogach na drugi dzień. Jak się okazało, Shaggy i Rayvon wcale nie zmęczyli się koncertem na głównej scenie. Kilka minut po zniknięciu za kulisami Shaggy wskoczył na scenę soundsystemową! Nie sądzę, aby miał zapisany w kontrakcie dodatkowy występ, więc chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że polska publiczność spodobała mu się. Tak samo jak w przypadku Mellow Mood – z wzajemnością! Mimo że zamiast „Płock” wymawiał „Płak” – niech będzie mu wybaczone ;).

Mimo późnej godziny na przedostatnim koncercie festiwalu nadal bawiło się mnóstwo ludzi. Ras Luta rozbujał publiczność swoim „Nie mam hajsu” i nowym „Jak daleko”, Dr. Ring Ding nakręcał imprezę w namiocie soundsystemowym, gruziński Reggaeon nie pozwalał spać wytrwałym. A ci najbardziej wytrwali bawili się w rytmie reggae jeszcze trzeciego dnia.

W relacji nie wymieniłam wszystkich artystów występujących na Reggaelandzie, nie sposób być w kilku miejscach jednocześnie.

I tylko ja wiem,
jak kawałek zalaminowanego
papieru może przybrać na wartości!
Autograf jednego z braci Garzia z Mellow Mood :)



Płock! Szykuję kalosze i przybywam za rok! 

Relacja napisana dla Independent.pl