Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w 2014. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 września 2014

Książka: Daphne Barak "Ratując Amy. Historia bez happy endu"

Zmęczyłam tę książkę do końca tylko dlatego, że nie lubię niedoczytywać. Jest tak kiepska, że najchętniej zacytowałabym ją całą, abyście poczytali razem ze mną, a później wspólnie spuścilibyśmy na nią zasłonę milczenia. Milczałam o niej przez jakieś 2 miesiące, kiedy to skończyłam czytać, ale dziś, dziś! Przerwijmy milczenie, dlaczego sama mam cierpieć nad tą pomyłką wydawniczą? Pocierpcie i Wy! Amy przewraca się w grobie, mnie się flaki przewracają.

„Ratując Amy. Historia bez happy endu” jest jedną z tych książek, na których ma zarobić grubą kasę jak najwięcej osób z okazji śmierci głównego bohatera, w tym przypadku Amy Winehouse.

Pamiętam dzień, w którym Amy zmarła. Jechałam następnego dnia na wakacje, było mi trochę smutno. A potem, na wakacjach, cały tydzień padało. Niebo płakało nad śmiercią Amy Winehouse… Hm, na to zdanie też jakaś zasłonka milcząca mogłaby zjechać.

Daphne Barak „jest jedną z czołowych dziennikarek przeprowadzających studyjne wywiady z najwybitniejszymi osobistościami, głowami państw, politykami, gwiazdami Hollywood i muzykami”. Może rzeczywiście ma gadane, ale litości, niech nie przenosi swojej gadaniny na papier, bo efekt jest opłakany. Ona sama myśli, że efekt jest wspaniały, ba, wielokrotnie w trakcie pisania przypomina, z kim przeprowadzała wywiady, oraz że w wielu krajach jest popularniejsza od samej Amy Winehouse. Kurcze, to naprawdę takie łatwe? Jeśli też będę pisać teksty, w których w co drugim zdaniu użyję wyrażeń „z pewnością”, „jednakże”, „a także” i „lecz także”, stanę się popularniejsza od Amy? Z PEWNOŚCIĄ:



Dodajmy jeszcze do tego masło maślane, czyli powtórzenie tej samej myśli w narracji i dialogu:


… oraz niezrównoważenie czasoprzestrzeni:



... proszę bardzo, z takimi umiejętnościami możemy iść przeprowadzać wywiad z Johnnym Deppem.

Mam wrażenie, że to nie jest książka o Amy, czy też o jej ratowaniu, jak sugeruje tytuł. Autorka nie przeprowadziła wywiadu z Amy. Rozmawiała z nią na imprezach, pożyczała jej sukienki (!), ale nie sądzę, że miało to związek z tym, co wypisuje w książce. Większość tekstu to opis relacji Daphne Barak z ojcem Amy Winehouse, Mitchem oraz relacjach Mitch-Amy. Amy przedstawiona jest jako ciągle naćpana i pijana, zakochana w Blake’u artystka. Rany boskie, i bez tego wszyscy wiemy, co wykończyło Amy. Miałam nadzieję, że poczytam więcej o jej muzyce, jej utworach, cokolwiek… Nie na miejscu wydaje mi się też wybór fotografii do publikacji. Amy patrząca nieobecnym wzrokiem, z biustem na wierzchu, i podpis: „Amy wychodzi z ulubionego klubu” – serio? Poza tym, jeśli miała być to książka o Amy, to po co autorka publikuje w niej SWOJE zdjęcia? Tego nie wie nikt. Koniec gadki, lepiej słuchajmy Amy!


G+J Książki, Warszawa 2011

Biorę udział w WYZWANIU

niedziela, 10 sierpnia 2014

Książka: Matt McGinn "Coldplay. Życie w trasie"

www.empik.com
Zakładam, że każdy zna grupę Coldplay, a niejedna kobieta wzrusza się słuchając utworu „Fix you”. Jeśli nie, pora nadrobić zaległości, a przy okazji sięgnąć po książkę Matta McGinna „Coldplay. Życie w trasie”.

Mówi wam coś określenie roadie? Bycie roadie pozwala na uczestniczenie w niekończących się trasach koncertowych, przygotowywanie koncertów od strony technicznej, opiekę nad sprzętem muzycznym. Oznacza trudną, stresującą, odpowiedzialną pracę, ale jednocześnie serwuje niesamowitą, godną pozazdroszczenia przygodę, szczególnie dla fana muzyki rockowej. Matt McGinn pracuje jako roadie gitarzysty Coldplay, Jonny’ego Bucklanda, i postanowił napisać książkę o tym, jak wygląda życie w trasie z jednym z najpotężniejszych współczesnych zespołów: Coldplay.

Wyobraźcie sobie, jaki stres może odczuwać roadie podczas swojej pracy: wielki stadion, pod sceną tłumy podekscytowanych ludzi, Coldplay właśnie gra jeden ze swoich hitów, podczas którego gitara, zamiast pięknie wybrzmiewać, nie wydaje żadnego dźwięku. Publiczność zorientuje się dopiero po jakimś czasie, że coś nie halo, ale Matt zawsze musi być czujny i przygotowany na takie sytuacje, bo odpowiada za to, aby naprawić usterkę bądź podać muzykowi nową gitarę, jednocześnie będąc niezauważonym na scenie. Awaria sprzętu to tylko jedna z niespodzianek, jaka może się wydarzyć podczas koncertu.

Matt McGinn pracuje z Coldplay niemal od samego początku, w związku z czym sypie anegdotkami zza sceny i tourbusa jak z rękawa. Podoba mi się jego styl, taki od niechcenia. Sam z siebie się nabija, kilka razy powtarza, że ma beznadziejny dowcip, może czasem jest zbyt wyluzowany i nadużywa słowa „cholernie”. Wybitnym pisarzem nie jest, ale jego celem nie była walka o nagrody literackie. Chodziło raczej o zwrócenie uwagi wszystkich bywalców klubów muzycznych i stadionów, że sukces koncertu nie zależy wyłącznie od artysty, ale że pracują na niego dziesiątki ludzi, i to autorowi udało się w stu procentach. Ponadto Matt udziela kilku informacji o działaniu rynku muzycznego, produkcji, sprzęcie muzycznym itd. A że pracuje z Coldplay… no cóż, tym bardziej zainteresuje fanów zespołu swoją publikacją, z czego bardzo się cieszę. Ale uwaga – nie oczekujcie biografii zespołu Coldplay. Zdjęcie na okładce, przedstawiające wokalistę Chrisa Martina, może zmylić, jeśli zatem chcecie poczytać o prywatnych sprawach członków Coldplay – nie tędy, proszę.


Jestem z tych, którzy lubią wynosić pamiątki z koncertu. Kostka do gitary, setlista czy pałka perkusyjna – jeśli uda mi się zdobyć którąś z nich, jestem przeszczęśliwa. Czasem pomocni okazują się właśnie roadie, do których można się uśmiechnąć po koncercie i poprosić o leżącą na scenie, nikomu już niepotrzebną kartkę z wypisanymi tytułami utworów. McGinn w swojej książce udziela kilku cennych rad, jak widz nie powinien, lub właśnie powinien się zachowywać, jeśli chce zostać zauważony przez roadiego i obdarowany upragnionymi pamiątkami. To był jeden z moich ulubionych fragmentów, z którego wyciągnę wnioski, a do rad dostosuję się na najbliższych koncertach. Zacznę też z większą uwagą przyglądać się osobom, które w pocie czoła biegają przed koncertem po scenie rozstawiając sprzęt, a po nim zwijają kilometry kabli. Uwierzcie, że nie chodzi tylko o kable, chodzi o wiele więcej, o czym przekonacie się czytając „Coldplay. Życie w trasie”. 

Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Biorę udział w WYZWANIU

wtorek, 15 lipca 2014

Książka: Agnieszka Osiecka "Na początku był negatyw"

Agnieszka Osiecka – mistrzyni słowa, poetka, autorka piosenek i… fotografka.

Podczas oczekiwania na drugi tom „Dzienników” Agnieszki Osieckiej, Prószyński Media proponuje książkę, która umili ten czas, podsyci jeszcze bardziej ciekawość i nie pozwoli zapomnieć o tej wspaniałej kobiecie.

„Na początku był negatyw” to książka na jedno popołudnie, ale jakże dobre popołudnie! Z utworami Osieckiej w tle (polecam płytę Katarzyny Nosowskiej „Osiecka”) oraz jej tekstami i fotografiami w książce.

Osiecka pisze o swojej fascynacji fotografią. Wypowiada słowa, które po raz kolejny przekonują mnie, jaki miała dystans do siebie: „Prawdę mówiąc, ludzie w ogóle fotografują za dużo. W albumach i w szufladach poniewierają się stosy kolorowych obecnie zdjęć, które przedstawiają szwagrów, wczasowiczki, piosenkarki, pszczoły, grzyby, premiery i Bóg wie, co jeszcze”, a potem… sama pokazuje czytelnikowi serię fotografii przedstawiających owe „Bóg wie, co jeszcze”.

Marek Hłasko, Zbigniew Cybulski, Magda Umer, Daniel Olbrychski… W tej książce nie są aktorami, piosenkarzami, poetami, jakich znamy. Są przyjaciółmi Osieckiej, których fotografowała. Agata Passent nie jest tu dziennikarką, autorką felietonów, a bohaterką zdjęć, jakie robią mamusie swoim córeczkom: Agata-niemowlę, kilkuletni szkrab, dorastająca dziewczynka, studentka.  Wreszcie Agnieszka Osiecka – na wakacjach w Turcji, w Nowym Jorku, w Paryżu, Warszawie czy Gdyni.



Każde zdjęcie zamieszczone w książce jest podpisane: kto, co, kiedy; często są to bardzo zabawne anegdoty. Nawet poprzez te krótkie tekściki geniusz pisarski Osieckiej jest widoczny jak na dłoni.  Przeglądając kolejne strony, przypomniałam sobie, że moja mama również opisywała zdjęcia – na ich odwrocie bądź na wolnym skrawku w albumie. Najczęściej bardzo lakonicznie, np. „Lato 1976”, ale często były to historyjki jakby zostawione dla potomnych, mówiące „poznaj mnie, taka byłam!”. Odnoszę wrażenie, że podobna chęć kierowała Osiecką, kiedy przygotowywała tę książkę. Nie chodziło o pochwalenie się talentem do fotografowania, a raczej o przekazanie emocji, ukazania codzienności, bliskości.  To jakby rodzinny album Osieckiej.


Staram się systematycznie wywoływać zdjęcia. Podpisuję je, utrwalając wspomnienia, czasem nie starcza miejsca na moje bazgroły ;) Podejrzewam, że większość osób przechowuje na komputerze tysiące zdjęć. Polecam wywołać choćby część z nich. Papier jest niezwykle cierpliwy, jak mawia jeden z moich wykładowców. Polecam "Na początku był negatyw" sto razy bardziej niż przeglądanie na Facebooku fot oznaczonych #selfie.

Wydawnictwo Prószyński Media (we współpracy z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej)
Warszawa 2014

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Biorę udział w WYZWANIU

środa, 2 lipca 2014

Książka: Nigel Slater "Tost. Historia chłopięcego głodu"

źródło: Filmweb.pl
Lubię takie „smaczne” książki. Przyznaję bez bicia, że sięgnęłam po „Tost”, bo ujrzałam na okładce zdjęcie z ekranizacji: piękną Helenę Bonham Carter, i mniej pięknego, ale jakże zdolnego, Freddiego Highmore’a. 

W małym Freddiem zauroczyłam się, kiedy zobaczyłam 
go na kinowym ekranie w filmie „Marzyciel” u boku Johnny’ego Deppa. Od tamtej pory wszystkie filmy z jego udziałem, które widziałam, podobały mi się. Nawiasem mówiąc, chłopak już wcale nie jest taki mały, ma obecnie 22 lata.

Autorem jest Nigel Slater. Nie wiedziałam, że został on „okrzyknięty przez brytyjskie media skarbem narodowym”. Jeśli mam łączyć gotowanie z imieniem Nigel, to prędzej przyjdzie mi do głowy Nigella Lawson niż Nigel Slater. A tu proszę, nie przyszedł mi do głowy, ale przyszedł mi do książki!

„Tost. Historia chłopięcego głodu” to przesączona pysznym żarełkiem biografia dorastającego chłopca zakochanego w jedzeniu. Tytuł jest nieco mylący, bo Nigel raczej głodny nie chodził.

Książka składa się z krótkich rozdziałów, które nazwane są wyrafinowanie („Biszkopt królowej Wiktorii”), przyjemnie, jak np. „Truskawki ze śmietaną” (jakże aktualne, omnomnom, smacznego!:), a nieraz wręcz obrzydliwie, jak choćby „Kożuch z mleka” (fuuuu, przekleństwo dzieciństwa!). Zatrzymam się na chwilę przy kożuchu. Cytat z tego krótkiego rozdzialiku, który może was zachęcić do przeczytania książki:

 „Kożuch. Już samo słowo sprawia, że przechodzą mnie ciarki. Kożuch wygląda jak skóra po oparzeniu słonecznym albo po skaleczeniu (…). Nazwa brzmi tak, że automatycznie kojarzy mi się z czymś włochatym, gryzącym i śmierdzącym naftaliną. Więc z jakiej racji coś takiego pływa w moim kakao? Albo lubisz tę cienką pomarszczoną warstwę, która formuje się na gorącym mleku, albo jej nienawidzisz. Na ten temat nie można nie mieć zdania. To musi być albo miłość, albo kompletna odraza”

Piąteczka, Nigel! U mnie kożuch to zdecydowanie kompletna odraza. A jak jest u Was? Bardzo mnie ciekawi, czy ktokolwiek jest w stanie powiedzieć, że „to musi być miłość”! :D

Chyba tylko osoba zajmująca się zawodowo gotowaniem potrafi opisywać kożuch mleczny przez ¾ strony. Slater jest narratorem bardzo wyluzowanym, zaczyna zdania od „więc”, pisze o jedzeniu i opisuje koleje swego losu ot tak, jakby siedział przy piwku z kumplem i włączył mu się słowotok po kilku kuflach (a brytyjskie piwko jak najbardziej, smaczne i sprzyjające gadaniu). Mógłby jedynie darować sobie opisywanie kilku obrzydliwych scenek z życia dorastającego chłopca.  Mogą zrazić.

Jedna sprawa jest dla mnie kompletnie nie do zaakceptowania. Pierwszy raz widzę książkę, która posiada NIEWIDZIALNY SPIS TREŚCI. Czyli po prostu go nie ma. Nie wiem czyja to sprawka, niedopatrzenie bądź świadoma decyzja, ale przepraszam bardzo, jak mam teraz znaleźć rozdział o grillowanym grejpfrucie wśród prawie 300 stron?

Książka nie wywołała we mnie większych emocji, nie jest zła, ale mam nadzieję, że film bardziej przypadnie mi do gustu, bardzo chcę go wreszcie obejrzeć. Jeśli ktoś z was oglądał, proszę o podzielenie się opinią.

Z serii takich książek - smacznych kąsków, polecam „Herbaciarnię Madeline” Darien Gee, „Jak znaleźć przepis na szczęście” Barbary O’Neal, i nade wszystko „Gotuj z Julią. Niezbędne przepisy i porady mistrzyni kuchni” Julii Child!


Nigel Slater robi tosty:

A tu trailer ekranizacji:


Helena Bonham Carter! Freddie Highmore! 

Wydawnictwo Carta Blanca, 2011

piątek, 30 maja 2014

Książka: Neil Gaiman "Chłopaki Anansiego"

Okładkę „Chłopaków Anansiego” zdobi (lub, jak kto woli, szpeci) ogromny Pan Pająk. Nie żebym przepadała za pająkami; gdybym była bogiem, zmiotłabym je wszystkie z powierzchni ziemi. Niestety bogiem nie jestem, w przeciwieństwie do Anansiego. Jednak nawet to niezbyt przyjemne stworzonko nie wygrało z chęcią sięgnięcia po książkę. Żadne siły nie powinny zniechęcić kogokolwiek do przeczytania powieści, jeśli jej autorem jest Neil Gaiman.

Lubię książki poszerzające horyzonty. Aby lepiej je zrozumieć, trzeba posiadać wiedzę, której być może nie można nazwać ogólną. W przypadku tej powieści jest to zaznajomienie się z mitologią afrykańską, bogiem-żartownisiem, bogiem-oszustem, jakim był Anansi.

Oprócz tego, że  Anansi był bogiem, w powieści Neila Gaimana był także ojcem Grubego Charliego. A Gruby Charlie? To facet, który całe dnie mógłby nucić „Why does it always rain on me?” Travisa. Jest gruby, pracuje w korporacji, narzeczona konsekwentnie odmawia seksu przed ślubem, przyszła teściowa nienawidzi go, a za swojego ojca musiał się wielokrotnie wstydzić. Nawet kiedy ojciec umarł, nie dał Grubemu Charliemu spokoju. Zaczął się przewracać w grobie, i zarazem przewracać życie Charliego do góry nogami. Gruby Charlie ma w sobie też coś z Forresta Gumpa – spotykają go niezwykłe przygody, mimo że jest ostatnią osobą, która mogłaby przypuszczać, że stanie się rozpoznawalna na wyspie Saint Andrews jako „człowiek z limonką”. Czasem chciałoby się za nim zawołać „Run, Charlie, run!”.

To nie jest zwykła powieść. To nie jest zwykła fantastyka, powieść mitologiczna, thriller czy romans. Niby jest trup, ale sam nie do końca zdający sobie sprawę z tego, że nie żyje. Niby jest groza więziennych krat, ale są też występy karaoke. Niby jest narzeczeństwo, ale… ale przekonajcie się sami, jakie ale. Nie potrafię jednoznacznie zaszufladkować genialnych „Chłopaków Anansiego”. Chylę czoła przed wyobraźnią Neila Gaimana. Kolejna książka jego autorstwa utwierdza mnie w przekonaniu, że Gaiman jest pisarzem poza jakąkolwiek kategorią. Jego pisarstwo to dla mnie osobne zjawisko! Niebywale inteligentny facet, po przeczytaniu „Chłopaków Anansiego” wnioskuję, że znający się na muzyce, a dzięki swojej dowcipności zapewniający czytelnikom niepowstrzymane ataki śmiechu.


W powieści jest taki fragment: „Nic się nie działo. Wciąż nic się nie działo. Kolejne Nic. Powrót Niczego. Syn Niczego. Nic kontratakuje. Nic, Abbot i Costello spotykają Wilkołaka…”. Parafrazując, zachęcam do przeczytania „Chłopaków Anansiego” słowami: Wszystko. W tej książce dzieje się Wszystko. Matka Wszystkiego. Requiem dla Wszystkiego. Wszystko, czyli tam i z powrotem. Wszystko w temacie. 

Wydawnictwo MAG, 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

wtorek, 25 marca 2014

Książka: Mia March "Klub Filmowy Meryl Streep"

A gdyby tak Meryl Streep zagrała rolę w… książce?

Bez zastanowienia mogę wymienić nazwiska moich ulubionych żyjących aktorów: Nicholson, De Niro, DiCaprio, Firth. Gdyby natomiast spytano mnie o ulubioną aktorkę, powiedziałabym: Meryl Streep! A potem długo, długo nikt. Meryl jest moim numerem jeden.

Meryl Streep to pewniak, nie ma opcji, żeby film z jej udziałem nazwać słabym, czy nawet przeciętnym. Postaci przez nią grane wzruszają, motywują do działania, skłaniają do przemyśleń. Najcenniejszym wyróżnieniem dla aktora jest chyba zdobycie Oscara, zatem Meryl może się czuć spełniona zawodowo, jednak z pewnością byłoby jej miło, gdyby zobaczyła w księgarni książkę pod tytułem „Klub filmowy Meryl Streep”.

To nie jest powieść o Meryl Streep! Jednak filmy z jej udziałem grają w niej kluczową rolę. Siostry Isabel i June oraz ich kuzynka Kat i jej mama Lolly zamieszkują w wakacyjnym pensjonacie, w którym odbywa się właśnie miesiąc filmów z Meryl Streep. Każda z kobiet znajduje się na życiowym zakręcie, nie wie, którą drogą powinna pójść. Podpowiedź i inspirację stanowią właśnie filmy z Meryl. Kobiety siadają razem przed telewizorem i zupełnie przypadkowo lub umyślnie włączają film, który w jakimś stopniu odzwierciedla sytuację Isabel, June bądź Kat, co skłania je do głośnych rozmyślań i dyskusji o filmie. Oryginalny pomysł autorki Mii March, aby punktem centralnym powieści uczynić filmy z Meryl Streep, jest zarazem przemyślany marketingowo: fani aktorki z pewnością sięgną po książkę, choćby z czystej ciekawości. Nazwisko Mia March nie mówi wiele czytelnikowi, ale nazwisko Meryl Streep? Mówi wszystko.



Ekscytacja zmniejsza się, kiedy schemat zostaje powielany. Jeśli tylko kojarzymy film, który kobiety właśnie oglądają, możemy się łatwo domyślić, jak skończy się kolejny rozdział i jakie podejmą decyzje. Przewidywalność jest denerwująca. Jeśli ktoś nie lubi życiowego rozmemłania, to irytować mogą też bohaterki, które zanim podejmą jakąkolwiek decyzję, muszą rozważyć wszystkie za i przeciw oraz posiłkować się wskazówkami niezawodnej Meryl Streep.


Nazwa serii – Leniwa Niedziela – sugeruje, że „Klub Filmowy Meryl Streep” to typowe czytadło. Rzeczywiście, umiejętności amerykańskiej pisarki Mii March nie wybijają się ponad przeciętność. Mimo to książka jest mi szczególnie bliska ze względu na promowanie filmów z wybitną aktorką. Już w trakcie czytania zaczęłam nadrabiać filmowe zaległości. Przed sięgnięciem po książkę obejrzyjcie omawiane w niej filmy (m.in. „Mamma Mia!”, „Sprawa Kramerów”, „To skomplikowane”), bo spoilery w powieści mogą drażnić. Wniosek wyciągnięty z „Klubu filmowego Meryl Streep”: zbyt mało gadam o filmach. 

Świat Książki, Warszawa 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

środa, 19 marca 2014

Książka: Maria Nurowska "Zabójca"

Rozkładam ręce i pytam: co się stało z Marią Nurowską?

Po jej książki sięgałam, kiedy miałam ochotę na coś lepszego niż przeciętną obyczajówkę. Ale jeśli jej kolejne powieści będą podobne do „Zabójcy”, książki Nurowskiej staną się dla mnie opowiastkami w sam raz do szybkiego przeczytania, i jeszcze szybszego zapomnienia.

Nurowska przyzwyczaiła mnie do zaglądania w głąb ludzkiej psychiki, do skrupulatnych portretów psychologicznych, do poranionych serc i skomplikowanych umysłów, ale też do bezlitosnej, szarej rzeczywistości otaczającej jej bohaterów. W „Zabójcy” znalazłam tylko to ostatnie – rzeczywistość osadzoną w sporej części w amerykańskim więzieniu San Quentin. Zresztą to już nie pierwszy raz, kiedy pisarka umieszcza bohaterów za kratkami – spójrzmy choćby na „Drzwi do piekła” (w porównaniu z „Zabójcą” – arcydzieło!).

Oprócz więzienia, w „Zabójcy” ujrzymy Tatry, które autorka również sobie ukochała, założyła nawet pensjonat w Bukowinie Tatrzańskiej. Dlatego zdziwiłam się, że główna bohaterka powieści, młoda dziennikarka Joanna Padlewska, ma o góralach bardzo krytyczne, jak najgorsze zdanie. Zastanawiam się, czy odzwierciedlają one prawdziwe spostrzeżenia Nurowskiej o góralach, czy celowo je przerysowała.

Owa dziennikarka postanawia napisać artykuł o Adamie - byłym więźniu San Quentin, Polaku, który został skazany za morderstwo, a po odsiadce wrócił do Zakopanego. Adam umożliwia Joannie dostęp do dzienników, w których dzień po dniu opisywał swoje więzienne życie. Fragmenty tych dzienników stanowią najlepszą część książki. Widać, że autorka „siedzi” w tematyce więziennej, pisze poruszająco, tak jakby sama obserwowała gdzieś z boku więzienne realia. Ale na tym kończą się niestety pozytywne aspekty książki.

Nie to, żeby reszta miała zostać przemilczana, kilka słów trzeba powiedzieć. Książkę czyta się ekspresowo. Jest krótka, chociaż ilość stron (270) może być myląca. Wystarczy jednak zajrzeć do środka, aby zauważyć, że połowę powierzchni strony zajmują marginesy, a tekst napisany jest zbyt dużym, jak na mój gust, stopniem pisma. Do tego szeroka interlinia i proszę – mamy książkę, która równie dobrze mogłaby być wydana w dwa razy mniejszej objętości. Bez sensu jednak oceniać książkę zarówno po liczbie stron. Wróćmy zatem do treści.

Joanna odwiedza Adama coraz częściej, wmawiając sobie, że jeździ do niego tylko w celach służbowych – zebrać materiał do artykułu. Łatwo się jednak domyślić, co będzie dalej. Opowiastka to przewidywalna, naiwna, a na dodatek mało realna. Bez wdawania się w szczegóły – wiele sytuacji w prawdziwym życiu po prostu nie mogłoby się wydarzyć, potwierdzicie to czytając książkę. Postaci są zarysowane zbyt ogólnie – nie wiem, co myślą, co czują. Kolejne wydarzenia po prostu „się dzieją”, nie wiadomo co kieruje bohaterami, czytelnik nie może się z nimi bliżej zapoznać. Czytając infantylne dialogi zastanawiałam się, czy to na pewno ta sama Maria Nurowska.

Przeciętniak, jakiego się nie spodziewałam.

Wydawnictwo Znak, Kraków 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

piątek, 28 lutego 2014

Książka: Piotr Kowieski "W pogoni za Metallicą" - spisał Przemek Jurek

Zastanawiam się czasem, a nawet częściej niż czasem, czy pisanie i publikowanie relacji z koncertów ma sens. Dopadają mnie myśli, że fani są zainteresowani raczej zapowiedziami koncertów, niż sprawozdaniami z nich. Jeśli byli na koncercie, to przecież mają własne wspomnienia, po co jeszcze czytać cudze? A jeśli nie byli, to tym bardziej – po co czytać o tym, jak komuś innemu było super? Po to, żeby zdychać z zazdrości i żałować, że się nie pojechało? Po to, aby czytając relację słabego koncertu poczuć ulgę, że nie wydało się kilkudziesięciu złotych na bilet?

Pisanie sprawia mi radość i dzięki temu przeżywam dłużej koncertowe emocje, jednak czasem odnoszę wrażenie, że piszę w pustkę. Zawsze mogę powiedzieć, że robię to dla siebie, prawda? Coś w tym jest, ale gdybym myślała tak w stu procentach, nie publikowałabym moich relacji w sieci.

Zastanawiam się, snuję hipotezy, aż nagle z pomocą przychodzi… relacja z koncertu. Tak, słuchajcie! Przeczytałam relację liczącą sobie ponad 400 stron. Jasne, że nie była to relacja z jednego koncertu. Nawet człowiek wygrywający plebiscyt na lanie wody i pisaniny w stylu „masło maślane”, nie opisałby jednego koncertu na tylu stronach. Chociaż, teraz coś mi w głowie świta, była taka książka, widziałam kiedyś w księgarni… O, już wiem. Nazywa się „Koncert”, napisał ją bośniacki pisarz Muharem Bazdulj. Jej akcja dzieje się na koncercie U2 w Sarajewie w 1997 roku. Ale jest to opowieść fabularyzowana, więc nie liczy się. Dlaczego jej wtedy nie kupiłam? Nie wiem. Chociaż chyba już wiem, pamiętam. Wybrałam wtedy „Kochanowo i okolice” Przemka Jurka i coś Kurta Vonneguta, na kolejną książkę nie starczyło kasy. Słowo się rzekło, „Koncert” relacją (w takim znaczeniu jakie mam na myśli) nie jest.

Czy mówiłam coś o maśle maślanym? Albo o odchodzeniu od tematu głównego? Nie? To świetnie.

REWIND

Piotr Kowieski „W pogoni za Metallicą” (spisał Przemek Jurek)

Przeczytałam relację liczącą ponad 400 stron. Relację z koncertów Metalliki. Nie z jednego. Nie z dwóch. Z sześćdziesięciu czterech. Autorstwa tej samej osoby: Piotra Kowieskiego, z kilkoma wtrąceniami jego żony Kasi. Zafundowali mi rajd za Metallicą po prawie całym świecie, opisali każdy koncert, na którym byli, i szczerze przyznaję, że ani przez chwilę się nie nudziłam. Cieszę się, że coś takiego zostało wydane w formie książki. W jakimś stopniu jest to dla mnie terapia pozwalająca uwierzyć, że pisanie relacji z koncertów, opisywanie spotkań z innymi fanami i muzykami oraz dzielenie się emocjami ma sens i znajduje swoich odbiorców!



Koncerty, właśnie... Myślałam, że jeśli pójdę na dwadzieścia koncertów rocznie, to spokojnie będę mogła nazwać siebie maniaczką koncertową. Drodzy, nie! Piotr i Katarzyna Kowiescy -- to dopiero fani przez duże F! To nie jest tak, że zaliczają wszystkie koncerty Metalliki w Polsce. Oni zjeździli 19 krajów w pogoni za Metallicą. W pogoni za Metallicą – książka od fanów dla fanów.

Hania i Hania! fot. Kamil Bartnik
Opowieść o fascynacji muzyką, a przede wszystkim Metallicą, wciągnęła mnie od pierwszych stron. Kiedy przeczytałam, że Piotr Kowieski za czasów PRL odtwarzał muzykę na radiomagnetofonie HANIA, uśmiechnęłam się i pomyślałam: „Piątka, facet!”. Pamiętam, jak słuchałam Maanam i Hey na Hani. Z sentymentu kilka miesięcy temu przyniosłam moją imienniczkę z piwnicy, wyczyściłam i wiecie, że hula? Na dodatek Hania fajnie wychodzi na zdjęciach! Nie że ja - Hania, tylko Hania – radio ;) 


Kolejną „pionę” przybiłam przy słowach:
Wiem, że mnie rozumiecie. Nie ma to jak podzielić się opowieściami o swoich dolegliwościach z ludźmi, którzy cierpią dokładnie na to samo - chodzi o zaraźliwego bakcyla jakim jest uwielbienie do swojego idola.








Piona numer trzy to cytat: Więc jeśli wtedy [w PRL’u] nie miałeś dobrego kumpla, który kumał klimaty i potrafił cię zarazić swoim entuzjazmem [do metalu], słuchałeś Papa Dance i tyle. Sprawdziłam w domowej minikolekcji winyli – mamy płytę Papa Dance z chorobliwie beznadziejną okładką (i odpowiednio podobną muzyką): 
Winyl Papa Dance. Wierzycie w to? Bo ja nie.


Ale:
Jeśli chodzi o pierwszą płytę winylową, to absolutnie nie mam się czego wstydzić. To był album „Helicopters” zespołu Porter Band. Żelazny klasyk. Spoglądam na regał – jest, mamy! Piąteczka!
Winyl Porter Band "Helicopters"

Piątka numer pięć, czyli po piąte (ale nie przez dziesiąte): METALLICA!!!!!!

Jak bardzo rozumiem Piotra i Kasię! Nawet kostka do gry na gitarze złapana po koncercie sprawia im mega radość. Mnie też! Byłam niesamowicie szczęśliwa, kiedy złapałam kostkę na koncercie Deep Purple w zeszłym roku. A spotkanie z idolem, krótka rozmowa z nim i zrobienie wspólnego zdjęcia, to już są wyżyny dobrego samopoczucia. Lepsza może być tylko chwila, kiedy będąc na koncercie artysty któryś raz z kolei, ten artysta zaczyna cię rozpoznawać. Kowiescy opowiadają o sytuacjach, w których Lars Ulrich, James Hetfield czy Rob Trujillo – członkowie Metalliki – zaczęli kojarzyć tę parę stałych bywalców barierek pod sceną. To już jest naprawdę szczyt szczęścia, którego również doświadczyłam. Wprawdzie nie była to gwiazda takiego formatu jak James Hetfield, ale chodzi o sam fakt… Kiedyś gitarzysta jednego z zespołów zauważył mnie przed koncertem, kiedy piłam piwo przy stoliku. Zawołał „Cześć! Przyjdę z tobą pogadać po koncercie!”, a ja byłam tak zaskoczona, że zdołałam odpowiedzieć jedynie „Aaa, ok!”. Taaak, doskonale wiem, co czują autorzy W pogoni za Metallicą w takich chwilach.

Oprócz obszernych relacji z kolejnych koncertów, jest dużo kolorowych zdjęć (a całość na papierze kredowym) z koncertowych wyjazdów, koncertowych pamiątek (setlisty, koszulki, skany biletów) i ogólnie… z wszystkiego koncertowego. Znalazłam niestety kilka edytorskich niedociągnięć, w tym redakcyjnych, ale tak czy inaczej, jestem fanką takich fanów! Chętnie spotkałabym się kiedyś z Piotrem i Kasią pod sceną!


Wydawnictwo Anakonda, Warszawa 2013

Facebook: Wydawnictwo Anakonda - dziękuję!

Biorę udział w wyzwaniu

niedziela, 23 lutego 2014

Książka: Markus Zusak "Złodziejka książek"

„Złodziejkę książek” przeczytałam dopiero po zobaczeniu zwiastunu ekranizacji w kinie. Trailer mnie zachęcił, ale starając się trzymać zasady „najpierw książka, potem film”, sięgnęłam po „Złodziejkę” w wydaniu papierowym. Była to bardzo dobra decyzja, bo film zbiera kiepskie recenzje. Po przeczytaniu książki, która mi się podobała, trochę boję się iść do kina. Po co psuć smak czegoś dobrego… Choć z drugiej strony, nie chcę psioczyć na film, którego jeszcze nie widziałam. Ale wróćmy do książki.

Uczynienie narratorem Śmierci jest pomysłem genialnym. To tak, jakby narratorem był sam Bóg – wszystko widzący, wszechwiedzący. Śmierć przychodzi po każdego, widzi człowieka w momencie wydawania ostatniego tchnienia, po czym zabiera jego duszę, czasem lekką jak piórko i przygotowaną na „wizytę” Śmierci, czasem ciężką, która najchętniej widząc, że Śmierć się zbliża, najchętniej dałaby jej w twarz.

Liesel jest dziewczynką, która trafia do przybranej, niemieckiej rodziny. Mama i papa mają ją wychować tak, aby z szacunkiem salutowała „Heil Hitler!” (akcja dzieje się w czasach II wojny światowej). Liesel jest posłuszna rodzicom, a jej jedyną wadą (choć w tym przypadku to kwestia sporna) jest złodziejstwo. Dziewczynka staje się złodziejką książek.

Zastanawiam się, co w tej książce jest najważniejsze. Czy właśnie książka jako przedmiot, który poniekąd pomógł przetrwać czasy wojny dorastającej dziewczynce? Czy raczej relacja głównej bohaterki z ojcem (który zresztą nauczył ją czytać!)? A może przyjaźń Złodziejki z Rudym – chłopcem o włosach jasnych jak słońce, oraz z Maxem – Żydem, który zamieszkiwał zimny kąt w piwnicy przybranych rodziców Złodziejki Książek. Gdyby połączyć te wszystkie wątki, sprowadzają się one właśnie do przyjaźni. Tak, jest to opowieść o pięknej przyjaźni, i jeszcze piękniejszej miłości do książek.

Gdybym przeczytała ją będąc nastolatką, stałaby się jedną z moich ulubionych powieści. Otworzyłaby mi oczy na istotę wojny, bo ukazuje jej atmosferę, ale nie na tyle brutalnie, aby nie była odpowiednia dla młodszego czytelnika. Jestem pewna, że byłaby dla mnie ważna. Obecnie nie odczuwam wielkiej euforii po jej przeczytaniu, bo historii o przyjaźni przeczytałam już bardzo wiele. Większe moje uznanie wzbudził styl autora, Markusa Zusaka. Co w nim niezwykłego? Odpowiem cytatem z książki: „Opowiedziałem wam o dwóch zdarzeniach z przyszłości, bo nie zależy mi na zachowaniu tajemnicy i budowaniu napięcia”. W „Złodziejce Książek” narrator za nic ma sobie chronologię. Potrafi w jednym zdaniu wyjawić, co się stanie za dwa lata, a potem, jak gdyby nigdy nic, wrócić do obecnego biegu wydarzeń. Wiele razy spotyka się retrospekcje i nawiązania do przeszłości, ale do przyszłości? Co więcej, wyjawianie tajemnic i brak budowania napięcia wcale mnie nie denerwowały, tylko jeszcze bardziej wchłaniały w historię – chciałam jak najszybciej dotrzeć do chwili, w której owe zdarzenie z przyszłości stanie się zdarzeniem obecnym.


Jest to bardzo starannie wydana książka. Wyśrodkowane niektóre fragmenty tekstu, ilustracje, przejrzystość (widać, że wydawca nie żałował papieru), dwie (!) osoby zajmujące się korektą – to przykład książki, nad którą pracowało dużo osób, dzięki czemu czyta się z jeszcze większą przyjemnością. Ubolewam tylko, że tak starannie zredagowana treść została oprawiona w okładkę filmową, zapraszającą bardziej do kina, niż do przeczytania lektury…

Warszawa, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

wtorek, 18 lutego 2014

Książka: Stephen Clarke "Merde! W rzeczy samej" + moje wspomnienia z Paryża

Byłam na wakacjach w Paryżu. Gwoli ścisłości, wcale nie w czasie lipcowych upałów, ale w marcu. Jeszcze ściślej mówiąc, nazywam pobyt w tym mieście „wakacjami” bardzo na wyrost, ponieważ spędziłam tam zaledwie dwa dni. Weekend w Paryżu – czyż nie brzmi to romantycznie? Cóż, niestety nie pamiętam, czy był to rzeczywiście weekend, czy środek tygodnia. Mniejsza o to. Pamiętam za to, że wyruszając w drogę powrotną, głowę miałam naładowaną licznymi spostrzeżeniami na temat Francji i Francuzów. Mój pobyt tam nazwałabym chętnie komedią, wcale nie romantyczną, jak przystało na Paryż. Raczej komedią pomyłek.

Spostrzeżenie nr 1: Jesteś we Francji, więc mów po francusku

Tyle światła! Marzec 2012 :)
Pierwsze, co spotkało mnie i moich przyjaciół, to prawie trzygodzinne ślęczenie w holu hotelu, w oczekiwaniu na wolne pokoje, które miały być dostępne o 11, a nie wiedzieć czemu, czekaliśmy na nie do 13 z hakiem. Może dogadalibyśmy się z obsługą hotelu sprawniej i przyjemniej, gdybyśmy nie musieli długo czekać na osobę z personelu, która potrafiłaby mówić po angielsku. Warto nadmienić, że hotel był dość elegancki, i w ciągu tych kilku godzin, kiedy siedzieliśmy w holu na walizkach, przewijali się przez niego równie eleganccy Francuzi i obcokrajowcy. A nasza czwórka, niestety, w dresach i tłustych włosach. Jak to się stało? Ano tak, że Paryż był jednym z przystanków w naszym Eurotripie. Za nami była całonocna podróż samochodem, a później promem, z Anglii. Nic dziwnego, że byliśmy źli i śpiący. Źli, śpiący, odziani w dresy i głodni! A jedyne, co mieliśmy przy sobie do jedzenia, to chipsy. Źli, śpiący, odziani w dresy Polacy, jedzący chipsy i siedzący na walizkach w paryskim hotelu. Nic dziwnego, że wszyscy wokół patrzyli na nas z politowaniem.

Spostrzeżenie nr 2: Jeśli jesteś Polakiem mówiącym po angielsku, to dla Francuza jesteś Amerykaninem

Wieczorem wybraliśmy się do francuskiej restauracji, gdzie wspaniałomyślnie zjedliśmy… włoską pizzę. Żeby nie było, zamówiłam także Ementhal za 4 euro. Domyślałam się, że chodzi o ser. Ale kiedy kelner przyniósł na ogromnej, drewnianej desce 4 plasterki cieniusieńsko pokrojonego sera z dziurami, pomyślałam, że to najdurniej wydane dwie dychy w moim życiu. Złożyliśmy zamówienie mówiąc całkiem sprawnie po angielsku, na co kelner zawołał: „America!”. Pokręciliśmy przecząco głowami. „Non? Poland?” - uśmiechnęliśmy się i tym razem pokiwaliśmy głowami. „Aaaa, Polska! Solidarnosc! Walesa! Warsovie!”. Za tę daleko idącą wiedzę o naszym kraju kelner dostał od nas spory napiwek, a niech ma!

Spostrzeżenie nr 3: Na Wieży Eiffla na pewno spotkasz Polaka. A nawet kilku

Jeśli nie masz dość cierpliwości, aby czekać na windę w kilometrowej kolejce, która zawiezie cię na szczyt Wieży, zawsze możesz pójść schodami. Tylko że na górze piękny widok przysłonią ci mroczki przed oczami, ogólna zadyszka, i będziesz błagał swoich towarzyszy o tabletkę na gardło.

Spostrzeżenie nr 4:  Jeśli poruszasz się po Francji samochodem, to po powrocie do Polski stwierdzisz, że na naszych drogach panuje niebywała kultura jazdy!

We Francji kierowca potrafi wysiąść z auta na środku ulicy (co tam, że czteropasmowa), aby nawrzeszczeć na motocyklistę, który przejechał za blisko jego samochodu. Co więcej, motocykliści, zmieniając pas, nie używają kierunkowskazów. Kierowcy krzyczą też na rowerzystów. I na innych kierowców. Może się też okazać, że droga jednokierunkowa wcale nie jest jednokierunkowa. No cóż, są takie przypadki, że córka jest starsza od matki.

Spostrzeżenie nr 5: Paryskie metro jest źródłem rozrywki na najwyższym poziomie

W polskiej komunikacji miejskiej czasem spotyka się żebrzące dzieciaki grające na akordeonie. W paryskim metrze sama z chęcią opróżniłabym portfel (gdyby tylko był czymkolwiek zapełniony!) i podarowała jego zawartość artystom, których w nim spotykałam. Inaczej ich nie nazwę, to naprawdę są artyści, których występy powinny być biletowane. Dla przykładu:
- facet, który ni z tego ni z owego zaczyna opowiadać dowcipy i anegdoty, wprawiając w serdeczny śmiech podróżujących metrem
- liczne zespoły muzyczne grające naprawdę dobrą muzykę. Niektórym brakowało jedynie perkusji do pełnego składu. Gdyby tylko metro zatrzymywało się na peronie na dłużej niż 10 sekund, jestem pewna, że muzycy ładowaliby się do niego wraz z bębnami.


Oczywiście, że to miała być recenzja książki. Miała być. Ale ten, kto tu od czasu do czasu zagląda, zna moje predyspozycje do rozpisywania się. Dobra,  chciałam tylko powiedzieć, że ucieszyłam się, kiedy sięgnęłam po jedną z książek Stephena Clarke, który w swoich powieściach opisuje losy Brytyjczyka mieszkającego we Francji. Pomyślałam sobie, że może być zabawnie, tak jak mnie było w gruncie rzeczy zabawnie w Paryżu. Niestety nie czytałam wcześniejszej „Merde! Rok w Paryżu”, ale wszystko przede mną. Tak czy inaczej, mimo że „Merde! W rzeczy samej” jest kontynuacją, to od pierwszej strony wiedziałam o co chodzi, nie odczułam żadnej dezorientacji czy poczucia, że zaczęłam poznawać historię od jej środka, a nie początku. I mimo, że spędziłam tylko 2 dni w Paryżu, to doskonale się bawiłam i wiedziałam, co czuje bohater Paul West, złorzecząc na pozostawiającą wiele do życzenia kulturę jazdy samochodem po francuskich drogach czy opowiadając o litrach wypitego francuskiego wina (nie żebym również wypiła litry… ja tylko degustowałam!).


Jednak aby książka przypadła do gustu, wcale nie musicie się wcześniej wybierać w podróż do Paryża. Lektura może być także zabawnym przedsmakiem wakacji we Francji. A jeśli wcale nie planujecie wizyty w tym kraju, to może „Merde! W rzeczy samej” kogoś do niej nakłoni, lub… wręcz przeciwnie. Jest to w końcu niezłe merde… W rzeczy samej.

Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013
Recenzja (w wersji okrojonej, sprawozdania z mojego pobytu w Paryżu tam nie ma ;P) opublikowana na DlaLejdis.pl

wtorek, 11 lutego 2014

Książka: Jerry Hopkins "Elvis. Król rock'n'rolla"

Mam w pokoju plakat z Elvisem Presleyem, a nie przeczytałam nawet jego biografii – pomyślałam kilka miesięcy temu. Wydawnictwo Dolnośląskie akurat wtedy wypuściło „Elvis. Król rock’n’rolla”… Dzisiaj mogę powiedzieć: mam w pokoju plakat z Elvisem Presleyem, i nawet przeczytałam jego biografię! Nie żebym chodziła z tego powodu dumna jak paw, ale cieszę się.

Autorem biografii jest Jerry Hopkins. Niektórzy mogą go kojarzyć z biografią Jima Morrisona „Nikt nie wyjdzie stąd żywy”, której jest współautorem, i którą również mam w planach przeczytać. Niebawem.

Dzięki tej książce poznałam człowieka, który nie był przystosowany do życia, a powodem tego wcale nie były odchyły psychiczne, tylko kariera. Fenomen człowieka, który był skromny i nieśmiały, do wszystkich zwracał się „tak, proszę pana”, miał kompleksy, a jednocześnie wystarczyło, że kiwnął małym palcem (dosłownie!), a rzesze fanek mdlały... 

potrafił zgiąć mały palec i pokiwać nim. Wystarczyło, że tak zrobił, i na widowni podnosił się wrzask

Mówiąc o nieprzystosowaniu do życia, mam na myśli, że będąc królem, miał swój dwór. Elvis i jego świta. Kumple, którzy dotrzymywali mu towarzystwa, załatwiali mu kobiety, zamawiali torby hamburgerów, w jego imieniu wykonywali telefony. Kiedy już zrobił karierę, Elvis nie musiał robić nic związanego ze „zwyczajnym” życiem.

Elvis to facet, który zbierał na początku bardzo niepochlebne recenzje...

Za nic nie potrafi śpiewać, ale wokalne braki nadrabia starannie wyreżyserowanymi i sugestywnymi wygibasami, które mogłyby uchodzić za aborygeński taniec godowy

...a jednak nie znajdzie się osoba, która dziś podważałaby fakt, że był królem rock’n’rolla. Nie wiedziałam też, że zagrał w bardzo wielu filmach. Znałam kilka tytułów, ale serio, ich ilość i częstotliwość nagrywania powaliła mnie. Wprawdzie większość z nich sprowadzała się do schematu: 

Elvis w motorówce. Elvis macha do dziewczyn. Elvis podjeżdża samochodem. Elvis odjeżdża samochodem. Elvis kogoś bije. Ktoś bije Elvisa. I tak na okrągło

...ale to jest właśnie ten fenomen, że za każdym razem filmy z nim biły rekordy popularności.

Trochę mało jest cytatów Elvisa i prawie wcale nie zarysowano obrazu muzycznego światka tamtych czasów, do czego przyzwyczaiły mnie inne biografie. Nie wiem też, na jakich modelach gitar grał on i jego zespół, ale nie szkodzi. Życie Elvisa było na tyle bogate, że takie „okołoelvisowe” kwestie wcale nie musiały być poruszone w książce, a i tak jest o czym, a raczej o kim, czytać.


Książka zainspirowała mnie do czegoś, co ujrzycie na Chilloucie już niedługo. Właściwie już teraz mogę powiedzieć o co chodzi. Ten plakat z Elvisem, który wisi u mnie w pokoju, tak naprawdę nie jest mój. Jest mojej mamy. Po prostu u mnie w pokoju był kawałek wolnej ściany, na której Elvis znalazł sobie miejsce. Nie znam drugiej takiej fanki Elvisa, jak moja mama. Czytając „Elvis. Król rock’n’rolla”, zakiełkowała mi w głowie myśl, żeby zebrać wszystkie płyty, kasety i rzeczy dotyczące Elvisa, które ma moja mama, i pokazać je tutaj. Bo wszystko, o czym pisze Jerry Hopkins jest prawdą, którą ja również doświadczyłam, a hasło „Elvis żyje!” jest wciąż aktualne. 

Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej książki.
Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2013

Biorę udział w wyzwaniu

piątek, 17 stycznia 2014

Książka: Petra Hůlová „Plastikowe M3 czyli czeska pornografia”

Macie ochotę na raszplowo-wtykaczowe wywody czeskiej prostytutki? 

Główna bohaterka jest „zarazem przedsiębiorcą, kobietą wykonującą wolny zawód o wątpliwej reputacji, kurtyzaną, osobą prowadzącą działalność gospodarczą, ścierą, psychologiem i szefową jeboklubu”. Mogłabym przedstawić ją własnymi słowami i może trochę subtelniej, ale po co? Będąc jednocześnie główną bohaterką i narratorką, określiła siebie najlepiej. Dodam jedynie, że ta kobieta, której imienia nie znamy, staż w zawodzie ma już konkretny. Skończyła 30 lat, więc orientuje się w temacie jak mało kto, co w połączeniu z jej filozofowaniem, dość bezczelnym poczuciem humoru i trafnymi spostrzeżeniami na temat ludzi (które są wynikiem obserwacji również swoich klientów), składa się na arcyinteresujący monolog.

Nie jest to kobieta lekkich obyczajów z tych, które stoją pod latarnią w tanich ciuchach drugiej świeżości. Nie jest bezguściem (nosi kaszmirowe szale), nie jest głupia (wypowiada się o przyciąganiu ziemskim, cytuje „starą dobrą Biblię"), dba o zdrowie (codziennie jeździ na rowerze, biega), i w ogóle, gdyby nie jej profesja, mielibyśmy do czynienia z zupełnie przeciętną kobietą. Przyjmuje klientów w swoim M3, dbając o najwyższą jakość – przygotowuje się do każdej wizyty klienta biorąc pod uwagę jego specjalne życzenia (np. przebieranki lub odegranie scenki ze znanego pornosa). Pełen zakres usług seksualnych idzie czasem w parze z psychologicznymi. Pozornie ma w głębokim poważaniu problemy rodzinne mężczyzn, ale koniec końców, często o nich mówi.

Tematów, które porusza w swoim słowotoku, jest mnóstwo, a wszystko przez ten zmysł obserwatorski. Czytamy o kobietach przechodzących menopauzę, które wszędzie noszą ze sobą ogromne torby pełne bluzek na zmianę, o bibliotekarkach, które „mężczyzn oceniają po okularach”, o religii (domyślilibyście się, że można zrobić ołtarzyk pod zlewem?!).

Według mnie to, o czym mówi ta kobieta, jest oczywiście ważne, jednak dużo bardziej istotny i stanowiący o jakości opowieści jest sposób, w jaki wszystko zostało przelane na papier. Zauważyłam sporo zalet i jeden wielki minus. Wielokrotnie denerwowały mnie zbyt długie zdania, czasem zajmujące ponad jedną stronę. Można to tłumaczyć charakterem powieści – monologiem, może stylem nieco diariuszowym, a przecież w pamiętniku piszemy szybko i wszystko, co ślina na język przyniesie, robimy dygresje, odniesienia do przeszłości, przyszłości, teraźniejszości – chaos i miszmasz. Zakładamy jednak, że naszego pamiętnika nikt nie przeczyta, a powieść Petry Hůlovej trafi przecież do rzeszy czytelników! Zdania-gumy nie zawsze mi się podobały, ale tak jak mówiłam, to jedyna (jednak dość bolesna) wada, jaką znalazłam w książce.

Plusem za to jest bezczelność (sama się dziwię, że uznaję to za zaletę), dowcipność, i słowa, których nie usłyszeliście nigdzie wcześniej, za to po przeczytaniu książki będą wam chodzić po głowie przez długi czas (no, chyba że nigdy nie myślicie o seksie). Brawa należą się tłumaczce Julii Różewicz, która musiała się nieźle nagłowić, żeby odpowiednio przetłumaczyć niektóre wyrażenia. Ciekawa jestem, jak po czesku brzmiał np. „gilgotałek-usypiałek”! W kwestii przekładu, bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie informacja na stronie redakcyjnej, że przekład został dofinansowany przez Ministerstwo Kultury Republiki Czeskiej.


Nie polecam tej książki osobom, które oczekują taniej pornografii, ale tym, które mają chęć na literaturę o zabarwieniu erotycznym, skłaniającą jednak do przemyśleń nie tylko o charakterze seksualnym. 

Wydawnictwo Afera, Wrocław 2013
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Dla zainteresowanych mały, cytatowy trailer książki: 

"Jeżeli praca to dyscyplina i harówa, wówczas czas wolny musi być juhuhuhuhu, żeby dało się jakoś przetrwać, bo nikt nie zamierza wiecznie bez humoru zrywać kolejnych kartek z kalendarza, tylko chce żyć wśród dobrych myśli, i zasługują na to także ostro zasuwające kurewki" (s. 116)

"…najpiękniejszym klejnotem kobiety, który ma za darmo nawet dla siebie, jest uśmiech, a nie dąsy…"  (s. 121) 

"Nie wiem, czemu ci lubiący udawać zwierzęta mają takiego fioła na punkcie wielokrotnych stosunków. Chyba myślą, że życie zwierząt to nie wiadomo jaki szał, a przecież poza kilkoma tygodniami rui nikt tam nikogo nie pieprzy, i gdyby jakaś lwica, ot tak, z nudów zaczęła walić lwu gruchę poza okresem godowym, pewnie nieźle by jej dał w skórę, że co to za pomysły" (s. 144)

piątek, 3 stycznia 2014

Książka: Agnieszka Osiecka "Dzienniki 1945-1950"

Kiedy czytam słowa napisane przez 13-letnie dziecko, wpadam w kompleksy, że ja, mając lat dwadzieścia kilka, czasem nie potrafię zebrać myśli i napisać czegoś równie dobrego.

Kto by nie chciał poznać najskrytszych myśli Agnieszki Osieckiej? Myślę, że osoby, które choć raz zetknęły się z jej tekstami, wracały do nich nie raz. Jej słowa wyśpiewują Adam Nowak z Raz Dwa Trzy, Kasia Nosowska, Edyta Geppert i wielu innych. Najwięksi sceny polskiej śpiewają Największą Osiecką. A ja, dużo mniejsza, nucąc nieco ciszej, przez ostatni miesiąc poznawałam Agnieszkę z lat 1945-1950.

Książka wydana przez Prószyński Media powstała przy współpracy z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej. Pracował nad nią szereg osób, począwszy od wolontariuszy Fundacji przepisujących rękopisy jej dzienników, Agatę Passent i Martę Dobromirską-Passent, aż po Karolinę Felberg, która zajęła się redakcją (w tym przypisami i indeksem osób). Ogrom pracy, ogrom!

Pierwszy tom „Dzienników” obejmuje lata 1945-50. Osiecka urodziła się w 1936 roku. Można się zastanawiać, co ciekawego miała do powiedzenia tak młoda osóbka...

Kończąc książkę, która mnie wybitnie zaciekawiła, zamykam ją i wpatruję się przez jakiś czas w okładkę, gładząc ją dłonią. Dziwny zwyczaj. A może wcale nie dziwny? W każdym razie, jest wyrazem tego, że dana książka to skarb, prawdziwa wartość, drogi przedmiot. W okładkę „Dzienników”, przedstawiającą fotografię młodej Agnieszki, wpatrywałam się dość długo. Bez cienia wątpliwości uznaję „Dzienniki” za najlepszą lekturę 2013 roku.

Zanim zaczęłam pisać o tej książce, zajęłam się przepisywaniem jej fragmentów do zeszytu z ulubionymi cytatami z książek. Zajęło mi to kilka godzin – tak wiele przemyśleń młodej Osieckiej utkwiło mi w pamięci, i było godnych zapisania, aby zawsze je mieć pod ręką i móc poczytać.

Mimo że Agnieszka, z racji swojego wieku, czasem bujała w obłokach („Piszę teraz wypracowanie o Reju i widzę, że literatura jest niczym wobec Janka!”), uważam, że miała do powiedzenia dużo więcej, niż przeciętny dorosły człowiek

O przyjaźni: Przyjaźń to właściwe jedynie człowiekowi uczucie, uczucie nieosiągalne, dalekie i krótkie jak życie, i jak życie ważne, i jak życie święte i jedyne…

O zakochaniu:  Odchodzę od zmysłów, nie wiem co się ze mną dzieje. O Boże, Boże! Jakie te chwile oczekiwania są dzikie, szalone, pełne obawy i niepewności, i jak się wloką. Już nie wytrzymuję.

O własnym zachowaniu: Wiedziałam, że to nie jest bezpodstawna, bezmyślna histeria – to jestem po prostu ja. 

O ludziach: Myślę, że dopóki ludzie będą zazdrościć lepszym od siebie i życzyć im wszystkiego najgorszego, a nie starać się uczyć od nich – dotąd będzie o jedną, ogromną przyczynę więcej do nadwerężania pokoju światowego.


Nieraz trudno uwierzyć, że są to słowa wypowiadane przez nastolatkę. Cytuję dziś młodziutką Agnieszkę Osiecką, robiąc to z szacunkiem i wielkim podziwem. Jeśli pierwszy tom wywarł na mnie takie wrażenie, to nie mogę się doczekać kolejnych.

Prószyński Media, Warszawa 2013
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Recenzja bierze udział w WYZWANIU