"He is the baddest motherfucker in the world" - tak określił Lemmy’ego Kilmistera Dave Grohl.I jak tu nie zrobić filmu o
człowieku, który w dodatku jest ojcem heavy metalu?
Przed
obejrzeniem w Multikinie filmu „Lemmy” moja wiedza o założycielu Motörhead była zerowa. Pomijając
muzykę, Lemmy’ego kojarzyłam jedynie z kowbojskim kapeluszem, podobnymi butami,
charakterystycznym zarostem.
Film „Lemmy” światową premierę miał w 2010 r., do nas
dotarł dopiero teraz. Ważne, że w ogóle trafił do polskich kin. Może ktoś z was
się zastanawia, co jest fajnego w oglądaniu filmu dokumentalnego na dużym
ekranie. Po pierwsze: jakość dźwięku. Po drugie: według mnie jest różnica
między oglądaniem koncertu w kinie i na laptopie. Widzisz tę ogromną scenę,
tłum ludzi, natychmiast udziela ci się klimat koncertu i czujesz, jakbyś był
wśród publiczności (chodzi o filmy muzyczne). Ponadto, oglądając muzyczny film
dokumentalny, wiesz, że na sali obok ciebie siedzą tak samo zafascynowane
muzyką osoby, które nie przyszły obejrzeć filmu przypadkiem.
W „Lemmym” sporo jest urywków koncertów, szczególnie z
Metallicą. Oprócz występów na dużej scenie są też pokazane próby, podczas
których Lemmy i James Hetfield żartują między sobą, a wokalista Metalliki
wygłupia się naśladując charakterystyczny śpiew lidera Motörhead. Jednak utwory
na żywo i ujęcia z trasy (np. z autokaru) to nie wszystko, co przedstawia film
w reżyserii Grega Ollivera i Wesa Orshoski. O muzyce Motörhead wypowiadają się znani muzycy, będący fanami
Lemmy’ego. Oprócz członków Metalliki są tom.in.
Slash, Ozzy Osbourne, Alice Cooper. Wszyscy wypowiadają się o Kilmisterze niczym
o guru, ale nie wyczułam w tych słowach fałszu, tylko prawdziwe uwielbienie dla
swojego idola.
Lemmy’ego poznajemy jako „człowieka z żelaza” – sam Ozzy
twierdzi, że to niesamowite, iż Lemmy, po wieloletnim ćpaniu i piciu jeszcze
żyje! Dowiadujemy się, że jest uzależniony od gry w jednorękiego bandytę, oraz
że ma swoją ulubioną knajpę. Muzyk bardzo ciepło wypowiada się o swoim synu i o
tym, dlaczego nigdy się nie ożenił. Kamerowany jest w codziennych sytuacjach:
Lemmy z ręcznikiem na głowie, Lemmy pozujący do zdjęć z fanami, Lemmy w swoim
domu, który przypomina świątynię wszelkiego rodzaju kolekcjonerstwa. Czego on
tam nie ma? Noże, obrazy, złote płyty oraz wszechobecne swastyki.
Lemmy Kilmister przed kamerą jest bardzo naturalny,
aczkolwiek czasem wygląda na zirytowanego ciągłym śledzeniem go. Często
wynikają z tego zabawne sytuacje, przy jednej scenie ze śpiewającą rybą w roli
głównej nie mogłam się uspokoić. Trochę irytowało mnie zachowanie i wypowiedzi
Jamesa Hetfielda, odniosłam wrażenie, że jest trochę zestresowany. W oglądaniu
filmu nieco przeszkadzały polskie napisy, które raz pojawiały się na górze
ekranu, raz na dole (inaczej zasłoniłyby nazwiska wypowiadających się w filmie
osób). Nawet jeśli dobrze zna się angielski, tłumaczenie jest przydatne, bo
Lemmy mówi dość niewyraźnie. Musiałam co chwilę przeskakiwać wzrokiem z dołu
ekranu na górę, ale nie był to jakiś kolosalny defekt. Plusem są fragmenty
archiwalnych filmów z młodości muzyka, rodzinne fotografie. Film zaintrygował
mnie na tyle, że mam teraz ochotę przeczytać autobiografię Lemmy'ego. Fani nie
powinni mieć wątpliwości, czy zobaczyć ten dokument.
Obejrzenie filmu „Lemmy” będzie doskonałym wstępem przed
koncertem Motörhead w Polsce, który już 31 maja
na warszawskich Ursynaliach!
Raz dwa trzy to klasa sama w
sobie. Od lat popularni, chociaż muzyka, którą grają, nie jest trendy. Nazwisko
wokalisty również nie jest trendy. Adam Nowak? Trudno o bardziej pospolite
inicjały. Na dodatek Adam Nowak wygląda jak… Typowy Adam Nowak, czyli
niewyróżniający się z tłumu facet.
A jednak, zespołowi udało się
zrobić na początku tego roku trochę zamieszania. Raz, Dwa, Trzy właśnie są w
trasie koncertowej, tym razem nie sami. Towarzyszy im zespół Spitfire, nadający
starym utworom nowe brzmienie.
Wrocławski koncert miał się odbyć
w klubie Eter, jednak z powodu remontu został przeniesiony do Alibi. Mnie to
wielkiej różnicy nie zrobiło, nie byłam jeszcze w Eterze, więc nie mam
porównania. Z tego co wiem, miejsca siedzące były droższe od stojących, a loże
w Alibi są rozstawione po bokach parkietu, lub na samym tyle. Przykro było
patrzeć na kobiety w średnim wieku wychylające się z foteli, aby mogły
cokolwiek zobaczyć. A i tak na pierwszym planie widziały osoby stojące pod
sceną, może gdzieś między nimi sylwetki muzyków. Bo trzeba przyznać, że
publiczność Raz, Dwa, Trzy wiekowo raczej nie ma granic – sporo było
dwudziestolatków, jak i właśnie pięćdziesięciolatków. Patrząc na tę
publiczność, naszła mnie myśl, że w Alibi dawno nie było tak spokojnie.
Przyzwyczaiłam się do widoku osób tańczących pod sceną, a tu większość stała z
założonymi rękami, jakby się zastanawiając, czy tupanie nogą w takt muzyki jest
ok, czy to może już przesada. Od początku koncertu wyczuwałam lekkie spięcie,
tym bardziej, że wokalista nie nawiązał kontaktu z publicznością. Nie wiem, z
czego to wynikało. Z poprzedniego koncertu kilka lat temu zapamiętałam Adama
Nowaka rozgadanego, bawiącego publiczność dowcipami, nie szczędzącego czasu na
ciekawe opowiastki między utworami. Na wtorkowym koncercie trochę mi tego
brakowało. Zaskoczeniem było dla mnie też zaproszenie na scenę kobiety, która
wcześniej poprosiła zespół o wsparcie.
Stanęła przy mikrofonie i zaczęła opowiadać o swoim chorym dziecku, o
turnusach rehabilitacyjnych, operacjach. Między czasie na parkiecie pojawili
się wolontariusze ze skarbonkami, lider Raz, Dwa, Trzy poprosił publiczność o
wpłaty pieniężne. Spontanicznie występ zespołu przemienił się w koncert
charytatywny.Nie wiem, czy tego oczekiwała publiczność.
Kilka słów o muzyce. Byłam bardzo
zaciekawiona nowymi aranżacjami utworów. Czytałam, że Spitfire & Raz, Dwa,
Trzy zafundują całkiem odmienne brzmienie piosenek, nowoczesne, klubowe. Od
razu na myśl przyszła mi współpraca Kory z 5th Elementem sprzed kilku lat,
która zaowocowała iście dyskotekowymi wersjami takich hitów jak „Szare miraże”.
Jeśli ktoś się spodziewał podobnych brzmień w wykonaniu Raz, Dwa, Trzy, to się
zawiódł. Nie zauważyłam większych zmian w aranżacjach. Gdzieś dodano trąbkę,
gdzieś zrezygnowano z bębnów, gdzieś przyspieszono rytm lub wydłużono czas
trwania utworu, ale to wciąż jest stare, rozpoznawalne, i przede wszystkim
dobre Raz Dwa Trzy! I całe szczęście. Zmiany subtelne, ale zauważalne. Reakcje
publiczności umiarkowane, wiadomo, że najbardziej entuzjastyczne brawa otrzymał
utwór „Trudno nie wierzyć w nic”, „Nikt nikogo (i tak warto żyć)” i kilka
innych. Muzycy ze Spitfire mieli zaczynać koncert, ale zmieniono plany i
wpletli kilka własnych utworów gdzieś w połowie koncertu. W tym czasie parkiet
lekko się przerzedził, jednak muzycy stwierdzili, że i tak „jest dobrze, bo są
brawa”. Grunt to dystans do siebie ;) Pod koniec, kiedy Adam Nowak powrócił na
scenę, tych braw było coraz więcej. Na tyle dużo, że zespół nie dał się długo
prosić o bis.
Kameralnie, spokojnie, teksty i
melodie ucztą dla duszy – to właśnie Raz, Dwa, Trzy. Spitfire nadał nowy
smaczek, wokalista był małomówny, jednak ciągle lekko uśmiechnięty, z uniesionymi
brwiami. Muzycznie nie mogło być inaczej, niż bardzo dobrze.
Dawno nie wychodziłam z kina z tak mieszanymi uczuciami,
jakie dopadły mnie po obejrzeniu nowego filmu austriackiego reżysera Ulricha
Seidla „Raj: Wiara”. Jest to druga część trylogii „Raj”. Pierwszy mój komentarz
do filmu może brzmieć: Chryste Panie!
W rzeczy samej, w filmie Jezus Chrystus jest na pierwszym
planie. A to za sprawą głównej bohaterki – Anny Marii (Maria Hofstätter), którą już w pierwszych minutach filmu poznajemy jako
ultrakatoliczkę. Kobieta oddaje się rytuałom, poprzez które chce pokutować za
grzechy ludzkie, szczególnie Austriaków. Naga do pasa biczuje się po plecach,
chodzi na kolanach po domu z przymocowanym do ciała pasem kolczastym,
odliczając czas na zegarku, aby czasem jej męczeństwo nie trwało zbyt krótko.
Podczas urlopu pakuje do torby figurkę Matki Boskiej i odwiedza kolejne domy,
chcąc nawrócić społeczeństwo. „Matka Boska chce się schronić w waszym domu,
pozwólcie jej wejść” – mówi do mieszkańców. Na kredensie ustawia jedną figurkę
więcej, aby chroniła również kotkę, którą się opiekuje. Przed snem całuje
obrazek Jezusa, prawiąc mu komplementy. Po kilkunastu minutach ukazujących
życie codzienne Anny, przychodzi na myśl pytanie: co ta kobieta jest w stanie
jeszcze wymyślić? Odpowiedź przychodzi wraz z rozwojem akcji, nie będę pisać o
wszystkim, ale patrząc na bohaterkę, budzi się w człowieku politowanie. Kobieta
jest naga – dosłownie i w przenośni. Nago klęczy przed krzyżem, naga jest dla
odbiorcy jej psychika – całkowite oddanie Jezusowi, wystarczy spojrzeć na
czułość, z jaką gładzi dłońmi krzyż.
Któregoś dnia wracając z
obchodu z figurką Matki Bożej, zastaje w domu swojego męża, który zjawił się po
dwóch latach nieobecności. Muzułmanin Nabil (Nabil Saleh) jest przykuty do
wózka inwalidzkiego. Reakcja Anny jest oczywista: Panie Jezu, wiesz, że mi
ciężko kiedy wrócił Nabil, ale jeśli tego chcesz dla mnie, to przyjmuję to z
największą ochotą. Zjawienie się męża w filmie było dla mnie, jako widza,
zbawieniem, bo dłużej bym nie wytrzymała oglądania kolejnych rytuałów Anny
Marii, mimo że aktorka brawurowo wcieliła się w postać.
Sytuacja nadająca się na
stworzenie komedii: skrajna katoliczka i muzułmanin pod jednym dachem. Ale do
komedii temu filmowi daleko, chyba że mamy na myśli czarny, najczarniejszy
humor. Początkowo mąż podchodzi do Anny z czułością, nie mając pojęcia, czym zajmuje
się żona, kiedy jest poza domem lub za zamkniętymi na klucz drzwiami swojego
pokoju. A ona… po prostu zdradza go z Jezusem, inaczej nie da się tego nazwać.
Z biegiem czasu Nabil, traktowany przez Annę jak pasożyt, zaczyna odczuwać
nienawiść do kobiety. A z nienawiści może zrodzić się tylko nienawiść.
Rozpoczyna się walka między małżonkami, dochodzi do przemocy i zrzucania
symboli religijnych ze ścian. Kwestią czasu staje się pytanie Anny skierowane
do Jezusa: dlaczego? W tej relacji również dochodzi do nienawiści.
„Raj: Wiara” pokazuje ludzką
naiwność, problem samotności, zagubienie, i potrzebę znalezienia jakiegoś
autorytetu, którego będziemy mogli się trzymać w życiu. Jeśli ktoś spodziewa
się subtelnego, ładnego opowiedzenia tego tematu, może wyjść z kina z
niesmakiem. W filmie nie ma ładnych ciał, umalowanych twarzy. Ulrich Seidl
pokazuje ludzką brzydotę. Anna Maria i jej kolejne rytuały mogą drażnić
(szczególnie jej okropny śpiew i granie religijnych pieśni na keyboardzie!),
ale ten film właśnie taki ma być w odbiorze: bezlitosny, dosadny, a nawet
budzący obrzydzenie. Pokazuje, jak bardzo człowiek jest w stanie się upodlić,
nie zawsze w słusznej sprawie. Ciężko jest polubić Annę, bardziej do mnie
przemawiała postawa Nabila, chociaż jego muzułmańskie przekonania nie pokrywają
się z moimi. Świetnie zagrana rola. A kiedy film zrobił się w pewnym momencie
za ciężki, z pomocą przyszła scena odwiedzin Anny u jednego z mieszkańców – jak
już obejrzycie film, będziecie wiedzieli, o który fragment mi chodzi. Zwróciłam
uwagę na kotkę, która pozornie nie odgrywa większej roli w filmie, jednak cały
czas burczy i syczy – nawet zwierzę odczuwa, że w domu Anny i Nabila dzieje się
coś dziwnego.
Myślę, że w kraju, w którym
kabareciarze są biczowani za żarty z papieża, film „Raj: Wiara” obudzi jeszcze
większe kontrowersje.
Tak na marginesie, w najbliższy wtorek u Wojewódzkiego Aberald Giza prawdopodobnie odpowie na pytania związane z oburzającymi Polskę żartami. Sądzicie coś o tym? ;)
Rodriguez pojawił się w moim życiu kilka dni temu. Najpierw
zobaczyłam wpis u dziennikarza Hirka Wrony na Facebooku, że „Sugar Man to najlepszy dokument muzyczny
jaki do tej pory widział”. Potem przeczytałam artykuł w „Wysokich Obcasach”. Ostatnio
obejrzałam „Sugar Man” w kinie, w niedzielę film zdobył Oscara za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny, a teraz... Teraz to już tylko muzyka Sixto
Rodrigueza w moich uszach. I naiwna nadzieja, że facet sprzedający winyle przy
Oławskiej we Wrocławiu, ma w swoich zbiorach płytę Rodrigueza. Chociaż to mało
prawdopodobne.
I've played faggot bars, hooker bars,
motorcycle funerals
Sixto Rodriguez, muzyk z Detroit, grywał w latach 70. w
miejscowych pubach. Nagrał dwa albumy, które powinny odnieść sukces, jednak
przepadły bez echa. Może dlatego, że miał hiszpańskie nazwisko, a przecież wtedy
muzyka latynoska nie istniała. Nieoczekiwanie płyta odniosła sukces w RPA. Wszyscy
znali tekst utworu „Sugar Man”. Album znajdował się w każdym domu, w którym
były jakiekolwiek płyty. Wyniki sprzedaży zostawiły w tyle takie zespoły jak
Rolling Stones.Nieświadomy niczego
Rodriguez po muzycznej klapie w Stanach zajął się ciężką pracą fizyczną, a
środowisko muzyczne i fani zza granicy uznali go za zmarłego, przypisując mu
śmierć samobójczą, jak na gwiazdę przystało.
Well, just climb up on my music,
And my songs will set you free
W filmie dokumentalnym w reżyserii Malika Bandjelloula
wypowiadają się dziennikarze muzyczni, pracownicy wytwórni płytowych, a nawet murarz,
pamiętający Rodrigueza z młodości. Najważniejsze są jednak dwie osoby, które
postanowiły poznać losy Rodrigueza i wyjaśnić jego zagadkową śmierć.
Wielkie jest ich zaskoczenie, kiedy dowiadują się, że śmierć
muzyka jest tylko legendą. Tu zaczyna się część filmu, która wyciska łzy,
dodaje otuchy, ale wywołuje też uczucie niesprawiedliwości, dlaczego Rodriguez
przez tyle lat nie dowiedział się, że w RPA bije rekordy popularności?!
Don't sit and wait
Don't sit and dream
Put on a smile
Go find a scene
I'm sure you'd meet
Someone who would really love you
Chwila, w której Rodriguez pojawia się w filmie już w
czasach obecnych podczas kręcenia dokumentu, wcale nie pokazuje gwiazdy muzyki.
Rodriguez nieśmiało zagląda przez okno, skrywa się za ciemnymi okularami, ruchy
ma niepewne i nie wie, co odpowiadać na pytania. Jednocześnie wystarczy
spojrzeć na jego uśmiech, aby stwierdzić, że jest niezwykle ciepły, ujmujący.
Jedyne co przypomina, że jest muzykiem, to długie włosy i gitara. Może właśnie
brak siły przebicia i nieśmiałość uniemożliwiły mu zdobycie sławy w Stanach?
Hello only ends in
goodbye
Teoretycznie po odkryciu miejsca zamieszkania Rodrigueza nic
nie stało na przeszkodzie, aby stał się gwiazdą na całym świecie. Łatwo się
domyślić, że fani w RPA oszaleli na wieść, że ich idol z lat 70. nie popełnił
samobójstwa. Chciałabym napisać wiele o tym człowieku, ale nie o to chodzi. Po
prostu, jeśli będziecie mieli okazję, obejrzyjcie ten film. Dokument o
mężczyźnie, który w Południowej Afryce witany jest entuzjastycznie niczym
papież (wiem co mówię). Film ogląda się z napięciem i wzruszeniem, bo nawet
wypowiadające się osoby ronią łzy. Choć z drugiej strony – wszystko z umiarem,
nie jest to ckliwa historia z serii „dlaczego ja?”. Rodriguez o nic nie pyta, ujmuje
pokorą. Przy napisach końcowych zwróciłam uwagę, że w kolejności występowania
osób, Sixto Rodriguez jest prawie na końcu. Było to dla mnie kolejnym dowodem,
że nawet w filmie o sobie samym, muzyk nie zabiega o uwagę i usuwa się w cień,
tak jak to zrobił w latach 70. Tłem filmu, i jednocześnie jego bardzo ważną
częścią jest muzyka Rodrigueza. Ujrzymy też krajobrazy Detroit oraz RPA, np. Kapsztadu.
Po obejrzeniu „Sugar Mana” Rodriguez nadal pozostaje dla
mnie człowiekiem nieodgadnionym. Nie znam jego poglądów, mimo że znam teksty
jego piosenek. Znam jego pokorę, skromność. I to mi wystarczy, mimo że nie są
to cechy dzisiejszych idolów. A może właśnie z tego powodu uznaję go za kogoś
wielkiego. Najlepsze scenariusze pisze życie, więc warto zarezerwować sobie
jeden wieczór na poznanie historii Rodrigueza. Natomiast z jego muzyką warto
pozostać na dużo dłużej.
Zastanawia mnie, ilu jeszcze jest na świecie genialnych
muzyków, o których nikt nigdy nie usłyszy… Nie wiem, czy cokolwiek lub
ktokolwiek jest w stanie to zmienić. Obejrzałam „Sugar Mana” w Multikinie.
Cieszę się, że są ludzie, którzy zamiast projekcji 3D wybiorą film dokumentalny
o mało znanym muzyku. Nie zdziwię się, jeśli za chwilę usłyszymy w radiowych
stacjach muzykę Rodrigueza (w Trójce już jest). Fajne jest to, że w kinie mogę
obejrzeć film, koncert czy dokument muzyczny. W marcu planuję obejrzeć w
Multikinie film dokumentalny „Lemmy” o wokaliście i basiście m.in. Motörhead.
Teksty pisane kursywą to fragmenty utworów Rodrigueza.
Kiedy byłam chyba w pierwszej
klasie liceum (7 lat temu, hohoho!), poszłam do kina, żeby zobaczyć na dużym
ekranie koncert Pink Floyd z 1994 r. (Pulse).
Pamiętam, że tato, który Pink Floyd bardzo lubi, mówił wtedy: Pink Floyd… Potęga! Ale wiesz, możesz się
trochę wynudzić… Skąd! Pink Floyd nie wszystkim przypadli do gustu, bo Zanim oni się rozkręcą… itd., ale ja… Ja
nie mogę bez tej muzyki, po prostu! Do niedawna była to tylko muzyka. Teraz, po
przeczytaniu książki Marka Blake’a, znam już całą historię zespołu i wiem, o
czym są utwory.
Właściwie byłam pewna, że to
będzie wartościowa książka. Polecana przez radiową Trójkę, z rekomendacją i posłowiem Piotra Metza (który jest też
jednym z redaktorów), autorem, który był redaktorem brytyjskiego magazynu
muzycznego MOJO. Objętość książki też
sugerowała, że jest to kompletna historia Pink Floyd. Plus przeurocza świnia
Algie (tak, jej imię również poznałam dzięki książce) na okładce. Tło nie mogło
być inne, niż to z okładki The Wall, co jest według mnie dobrym pomysłem. Ucieszyły
mnie też kolorowe zdjęcia.
Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać zaczyna się dość nietypowo, bo od opisu
koncertu (a właściwie tylko krótkiego występu) z 2005 r. Nie powinno się
zdradzać końca książki, ale w przypadku biografii jest on oczywisty - są to
najmniej zakurzone wydarzenia związane z zespołem, czyli w przypadku Pink
Floyd, koncert Live 8 z 2005 r. można do nich zaliczyć. Zyskujemy opowieść,
która rozpoczyna się i kończy tym samym wydarzeniem, a pomiędzy nimi
otrzymujemy wszystko to, co chcielibyśmy wiedzieć o zespole. Bardzo ciekawa
konstrukcja. W kilku rozdziałach autor na chwilę odbiega od wydarzeń z
przeszłości, nawiązując do tych nowszych. Takie celowe zaburzenie chronologii
jest ok, bo można odnieść np. dawne wypowiedzi muzyków do tego, co się dzieje
obecnie. Oprócz tego każdy rozdział rozpoczyna się cytatem, najczęściej
Gilmoura lub Watersa, a tytuły rozdziałów często są fragmentami piosenek.
Podziwiam autora, myślę, że dość trudno było wynaleźć odpowiednie tytuły, aby
jeszcze pasowały do treści rozdziału. Jeszcze trudniej było napisać całą tę
książkę w ogóle, bo Floydzi przez większość swojej działalności stronili od
publicznego wypowiadania się.
Książka o najbardziej leniwym zespole na świecie (słowa Gilmoura, s. 213)
spełniła wszystkie moje oczekiwana. Jeśli autor ma wątpliwości, czy coś jest
jedynie domysłem/legendą, czy faktem, podkreśla, że informacje niekoniecznie są
prawdą. Oczywiście faktów jest znacznie więcejniż domysłów! Poznamy sylwetki członków Pink
Floyd, ich życie prywatne, ale z umiarem. Informacji, o co kłócą się z
partnerkami, czy je zdradzają i innych niezwykłych sensacji na szczęście nie
znajdziemy, bo autor skupił się przede wszystkim na muzyce, i bardzo dobrze!
Miłe jest też to, że nie odpuścił sobie wspominania o dalszych losach Syda
Barretta, kiedy ten już opuścił zespół.
Przeglądam notatki, które robiłam
podczas czytania, i naprawdę trudno mi znaleźć rzecz, której brakuje w
biografii. Może trochę mało tu anegdotek z życia zespołu, ale na tę okoliczność
autor przygotował mi odpowiedź: trzeba przeczytać Pink Floyd: moje wspomnienia perkusisty zespołu, Nicka Masona, tam
ponoć jest ich mnóstwo. Nie zabrakło momentów, w których zrobiło mi się wesoło,
jak choćby wspomnienie o recenzencie, który w relacji koncertu napisał o wyglądzie
Davida Gilmoura: Jego włosy wyglądały na
zaniedbane, zwisały pod ciężarem zbyt dużej ilości tłuszczu, rozdwajając się na
wysokości ramion (s.292). No cóż, dziennikarz musiał mieć bardzo dobry
wzrok, skoro zauważył te karygodnie rozdwajające się końcówki! Ale najbardziej
ze wszystkiego rozbawiły mnie chyba słowa Rogera Watersa, koncertującego
wówczas z zaproszonym przez siebie Erikiem Claptonem. Powiem tylko, że tę
historyjkę opowiadam teraz znajomym, i zawsze robią wielkie oczy. Nie napiszę,
co też powiedział Waters, przeczytajcie sami.
Prędzej świnie zaczną latać warto przeczytać nie tylko dla tych
kilku fragmentów, ale dla wszystkich, ponad pięciuset stron. Oprócz opisania
kolejnych albumów, tras koncertowych, konfliktów i w końcu rozpadu zespołu, dowiedziałam
się jak powstawały wszystkie nieokreślone dźwięki między innymi z Echoes, ale też z wielu innych piosenek,
zawierających specyficzne odgłosy (lub głosy, np. fragmenty rozmów). Uwierzcie
mi, że słucham teraz Pink Floyd z jeszcze większą uwagą i zainteresowaniem. A
jeśli nie wiedziałam, o czym jest dany utwór (biorąc pod uwagę teksty Rogera
Watersa czasem ciężko odgadnąć jego intencje), no to… Teraz już wiem.
Z ciekawostek dodam jeszcze, że znajdzie
się kilka polskich smaczków – pojawi się m.in. Roman Polański i opis koncertu
Dave’a Gilmoura z Gdańska.
Stylowi Marka Blake’a nie mogę
nic narzucić. W moim przypadku lektura trwała dość długo, ale nie przez
nieudolność autora, tylko m.in. przez wypisywanie tytułów piosenek, których
jeszcze nie słyszałam. Znalazłam kilka literówek i błędów interpunkcyjnych, ale
jest ich mało, zważywszy że książka liczy ponad pięćset stron. Ze względu na
objętość radzę nabyć wersję w twardej okładce, będzie się lepiej czytało.
Kilka tygodni temu bardzo się
ucieszyłam na wieść, że basista Roger Waters przyjeżdża do Polski z The Wall. Teraz, po jego bliższym
poznaniu dzięki książce Marka Blake’a, zastanawiam się, czy warto kupować
bilet. Wprawdzie ten starszy pan już nie pluje na fanów i może jest mniej
opryskliwy, ale…
Chyba rozwlekłam tę recenzję tak
jak Floydzi pozwalali swoim utworom rozwlec
się i trwać dwa razy dłużej niż powinny (s.292), dlatego mówię, co
następuje: jeśli jesteś fanem Pink Floyd, to idziesz do księgarni bądź molocha
na literę E., spoglądasz na regał TOP 10, a tam na pewno znajdziesz Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać.
Przynajmniej tydzień temu tam była ;)
Noo, wreszcie udało mi się przeczytać pierwszą książkę w tym roku! Nie mam ostatnio kiedy czytać. Studia, praca... Wiecie co, przy różnych okazjach życzymy sobie zdrowia, niby wyświechtany banał, ale ono jest najważniejsze. Kiedy zacznie szwankować, nie ważne, jak wspaniale układają nam się wszystkie sfery życia. Kiedy stracimy zdrowie, tracimy również radość i chęci do czegokolwiek. Przynajmniej ja. Może też z tego względu ostatnio czytam mniej, ale trzeba się pozbierać, cyc do przodu i będzie dooobrze! To tak na marginesie.
Pierwsza przeczytana w tym roku książka - biografia Micka Jaggera. Nieprzypadkowo sporo na moim blogu recenzji biografii. Prawdopodobnie będę pisać pracę magisterską związaną z biografami muzyków rockowych. Jeśli ktoś z was ma czasem jakąś na zbyciu, do wymiany bądź do sprzedania w bardzo atrakcyjnej cenie, będę wdzięczna za informację na moim profilu na portalu LubimyCzytać.pl - klik w link. Jeśli nie tam, to na Fb: Chillout Arcyszaleńczy, albo gdziekolwiek bądź. No to teraz recenzja :)
Mick Jagger: zakochany na zabój w
Keicie Richardsie, czy we wszystkich kobietach świata?
Co takiego w nim jest, że mając bruzdy
na twarzy, obwisłą skórę i, no cóż, podeszły wiek, wciąż przyciąga dużo młodsze
od siebie kobiety? Dlaczego Micka Jaggera, który nie ma urody typowego macho i
nie jest specjalnie przystojny, nazywamy symbolem seksu? Czy znajdzie się drugi
wokalista, który od 50 lat nieprzerwanie występuje, a bilety na koncerty jego zespołu,
uważanego za najlepszy zespół rockowy na świecie, zawsze są wyprzedane do
ostatniego miejsca? Jak to się stało, że od przeszło roku wszyscy nucimy „I’ve
got the moves like Jagger”?
Właśnie skończyłam czytać
biografię lidera Rolling Stonesów autorstwa Christophera Andersena. Czy
znalazłam odpowiedź na zadane wyżej pytania? Po części tak, ale tylko jedno
wiem na pewno: z całym szacunkiem do twórczości Jaggera, nie chciałabym mieć
takiego ojca, faceta, brata. Chociaż kto wie, w końcu tysiące groupies nie
mogło się mylić. Ale kiedy dobry seks i notoryczne zdrady to jedyne, co
mężczyzna potrafi zaoferować w życiu prywatnym, to ja podziękuję. Dlaczego
piszę tylko o tej sferze życia Jaggera? Bo właśnie na tym skupia się autor
biografii.
Już sama okładka wskazuje na to,
że będzie dość komercyjnie: „Szalone życie”, „niewiarygodne wyczyny seksualne”,
„skandaliczna prawda” – tego typu zwroty kojarzą mi się z nastawieniem
wydawnictwa na jak największą sprzedaż książki i wzbudzenie sensacji. Jakby nie
dość wystarczającą sensacją było to, że The Rolling Stones obchodzą właśnie
50-lecie swojej działalności artystycznej. Ale nie czepiajmy się szczegółów,
liczy się treść. I tutaj chronologicznie wszystko jest jak należy, poznajemy
dzieciństwo Micka, początki kariery, samą karierę, ale najwięcej miejsca
zajmują w książce właśnie owe „niewiarygodne wyczyny seksualne”. Nie mogę winić
autora, że właśnie seksu jest w tym wszystkim najwięcej – biegu życia Jaggera
nie zmienimy. Wolałabym jednak, żeby wszystkie zagadnienia były wypośrodkowane
– przecież tak samo wiele Andersen mógłby napisać o muzyce Stonesów,
inspiracjach, procesie twórczym. Nie mówię, że brakuje tych informacji, ale
jest ich według mnie za mało. Poznajemy Micka, seksualnego stwora z talentem do
tańczenia, śpiewania i komponowania, a nie na odwrót: Micka – artystę, który
przy okazji jest seksoholikiem. Przynajmniej takie są moje odczucia.
Utwierdza mnie w nich styl
Christophera Andersena. Miałam wrażenie, że czytam bardzo obszerny artykuł w
czasopiśmie, a nie wydanie książkowe. Kartki szybko się przewracają, czyta się
przyjemnie, jednak zabrakło mi tej pewności, że czytam rzetelną biografię tego
wielkiego muzyka. Brakowało mi cytatów Jaggera, najczęściej wypowiadającymi się
osobami były kochanki muzyka, niektóre anonimowe. Dlatego też trudno
stwierdzić, czy książka jest w stu procentach wiarygodna. Sam autor podkreślił,
że sporą część źródeł stanowiły artykuły z czasopism, wzbudza to moją
podejrzliwość co do prawdziwości niektórych opisanych wydarzeń.
Nie mogę zarzucić autorowi
zupełnego gonienia za sensacją, bo w biografii Jaggera nie zabrakło tytułów
kolejnych płyt, perypetii związanych z trasami koncertowymi, narkotycznych
odlotów, przyjaźni i kłótni Micka z
Keithem Richardsem i narodzin dzieci artysty. Jednak, mimo wszystko: za mało
muzyki, za dużo opisywania czasem dość żenującego podrywania kobiet (ja rozumiem, że Angelina Jolie nikt z łóżka by nie wyrzucił, ale żeby nękać ją telefonami przez kilka lat!?). Co nie
zmienia faktu, że Stonesów uwielbiam!
Może mało kto wie, że w teledysku do tego znanego utworu wystąpiła niemalże łysa Angelina Jolie. Podoba mi się w tym wydaniu, prawie tak, jak w filmie "Przerwana lekcja muzyki".
Mimo że Święta już za nami, chętnie wracam do tej płyty. Dlatego też dzielę się z Wami opinią o niej.
Jakiś czas temu świat zawojowało
trzech przystojniaków śpiewających współczesne popowe hity, nadając im smaczek
lat 60. „Hot’n’cold” i „Umbrella” w ich wykonaniu porywają do tańca skuteczniej
niż oryginalne wykonania Katy Perry i Rihanny. The Baseballs idą za ciosem i
wydają płytę z utworami świątecznymi.
Album „Good Ol’ Christmas” już od
pierwszych chwil wprowadza ciepły nastrój i przywołuje uśmiech. Nieważne, czy
właśnie ścierasz kurze, pieczesz pierniczki czy cieszysz się już kolacją
wigilijną i odpoczynkiem. Wszystkie czynności stały się przyjemniejsze, kiedy
śpiewali mi niemieccy wokaliści o głosach skradzionych chyba samemu Elvisowi
Presleyowi.
Kolędy i utwory w ich wykonaniu
nie są ckliwe ani przesłodzone, jak to często bywa. Słodkość oddajmy
świątecznym smakołykom, a płycie przypiszmy tę zaletę, która sprawia, że mam
ochotę uśmiechać się do siebie i do wszystkich wkoło. Nie wiem jak to nazwać,
może pozostanę przy tym, że jest po prostu czarująca.
Jak przystało na świąteczne
utwory, jest dużo skrzypiec i dzwoneczków, wszystkiego tego, co sprawia, że utwory
nazywamy właśnie świątecznymi. Przyjemne
jest to, że możemy nucić razem z The Baseballs – wszyscy znamy „Let it Snow”,
„Driving home for Christmas” i „Rocking Around The Christmas Tree”. Pierwsze
dwa utwory są spokojne, ale już przy trzecim słychać ten rock and roll, którego
się spodziewałam, i w którym specjalizują się mężczyźni z The Baseballs. Fajnie
mi się tańczyło i piekło ciasteczka przy „Little Drummer Boy”, „Rocking around
the Christmas Tree” i „Ring Ring”. Nie zabrakło też nastrojowych kolęd, które były
wspaniałym tłem do wieczerzy wigilijnej. Dawno nie słyszałam tak pięknego
wykonania „Silent Night”, ubogiego w intrumentalia, ale bogatego w głosy, które
wzruszają. Tak samo piękne są utwory „Father to a Child”, tradycyjna pieśń „O
Holy Night” oraz „Dry Your Tears”, który według mnie nie jest piosenką
świąteczną, a typowo miłosną. Końcówka płyty wyrywa z zadumy i znów nastraja do
szybszego tupania nogą. Wszyscy kojarzymy polską wersję „Holidays are doming”
(„Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta” dzięki reklamie telewizyjnej nuci
co roku cała Polska…). The Baseballs żegnają się ze słuchaczami radosną
piosenką o Reniferze Rudolfie.
Dołączona do płyty książeczka z
tekstami utworów umożliwia śpiewanie z całą rodziną. Świetna alternatywa dla
Kevina (nie mam nic przeciwko przygodom tego dzieciaka, ale ileż można?!) i dla
nudnawych kolędowych propozycji telewizyjnych.
Ach, jakże czasem chciałabym się
przenieść w lata 60., kiedy królowała taka muzyka… Dobrze, że mamy The
Baseballs! Dzięki nim przenoszę się na tak długo, jak tylko chcę. Polecam tę
płytę nie tylko na Święta, według mnie można jej słuchać w każdy czas.
Przyznam się bez bicia, że
chciałam napisać recenzję po jednorazowym przesłuchaniu płyty. Uznałam, że jej
kolejne odpalenie w odtwarzaczu będzie ponad moje nerwy. Recenzja byłaby w stu
procentach na nie. Powstrzymałam się jednak, odczekałam jeden dzień i włączyłam
płytę ponownie. Może miałam zły dzień, może niskie ciśnienie, może wysokie,
może złe feng szui czy inne bzdety. W każdym razie po zastanowieniu dałam
Taumaturgii drugą szansę. Okazało się, że nie jest tak tragicznie...
Pod tajemniczą nazwą Taumaturgia
kryje się kapela z Namysłowa grająca muzykę z pogranicza punka i ska. Mają na
koncie występy na polskich festiwalach reggae i punk. „Homosapiens” to nowa
płyta, wydana w październiku tego roku.
Grafika na okładce idealnie
odzwierciedla tytuł albumu – przedstawia ewolucję człowieka, pod zaciemnionymi
postaciami kryją się sylwetki muzyków zespołu. Ciekawy pomysł, dobre wykonanie.
Teksty utworów również traktują o człowieku, wystarczy posłuchać choćby
drugiego kawałka („I jeszcze raz”), w którym słyszymy: „Człowiek, cóż za dumna
istota, chce być panem świata lecz kieruje nim głupota”. W tekstach pojawia się
ekologia („I jeszcze raz”), wolność człowieka („Marionetki”, „Wyrwij się”), Bóg
(„Homosapiens”). Podoba mi się to współgranie okładki i tytułu płyty z treścią,
jaką niesie.
Jeśli chodzi o same teksty,
według mnie jest bardzo nierówno. Nie znalazłam w książeczce dołączonej do
albumu informacji o tym, kto pisze teksty. Może się mylę, ale odniosłam
wrażenie, że zajmują się tym co najmniej dwie osoby. Kilka utworów jest
dobrych, ale niektóre są banalne i niedopracowane, i to właśnie one zniechęciły
mnie do Taumaturgii po pierwszym przesłuchaniu. „Czy jesteśmy tacy sami jak
reszta zwierzyny / ależ nie! Bo dał też przecież rozum / No i co z tego że dał
nam rozum / skoro tak mało z niego korzystamy”. To fragment piosenki
„Homosapiens”. Miały być wielkie słowa o tym, że człowiek nie potrafi docenić
darów Boga, ale w moim odczuciu wyszło po prostu nijak. Równie słaby jest tekst
„Ostateczny koniec świata”: „Tego dnia obudziłam się o świcie / Wyjrzałam przez
okno widząc drzewa w zachwycie”. Drzewa w zachwycie? Według mnie po prostu
wlepienie na siłę słowa rymującego się z poprzednim wersem. Bo nie wiem, czy
sama wokalistka była taka zachwycona, czy może drzewa? Na szczęście obok
„zaangażowanych” tekstów są również takie, które nakłaniają po prostu do
zabawy, np. „Las Vegas” i „Lokalny”, zachęcający (lub wręcz przeciwnie) do
odwiedzin Namysłowa: „Nasz Namysłów piwem płynie”. Właśnie te utwory stanowią
według mnie lepszą część albumu.
Głównym głosem w Taumaturgii jest
wokalistka Ewa, ale słychać też męskie wstawki i chórki, niestety bardzo
nierówno śpiewane, ale może chodziło o efekt bałaganu i brudu muzyki punk.
Wokal nie wyróżnia się niczym charakterystycznym, ani ziębi, ani parzy. Czasem
w natłoku słów ciężko zrozumieć tekst. Kilka razy miałam wrażenie, że
wokalistka skupia się tylko na tym, aby zdążyć zaśpiewać daną linijkę, w której
słowa są tak ściśnięte, że nie ma czasu na oddech. W związku z tym niektóre
fragmenty są po prostu odśpiewane, bez cienia emocji i zadzioru w głosie. Ale
są też utwory zaśpiewane odważnie i mocno, np. „Takie czasy”, „Las Vegas”,
„Apolitycznie”. Brakowało mi nieco muzycznego urozmaicenia, chętnie usłyszałabym
w tym zespole np. saksofon.
Mimo niedociągnięć uważam, że
płyta „Homosapiens” może się podobać. U mnie z każdym kolejnym odsłuchaniem
krytyczne oko się przymyka ustępując miejsca niespokojnemu tupaniu nóg, a
teksty się tak osłuchują, że zaczynam nucić „Ostateczny koniec świata”. To jedna
z tych kapel, które w studyjnych nagraniach może nie są najlepsze, ale są
idealne do grania koncertów w niewielkich klubach i pubach, czy nawet na
festiwalach supportując np. Farben Lehre. Muzycznie niby nic nowego, ale trudno
ustać w miejscu, kiedy słyszy się skoczne ska z punkowym przytupem.
Trafiłam na książkę, która na
popularnym portalu dla książkoholików uzyskała wyższą średnią ocen niż „Mistrz
i Małgorzata”. Przeczytałam o niej mnóstwo pozytywnych opinii, negatywnych nie
znalazłam. Okładka krzyczy: „Zakochaj się w historii, którą pokochały setki
ludzi”. Istny zachwyt. Zaczęłam się
zastanawiać, gdzie ja się uchowałam, że o autorce Ninie Reichter nigdy nie
słyszałam. Uwielbienie do książki wydawało mi się dość podejrzane. Do przeczytania
nie skłoniły mnie „achy i ochy”, ale główny bohater – wokalista rockowy.
Nie sposób nie zwrócić uwagi na
porządne wydanie książki. Okładka ze skrzydełkami, dobrze dobrana czcionka,
bardzo ładna pisanka w tytułach rozdziałów. Książka skierowana jest do
młodzieży, ale grafika na okładce nie jest pstrokata czy po prostu słaba, jak
to często bywa w tego typu literaturze.
Muzyk, o którym wspominałam, to
dziewiętnastoletni Bradin, wokalista pseudorockowego niemieckiego zespołu,
grającego piosenki o miłości. Pseudorockowego, ponieważ pasji do prawdziwego
rocka zakazał im jeszcze na samym początku kariery menadżer. Aby się dobrze
sprzedać, musieli zacząć śpiewać mdłe piosenki miłosne. Wiadomo, nastoletnie
fanki na koncertach mają wzdychać i piszczeć. W mojej wyobraźni Bradin z
wyglądu przypomina kogoś na pograniczu Adama Lamberta i Madoxa (ale nie jest
gejem).
Pewnego wieczoru, wracając z
koncertu, zbiegiem okoliczności spotyka na opustoszałym lotnisku Ally, urodziwą
szatynkę. Zaczyna się od zwykłej rozmowy przy papierosie. Pogawędka ma zmienić
ich życie na zawsze, a przynajmniej do końca pierwszego tomu. Jakimś cudem Ally
nie rozpoznaje w Bradinie wielkiej gwiazdy. Zauważa w nim po prostu
przystojnego chłopaka, o seksownym spojrzeniu, męskiego, a jednocześnie
delikatnego. Takiego, za którym rzeczywiście można wzdychać.
Noc na lotnisku dobiega końca,
Ally i Bradin wsiadają w samoloty lecące w zupełnie innym kierunku. Na tym
etapie powinna zakończyć się ich znajomość. Ally wraca do swojego chłopaka,
którego nie kocha, a Bradin wraca do showbiznesu. Nie mają prawa się znać. A
jednak…
… niebawem znów się spotkają.
Autorka Nina Reichter świetnie
gra na emocjach, potrafi opisać spojrzenie w oczy, dotyk czy zauroczenie bardzo
wzruszająco. Mankamentem jest zbyt często używane słowo „cholernie”, które w połowie
lektury zaczęło mnie drażnić. Fabuła sama w sobie nie jest zbyt wiarygodna, ale
czy to ważne? Miło było wejść w butach w środek tej może nierzeczywistej, ale
jakże pięknie wymyślonej historii. Od „Ostatniej spowiedzi” ciężko się oderwać.
Nawet kiedy zamykałam książkę, bohaterowie pozostawali jeszcze długo w moich
myślach. Młodym czytelniczkom książka doda wiary w to, że warto realizować
marzenia i walczyć o uczucie. Tym starszym przypomni, że warto kochać tak,
jakby to było pierwsze, młodzieńcze zakochanie.
Mimo najważniejszego wątku
znajomości Ally z Bradinem, nie jest to tylko kolejna nudna historia miłosna,
jakich wiele. Świetnym tłem jest muzyczne środowisko, w którym żyje Bradin.
Męcząca popularność, stalkerzy, wreszcie pozostali członkowie zespołu, którzy
wnoszą do powieści sporo humoru. Pierwszy raz spotkałam się też z podkładem
muzycznym do książki – autorka kilkakrotnie
podsuwa tytuły utworów pasujących do wydarzeń. Całkiem przyjemna playlista.
Zaczynam rozumieć fascynację
książką. Nieoczekiwany finał wzbudza zainteresowanie, co się wydarzy dalej,
dlatego z niecierpliwością czekam na kolejny tom.
Nie lada gratka dla fanów
twórczości J. R. R. Tolkiena. Dzięki tej książce możesz zostać hobbitem (o ile
uda ci się zapuścić włosy na stopach ;).
Piwo, jedzenie i przyjaciele to
najważniejsze rzeczy w życiu niziołka. Pewnie wiele osób mogłoby się pod tym
podpisać, w końcu kto nie lubi smacznie zjeść i napić się piwa z przyjaciółmi?
Różnica jest jednak taka, że ludzie biesiadują w ten sposób jedynie od święta,
a hobbici robią to cały czas (jeśli nie uczestniczą właśnie w ważnej wyprawie).
Do tych trzech rzeczy dodają także życie w zgodzie z naturą i pracę, ale nie
mającą niczego wspólnego z wyścigiem szczurów, jaki towarzyszy ludziom. Autor
„Mądrości Shire” stara się przekonać czytelnika do przejęcia zasad, jakimi
kierują się w życiu hobbici. I robi to w taki sposób, że ja po przeczytaniu
książki mam ochotę porządnie zjeść, wyspać się, odwiedzić przyjaciół oraz…
założyć przydomowy ogródek.
Każdy rozdział traktuje o innej
wartości w życiu. Są strony poświęcone jedzeniu, odpoczynkowi, aktywności fizycznej
(spacery!), odwadze, relacjom z ludźmi (np. jak poradzić sobie z naszym własnym
Gollumem), miłości, przyjaźni. Czyli rzeczywiście wszystkiemu, co w życiu jest
najważniejsze. Autor Noble Smith radzi jak żyć, odwołując się do wydarzeń z
„Hobbita” i „Władcy Pierścieni”. Przywołuje przygody Bilba i Frodo, ich reakcje
na zaistniałe problemy. Opisuje Shire, cudowną krainę hobbitów, w której
wszyscy chcielibyśmy się znaleźć. Widać, że Smith ma całą twórczość Tolkiena w
małym palcu. Nic dziwnego, czyta ją każdego roku. Oprócz tego stosuje się
do priorytetów, jakimi kierują się w życiu hobbici, mieszka nawet w okolicy
przypominającej nieco Shire. Urządza hobbickie urodziny i gotuje hobbicką zupę (ja też!:D).
Dzięki temu jego rady nie są bezpodstawne, jest żywym przykładem na to, że
jeśli się bardzo chce, to wszystko da się zrobić. Rozdziały kończą się krótkimi
mądrościami Shire, prostymi, ale i zabawnymi, np.: „Długi sen czyni cię
zdrowym, szczęśliwym i zmniejsza ryzyko, że wkurzysz smoka”.
Książka zawiera sporo smaczków –
w dosłownym ujęciu czytelnik znajdzie tu przepis na hobbicką zupę piwną z
grzybami. Oto ona w moim wykonaniu:
JEM ZUPĘ
Od samego patrzenia cieknie ślinka, co? Jeśli lubisz piwo (wiem, że tak), pieczarki i czosnek, to pisz, podzielę się przepisem :) Nie ma to jak porządne, hobbickie jadło. Mniaaam!
Hobbici żywią się tylko tym, co wyhodują w swoim ogródku.
Taki ogródek może założyć każdy z nas! Co prawda nie unikniemy przetworzonej
żywności, wszystko jest teraz naładowane chemią i polepszaczami smaku. Ale nic
nie dorówna smakowi świeżego groszku i soczystych pomidorów. Aby zmobilizować
czytelnika do działania, Noble Smith zamieszcza instrukcję założenia
przydomowego ogródka. Zimą niestety nie posmakujemy świeżego szczypiorku, ale
można zasadzić np. kiełki rzodkiewki i fasoli mung w kuchni.
Jedyne, co mnie denerwowało w
„Mądrościach Shire”, to wielość przypisów. Po pewnym czasie przestałam je
czytać, bo nie wnosiły nic do książki. Jeśli ktoś właśnie przymierza się do
lektury Tolkiena, ale ma też w planach „Mądrości Shire”, to radzę najpierw
przeczytać Tolkiena. Nie znając choćby w zarysie przygód Froda czy Bilba,
trudno będzie zorientować się, o czym pisze Noble Smith. Jeżeli jednak
wybierzecie pierwszeństwo dla „Mądrości Shire”, jestem pewna, że ten hobbicki
poradnik zachęci was do sięgnięcia po „Władcę Pierścieni”.
Na końcu tej pięknie wydanej i
napisanej książki czytelnik przejdzie test, w którym dowie się, czy jest już
„hobbitem pełną gębą”, czy może wciąż pozostaje… orkiem.
Byliście kiedyś na koncercie, na
którym wszyscy siedzieli, bo większość parkietu zajmowały stoliki i krzesła?
Właśnie tak zapowiadał się koncert KaCeZeta i Fundamentów we wrocławskim
Łykendzie. Na stronie wydarzenia na Facebooku swoją obecność zadeklarowało
ponad sto osób, ale wiadomo jak to jest. „Przyjdę, przyjdę”, a potem
zaskoczenie: „Ojej, to ten koncert już był? Zapomniałem…”.
„Parę słów do recenzentów, którzy
ze mnie drwili, mam wrażenie, że to zgredy, których drażni mój optymizm” – tak
w jednym utworze śpiewa KaCeZet. No, to zaraz się okaże, czy jestem zgredem,
czy jednak nie jest ze mną tak źle ;) Chociaż żadna ze mnie wykształcona
recenzentka.
fot. A. Wiktorowicz
Już przed koncertem członkowie zespołu kręcili się
po klubie, jednak nikt nie zwracał na nich większej uwagi. Wreszcie o 21 zabrzmiały
dźwięki Fundamentów (jeszcze bez Kapitana KaCeZet’a). Za mikrofonem stanął
gitarzysta Dżeksong, prezentując utwory z płyty, nad którą właśnie pracują.
Publiczność wciąż siedziała, popijając piwo. Po kilku minutach zjawił się
KaCeZet i… usiadł na scenie. Nie zdziwiło mnie to ani trochę – my siedzimy,
więc on też. Dopiero na jego słowa „Wrocław! Siedzimy, czy robimy imprezę?!”,
ludzie wstali i podeszli pod scenę. Muzyka Fundamentów raczej nie skłania do
siedzenia przy stoliku z nogą założoną na nogę, dumania nad życiem i bicia
słabych braw między utworami. Na szczęście po delikatnej aluzji wokalisty
impreza skierowała się na dobry tor. Kapitan KaCeZet sięgnął po gitarę i
zaczęła się reggae’owa muzyczna podróż po sprawach fundamentalnych.
„Fundament”, „Nadciąga”, „Masz Ci los” to utwory, które rozruszały niemrawą na
początku publiczność. Choć prawdę mówiąc, stojąc w pierwszym rzędzie, nie
widziałam, co się dzieje za mną. Ale kiedy usłyszałam, że ludzie znają teksty
piosenek i śpiewają, stwierdziłam, że jest bardzo dobrze. Wokal Kapitana, który
świetnie bawi się słowem, niespożyte pokłady energii Dżeksonga, który cały czas
podskakiwał z gitarą w ręku i uśmiechał się do publiczności, oraz ogólny luz
sceniczny spowodowały, że uśmiech nie schodził mi z twarzy. Był czas na
spontaniczność („śpiewam na ulicach miasta Warszawa, ale Wrocław się nie
obraża!”), i na teksty bardzo osobiste („trudno mi
pisać o bibach skoro prawie nie bywam już na nich, jest dzidzia i biby mam z
bani”). Żadnego artystycznego pozerstwa czy dystansu, pozwalali sobie na
krótkie przerwy w graniu, kiedy gitary się rozstroiły. Rozmawiali wtedy między
sobą na luzie lub zagadywali publiczność. Panowała atmosfera „daj na luz”, dużo
powera dawały entuzjastyczne okrzyki Dżeksonga.
Na wczorajszym koncercie zabrakło
gości, których słychać na studyjnej płycie: Junior Stressa, Rastamańka. Nie
przeszkadzało mi to – KaCeZet i Fundamenty bez wsparcia innych artystów dali
wspaniały koncert. Podziwiam ich tym bardziej, że mieli przez ostatnie dni
niezły koncertowy maraton, a występ w Łykendzie był chyba ich ostatnim
koncertem w tym roku. Mimo to mężczyźni byli w formie i z uśmiechem dziękowali
za koncert, kończąc kilkunastominutowym bisem.
Poziom radości sięgnął
zenitu, kiedy po koncercie muzycy sami podchodzili do fanów, aby porozmawiać.
Nigdy bym nie przypuszczała, że będę miała okazję zamienić z Fundamentami
więcej niż dwa słowa. Płyta podpisana, autografy zdobyte, pozostaje czekać na nowy
album i następne koncerty! Jeszcze długo po powrocie do domu nuciłam „Big up,
big up, pika pika mi pikawa!”.
Ostatnie dni sprawiły mi wiele radości. Zaczęło się od
upieczenia czterech blach ciastek. Przepis mówił, że z porcji ciasta wyjdzie
„dużo ciastek”, ale skąd miałam wiedzieć, czy dużo = trzydzieści, czy dwieście.
W rezultacie spędziłam cztery godziny w kuchni, ale z każdą porcją ciepłych,
pachnących pierniczków miałam coraz lepszy humor. A jeszcze milsze było
planowanie kogo nimi obdaruję, przecież sama nie przejadłabym tych stu
trzydziestu miniaturowych radości. Fajnie tak czasem się zasłodzić :)
Nie jestem mistrzynią w kuchni, ale jak mnie czasem coś najdzie, to puszczam
muzykę i tanecznym krokiem wiruję między piekarnikiem a blatem. Niedługo święta,
więc pewnie spędzicie sporo czasu na pieczeniu słodkości. Powiem Wam, że nowa
płyta Artura Andrusa „Myśliwiecka” jest idealnym soundtrackiem do wykrawania
pierniczków!
Pierniczki okazały się idealne do grzanego piwa wypitego z
Ptanią. Wcześniej wygrzałyśmy się w saunach na Magicznym Wieczorze portalu DlaLejdis. Rety, jakie to fajne poleżeć w ciepełku, kiedy na dworze mróz.
Przy okazji pozbywając się toksyn.
Kolejną porcją radości był kabaret Hrabi we wrocławskim Imparcie 30 listopada. Moim
marzeniem było zobaczyć Aśkę na żywo. Nie tylko ja mam takie marzenia – miesiąc
przed występem wszystkie bilety były już wykupione, załapałam się na ostatnie
dwa miejsca. Joanna Kołaczkowska to kobieta, która samą swoją obecnością,
sposobem patrzenia i chodzenia wzbudza mój śmiech. A jak zacznie mówić albo
śpiewać, to już w ogóle brzuch ledwo wytrzymuje nagłe ataki śmiechu totalnego.
Kiedy występ nie jest nagrywany dla telewizji, na scenie
dzieją się rzeczy, których srebrny ekran pewnie by nie pokazał. Spodziewałam
się tego i cieszyłam niezmiernie z każdych chwil graniczących z absurdem. Nie
będę pisać szczegółów, bo być może ktoś się wybiera na występ, albo czeka na
premierę nowych skeczy w tv. Powiem tylko, że warto czekać.
Cały program „Gdy powiesz tak” jest świetny, a gdy Kołaczkowska zaśpiewała na
koniec „Song porzuconej” („Andrzejuuuu, Andrzeju, rety rety jeju!”) to poczułam
ducha Janis Joplin gdzieś obok niej ;). Trzeba przyznać, że gdyby nie ona,
kabaret Hrabi nie byłby moim ulubionym. Radość w radości, że oprócz mnie, również radosna Karolina
miała radochę z występu.
Chwilę przed występem Hrabi zadzwoniła do mnie kuzynka z
informacją, że wygrała bilety na Konfrontacje Rockowe wROCK 2012, ale nie może
iść i czy chcę przejąć nagrodę. Jakby to Kołaczkowska powiedziała do Dziubasa: „No
to chyba OCZYWISTE!”. Zastanawiałam się nad kupnem biletu, ale nie byłam do
końca zdecydowana. Nie zależało mi na koncercie IRY, Jelonka właściwie nie
znałam, na Luxtorpedzie byłam już kilka razy, a na Kim Novak i tak bym nie
zdążyła, bo do 16 byłam w pracy. Ale wygrany bilet to zupełnie co innego, niż
bilet za 60 zł ;).
źródło: strona wROCK na Fb
Weszłyśmy z Ewą do Hali Stulecia, kiedy Kim Novak właśnie
kończyli swój występ. Szkoda, może jeszcze zagrają we Wrocławiu. Następny miał
być Jelonek. Ludzie! Dlaczego ja go wcześniej nie słuchałam?! Wiedziałam, że
skrzypek, że za je bi sty, że jego koncerty zapadają w pamięć. Ale kiedy nawet
ktoś mi poleci jakiegoś artystę, to nie zawsze z entuzjazmem zaczynam go
słuchać. Stwierdzam, że „eee, no dobra, kiedyś może posłucham, ale teraz dawać
mi tu starych dobrych Beatlesów”. Tak właśnie było z Jelonkiem. Ktoś kiedyś
wrócił z jego koncertu podekscytowany i zaczął mi opowiadać jak było, a ja nie
miałam ochoty przesłuchiwać nowej dla mnie muzyki.
Słuchajcie, po wczorajszym wieczorze naszła mnie taka ochota
na tę nową muzykę, że zaczęłam poszukiwać dvd z koncertów Jelonka. Co to za człowiek jest! Wchodzimy na Halę, a tam na scenie fajerwerki! A zza
tych fajerwerk wyłania się pan w średnim wieku, w dłoni dzierży skrzypce, na
jego marynarce przysiadły pluszowe misie (!), a na głowie ma hełm z rogami
jelenia. Nazwijcie jego wygląd kiczowatym, ale jego muzykę – broń Boże! Na
scenie towarzyszyli mu gitarzyści w długich włosach, headbangingowi nie było
końca. Ostry rock w połączeniu ze skrzypcami, no kurde, super! Michał Jelonek
jest mistrzem w łączeniu mocnego grania i dobrej zabawy. Śpiewał niewiele, za
to tak nakłaniał do szaleństw, że publiczność nie dała się prosić.
Przykładowe
teksty Jelonka:
„Budujemy ściankę, Wrocławiankę! Budujemy ścianeczkę,
Wrocławianeczkę!” – ściana śmierci wykonana, a Jelonek: „Budujemy nową ściankę!
Ściankę, ściankę, Wrocławiankę!”. Jedyny mój komentarz: Jezus Maria, co tam się
musiało dziać. Stałam trochę daleko i niewiele widziałam, ale patrząc po
filmikach, budowano ściany jedną za drugą.
„A teraz wężyk! Wężyk się przyczaja, wszyscy kucamy!” – to
po prostu trzeba zobaczyć;
„Czy lubicie karaluchy? Trzeba je lubić, bo tylko one
przetrwają!” – wtf? :D
„Jest disco, jest wszystko!” – wstęp do zagranego „Daddy
cool”
I jeszcze bardzo wdzięczne „Napierdalaaaaaaaaaać!”.
Polecę banałem: publiczność oszalała. Tylko sobie wyobraźcie: facet z pluszakami na ramionach i
rogami na głowie grający ciężki rock. Na skrzypcach! Oprócz wspomnianego „Daddy
cool” grał standardy muzyki klasycznej, które z gitarami brzmiały nieziemsko.
Byłam wniebowzięta! Bardzo lubię przychodzić na koncert artysty, którego nie
znam, a po koncercie rozgłaszać wszem i wobec „posłuchajcie go koniecznie!”.
Także posłuchajcie:
Jelonek podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Następna była
Luxtorpeda, o nich się nie obawiałam, bo na Luxach zawsze dobrze się bawię. Tym
razem jednak wyszło bardzo średnio. Litza był wkurzony jak nigdy, czepiał
się ochroniarzy, przeklinał i niewiele mówił. Po kilku utworach przeprosił
tłumacząc się zmęczeniem i tęsknotą za żoną, dziećmi i wnukiem. No dobra, mogę
to zrozumieć. Widać, że potrzebuje odpoczynku, bo głos mu chwilami siadał.
Zagrali oczywiście na poziomie, tylko że krótko, i jakoś tak bez polotu. Ale
„Wilki dwa” jak zawsze ruszają za serce.
Potem wystąpił Czesław. Czesław Śpiewa. Pierwszy raz byłam
na jego koncercie. Chociaż „byłam” jest złym określeniem. Po dwóch czy trzech
utworach wyszłam na piwo. Nie wiedziałam, że potrafi tak rockowo grać. I do
tego rockowego grania jego głos zupełnie mi nie pasuje…Muzyka też jakaś przekombinowana. Odniosłam
wrażenie, że jest nieco wyniosły i wcale nie taki słodki i wzruszający, za
jakiego uchodzi. Jego wypowiedzi w stylu „Artyści są tylko w Krakowie. A tu
Wrocław, tu Wrocław”, „I ludzie myślą, że ja nie kocham publiczności, a ja
kocham przecież”… Wyszłam, wyszłam po prostu. Sorki Czesław. Okazało się, że
nie tylko my odpuściłyśmy sobie jego koncert, bo przy piwnym stoisku i na
korytarzach było sporo osób. Również okrzyki publiczności się zmieniły –
teraz było słychać jedynie piski kobiet, a nie wrzaski facetów, jak na Jelonku
i Luxach.
Po Czesławie dość długo na scenie stroił się Hey. Do końca
nie wiedziałam, że będę na koncercie, dlatego nawet nie przesłuchałam ich nowej
płyty. Nie szkodzi, Kasia wyszła na scenę i przedstawiła „ten sam, stary Hey”.
Uznałam to za sygnał, że nie będą promować jedynie nowego albumu. Rzeczywiście,
po kilku nowych utworach zaczęli się jakby „cofać” z repertuarem do coraz
starszych piosenek. Kilka utworów z płyty „Unisexblues”, którą sobie ukochałam
bardzo, bardzo. Dalej były brzmienia z „Echosystemu”, i jeszcze starsze
piosenki, jak np. „Missy seepy” i „Cudzoziemka w raju kobiet”. Granie było
różnorodne, od „starego” Heya do nowszych, elektronicznych brzmień. Kochana,
nieśmiała Kasia Nosowska każdy utwór kończyła nieśmiertelnymi słowami, które
już na stałe do niej przylgnęły: „No… Dziękujemy bardzo…”, czasem dodając
nerwowy chichot. Była piękna jak zwykle, chociaż bez okularów niewiele
widziałam ;).
Na koniec IRA świętowała swoje 25-lecie. Objeżdżają z tej
okazji chyba każdy festiwal w tym roku. Widziałam ich już jako support Queen w
lipcu. Mają wiernych fanów, ale drugi raz chyba nudziłabym
się na ich koncercie, więc poszłyśmy do domu, żeby ogłosić światu, że wielbimy
Jelonka!
Co do samej koncepcji Konfrontacji Rockowych wROCK: super,
że w jednym dniu wystąpiło tak dużo artystów prezentujących różne odmiany
rocka. Ale ta wielość spowodowała, że organizatorzy bardzo trzymali się ram
czasowych. Nie było czasu na bisy, poszczególne koncerty trwały około godzinę,
w związku z czym repertuar był mocno okrojony. Szatnia 3 zł za sztukę jest dla
mnie nieporozumieniem. Lane piwo 0,4
l za 7 zł, chociaż facet nalewał nawet mniej, na dodatek
nie wydawał reszty… Pozostawię to bez komentarza. Tortillę z kurczakiem o smaku
nie wiem czego, ale na pewno nie kurczaka, również pozostawię bez komentarza.
To by było tyle na dziś. „No… dziękujemy bardzo" :).
PS
Pojutrze pierwsze urodziny bloga, trzeba by coś
przedsięwziąć ;).