Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 września 2017

Jacky Fleming "Kłopot z kobietami"

Kobieto!

Często wpadasz w kłopoty?

Masz ze sobą kłopot?

A może ktoś ma z tobą kłopot?

Kłopot tu, kłopot tam...

Ostatnio wpadła mi w ręce 

prawdziwa petarda...

„Kłopot z kobietami” Jacky Fleming.










Przeczytanie humorystycznych wpisów na temat postrzegania kobiet na przestrzeni dziejów zajmie nie więcej niż godzinkę. Książka traktowana z przymrużeniem oka może wywołać salwy śmiechu :) Traktowana śmiertelnie poważnie grozi napadem kobiecej złości i frustracji... Świetna na prezent dla babeczek z poczuciem humoru, a męska reprezentacja czytelników z pewnością zawoła: „Prawda! Prawda to!” czytając i przeglądając kolejne ilustracje ;)







No kobietki, to jak to z nami jest? ;) Osobiście jakoś gorzej widzę w ciemności i zdarza mi się wieczorami płakać, wręcz histerycznie! Czy są tu jakieś zuchwałe rowerzystki?

Wydawnictwo Znak, 2017


środa, 19 kwietnia 2017

Alain Ducasse "Mikołajek i słodkie przekąski"

Kto nie czytał "Mikołajka", ręka w górę! Albo lepiej się nie przyznawać :)

Książki kulinarne inspirowane literaturą, czy to dla dzieci, czy dla dorosłych, to interesujący trend. O ile dość bawią mnie niektóre przykłady ("Pierogi Solejukowej"), o tyle mam sentyment, jeśli chodzi o książki, które pamiętam z dzieciństwa. 

I tak właśnie podoba mi się na przykład "Marry Poppins w kuchni" oraz "Mikołajek i słodkie przekąski".

Autorem tej drugiej jest Alain Ducasse, francuski (choć z obywatelstwem Monako) szef kuchni, i to nie byle jaki, tylko naprawdę specjalista w swojej dziedzinie.

Książka jest tak świetnie zrobiona, że można ją podarować zarówno dziecku, jak i osobie dorosłej. Niektóre przepisy kulinarne są proste, z łatwością wykona je dziecko (pod czujnym okiem opiekuna). Wszystkie przepisy na słodkie przekąski sprawiają, że ślinka cieknie. Nie ma miejsca na słowa "dieta" czy "liczenie kalorii", o nie! Sam autor przyznaje bez skrupułów, że uwielbia słodkości.

Przepisy uzupełnione są o fragmenty oryginalnej historii Mikołajka autorstwa Sempe i Goscinnego.
Podejrzewam, że niewiele osób wie, że taka publikacja została wydana. Dlatego w tych kilku słowach chciałam zaznaczyć jej obecność na polskim rynku wydawniczym.

Zdjęcia słabej jakości, ale brownie - bezdyskusyjnie rewelacyjnej! :D 

Wydawnictwo Znak, 2016

czwartek, 30 marca 2017

Książka: Ewa Kozioł "Wyrzuć chemię z domu"

Ludzie są po to, aby ich kochać, a rzeczy po to, by ich używać. W naszych czssach coś się zmieniło, coraz częściej ludzie są do używania, a rzeczy do kochania
/s. 239/

Taki cytat w książce pt. "Wyrzuć chemię z domu"? Dlaczego nie! Ewa Kozioł w swojej publikacji namawia nie tylko do ekologicznego gospodarowania domem, ale też do minimalizmu. Parafrazując, jakby mówiła: Wyrzuć brud z umysłu i z serca! Wyrzuć rzeczy, które zagracają twoją przestrzeń, wyzbądź się zbieractwa. Zacznij celebrować czas spędzony z najbliższymi.

Czytaliście recenzję książki Marie Kondo "Magia sprzątania"? W książce Ewy Kozioł znajdziecie podobne porady.

Popularna blogerka nie skupia się jedynie na sprzątaniu w wersji eko, choć rozdziały o tym traktujące zawierają cenne wskazówki. Pisze dużo o kosmetykach naturalnych, które można samemu zrobić i z powodzeniem używać. Przekonuje, że włosy nie muszą być myte szamponem (po moim trupie), a na wiele urodowych bolączek zaleca zioła. Swego czasu pracowałam jako copywriter w firmie sprzedającej kosmetyki naturalne, więc już wtedy zachłysnęłam się tematem kosmetyki naturalnej. Zaczęłam czytać etykiety kosmetyków, które stosowałam, i ze zdumieniem wyczytywałam nazwy silnych detergentów, którymi dzień w dzień myłam włosy. O zgrozo!

Warto sięgnąć po "Wyrzuć chemię z domu" aby dowiedzieć się lub przypomnieć, jak silna, toksyczna chemia znajduje się w łazience, toalecie, w salonie... Wszędzie! Z pomocą autorki bloga Zielony Zagonek można temu zaradzić i odkryć niezawodną moc sody oczyszczonej czy octu - ja już sprawdziłam, robiąc gruntowne porządki w łazience :)

Ponadto Ewa Kozioł radzi jak stworzyć i pielęgnować własny ogródek. Jestem w komfortowej sytuacji, że posiadam piękny ogród z dobrą ziemią, drzewkami owocowymi, wieloma iglakami. Mama sadzi fasolkę szparagową, rzodkiewkę, pomidory, sałatę... Ach, nie mogę się doczekać sezonu, kiedy warzywa i owoce będzie się zbierało z ogródka, a nie przynosiło ze sklepu! :)

Jeśli nie macie książki, zajrzyjcie na Zielonyzagonek.pl, polecam!

Wydawnictwo Znak, 2016

piątek, 16 grudnia 2016

Robert Janowski "Przypadki"

W dzieciństwie oglądałam programy muzyczne: Szansę na sukces, 30 ton – lista, lista przebojów, Disco Relax (phyyyy yyy, nie nie, wróć :P), Wideotekę Dorosłego Człowieka (choć byłam jeszcze mocno niedorosła). W którymś momencie pojawił się także długowłosy Robert Janowski i Jaka to melodia?. Trochę bardziej komercyjna, trochę bardziej kiczowata, ale miło się oglądało i słuchało. W ostatnich latach Melodię widuję już tylko przerywnikiem podczas odwiedzin u dziadków. Niemniej sentyment pozostał, bo wokal i charyzma Roberta Janowskiego wciąż mi się podobają, a jego wiedza muzyczna imponuje.

Wśród nowości książkowych ostatniego miesiąca można znaleźć wywiad-rzekę z Robertem Janowskim, zatytułowaną Przypadki. Raczej bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie kolejny sentyment – osobą rozmawiającą z Janowskim jest Maria Szabłowska, którą można pamiętać między innymi ze wspomnianej wyżej Wideoteki….

Sporo miał przypadków w życiu pan Robert. Choć przecież nic nie dzieje się przypadkiem. Każde zdarzenie z życia doprowadziło go do momentu, w którym jest teraz. A jak wynika z książki, jest szczęśliwy, więc… błogosławione przypadki :)

Świetnie się czyta tę rozmowę, między innymi dlatego, że między Marią Szabłowską a Robertem Janowskim wyczuwa się luz i koleżeńskość. Dziennikarka nie nagabuje swojego rozmówcy, nie zadaje pytań bez pardonu. Po prostu rozmowa na poziomie. Okazuje się, że nie zniżając się do stylu brukowcowego, można wiele informacji wyciągnąć z człowieka.

Nieprzypadkowo wspominam o brukowcach. Robert Janowski wraz ze swoją obecną partnerką padli ofiarą „dziennikarzy”, którzy napsuli im sporo życia. Dobrze, że znana osoba mówi o tym głośno. Mówiła już o tym Anna Przybylska i wiele innych osób. Trudno uwierzyć, jak bardzo potrafi zszargać czyjąś opinię niezbyt przychylny artykuł w gazecie, na dodatek wyssany z palca.

Ale Przypadki nie są jedynie nagonką na papparazich. Janowski opowiada o studiach weterynarii, o początkach swojej kariery w musicalu Metro i właściwie ten temat stanowi największą część publikacji. Oprócz tego Szabłowska pyta o program Jaka to melodia?, o miłość i plan B na przyszłość.

Moja babcia co jakiś czas przypomina: "Powinnaś wziąć udział w Jaka to melodia?!". Po przeczytaniu Przypadków czuję się zachęcona, bo pan Robert bardzo przychylnie wypowiada się o programie i jego uczestnikach. Może w końcu zgłoszę się na casting… :) A babcia znajdzie "Przypadki" pod choinką!

Wydawnictwo Znak literanova, 2016


sobota, 11 czerwca 2016

Książka: Jacek Cygan "Przeznaczenie, traf, przypadek"

Znam teksty piosenek autorstwa Jacka Cygana. Między innymi jego teksty śpiewa Maryla Rodowicz, Edyta Górniak czy Ryszard Rynkowski. Wszyscy także pamiętamy piękną balladę Dumka na dwa serca, promującą ekranizację Ogniem i mieczem. Przez ostatnie kilka miesięcy (tak, miesięcy, niestety…) miałam okazję poznać zgoła inny rodzaj twórczości tego autora – opowiadania. Eh, gdybym tylko miała więcej czasu, a oczy nie zamykałyby mi się wieczorem ze zmęczenia, chętnie połknęłabym Przeznaczenie, traf, przypadek jednym tchem.
Ten zbiór 26 opowiadań określiłabym jednym słowem: życiówka. Bohaterami opowiadań są zwykli ludzie, ich życie. Czasem opisywana jest jedna sytuacja, jeden dzień, innym razem akcja toczy się na przestrzeni kilku miesięcy czy lat. Nieraz w tych pozornie zwyczajnych sytuacjach Jacek Cygan trafia w samo sedno problemów przeżywanych przez wiele osób. Czytamy zatem o zdradzie, o przemijaniu, życiu w małżeństwie, ale też o światku teatralnym. W codzienne sytuacje autor wplata treść, która nakłania do refleksji i dostrzeżenia małych rzeczy. Bo przecież tak często nie dostrzegamy codzienności i piękna chwili, żyjąc marzeniami i planami na jutro. Jutro, jutro, jutro. A gdzie jest dzisiaj? No właśnie. Albo nie dostrzegamy tej krótkiej chwili, dzięki której życie może się całkowicie odmienić. Czasem warto skupić na moment myśli i zastanowić się, jak obecny dzień wpłynął na twoje życie. Na związek przyczynowo-skutkowy, na zauważenie, że nic nie dzieje się przypadkiem.
Mówiąc życiówka mam na myśli, że każdy czytelnik może odnieść opowiadanie do swojego życia. Mam na to swój osobisty przykład.
Pojechałam do mojego P. na weekend. Mieliśmy spędzić całe dwa dni razem, co niestety w sobotę się nie udało ze względu na jego zobowiązania zawodowo-hobbystyczne. Było mi bardzo przykro, czułam, że on ani na mnie nie patrzy, ani mnie nie dostrzega, że mimo obietnic nie ma dla mnie czasu. Ze względu na moje skłonności do depresji czułam się przez to bardzo źle. Nie chciało mi się nawet otwierać książki, ale ostatecznie nie miałam nic innego do roboty.
Mówcie co chcecie – że to przeznaczenie, traf, przypadek – otworzyłam książkę Jacka Cygana i przeczytałam początek opowiadania Trzy listki:

Stał w korku, bo wyjechał później niż zwykle. Żona zrobiła mu idiotyczną awanturę o to, że ją zaniedbuje. To nie nowość, ale samo wysłuchanie jej zajęło chyba z kwadrans. Jeszcze teraz w uszach huczały mu jej słowa: „Nie mam własnego życia. Zanim za ciebie wyszłam, byłam kimś, teraz jestem nikim. Poświęciłam się dla ciebie, dla twojej kariery!"
Znał to na pamięć. Ale dzisiaj doszedł nowy element. Żona powiedziała, że jest dla niego jak ze szkła, że w ogóle jej nie zauważa. Bardzo go to zabolało.

Słowa idealne wpasowane w moją sytuację, i pewnie nie tylko moją. Ten fragment bardzo mnie uspokoił, szczególnie ostatnie zdanie. Trochę też rozbawił bo… właściwie dlaczego ja jęczę i się smucę? Mam faceta, który ma pracę i pasję, i zamiast to docenić, udaję jęczącą księżniczkę. Czy ja nie potrafię sobie zorganizować czasu bez faceta obok? Czy czuję się dobrze jedynie wtedy, gdy jest obok, a gdy zostaję sama, to spadam w otchłań rozpaczy? NO CHYBA NIE.

Dzięki tej książce uniknęłam bezsensownego awanturowania się. Przeczytałam powyższy fragment jemu następnego dnia, kiedy leniuchowaliśmy nad jeziorem i poświęcaliśmy całą uwagę sobie nawzajem. „Przecież wiesz, że wcale tak nie jest”. Wiem.


Panie Jacku, dziękuję za biblioterapię! Ma się rozumieć, że polecam lekturę.

Znak literanova
Kraków 2016

niedziela, 22 marca 2015

Książka: Dorota Gąsiorowska "Obietnica Łucji"

Niejedna pisarka udowodniła, że można zadebiutować w wieku 40 +. Debiutancka powieść Doroty Gąsiorowskiej to kolejny przykład tego, że nigdy nie jest za późno, żeby spełniać marzenia. Z pewnością powieść „Obietnica Łucji” jest spełnionym marzeniem Doroty Gąsiorowskiej.

W „Obietnicy Łucji” mamy do czynienia z typową dość sytuacją, której każdy na jakimś etapie życia doświadczył w mniejszym bądź większym stopniu. Ucieczka. Chęć ucieczki bierze się z poczucia pustki, nietolerowania własnej, osobistej historii, niepogodzenia z własnym losem. Ze smutku, zranionego serca, zawiedzionych nadziei, niespełnionych marzeń, traumy z dzieciństwa, braku miłości i akceptacji. Jedni uciekną w alkohol, inni na kozetkę psychologa, a Łucja? Łucja wybiera to, na co decyduje się wiele kobiet (również autorka powieści): ucieka z miasta na wieś, gdzie będzie musiała zastąpić kozaczki na obcasach ciepłymi śniegowcami.

W Różanym Gaju, wsi położonej gdzieś na Podkarpaciu, Łucja – serdeczna, uprzejma, ale nieco wycofana i pogubiona - zaczyna pracę jako nauczycielka w miejscowej szkole. I zaczyna się opowieść, która w polskiej rzeczywistości raczej nie miałaby miejsca. Wszystko jest zbyt bajkowe, w tej opowieści nie ma problemów „natury technicznej”. Zostać prawnym opiekunem osieroconej dziewczynki, mimo że nie jest się z nią spokrewnionym? Nic prostszego. Dostać posadę nauczycielki mimo braku doświadczenia w zawodzie? Dlaczego nie. Zamieszkać ze swoją uczennicą? Proszę, choćby jutro. Zakochać się w mężczyźnie, choć nie było się z nim na ani jednej randce? Też można.

Niemniej jednak po niektóre książki sięga się właśnie po to, aby oderwać się na chwilę od szarej codzienności, prawda? Jeśli spojrzeć na „Obietnicę Łucji” z tej strony, to nie mam nic do zarzucenia. Mnie skutecznie oderwała od głowy nabitej w ostatnich dniach przeprowadzką. Historia Łucji, jej stopniowe odnajdywanie się w małej mieścinie, pobudzający wyobraźnię wątek zabytkowego pałacu Kreiwetsów, zacieśniająca się relacja między Łucją a jej uczennicą Anią… Czytałam z przyjemnością i skupieniem, mimo że łatwo było przewidzieć kolejne wydarzenia i zbiegi okoliczności. Tym bardziej, że tytuł każdego rozdziału jasno mówi, jak potoczą się dalsze losy bohaterów książki. Można mieć także zastrzeżenia odnośnie do kreowania niektórych bohaterów, w szczególności Ani, która prawie zupełnie została pozbawiona dziewczęcego wdzięku. Jest dziewczynką nad wyrost dojrzałą, tak dojrzałą, że czytając dialogi między Łucją a Anią miałam wrażenie, że przysłuchuję się rozmowie dwóch dorosłych kobiet, a nie kobiety i uczennicy podstawówki.


Wszystkie te mankamenty mogą irytować, ale warto odpuścić i uznać, że jest to ot taka powieść obyczajowa o poszukiwaniu miłości, dotrzymywaniu tajemnic i mijaniu się z prawdą, wewnętrznej przemianie. Wtedy lektura stanie się przyjemna. Trochę wyciskacz łez, trochę lukier i miód. Do przeczytania w weekend idealna. Dorota Gąsiorowska w moim odczuciu pisze nieco podobnie do Anny Ficner-Ogonowskiej, autorki „Alibi na szczęście”, „Kroku do szczęścia” i „Zgody na szczęście”. Ficner-Ogonowska ma wiele oddanych czytelniczek. Czy Gąsiorowska również odniesie sukces? To się okaże :) 

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o muzyce pojawiającej się w opowieści. Dzięki autorce książki poznałam subtelną muzykę zespołu Simplefields. Fortepian i męski wokal w roli głównej, polecam ;) 

Wydawnictwo Znak (Między Słowami), Kraków 2015

środa, 19 marca 2014

Książka: Maria Nurowska "Zabójca"

Rozkładam ręce i pytam: co się stało z Marią Nurowską?

Po jej książki sięgałam, kiedy miałam ochotę na coś lepszego niż przeciętną obyczajówkę. Ale jeśli jej kolejne powieści będą podobne do „Zabójcy”, książki Nurowskiej staną się dla mnie opowiastkami w sam raz do szybkiego przeczytania, i jeszcze szybszego zapomnienia.

Nurowska przyzwyczaiła mnie do zaglądania w głąb ludzkiej psychiki, do skrupulatnych portretów psychologicznych, do poranionych serc i skomplikowanych umysłów, ale też do bezlitosnej, szarej rzeczywistości otaczającej jej bohaterów. W „Zabójcy” znalazłam tylko to ostatnie – rzeczywistość osadzoną w sporej części w amerykańskim więzieniu San Quentin. Zresztą to już nie pierwszy raz, kiedy pisarka umieszcza bohaterów za kratkami – spójrzmy choćby na „Drzwi do piekła” (w porównaniu z „Zabójcą” – arcydzieło!).

Oprócz więzienia, w „Zabójcy” ujrzymy Tatry, które autorka również sobie ukochała, założyła nawet pensjonat w Bukowinie Tatrzańskiej. Dlatego zdziwiłam się, że główna bohaterka powieści, młoda dziennikarka Joanna Padlewska, ma o góralach bardzo krytyczne, jak najgorsze zdanie. Zastanawiam się, czy odzwierciedlają one prawdziwe spostrzeżenia Nurowskiej o góralach, czy celowo je przerysowała.

Owa dziennikarka postanawia napisać artykuł o Adamie - byłym więźniu San Quentin, Polaku, który został skazany za morderstwo, a po odsiadce wrócił do Zakopanego. Adam umożliwia Joannie dostęp do dzienników, w których dzień po dniu opisywał swoje więzienne życie. Fragmenty tych dzienników stanowią najlepszą część książki. Widać, że autorka „siedzi” w tematyce więziennej, pisze poruszająco, tak jakby sama obserwowała gdzieś z boku więzienne realia. Ale na tym kończą się niestety pozytywne aspekty książki.

Nie to, żeby reszta miała zostać przemilczana, kilka słów trzeba powiedzieć. Książkę czyta się ekspresowo. Jest krótka, chociaż ilość stron (270) może być myląca. Wystarczy jednak zajrzeć do środka, aby zauważyć, że połowę powierzchni strony zajmują marginesy, a tekst napisany jest zbyt dużym, jak na mój gust, stopniem pisma. Do tego szeroka interlinia i proszę – mamy książkę, która równie dobrze mogłaby być wydana w dwa razy mniejszej objętości. Bez sensu jednak oceniać książkę zarówno po liczbie stron. Wróćmy zatem do treści.

Joanna odwiedza Adama coraz częściej, wmawiając sobie, że jeździ do niego tylko w celach służbowych – zebrać materiał do artykułu. Łatwo się jednak domyślić, co będzie dalej. Opowiastka to przewidywalna, naiwna, a na dodatek mało realna. Bez wdawania się w szczegóły – wiele sytuacji w prawdziwym życiu po prostu nie mogłoby się wydarzyć, potwierdzicie to czytając książkę. Postaci są zarysowane zbyt ogólnie – nie wiem, co myślą, co czują. Kolejne wydarzenia po prostu „się dzieją”, nie wiadomo co kieruje bohaterami, czytelnik nie może się z nimi bliżej zapoznać. Czytając infantylne dialogi zastanawiałam się, czy to na pewno ta sama Maria Nurowska.

Przeciętniak, jakiego się nie spodziewałam.

Wydawnictwo Znak, Kraków 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Książka: "Niezwykła wędrówka Harolda Fry" Rachel Joyce, Znak, 2013.


Czytałam kiedyś „Pielgrzyma” Paolo Coelho. W książce nie zabrakło jego pseudopsychologicznych wywodów. Jeśli ktoś ma ochotę poczytać o pielgrzymowaniu w nieco prostszym wydaniu, polecam sięgnąć po książkę Rachel Joyce „Niezwykła wędrówka Harolda Fry”.

Tytułowy bohater to starszy człowiek, mąż i ojciec, mający sobie wiele do zarzucenia. Jego życie rodzinne nie poukładało się tak jak trzeba, ale teraz, kiedy jest już na emeryturze, raczej nie zmieni losu i nie sprawi, że żona spojrzy na niego przychylniejszym okiem, a on pozbędzie się wyrzutów sumienia.

Któregoś dnia Harold otrzymuje od swojej znajomej z przeszłości list, z którego dowiaduje się, że Queenie umiera na raka. Co można odpowiedzieć na taką wiadomość? Harold pisze kilka słów i wychodzi z domu z listem w kieszeni. Mija kolejne skrzynki pocztowe, jednak do żadnej z nich nie wrzuca listu, bo wciąż czuje, że słowa, które napisał, są niewystarczające. Popołudniowy spacer na pocztę zmienia się w wielotygodniową wędrówkę do hospicjum w Berwick, w którym leży Queenie.

Większość pomyśli: głupota. Starzec, który do tej pory wszędzie jeździł samochodem, chce przejść ponad 600 mil w żeglarskich butach, bez zapasów żywności? A jednak Harold idzie. Po drodze spotyka wiele osób opowiadających mu historię swego życia, wspierających go, dających schronienie nocą. Nie jest to wędrówka łatwa, ale Harold wierzy, że dopóki będzie szedł, Queenie będzie żyła. Kolejna głupota, czy ogromna wiara?

Wiadomo, że pieszej, samotnej wędrówce towarzyszą liczne wspomnienia, przemyślenia. Rachel Joyce opowiada historię pielgrzymowania Harolda bez filozofowania. Harold przypomina sobie wydarzenia z przeszłości, jednak ostateczne przemyślenia i interpretacja pozostawione są czytelnikowi.

Harolda można traktować jak kumpla Forresta Gumpa. Znakiem rozpoznawczym Forresta były buty do biegania, natomiast Harolda – buty żeglarskie. Obaj zapuścili brody, zniszczyli obuwie, ale sens ich wędrówki dostrzegło mnóstwo osób. Pamiętacie, jaki tłum biegł za Gumpem w filmie? Forrest początkowo uciekał przed złośliwymi kolegami, którzy śmiali się z jego szyn na nogach. Decyzja o podróży Harolda również była spontaniczna, po prostu wyszedł z domu, nie myśląc o tym, co będzie dalej. Całe to „dalej” tworzy powieść o tęsknocie, przebaczeniu, wytrwałości, pokorze, o życiu razem, a jednak osobno.

Nadmieniam, że nie jest to powieść skupiająca się na pielgrzymowaniu w wymiarze religijnym, główny bohater nie wierzy w Boga. Jednak podróż Harolda można porównać do drogi krzyżowej – zwątpienia, upadki. Dopiero co była Wielkanoc, więc myślę, że jest to lektura odpowiednia do przeczytania właśnie teraz. Daje do myślenia.
DlaLejdis.pl

piątek, 1 marca 2013

N. M. Kelby, „Białe trufle”, Znak Litera Nova, 2013.



Morele w koniaku czy flaki z olejem?

Lubię powieści, w które w sprytny sposób wplątano wątek kulinarny. Często jest to miejsce akcji, np. kuchnia restauracji lub zawód któregoś z bohaterów. Dzięki temu książka pachnie nie tylko tuszem i papierem, ale też przedstawionymi w niej potrawami. Sprawa się komplikuje, kiedy oprócz wymieniania sposobu wykonania kolejnych potraw, autor nie ma nic więcej do zaoferowania.

Do przeczytania „Białych trufli” skusił mnie tytuł i obiecująca notka na okładce, oraz to, że głównym bohaterem jest Auguste Escoffier – francuski szef kuchni, żyjący na przełomie XIX i XX w. 

Escoffier był niskim mężczyzną (wzrost korygował butami na koturnie), ale kto by się tym przejmował, skoro potrafił przyrządzić jajka na ponad sześćset sposobów?! Trudno się oprzeć mężczyźnie, który raczy kobietę potrawami-afrodyzjakami. W związku z tym zaskoczyło mnie, że swoją żonę poślubił w wyniku zakładu, a nie z miłości. Miłość oczywiście przyszła wraz z pierwszym spotkaniem w kuchni, ale było to uczucie, które napotkało wiele przeszkód.

„Białe trufle” opowiadają historię małżeństwa Escoffiera z Delphine. Małżeństwa, które istniało, a tak naprawdę wcale go nie było… Dla szefa kuchni miłością największą pozostało gotowanie. Z powodu pracy w hotelu Savoy mieszkał z dala od żony, odwiedzając ją i dzieci jedynie od święta. Escoffier przygotowywał jedzenie dla aktorów, polityków, wielkich sław. Dzisiaj można by powiedzieć, że kręcił się w celebryckim światku. Nic dziwnego, że przedstawicielki tego świata były także jego kochankami. N. M. Kelby opisuje fascynację Escoffiera aktorką Sarah Bernhardt, z którą miał romans. Oprócz tego przeczytamy o potrawach, które były nazywane przez Escoffiera imionami osób, dla których były gotowane. Jest ich dużo i są bardzo rozbudowane, często wymieniane są wszystkie składniki, sposób przyrządzenia, rodzaj garnków, w których mają być przygotowywane itd. Nieraz miałam wrażenie, że czytam przepis z książki kucharskiej, a nie powieść. Opisów umiejętności kulinarnych jest aż nadto, natomiast cierpi przez to fabuła. Autorka skupiła się na kulinariach, a sama fabuła w ogóle mnie nie wciągnęła, może przez narrację, która według mnie nie jest zajmująca. Urozmaiceniem są fragmenty „pamiętnika pisanego potrawami”, gdzie narratorem staje się sam Escoffier, ale są one mdłe, w przeciwieństwie do potraw mistrza kuchni francuskiej.

Uważam, że życie Escoffiera było fascynujące, ale sposób, w jaki podała je N. M. Kelby, nie oddaje tego w pełni. Książka nie jest biografią, a jedynie powieścią opartą na faktach, nie wiem ile w niej prawdziwych zdarzeń, a ile zmyślonych przez pisarkę. W każdym razie, zapowiadane „namiętności skąpane w smakach i zapachach” nie poruszyły mnie. Nie nazwałabym tej książki wykwintną wśród innych powieści. Ani nawet wisienką na torcie. Pozostańmy więc przy „Białych truflach”.

Z całej książki zapadł mi w pamięć tylko jeden cytat: „Ciesz się z zawodów miłosnych, póki możesz. Wkrótce pojawi się jakaś kobieta i zestarzejesz się jako mąż, ze zbyt dużą ilością dzieci i zbyt małą ilością snu”. Muszę też wypróbować przepis na aligot – ziemniaków w tak wykwintnej postaci jeszcze nie widzieliście!

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

wtorek, 27 listopada 2012

"Miłość oraz inne dysonanse", Janusz Leon Wiśniewski, Irada Wownenko, Znak Litera Nova, 2012.



„Miłość oraz inne dysonanse” to pierwsza książka autorstwa Janusza Leona Wiśniewskiego, po którą sięgnęłam. Wiele dobrego słyszałam o „Samotności w sieci”, dlatego pojawienie się nowej powieści wzbudziło moje zainteresowanie. Pomyślałam, że zacznę poznawać twórczość tego pisarza nie od początku, a od końca. Jednak po lekturze nie jestem pewna, czy w ogóle chcę poznawać poprzednie książki J. L. Wiśniewskiego… Nie, nie jest to tandetny romans, wręcz przeciwnie!

„Miłość oraz inne dysonanse” to wspólne dzieło polskiego pisarza (ale mieszkającego na stałe we Frankfurcie) oraz rosyjskiej pisarki Irady Wownenko. Zapewne w Polsce nikt o niej nie słyszał, za to o Wiśniewskim raczej wszyscy. Dlatego, mimo iż wkład pracy w książkę był porównywalny (tak mi się wydaje), nazwisko polskiego autora na okładce widać już z odległości kilku metrów od regału w księgarni, a dużo mniejsza Irada Wownenko widnieje, niczym nie rzucający się w oczy podtytuł, pod nazwiskiem mężczyzny. Ciekawe, czy rosyjskie wydanie wygląda inaczej. Fotografia na okładce sugeruje pełen namiętności romans wypełniający karty książki. Notka na ostatniej stronie również nie pozostawia wątpliwości. A tymczasem jest inaczej.

Anna jest mężatką, chociaż mąż już dawno przestał ją zauważać. Jedyny kontakt jaki mają ze sobą, to ten łóżkowy (z przymusu) oraz zdawkowe rozmowy, które sprowadzają się jedynie do krytykowania wad Anny przez męża Siergieja. Kobieta jakich wiele – samotna w małżeństwie.

Struna jest Polakiem, wykształconym krytykiem muzycznym. Przystojny, inteligentny, właściwie byłby nudnym bohaterem, gdyby nie fakt, że jest pacjentem szpitala psychiatrycznego w Pankow w Niemczech. Dzięki temu poznajemy kilka barwnych postaci, rozmowy Struny z kumplami ze szpitala zajmują sporo miejsca. J. L. Wiśniewski ma dość charakterystyczny styl pisania. Jest jednym z najlepiej wykształconych pisarzy polskich (magister fizyki, doktor informatyki, doktor habilitowany chemii), i te jego umiejętności widać w tekście jak na dłoni. Nie jest pierwszym lepszym autorem piszącym o związkach, jest jedyny w swoim rodzaju, ale jednocześnie trochę przez to przerysowany, czuć trochę ten naukowy charakter. Według mnie przenosi za dużo własnych poglądów i przemyśleń na różne tematy do literatury. Wiele razy czułam się jakbym czytała artykuł naukowy zamieszczony w czasopiśmie z jakiejś dziedziny. Nie mówię o muzyce, której rzeczywiście jest mnóstwo i jest naprawdę świetnie opisana; tak miało być, w końcu Struna jest muzykiem. Bez muzyki ta ksiązka nie istniałaby, bo w większości właśnie ona budzi uczucia w bohaterach. Nie chcę, żeby ktoś mnie źle rozumiał: nie spodziewałam się lekkiej lektury niewymagającej myślenia. Jednak sięgając po książkę o tytule „Miłość oraz inne dysonanse”, lekko się podenerwowałam czytając kilka stron wywodów o Smoleńsku, kiedy temat tej strasznej katastrofy jest wałkowany od przeszło dwóch lat, i wyświechtany ze wszystkich stron. Nie powinno się go przenosić według mnie do powieści „pełnej namiętności i muzyki”, bo żar miłości nie współgra mi z lotem Tupolewa.

Mocną stroną książki rzeczywiście jest muzyka. Muzyka klasyczna, gwoli ścisłości. Struna jest zafascynowany Chopinem, Horowitzem, i wieloma innymi artystami. Jest też poezja, np. Wojaczek. Oprócz klasyki pojawia się też Matisyahu śpiewający reggae („To chyba najbardziej cool Żyd, jakiego znam. Oprócz Jezusa…”) oraz rosyjska kapela Leningrad (ostro skrytykowana przez Strunę, według mnie warto się z nią zapoznać).

Jeśli ktoś czytając tę recenzję odniósł wrażenie, że mało w tym wszystkim namiętności, nie będę wyprowadzać z błędu. „Miłość oraz inne dysonanse” ma prawie 500 stron, a zanim Anna i Struna w końcu się spotkają, trzeba przeczytać około ¾ powieści. Po drodze są oczywiście spotkania z innymi kobietami, akcja kilkakrotnie przenosi się z miejsca w miejsce. Jest Polska, Rosja, Niemcy. Ma to swój urok, dowiadujemy się co nieco o obywatelach poszczególnych państw i ich życiu. Ciekawym pomysłem jest też narracja z dwóch punktów widzenia: Anny i Struny.

Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy książka mi się podobała. Na pewno fabuła jest przemyślana, wszystkie wydarzenia prowadzą w końcu do spotkania głównych bohaterów. Według mnie, gdyby usunąć wątek miłosny, mogłaby pozostać świetna lektura o życiu w murach zakładu psychiatrycznego. Gdyby z kolei usunąć Pankow, a skupić się na dwojgu kochanków, byłby dobry romans. A razem jakoś to wszystko mi nie współgra.

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

środa, 14 listopada 2012

„Jak zostałem premierem. Rozmowy pełne Moralnego Niepokoju”, Robert Górski w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem, Znak Litera Nova, 2012.



Robert Górski – Góral, Badyl, George Owens, Premier. Nieważne, jak go nazwiemy, wszyscy znamy lidera Kabaretu Moralnego Niepokoju. Wiemy, że jest znakomitym, błyskotliwym kabareciarzem, ale do tej pory nie dał się poznać ze strony prywatnej. Teraz mamy okazję zobaczyć, czy schodząc ze sceny, wciąż pozostaje mistrzem ciętych ripost i inteligentnych żartów. Wszystko dzięki książce „Jak zostałem premierem. Rozmowy pełne moralnego niepokoju”.

Okładka sugeruje żartobliwy charakter publikacji. Oto widzimy pana Roberta w garniturze, wciśniętego w złote koło ratunkowe. Złota jest także poszetka od garnituru (przecież każdy element stroju musi do siebie pasować!), w końcu złote litery i taki sam tył okładki. Myślę, że ten przesyt złota jest celowy, w każdym razie prezentuje się doskonale. A charakterystyczny uśmieszek Górala na fotografii – cóż, wpatrując się w niego, tylko czekam, aż zacznie w znajomy sobie sposób nerwowo przewracać oczami, wymyślając tekst, którym chciałby wszystkich czytelników rozbawić na dobry początek.

Jeśli przedmowę pisze Artur Andrus, wiedz, że książka musi być godna uwagi. Mariusz Cieślik rozmawia z Robertem Górskim o czasach przed-kabaretowych, studiach, rodzicach, partnerce i synku. W końcu o tym, jak z paczką kumpli zaczęli tworzyć kabaret, który miał być tylko jednorazową przygodą na uczelnianych występach. Opowiada o sytuacjach w życiu, które go inspirują do napisania skeczów. Będziecie zdziwieni, że niektóre z nich wydarzyły się naprawdę! Tematy rozmów zgrabnie łączą się z zamieszczonymi w książce scenariuszami występów kabaretowych. Według mnie zajmują one zbyt wiele miejsca. Wolałabym, aby ten wywiad-rzeka był najważniejszym elementem, jednak skecze Kabaretu Moralnego Niepokoju i rozmowa mają mniej więcej podobną objętość. Dla fanów Kabaretu może to być rarytas. Uwielbiam KMN, ale dla mnie skecze w tej książce są po prostu zbędne, ponieważ znam je wszystkie prawie że na pamięć (ciężko ich nie znać, bo w większości są to hity sprzed kilku lat). Otwierając książkę cieszyłam się, że mam przed sobą prawie 200 stron rozmowy Górskiego z Cieślikiem, ale jak się okazało, jest ich sporo mniej... Dlatego, kończąc „Jak zostałem premierem” w zaledwie dwa wieczory, czułam niedosyt. Za mało, za krótko! „Będzie Pan zadowolony. I Pani też!”. Zadowolona jestem, ale daleko mi jeszcze do skakania ze szczęścia.

Oglądając „Posiedzenia Rządu”, w których pan Robert pełni rolę premiera, zastanawiałam się, jakie tak naprawdę są jego poglądy polityczne. Poczytamy o wielu interesujących faktach z życia kabareciarza, ale jeśli chodzi o sprawy polityczne – woli milczeć i ograniczyć się do odgrywania postaci szefa rządu na ekranie telewizora. Trzeba przyznać, wychodzi mu to znakomicie. Kto nigdy nie widział, z pomocą spieszy tekst jednego z posiedzeń rządu: „Straszenie PiS-em”.

Świetnym pomysłem są wypowiedzi osób związanych z polską sceną kabaretową na temat Roberta Górskiego. Środowisko kabaretowe jest chyba jedynym, w którym nie odczuwa się rywalizacji, wszyscy się lubią i potrafią ciepło i zabawnie wypowiadać się o innych artystach. Miło się to czyta. Prawdziwy wybuch śmiechu wywołały także wyrwane z kontekstu notatki Górskiego, zamieszczone na końcu książki. Nieraz są rozbrajające („Nie podoba mi się, że łysieję, ale trudno”, a nieraz po prostu budzą sympatię („Uważam, że świat bez dzieci nie miałby sensu”).

Osobę Roberta Górskiego przedstawioną w książce bardzo trafnie i błyskotliwie podsumowuje Joanna Kołaczkowska: „Nie ma lepszych, nie ma innych, niczego nie ma”. Bardzo dobrze, że został Premierem!

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

wtorek, 30 października 2012

„Krok do szczęścia”, Anna Ficner-Ogonowska, Znak, 2012.



Zastanawiam się, gdzie ja byłam (lub raczej: co czytałam), kiedy jakiś czas temu na portalach i blogach pojawiały się coraz to lepsze recenzje książki „Alibi na szczęście”, która była debiutem literackim Anny Ficner-Ogonowskiej. Biję się w pierś i karzę w duchu, że przegapiłam tę powieść. Dlaczego? A dlatego, że właśnie skończyłam czytać drugą część rozpoczętej w debiucie historii – „Krok do szczęścia”.

Zgodnie z radą na ostatniej stronie okładki, zaparzyłam dobrą herbatę i sięgnęłam po lekturę. Herbata szybko się skończyła, a opowieść tak mnie wciągnęła, że nie miałam ochoty wstawać i iść do kuchni po kolejny aromatyczny napar. Od pierwszych stron wsiąknęłam w opowieść o Hance. Czułam, że znalazłam się w środku rozpoczętych już w pierwszej części wątków, ale nie przeszkadzało mi to we wciągnięciu się w bieg wydarzeń. Tym bardziej, że główna bohaterka, nie dość że jest moją imienniczką, to jeszcze tak bardzo przypomina mnie samą… Myślę, że sporo czytelniczek zauważy to samo. Bo Hanka to zwyczajna kobieta, którą jakiś czas temu los wystawił na próbę. Musiała zmierzyć się z osobistym dramatem, odciąć się od przeszłości i zacząć żyć na nowo. Niezależnie od wieku, jestem pewna, że każda z nas doświadczyła w swoim życiu czegoś smutnego, zupełnie przytłaczającego, o czym chciałoby się zapomnieć, ale po prostu się nie da. Dlatego od samego początku zaczęłam kibicować Hance. Hance i Mikołajowi.

Mikołaj jest idealny. Znosi zagubienie uczuciowe Hani z cierpliwością. Walczy o nią, czeka, zabiega o jej uwagę, chociaż bywa ciężko. Myśli o niej nieustannie, najchętniej otoczyłby ją ochronnym ramieniem, i nigdy nie puszczał. Wierzę, że tacy faceci istnieją naprawdę, nie tylko w literaturze. Wiele kobiet nie odstępowałoby takiego mężczyzny na krok, ale Hania… Hania ciągle myśli o Tamtym, którego Bóg zabrał już do siebie.

Pokiereszowane serce Hanki mogłoby zaznać spokoju, gdyby nie wydarzenia, w których kobieta musi uczestniczyć. Jej najlepsza przyjaciółka, prawie siostra, przygotowuje się do ślubu i do narodzin dziecka. Hania musi stawić czoło temu, co jej również było dane, ale zbyt szybko odebrane. Na dodatek odkrywa fakty z przeszłości, które nie wyszły wcześniej na jaw. Przechodzi tyle perturbacji w życiu, że rzeczywiście ciężko uwierzyć, jakim cudem taka szczupła, delikatna osóbka może to wszystko udźwignąć. Gdyby nie Mikołaj, pewnie by nie udźwignęła...

Jestem pod wrażeniem tego, jak autorka Anna Ficner-Ogonowska potrafi opisywać to, co się dzieje z człowiekiem w stanie zakochania. Namiętność, pożądanie, tęsknotę opisuje z wyczuciem, nie zniżając się do poziomu nic nie wartego erotyka. Wśród tych wszystkich emocji czuć prawdziwą miłość. Oprócz miłości czytamy o wspomnianych wyżej rodzinnych tajemnicach, uśmiechamy się do narzekającej na niedogodności ciążowe Dominiki, i wsłuchujemy się w rady cudownej, starszej pani Irenki, bo nic tak człowieka nie kształci, jak życie.

Język nie jest skomplikowany, ale nie każda treść potrzebuje wielkich słów. W pewnym momencie narracja zaczyna się trochę dłużyć, jednak ogólnie kolejne wydarzenia niosą czytelnika tak dynamicznie, że ciężko się oderwać od lektury. A będzie i śmiech, i płacz, i żal, i współczucie. Atutem, ledwie zauważalnym, bo zajmującym jedynie kilka linijek w całej książce, jest nawiązanie do literatury Williama Whartona. Jeśli miałam jakieś wątpliwości co do sympatii do autorki książki, tymi kilkoma linijkami kompletnie je rozwiała.

W oczekiwaniu na trzecią część losów Hani, sięgnę po przegapione „Alibi na szczęście”. Życzę sobie i wszystkim czytelniczkom jak najkrótszego oczekiwania na kolejną książkę autorki.

Recenzja opublikowana na Kobieta20.pl

niedziela, 12 sierpnia 2012

„Dziewczyna z portretu”, David Ebershoff, Wydawnictwo Znak, 2012.


Bardzo lubię tematykę LGBT w literaturze pięknej. Zawsze znajduję w niej nowe aspekty miłości, odkrywania samego siebie. Często są to historie niebanalne, kontrowersyjne, mocne, bez owijania w bawełnę. Właśnie dlatego sięgnęłam po „Dziewczynę z portretu”.

Nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że akcja powieści toczy się prawie sto lat temu. To, co kiedyś było tematem tabu, nowością, chorobliwym odchyleniem i czymś nie do przyjęcia, dziś jest już na porządku dziennym i nikogo nie dziwi. Jednocześnie to, co współcześnie jest rozbuchane przez społeczeństwo, kiedyś było sprawą intymną, nie wychodzącą poza cztery ściany domu. W opowieści o Einarze, który przemienił się w Lili, wszystko jest tajemnicą, o całej sprawie wie tylko kilka osób. Dziś osoba pragnąca zmienić płeć sama poszłaby opowiedzieć o tym na łamach gazet. A cały ten proces zaczął się właśnie od Einara Wegenera, pierwszej osoby, u której przeprowadzono operację zmiany płci.

Są lata 20. ubiegłego wieku, wczesna wiosna w Kopenhadze. Greta Wegener i jej mąż Einar są małżeństwem od kilku lat, oboje zajmują się malarstwem. Jednego kwietniowego dnia kobieta pozująca Grecie do portretu nie może się zjawić w mieszkaniu małżeństwa. Zastępuje ją Einar, przecież żona musi dokończyć jak najszybciej obraz. Nieco zbity z tropu małżonek zakłada sukienkę, pończochy, buty na wysokim obcasie. Spokojne dotąd wspólne życie Grety i Einara w jednej chwili, podczas malowania obrazu, bezpowrotnie się zmienia. Einar odkrywa w sobie… kobietę. Jednorazowa sytuacja i kiepski żart („Może nazwiemy cię Lili?”*) przeradza się w realną codzienność, nowe życie, w które oprócz Einara i Grety, wprowadza się także Lili. 

Nie interesuję się malarstwem na tyle, żeby wiedzieć od początku, że Einar Wegener i Greta są postaciami autentycznymi, a historia opisana przez Davida Ebershoffa wydarzyła się naprawdę. Wprawdzie autor podkreśla, że nie jest to powieść biograficzna, bo wiele sytuacji zostało przez niego zmyślonych, to jednak byłam pod wielkim wrażeniem tego, co wydarzyło się na kartach książki. Na pewno nie zostanę fanką autora. Wprawdzie perfekcyjnie oddaje ducha i krajobraz tamtych czasów, to jednak mnogość chaotycznych zdań, powtórzeń i niedopracowanych dialogów nieraz odwracały moją uwagę od książki. W związku z tym lektura trochę się dłużyła. Poza tym zauważyłam sporo dygresji i retrospekcji, przez co czasem gubiłam wątek. 

Sama osoba Einara/Lili zafascynowała mnie. Co ten człowiek musiał mieć w głowie, ile tajemnicy w sobie skrywał, żyjąc w małżeństwie z kobietą. Ile wstydu musiał pokonać, aby ujawnić światu swoje prawdziwe oblicze… I jak cudowną miał żonę, która zamiast opuścić go i brzydzić się nim po „poznaniu” Lili, wspierała go całym sercem i nadal kochała! Dla Grety Lili była inspiracją – stała się główną modelką do jej obrazów, które zaczęły się sprzedawać jak świeże bułeczki. Z kolei Lili zrezygnowała z zawodu malarza, oddając się w pełni swojej nowej osobie. Właśnie najbardziej dziwiła mnie Greta. Patrząc trzeźwym okiem, nawet na dzisiejsze czasy: czy któraś z was, dowiedziawszy się, że w waszym mężu drzemie więcej kobiety niż mężczyzny, popychałybyście go do dalszej przemiany i kupowałybyście mu nowe sukienki i biżuterię? Miłość Grety, zamiast wygasnąć, jeszcze bardziej się umocniła. Jej mąż stał się przyjaciółką, z którą można chodzić na zakupy. 

Na okładce książki „Dziewczynę z portretu” rekomendują głośny ostatnio pisarz Michał Witkowski oraz posłanka Anna Grodzka, która urodziła się jako mężczyzna. Trudno o lepszy wybór, tematyka oddająca ich życie, szczególnie Anny Grodzkiej. Dodając trzy grosze ode mnie, polecam „Dziewczynę z portretu” historykom sztuki, miłośnikom literatury, której akcja dzieje się w odległych czasach, oraz wszystkim tolerancyjnym osobom, spragnionym niebanalnej historii miłosnej.

* s. 21.

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl: KLIK :)
 

sobota, 24 marca 2012

"Drzwi do piekła", Maria Nurowska, Znak, 2012.


Jakbyś się zachowała, będąc młodą, zdrową, wykształconą pisarką, mężatką kochającą swojego męża? Biorąc jednak pod uwagę, że ten mąż Cię zdradza, a Ty o tym wiesz, i na to pozwalasz, wręcz sama go do tego popychasz...

Biorąc pod uwagę również jeden mankament: mąż uważa Cię za zakompleksioną pisarkę drugiego rzędu. I przede wszystkim, biorąc pod uwagę to, że zakochałaś się w intelekcie ukochanego, a w jego ciele niestety nie. Seks z nim jest przykrym obowiązkiem, pragniesz być przy nim, a jednocześnie czujesz niechęć i obrzydzenie. Stąd ta gra w dozwolone, kontrolowane zdrady. Czy pierwsze, co Ci przyszło na myśl, to rozwód? Tak, najprostsze rozwiązanie dla dogorywającego małżeństwa. Jednak Daria z Edwardem mimo wszystko nie mogą żyć bez siebie. Z sobą też nie! Razem ciężko żyć, osobno źle, śpiewała swego czasu Urszula. A zatem… jeden strzał w plecy i jedno z nich nie żyje. 


Daria trafia do Zakładu Karnego dla Kobiet w Kowańcu. Za zabójstwo męża dostaje 12 lat. Tutaj historia mogłaby się kończyć, co się może dziać w babskim więzieniu… Bród, przekleństwa, depresje, praca, pasiaki. Jednak czasem człowiek musi upaść na samo dno, żeby usłyszeć pukanie od spodu. 

Daria Tarnowska w pierwszych dniach odsiadki przeżywa psychiczne i fizyczne katusze, szczególnie ze strony otyłej, rubasznej lesbijki Agaty, z którą dzieli celę. Daria postanawia milczeć, nie mówić nic o sobie, ale też pokazać, że nie pozwoli się poniżyć. Nie chce być „frajerką”, jak nazywane są więźniarki, które od początku nie potrafiły postawić na swoim i pokazać, że będą grały wysoką rangę wśród oskarżonych. Jeżeli ocenią cię na frajerkę, będziesz musiała stale płacić – tymi słowami ostrzega Darię jej pani wychowawca – Iza. Okazuje się to być ostrzeżeniem na miarę złota. Daria dobrze zdaje sobie sprawę, że gdyby nie Iza, schamiałaby, zginęłaby w tym więzieniu. Ale los i dobre chęci Izy sprawiają, że Daria odnajduje swoje miejsce za kratami. Jest to biblioteka, w której ma pracować. Przy okazji coraz więcej więźniarek rozpoznaje w Darii znaną pisarkę i osobę, która wie więcej. Zyskuje sobie respekt, nawet ze strażniczkami jest na ty, tak samo jak z Izą.
            
Maria Nurowska stworzyła bohaterkę, która jest w swoim życiu zagubiona. Jedyną osobą, przed którą potrafiła się otworzyć, z którą lubiła rozmawiać, był jej mąż. A w więzieniu to ona staje się spowiednikiem cudzych problemów. Więźniarki lgną do rozmowy z nią, mają potrzebę opowiedzenia tej kobiecie ich własnych historii, historii strasznych, bo przecież przestępstw. Więzienie stanowi dla Darii swego rodzaju czyściec: powoli odkrywa własną wartość, której nie znała za życia męża. 

Trudno stwierdzić, czy Daria jest bohaterką pozytywną. Nie potrafię powiedzieć, czy ją polubiłam. W końcu przy zdrowych zmysłach pociągnęła za spust. Na pewno jej historia, w której wydarzenia z więzienia przeplatają się z opowieścią o jej małżeństwie, począwszy od poznania przyszłego męża aż do chwili zabójstwa, budzi współczucie. Wiele razy zastanawiałam się, tak samo jak wychowawca Iza, czy nie łatwiej byłoby się rozwieść? Jednak z biegiem czasu rozumiałam jej postawę. Mimo że czasu na zapoznanie się z bohaterką było niewiele – książka nie ma podziału na rozdziały, dlatego czyta się ją jednym tchem. Drzwi do piekła przypomina mi nieco Skazanych na Shawshank (mówię tu o filmie, książki nie czytałam). W książce Nurowskiej, tak jak i w ww. filmie, biblioteka odgrywa ważną rolę. Jest miejscem, gdzie więzienna wegetacja ucieka od rutyny i bólu codzienności, a książka i literatura sprawiają, że więźniarki dostrzegają w życiu coś więcej niż tylko poniżanie drugiej osoby.

Jest to opowieść o przemianie, o życiu za kratami, które paradoksalnie okazało się lepsze od życia w zniewoleniu miłości. O sile, jaką kobieta potrafi z siebie wykrzesać w obliczu zagrożenia. Nie jest to lektura lekka i łatwa w odbiorze, ale właśnie tego potrzebowałam: chwili skupienia i mocnej historii bez lukru.


Recenzja opublikowana na portalu kobieta20.pl