„Miłość oraz inne dysonanse” to
pierwsza książka autorstwa Janusza Leona Wiśniewskiego, po którą sięgnęłam.
Wiele dobrego słyszałam o „Samotności w sieci”, dlatego pojawienie się nowej
powieści wzbudziło moje zainteresowanie. Pomyślałam, że zacznę poznawać
twórczość tego pisarza nie od początku, a od końca. Jednak po lekturze nie
jestem pewna, czy w ogóle chcę poznawać poprzednie książki J. L. Wiśniewskiego…
Nie, nie jest to tandetny romans, wręcz przeciwnie!
„Miłość oraz inne dysonanse” to
wspólne dzieło polskiego pisarza (ale mieszkającego na stałe we Frankfurcie)
oraz rosyjskiej pisarki Irady Wownenko. Zapewne w Polsce nikt o niej nie
słyszał, za to o Wiśniewskim raczej wszyscy. Dlatego, mimo iż wkład pracy w
książkę był porównywalny (tak mi się wydaje), nazwisko polskiego autora na
okładce widać już z odległości kilku metrów od regału w księgarni, a dużo
mniejsza Irada Wownenko widnieje, niczym nie rzucający się w oczy podtytuł, pod
nazwiskiem mężczyzny. Ciekawe, czy rosyjskie wydanie wygląda inaczej. Fotografia
na okładce sugeruje pełen namiętności romans wypełniający karty książki. Notka
na ostatniej stronie również nie pozostawia wątpliwości. A tymczasem jest
inaczej.
Anna jest mężatką, chociaż mąż
już dawno przestał ją zauważać. Jedyny kontakt jaki mają ze sobą, to ten
łóżkowy (z przymusu) oraz zdawkowe rozmowy, które sprowadzają się jedynie do
krytykowania wad Anny przez męża Siergieja. Kobieta jakich wiele – samotna w
małżeństwie.
Struna jest Polakiem,
wykształconym krytykiem muzycznym. Przystojny, inteligentny, właściwie byłby
nudnym bohaterem, gdyby nie fakt, że jest pacjentem szpitala psychiatrycznego w
Pankow w Niemczech. Dzięki temu poznajemy kilka barwnych postaci, rozmowy
Struny z kumplami ze szpitala zajmują sporo miejsca. J. L. Wiśniewski ma dość
charakterystyczny styl pisania. Jest jednym z najlepiej wykształconych pisarzy
polskich (magister fizyki, doktor informatyki, doktor habilitowany chemii), i
te jego umiejętności widać w tekście jak na dłoni. Nie jest pierwszym lepszym
autorem piszącym o związkach, jest jedyny w swoim rodzaju, ale jednocześnie
trochę przez to przerysowany, czuć trochę ten naukowy charakter. Według mnie przenosi
za dużo własnych poglądów i przemyśleń na różne tematy do literatury. Wiele
razy czułam się jakbym czytała artykuł naukowy zamieszczony w czasopiśmie z
jakiejś dziedziny. Nie mówię o muzyce, której rzeczywiście jest mnóstwo i jest
naprawdę świetnie opisana; tak miało być, w końcu Struna jest muzykiem. Bez
muzyki ta ksiązka nie istniałaby, bo w większości właśnie ona budzi uczucia w
bohaterach. Nie chcę, żeby ktoś mnie źle rozumiał: nie spodziewałam się lekkiej
lektury niewymagającej myślenia. Jednak sięgając po książkę o tytule „Miłość
oraz inne dysonanse”, lekko się podenerwowałam czytając kilka stron wywodów o
Smoleńsku, kiedy temat tej strasznej katastrofy jest wałkowany od przeszło
dwóch lat, i wyświechtany ze wszystkich stron. Nie powinno się go przenosić według
mnie do powieści „pełnej namiętności i muzyki”, bo żar miłości nie współgra mi
z lotem Tupolewa.
Mocną stroną książki rzeczywiście
jest muzyka. Muzyka klasyczna, gwoli ścisłości. Struna jest zafascynowany
Chopinem, Horowitzem, i wieloma innymi artystami. Jest też poezja, np. Wojaczek.
Oprócz klasyki pojawia się też Matisyahu śpiewający reggae („To chyba
najbardziej cool Żyd, jakiego znam.
Oprócz Jezusa…”) oraz rosyjska kapela Leningrad (ostro skrytykowana przez
Strunę, według mnie warto się z nią zapoznać).
Jeśli ktoś czytając tę recenzję
odniósł wrażenie, że mało w tym wszystkim namiętności, nie będę wyprowadzać z
błędu. „Miłość oraz inne dysonanse” ma prawie 500 stron, a zanim Anna i Struna
w końcu się spotkają, trzeba przeczytać około ¾ powieści. Po drodze są
oczywiście spotkania z innymi kobietami, akcja kilkakrotnie przenosi się z miejsca
w miejsce. Jest Polska, Rosja, Niemcy. Ma to swój urok, dowiadujemy się co
nieco o obywatelach poszczególnych państw i ich życiu. Ciekawym pomysłem jest
też narracja z dwóch punktów widzenia: Anny i Struny.
Nie potrafię jednoznacznie
stwierdzić, czy książka mi się podobała. Na pewno fabuła jest przemyślana,
wszystkie wydarzenia prowadzą w końcu do spotkania głównych bohaterów. Według mnie, gdyby usunąć wątek miłosny, mogłaby pozostać świetna lektura o
życiu w murach zakładu psychiatrycznego. Gdyby z kolei usunąć Pankow, a skupić
się na dwojgu kochanków, byłby dobry romans. A razem jakoś to wszystko mi nie
współgra.
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl