Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja śpiewana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja śpiewana. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2015

Koncert: RAM Session. Janek Samołyk z zespołem, 29 stycznia w Studio Słuchowiskowym Radia RAM we Wrocławiu

Nie tak dawno pisałam o koncercie Muzyki Końca Lata i Janka Samołyka w Starym Klasztorze. Dzisiaj napiszę o koncercie Janka drugi raz. Z tym, że ten drugi koncert miał nieco inny charakter.

Radio RAM to stacja, dzięki której poznałam mnóstwo dobrej muzyki (Jose James! Jose James!).

Radio RAM regularnie organizuje Ram Session, czyli koncerty, które można usłyszeć na żywo ze Studia Słuchowiskowego, kameralnego pomieszczenia mieszczącego się w gmachu Radia przy Alei Karkonoskiej we Wrocławiu. Czyli patrzcie: zespół gra sobie na żywo kameralny koncert z udziałem publiczności (ok. 30 osób), a jednocześnie słuchacze Radia RAM (oraz Radia Wrocław Kultura) słuchają tego samego koncertu w swoich domach.

29 stycznia redaktor Maciek Przestalski zaprosił słuchaczy oraz szczęśliwych posiadaczy wejściówek na koncert Janka Samołyka. Miałam przyjemność tam być! Do Studia Słuchowiskowego w budynku Radia prowadzą kręte ścieżki, schody i labirynty. Fajnie było się tam znaleźć; miałam ochotę zerwać wszystkie wiszące na drzwiach koncertowe plakaty i je sobie wziąć :D Ale nie, nie.

Studio jest kameralne, a atmosfera od razu zrobiła się bardzo wyluzowana, bo po tym jak zajęte zostały wszystkie krzesła, których było niewiele, pozostałe osoby siadały na podłodze, na schodach, pod drzwiami, gdzie popadnie. Fajnie!

Ram Session rozpoczęło się rozmową Macieja Przestalskiego z Jankiem Samołykiem i pozostałymi członkami zespołu (swoją drogą, super było „zobaczyć” głos, który umila mi weekendowe przedpołudnia w pracy dobrą muzyką:). A potem to już czyste poezje i rockandrolle, bo, jak przyznał Janek, wszyscy w zespole są starymi punkowcami. Jeśli czytaliście relację z poprzedniego koncertu, to wiecie, że muzyka Janka bardzo mi leży i polecam wszystkim zapoznanie się z jego płytami.

W studio ten koncert brzmiał znakomicie i podejrzewam, że słuchacze Radia RAM i Radia Wrocław Kultura odnieśli takie samo wrażenie. Świetna sprawa być na takim koncercie… Wejściówki można wygrać na kilka dni przed koncertem, albo zdobyć innymi tajemnymi sposobami, polecam!

Janek Samołyk to wrocławski gitarzysta, wokalista oraz autor piosenek. Tworzy i śpiewa zarówno po angielsku, jak i w ojczystym języku. Jego muzykę najczęściej opisuje się jako mieszankę brytyjskiego rocka i polskiej poezji śpiewanej. Wśród inspiracji wymienia on takich wykonawców jak m.in. The Beatles, Beach Boys, The Smiths, Blur, Grzegorz Ciechowski czy Marek Jałowiecki /informacja prasowa/.

Zdjęć z RAM Session nie mam, ale mam RAMisia swojego własnego. Fajnie?



Do zdjęć z koncertu odsyłam TUTAJ, a do muzyki Janka – klik poniżej :) 

czwartek, 4 lipca 2013

Koncert: OdraNocka - Artur Andrus i Maria Czubaszek, 2 lipca 2013, Arsenał, Wrocław

Tytułem wstępu: UWIELBIAM WROCŁAW! Mimo że ostatnio było spore zamieszanie związane z organizacją jakiegoś maratonu, to generalnie bardzo cenię to miasto od strony proponowanych imprez kulturalnych. Jest Wrocław, jest impreza!

Na brak imprez kulturalnych nie można narzekać, wciąż pojawiają się także nowe. Jednym z nich jest OdraNocka Art Festiwal. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, o co chodzi i z czym to się je. Festiwal trwa od 29 czerwca do 13 lipca, koncerty odbywają się na dziedzińcu Arsenału. Zaproszeni artyści? Bardzo proszę: Grzegorz Turnau, Artur Andrus, Maria Czubaszek, Kayah, Marcin Wyrostek (akordeon), Mafalda Arnauth (fado), Teatr STU z Krakowa oraz najbardziej HOT nazwisko tego lata: Dawid Podsiadło. Pięknie i różnorodnie!

Raz dwa, raz dwa, szybko przemyślałam, na którym koncercie mogę się zjawić, i padło na 2 lipca: koncert Artura Andrusa.

www.odranocka.pl
Jak to jest między mną a Arturem Andrusem? No cóż, wystarczy, że pan Artur powie tylko „Dobry wieczór państwu”, lub choćby „Proszę państwa…”, a ja już się uśmiecham. Wyobraźcie sobie zatem, jak wysoko latałam na skrzydłach miłości po dwóch godzinach koncertu.

Artur Andrus prezentował utwory ze swojej najnowszej płyty „Myśliwiecka” (pewnie, że mam!), raczył publiczność wierszykami swojego autorstwa, a choreografię sceniczną miał taką, że ho ho! Totalnym szaleństwem z jego strony okazało się spektakularne wywijanie kablem od mikrofonu. Wykonując „Glanki i pacyfki”, swoim blaskiem i rockową duszą przyćmił wszystkie żyjące i nieżyjące legendy rocka. Zaśpiewał swój największy hit „Piłem w Spale, spałem w Pile”, twierdząc, że jest to jego jedyny przebój. Według mnie „Królowa nadbałtyckich raf” również pretenduje do miana superprzeboju. Jednak absolutnym zaskoczeniem i powodem mojego największego wybuchu śmiechu był utwór „Cyniczne córy Zurychu”.

Kto choć raz widział Artura Andrusa w akcji, dobrze wie, że ten przesympatyczny pan sypie rymowanymi wierszykami własnego autorstwa jak z rękawa. Ich ilość przewyższa chyba twórczość niejednego wieszcza. Zastanawiam się, ile pomysłów i rymów może się kryć w jednej głowie. Słuchając Pana Artura, wnioskuję, że bardzo, bardzo wiele, a czasem odnoszę wrażenie, że wymyśla je na poczekaniu. Chciałabym zapamiętać niektóre z nich, jednak uwierzcie, że nie da się! Ledwie skończy się jedna rymowanka, już leci kolejna. Ledwie zdążę zapisać pierwsze zdanie, a już słyszę następny wiersz i zaśmiewam się. No po prostu kurcze, no nie! Jeden zapamiętałam: 

Czerwone korale włożyła na szyję
Wczoraj jeszcze żyła
Dzisiaj już nie żyje!

Gościem specjalnym była pani Maria Czubaszek, z którą Artur Andrus przeprowadził rozmowę. Zarzekał się, że wcześniej się do tej rozmowy nie przygotował, bo pani Maria ponoć sama lubi sobie zadawać pytania i na nie odpowiadać. Wyszło tak, że mieli nie rozmawiać o polityce i seksie, a rozmawiali o… polityce i seksie ;) I było mi bardzo miło, że mogłam przysłuchiwać się tej rozmowie.

Widzicie, chyba nikt nie powie, że Artur Andrus ma fenomenalny wokal i jest zwierzęciem scenicznym. Nadrabia jednak poczuciem humoru, talentem do wymyślania zabawnych tekstów, gadatliwością, żartowaniem z samego siebie. To sprawiło, że prawie wszystkie miejsca pod sceną były zajęte. Siedząc w jednym z ostatnich rzędów, widziałam przed sobą zatrzęsienie trzęsących się ze śmiechu ramion, a moje ramiona też brały w tym udział. Fajnie było, po prostu!

Po koncercie Artur Andrus i Maria Czubaszek podpisywali książki i płyty. Nawet gdyby miałby mi zwiać ostatni autobus, czekałabym cierpliwie na swoją kolej. Doczekałam się, warto było:
Hani - ani ani ;)
Też Hani :D 


Autobus mi nie zwiał ;)


PS W koncercie brałam udział dzięki Wrocławskiemu Towarzystwu Gitarowemu, gdzie jestem wolontariuszem. Jeśli ktoś chce zdobyć doświadczenie w organizacji koncertów i mieć możliwość uczestniczenia w wielu z nich w zamian za zaangażowanie i poświęcenie swojego czasu – sprawdźcie ofertę: WTG wolontariat, albo skontaktujcie się ze mną. 

poniedziałek, 18 marca 2013

Koncert: Raz, Dwa, Trzy & Spitfire, 13.03.2013, Wrocław, Alibi.

www.zespolrazdwatrzy.pl

Raz dwa trzy to klasa sama w sobie. Od lat popularni, chociaż muzyka, którą grają, nie jest trendy. Nazwisko wokalisty również nie jest trendy. Adam Nowak? Trudno o bardziej pospolite inicjały. Na dodatek Adam Nowak wygląda jak… Typowy Adam Nowak, czyli niewyróżniający się z tłumu facet.

A jednak, zespołowi udało się zrobić na początku tego roku trochę zamieszania. Raz, Dwa, Trzy właśnie są w trasie koncertowej, tym razem nie sami. Towarzyszy im zespół Spitfire, nadający starym utworom nowe brzmienie.

Wrocławski koncert miał się odbyć w klubie Eter, jednak z powodu remontu został przeniesiony do Alibi. Mnie to wielkiej różnicy nie zrobiło, nie byłam jeszcze w Eterze, więc nie mam porównania. Z tego co wiem, miejsca siedzące były droższe od stojących, a loże w Alibi są rozstawione po bokach parkietu, lub na samym tyle. Przykro było patrzeć na kobiety w średnim wieku wychylające się z foteli, aby mogły cokolwiek zobaczyć. A i tak na pierwszym planie widziały osoby stojące pod sceną, może gdzieś między nimi sylwetki muzyków. Bo trzeba przyznać, że publiczność Raz, Dwa, Trzy wiekowo raczej nie ma granic – sporo było dwudziestolatków, jak i właśnie pięćdziesięciolatków. Patrząc na tę publiczność, naszła mnie myśl, że w Alibi dawno nie było tak spokojnie. Przyzwyczaiłam się do widoku osób tańczących pod sceną, a tu większość stała z założonymi rękami, jakby się zastanawiając, czy tupanie nogą w takt muzyki jest ok, czy to może już przesada. Od początku koncertu wyczuwałam lekkie spięcie, tym bardziej, że wokalista nie nawiązał kontaktu z publicznością. Nie wiem, z czego to wynikało. Z poprzedniego koncertu kilka lat temu zapamiętałam Adama Nowaka rozgadanego, bawiącego publiczność dowcipami, nie szczędzącego czasu na ciekawe opowiastki między utworami. Na wtorkowym koncercie trochę mi tego brakowało. Zaskoczeniem było dla mnie też zaproszenie na scenę kobiety, która wcześniej poprosiła zespół o wsparcie.  Stanęła przy mikrofonie i zaczęła opowiadać o swoim chorym dziecku, o turnusach rehabilitacyjnych, operacjach. Między czasie na parkiecie pojawili się wolontariusze ze skarbonkami, lider Raz, Dwa, Trzy poprosił publiczność o wpłaty pieniężne. Spontanicznie występ zespołu przemienił się w koncert charytatywny. Nie wiem, czy tego oczekiwała publiczność.

Kilka słów o muzyce. Byłam bardzo zaciekawiona nowymi aranżacjami utworów. Czytałam, że Spitfire & Raz, Dwa, Trzy zafundują całkiem odmienne brzmienie piosenek, nowoczesne, klubowe. Od razu na myśl przyszła mi współpraca Kory z 5th Elementem sprzed kilku lat, która zaowocowała iście dyskotekowymi wersjami takich hitów jak „Szare miraże”. Jeśli ktoś się spodziewał podobnych brzmień w wykonaniu Raz, Dwa, Trzy, to się zawiódł. Nie zauważyłam większych zmian w aranżacjach. Gdzieś dodano trąbkę, gdzieś zrezygnowano z bębnów, gdzieś przyspieszono rytm lub wydłużono czas trwania utworu, ale to wciąż jest stare, rozpoznawalne, i przede wszystkim dobre Raz Dwa Trzy! I całe szczęście. Zmiany subtelne, ale zauważalne. Reakcje publiczności umiarkowane, wiadomo, że najbardziej entuzjastyczne brawa otrzymał utwór „Trudno nie wierzyć w nic”, „Nikt nikogo (i tak warto żyć)” i kilka innych. Muzycy ze Spitfire mieli zaczynać koncert, ale zmieniono plany i wpletli kilka własnych utworów gdzieś w połowie koncertu. W tym czasie parkiet lekko się przerzedził, jednak muzycy stwierdzili, że i tak „jest dobrze, bo są brawa”. Grunt to dystans do siebie ;) Pod koniec, kiedy Adam Nowak powrócił na scenę, tych braw było coraz więcej. Na tyle dużo, że zespół nie dał się długo prosić o bis.

Kameralnie, spokojnie, teksty i melodie ucztą dla duszy – to właśnie Raz, Dwa, Trzy. Spitfire nadał nowy smaczek, wokalista był małomówny, jednak ciągle lekko uśmiechnięty, z uniesionymi brwiami. Muzycznie nie mogło być inaczej, niż bardzo dobrze.