Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2015

Film: Wielkie oczy, reż. Tim Burton

źródło: filmweb.pl
Dzisiaj o filmie, z którego krzyczy przesłanie: co twoje, to i moje; co moje, to nie ruszaj!

W porównaniu z innymi filmami Tima Burtona, np. „Edwardem Nożycorękim”, „Sokiem z żuka” czy „Sweeneyem Toddem”, „Wielkie oczy” to film dużo subtelniejszy i nieposiadający tak wielu „burtonowych” cech charakterystycznych. Nie zobaczymy w nim także tak często pojawiających się w filmach reżysera aktorów: Heleny Bonham Carter i Johnny'ego Deppa.

W „Wielkich oczach” pierwsze skrzypce gra Christoph Waltz, wcielający się w rolę Waltera Keane - podstępnego krętacza o niespełnionych ambicjach artystycznych, potrafiącego zrobić wiele, aby ludzie uwierzyli w jego talent i wielbili go. I choć jest to oparta na faktach biograficzna opowieść o twórczości stojącej w cieniu Waltera żony – Margaret Keane – to jednak właśnie Walter, tak w życiu, jak i w filmie, przyćmił dość nijaką Margaret. 

źródło: keane-eyes.com
Margaret Keane w domowym zaciszu tworzyła obrazy smutnych dzieci posiadających nienaturalnie wielkie oczy. Na pierwszy rzut oka widać, że były to prace bardzo kobiece, zresztą w kilku scenach w filmie jest to podkreślane. Mimo to bardzo łatwo pozwoliła przypisać ich autorstwo swojemu mężowi. Amy Adams gra więc kobietę bardzo uległą, naiwną, troszkę nijaką, przez co rola Christopha Waltza jeszcze bardziej wysuwa się na pierwszy plan. Według mnie jego postać jest aż nadto przerysowana. Widz od samego początku wie, że Walter Keane jest oszustem i tyranem, który opanował do perfekcji manipulację swoją żoną. A jednak do samego końca filmu da się zliczyć wiele scen, przypominających odbiorcy  o charakterze tego bohatera, choćby scena obrzucania Margaret  zarobionymi „wspólnie” pieniędzmi. Po pewnym czasie takie przerysowanie bohatera staje się irytujące. Osobiście chętnie zobaczyłabym na miejscu Christopha Waltza innego aktora, który według mnie idealnie nadawałby się do roli kłótliwego krętacza: Leonardo DiCaprio. Sugeruję jego nazwisko, bo chyba nigdy nie widziałam lepiej zagranej sceny kłótni niż w filmie „Droga do szczęścia” z  DiCaprio i Kate Winslet. Zagrałby też doskonale manipulatora i fałszerza; wspomnijmy choćby jego rolę w „Złap mnie, jeśli potrafisz”.


Wracając do „Wielkich oczu”, fani Tima Burtona mogą być delikatnie zawiedzeni, że nie jest to „typowy” burtonowski film. Nie został jednak całkowicie pozbawiony tego klimatu, da się zauważyć charakterystyczne dla tego reżysera smaczki. Uważam, że w filmie zostały poruszone bardzo ważne kwestie – życia w toksycznym związku, uzależnienia od drugiej osoby, życia z ciężarem kłamstwa (w końcu Margaret również brała udział w oszustwie), konsumpcjonizmu (świat oszalał na punkcie wielkich oczu smutnych dzieci i kobiet).

źródło: margaretkeane.com

Mimo wyżej wspominanego przerysowania Waltera oraz nijakości Margaret, film nadal ogląda się z przyjemnością, między innymi dzięki oddaniu klimatu lat 60. ubiegłego wieku (kostiumy, sceneria). Nie jest to trudny w odbiorze biograficzny dramat psychologiczny, wbijający w fotel i skłaniający do wielogodzinnych rozmyślań nad ludzką naturą.

Polecam w wolnym czasie obejrzeć „Wielkie oczy”. Być może z obrazów Margaret Keane bije kicz i masówka, jednak osobiście uważam, że te dzieciaczki cieszą oko (przynajmniej moje). Niech ucieszą i Twoje!

Recenzja opublikowana na dlaLejdis.pl

środa, 4 lutego 2015

Książka: Marek Piekarczyk "Zwierzenia kontestatora" (rozmawiał Leszek Gnoiński)

Coraz częściej mam ochotę ściągnąć ze ściany w moim pokoju dwa plakaty przedstawiające Elvisa Presleya i Jima Morrisona. Elvis – portret z początków kariery, powłóczyste spojrzenie. Jim – nagi, ręce rozłożone jak do ukrzyżowania. Obaj w jakiś sposób piękni, ale nie chcę już na nich patrzeć, bo nie są dla mnie żadnymi autorytetami. Życie w sidłach jakiegokolwiek nałogu nigdy nie będzie dla mnie autorytetem. Życie skończone poniekąd z własnej woli przecież - never ever autorytet.
Co w zamian? Trzeba chłopaków kimś, albo czymś, zastąpić. Pokażcie mi faceta, gwiazdę rocka, który nie dał się nałogom, nigdy nie gwiazdorzył, zawsze pozostawał sobą, miał godny podziwu, choć prosty (i jednocześnie niestety coraz rzadziej spotykany) system wartości, dał setki koncertów, pisze wspaniałą muzykę i teksty… i który nadal ŻYJE i robi swoje. Bo taką osobę, proszę ja was, mogę już nazwać jakimś autorytetem. Nie muszę nawet daleko szukać. Może na ścianie zawieszę jeden z tekstów piosenek autorstwa Marka Piekarczyka.

Przeczytałam wywiad-rzekę z Markiem Piekarczykiem, przeprowadzony przez Leszka Gnoińskiego. Jeśli mam w kilku słowach określić, jakiego pana Marka poznałam dzięki „Zwierzeniom kontestatora” i stworzyć hasło „Marek Piekarczyk” w słowniku who is who, to napisałabym coś w stylu:

Normalny, dobry, honorowy mężczyzna, który potrafi zagrać Jezusa, potrafi zaśpiewać tak, że z podziwu wzdychasz „O, Jezu”, i który jest prawdziwy tak, że Jezus może być o niego spokojny, bo zwycięstwo zaczyna się od prawdy.

Normalny, dobry, honorowy – przecież to są określenia tak wyświechtane, że w ogóle po co o nich mówić? Może lepiej nawijać o TSA i wszystkich muzycznych sukcesach? Oj, jestem pewna, że fani TSA mają większą wiedzę na temat sukcesów i porażek muzycznych Marka Piekarczyka, niż ja. Wolę się więc skupić na tej normalności i honorze. Mówię o tym, wiedząc, że są to słowa-banały, a jednak wydaje mi się, że są to cechy coraz bardziej deficytowe. Brakuje w dzisiejszym świecie artystów z prawdziwego zdarzenia, którzy pozostają dobrzy, honorowi, NORMALNI. A Marek Piekarczyk taki jest, w tej książce nie ma żadnej ściemy. To nie jest autobiografia, którą mógł pisać zastanawiając się milion razy nad każdym słowem i koloryzując przeżyte historie wedle potrzeb. To były rozmowy z cenionym dziennikarzem muzycznym (i podejrzewam, że serdecznym kumplem Piekarczyka), w których nie było miejsca na mijanie się z prawdą.

Przypuszczałam, że to będzie interesująca rozmowa. Pytający Gnoiński (o rocku wiedzący bardzo wiele) i odpowiadający Piekarczyk (rockman) – wspaniały duet na rozmowę. Nazwisko Leszka Gnoińskiego nie jest mi obce; „Encyklopedia Polskiego Rocka”, której jest współautorem, stoi w moim pokoju na półce, a film „Beats of Freedom – zew wolności” (współreżyser) – zachęcam do obejrzenia.


Panowie rozmawiają. Piekarczyk o(d)powiada o swoim dzieciństwie, rodzicach, dorastaniu, nauce, o tym, ilu prac w życiu się imał, ile koncertów zagrał, o depresji, o „Jesus Christ Superstar”, o swoich dzieciach, wegetarianizmie, Nowym Jorku, o pisaniu tekstów, o kolegach z TSA i o innych kolegach, o honorze, Jezusie Chrystusie i Biblii Gutenberga (jako bibliotekara nie mogłam tego faktu pominąć :D Jeśli kto ciekaw, niech przeczyta fragment wypowiedzi MP o tejże na końcu recenzji). O „The Voice of Poland” i kulisach programu również trochę się znajdzie.

Bardzo polecam „Zwierzenia kontestatora” wszystkim fanom TSA i po prostu tym, którzy są ciekawi Marka Piekarczyka. Jestem pewna, że takich osób nie brakuje, bo przecież jeśli ktoś pojawia się w tv jako juror talent show, to od razu ludzie są nim bardziej zainteresowani. W tym przypadku – bardzo dobrze! Interesujcie się i sprawdzajcie dorobek artystyczny Piekarczyka!

W książce wszystko gra (oprócz kilku literówek), jest dużo zdjęć z prywatnego archiwum Marka Piekarczyka, niepublikowane teksty piosenek i wiersze oraz kalendarium i dyskografia.







"Kiedyś oglądałem film – niestety nie pamiętam tytułu – o tym, jak zamarzł Nowy Jork, i tam w Bibliotece Narodowej siedzieli przy kominku kolesie i palili Biblię Gutenberga. Do dziś ta scena nie daje mi spokoju, po prostu nie mogę się pogodzić z tym, że ktoś może grzać się przy płonącej Biblii Gutenberga!!!Jeden z najważniejszych zabytków ludzkości, pierwsza książka! Nawet na wojnę bym poszedł, aby jej bronić. Przecież mogli stół spalić, krzesła, ale, k****, Biblię Gutenberga?!"
(Zwierzenia kontestatora, s. 137)


Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014



piątek, 23 stycznia 2015

Film: Whiplash, reż. Damien Chazelle, 2014

Są filmy, na które trzeba wybrać się do kina, i te, których premierę kinową można odpuścić, uskutecznić piractwo albo poczekać na premierę telewizyjną. Jak tylko przeczytałam w prasie o "Whiplash", od razu na drugi dzień poszłam do kina. Musiałam zobaczyć ten film, nie było innej możliwości. I wiecie co? Z chęcią wybiorę się na "Whiplash" drugi raz. Jestem pewna, że na dużym ekranie, z dobrą jakością dźwięku, tego rodzaju produkcję ogląda się dużo lepiej, niż na laptopie. Poza tym, nie ściągam filmów.

Czy film o nauczycielu jazzu i jego uczniu może się spodobać osobie, która o jazzie nie ma pojęcia (czyli mnie)? Może. Według mnie ten film jest fenomenalny. To bardzo wyświechtane słowo, ale chętnie je powtórzę: fenomenalny! I chyba pierwszy film muzyczny, który trzyma w napięciu jak film akcji. Nie ma w nim żadnej płytkiej wesołości. Jest praca, manipulacja, okrucieństwo, bezczelność, pot, krew i łzy.





J.K. Simmons, czyli filmowy Fletcher, surowy nauczyciel grupy, świetnie oddaje emocje: zawziętość, chamstwo wobec podopiecznych, plucie jadem, drwienie i kolokwialnie mówiąc, gnojenie swoich uczniów.

Grający ucznia Fletchera Miles Teller również jest tak autentyczny, że płakać mi się chciało, kiedy patrzyłam na jego łzy i wysiłek, jaki wiązał się z odegraniem roli Andrew. Pomijam fakt, że gdyby przyszło mi usiąść za zestawem perkusyjnym, powiedziałabym sobie "Nie mam pojęcia, co tu robię. Zbieram się stąd". Szczególnie gdybym od nauczyciela usłyszała, że jestem ciotą, oberwałabym w twarz albo ledwo uchyliłabym się przed lecącym w moją stronę krzesłem. A Teller nie dość, że pokazuje niezwykłe, jak sądzę, umiejętności muzyczne, to jeszcze jako postać filmowa potrafi przeobrazić się z nieśmiałego, wycofanego chłopca w świadomego swego talentu muzyka.

Czytałam gdzieś, że podczas nagrywania jednej ze scen aktorzy-perkusiści byli już bardzo wykończeni i wyzywali reżysera (Damien Chazelle), od wariatów - tyle wysiłku wymagała owa scena. Jeśli pójdziecie do kina (albo już byliście), to na pewno doskonale rozpoznacie, o którą scenę chodzi. Tym bardziej zarówno Tellerowi, jak i pozostałym aktorom należą się oklaski, a do J.K. Simmonsa powinien powędrować ślicznie wyrzeźbiony Oscar.



Pracuję w bibliotece. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy na półce z działem "Ortopedia" znalazłam książkę "Whiplash. Metoda badania i terapii ukierunkowana na pacjenta". Długo zastanawiałam się, czy ma to jakiś związek z filmem, i oczywiście doszukałam się różnych powiązań, które pewnie i ktoś z Was dostrzeże.


Chętnie poczytam Wasze opinie na temat filmu! A kto jeszcze nie był w kinie, to szybciej, szybciej!

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Książka: Elton John "Miłość jest lekarstwem. O życiu, pomaganiu i stracie"

Obchodzimy dzisiaj Światowy AIDS. Co ma z tym wspólnego Elton John? Bardzo dużo, o czym sama dowiedziałam się dopiero jakiś czas temu, kiedy sięgnęłam po jego książkę wydaną przez Wydawnictwo Sine Qua Non „Miłość jest lekarstwem. O życiu, pomaganiu i stracie”. Ostatnio bardzo potrzebowałam „lekarstwa na życie”, słowo „strata” stało się mi bardzo bliskie, właściwie zagościło w mojej głowie i chyba nie ma zamiaru wyjść, tak samo jak słowo „miłość”. Tytuł książki idealnie się zgrał z tym, czego potrzebowałam, więc wiedziałam, że muszę wreszcie to przeczytać, teraz, już, natychmiast.

W moim domu nigdy nie słuchało się Eltona Johna. Tak samo jak George’a Michaela i Boya Georga. Niektórzy mogą pomyśleć, że wynika to z jednej tylko przyczyny, ale nie, nic z tych rzeczy, bo wiecie, Freddiego Mercury’ego  (którego 23 lata temu wyniszczyło AIDS!) słuchało się, słucha i będzie się słuchało w tym domu zawsze. Ricky Martin też spoko, szczególnie w duecie z Santaną.

Dostałam kiedyś kasetę Eltona Johna, tę z piosenkami z „Króla Lwa”. Nadal lubię ten album, a dzięki książce słucham Eltona coraz częściej. Przyszła mi na myśl taka refleksja, że zazwyczaj najpierw słucha się czyjejś muzyki, ona wpada w ucho, podoba się, uwielbiamy jej dźwięki, więc zaczynamy się dowiadywać czegoś o życiu danego artysty, interesuje nas nie tylko jego muzyka, ale i prywatna sfera życia. W przypadku Eltona Johna stało się inaczej – najpierw przeczytałam „Miłość jest lekarstwem”, i właśnie to skłoniło mnie do zapoznania się z tekstami jego utworów i jego muzyką w ogóle. Tak samo miałam z polskim raperem Tau – najpierw życie, potem muzyka - ale to już zupełnie inna historia, nie na teraz.

Pierwszy rzut oka na książkę wskazuje na to, że jest to autobiografia sir Eltona Johna. NIE. Spytacie „Jak to? Przecież na okładce jest jego portret?”. No, jest. Notka na okładce również na to wskazuje: „Bardzo osobista historia życia wspaniałego artysty i po prostu dobrego człowieka”. Warto jednak spojrzeć niżej i doczytać, że „to jedna z najlepszych książek o AIDS”, jak przekonuje Jolanta Kwaśniewska. Tym tropem idźmy dalej i poznajmy oryginalny tytuł książki: „Love is the cure. On life, loss, and the end of AIDS”, i wszystko staje się jasne – to książka o stracie wszystkich osób, które zmarły na AIDS. To książka o AIDS, napisana przez wybitnego artystę, jednego z najbardziej rozpoznawalnych muzyków na świecie, w której mimochodem opowiada o sobie, ale przede wszystkim o innych.

Czytałam i z każdą stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że to publikacja bardzo potrzebna! Jeśli nazwisko i popularność Eltona Johna skłoni polskich czytelników do sięgnięcia po książkę, to bardzo dobrze! Nie przypominam sobie, abym w szkole podstawowej, gimnazjum czy liceum miała jakieś pogadanki na temat AIDS. Nie przypominam sobie, aby ktoś mi o tym zbyt wiele opowiadał. Nie przypominam sobie, abym trafiała na artykuły na ten temat, ale z drugiej strony – pewnie nie trafiałam, bo sama nie interesowałam się tematem. Ostatnio o AIDS słyszałam chyba na Regałowisku w 2012 roku, gdzie stoisko miała jakaś organizacja non-profit. Zaryzykuję stwierdzenie, że w Polsce nie mówi się głośno o AIDS. Mówi się o nowotworach, mówi się o eboli, mówi się o „Rodzić po ludzku”, mówi się o przeszczepach (Religa), ale AIDS? Albo się nie mówi, albo to ja jestem głucha.

Wreszcie ktoś przemówił, i to nie byle kto, tylko sir Elton. Dzięki niemu nadrabiam zaległości informacji o AIDS, choć sam gwiazdor nie uważa siebie za eksperta w tej dziedzinie. Elton John w 1992 roku założył EJAF (Elton John AIDS Foundation - www.ejaf.org). Opowiada w książce o działalności tej oraz innych organizacji walczących z AIDS. Opowiada o swoich przyjaciołach, którzy zmarli na AIDS. O tym, jak wielki wpływ na walkę z tą chorobą mają rządy, przemysł farmaceutyczny i Kościół. Mówi o tym, jak wiele już zrobiono, ale jak wiele jeszcze jest do zrobienia. Przybliża historie z życia wzięte, które uświadamiają czytelnikowi, w jak wielkim odosobnieniu muszą żyć osoby mające HIV i AIDS, oraz jak potężny i wciąż aktualny jest ten problem. Elton John mówi o tym wszystkim bez gwiazdorstwa, bez takiego odczucia, że jest kolejną gwiazdą, która założyła lub wspiera jakąś fundację „bo tak wypada”, i po prostu wykłada pieniążki, żeby świat zobaczył, jak pomocnym jest człowiekiem. Nic z tych rzeczy. Przez tego artystę przemawia wewnętrzna potrzeba misji – on naprawdę wiele robi, nie tylko mówi. Przemawia przez niego wdzięczność, bo przecież w przeszłości, jako człowiek uzależniony od narkotyków i często zmieniający partnerów seksualnych, był w gronie największego ryzyka zakażenia, a jednak jest zdrowy. Co więcej, on żałuje, że stracił tyle czasu na nałóg, zamiast już wtedy działać. Jest wdzięczny, że ktoś wyciągnął do niego pomocną dłoń, dzięki czemu on teraz może pomóc komuś innemu. Dobro rodzi dobro, a miłość jest lekarstwem.

Elton John nie szczędzi słów krytyki rządom poszczególnych krajów oraz Kościołowi katolickiemu. Pisze o Ukrainie, o USA, o krajach afrykańskich. Ciekawa byłam, czy wspomni coś o Polsce, ale jedyną wzmianką okazały się słowa krytyki wobec papieża: „Choć przyjęło się na całym świecie obdarzać papieża Jana Pawła II miłością i adoracją, ja nie potrafię mu wybaczyć braku konkretnych działań w kwestii AIDS”.

Książkę Eltona Johna czyta się tak, że czytelnik ma ochotę zawołać „jest problem!”. Wcale mi nie przeszkadzało, że te 250 stron stanowi jego ciągły monolog o tej samej tematyce. Jak widać, o AIDS można napisać wiele i poruszyć przy tym serce czytającego. Good job, sir Elton. Ale jeszcze nie mission completed. Misją jest miłość i współczucie. Nieustające.


Ważna książka. 

Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014

Biorę udział w WYZWANIU

środa, 26 listopada 2014

One Love Sound Fest 2014, 22 listopada, Wrocław, Hala Stulecia

Byłam na One Love Sound Fest. Nie poczułam w tym roku klimatu jamajskiego słońca w polski, pochmurny listopad. Nie poczułam klimatu jednej miłości, ale to pewnie ze względu na jakieś moje psychiczne pstro, a nie, że zły One Love.

Mellow Mood, sympatyczni zdreadowani bliźniacy z Włoch, jak zawsze dali przyjemny, pozytywny koncert. Piszę „jak zawsze”, bo to już ich trzeci (o ile się nie mylę) koncert w Polsce, i po tych kilku razach, no cóż, czym jeszcze mogą zaskoczyć? Może nowym materiałem, ale ten zbytnio nie odbiega od rytmów, które MM serwowali wcześniej. Niemniej, do bujania, skakania i wzdychania, że mają takie słodkie reggae love songi.

Najbardziej czekałam na koncert Patrice’a (jak się okazuje, nie tylko ja, bo z ankiety na onelove.pl wynika, że właśnie jego koncert podobał się najbardziej). Nie dość, że gościu wygląda jak milion dolarów, to jeszcze dzieli się taką pozytywną energią z publiką… Najgłośniej śpiewały i najwyżej skakały moje dwie towarzyszki, obie ciężarne. I dobrze, dzieciaczki pewnie też w brzuchach kręciły sobie dready, a za 20 lat będą się bawić na One Love Sound Fest - edycja 31. Podczas występu Patrice'a poczułam rzeczywiście przesłanie one love, że to nie są tylko czcze słowa, że dla niego serio wszyscy są równi i wszyscy są braćmi, których nie należy się obawiać, tylko do nich wychodzić. Bo Patrice wyszedł do publiczności i zmieszał się z tłumem ciągle coś podśpiewując do mikrofonu, a zrobił to tylko po to, żeby spojrzeć mi w oczy i przybić piątkę. Miło z jego strony, prawda?

Fragment jego utworu „Cry cry cry”, powinien nucić sobie każdy facet, który pozwala, aby jego dziewczyna przez niego płakała:
Never wanna see my girl
Cry cry cry again
I say woi woi woi
Rather I would wanna die”

Tak, drodzy. Szkoda, że zamiast tego, niejedna kobieta słyszy „woi woi woi, czemu znowu płaczesz, mała?”.

Nneka mnie zawiodła. Gdzieś czytałam opinie, że czysty mistycyzm, magia, rozwalony system itd. Rzeczywiście, Nneka tworzy muzykę dość zaangażowaną, ale jakoś nie wiem…
- trochę do spania, nie?
- no, do spania, do spania.
… takie komentarze wymieniałam z ludźmi. Jeśli ktoś ma inną opinię, to dobrze, i chętnie też wysłucham. Według mnie Nneka trochę przygwiazdorzyła, pośpiewała nie patrząc w publiczność, a w podłogę, nie nawiązała kontaktu ze słuchaczami, czego efektem była cisza między kolejnymi utworami. Nie, że nie było braw, ale entuzjastycznymi owacjami bym tego nie nazwała. Czułam między Nneką a publicznością mur nie do przeskoczenia i nic na to nie poradzę. Ale wokalistką jest bardzo zdolną.

Alpha Blondy to klasyk, proszę ja was, klasyk. Reggae’owcy starszej generacji mają ten niekwestionowany styl, po prostu potrafią to robić. Nawet „Wish you were here” Pink Floyd w wersji reggae, zagrane pod koniec, nie oburzyło mnie, a przecież mogło. Ponadto Alpha Blondy ma znakomitych gitarzystów, których nie powstydziłby się zespół grający rasowego rocka. No cóż, Alpha Blondy zapewne też się ich nie wstydzi!

One Love zakończyło się koncertem Juniorstressa. Ktoś chyba chciał, żeby Juniorstress szybciej zszedł ze sceny, bo w trakcie koncertu wysiadł prąd. Cisza na scenie, zaskoczenie zarówno muzyków, jak i publiczności. A! Jak fajnie, że sporo ludzi zostało na tym ostatnim występie, było już megapóźno, a pod sceną wciąż bujando i hulahopy. Juniorstress w całej tej dziwnej sytuacji („słuchajcie, dziwna sprawa, nie ma ekipy technicznej, nikt nie wie, gdzie się podziała…”) zachował się bardzo pozytywnie – zaczął śpiewać acapella, a niektórzy razem z nim. Potem jeszcze zatańczyliśmy kilka razy „wszyscy w prawooooooo, wszyscy w lewolewolewooo”, aż w końcu prąd wrócił i koncert został wznowiony.


Żetony do szatni – straszne zdzierstwo. Żarcie – zdzierstwo. Przeciągi w całej hali, widziałam niejednego zmarzniętego. Aby dotrzeć do sceny soundystemowej, też trzeba było wyjść na zewnątrz i zmarznąć. Namiot piwny – szaro od dymu, ale przynajmniej ciepło. Miłego dnia. 

czwartek, 11 września 2014

Potok słów: nowa jesień!

Czy ja dawałam znać, że nie będzie mnie tu już tak często? Kurcze, nie, a to z tego jednego względu, że moja nieobecność nie była planowana. Codziennie myślę sobie: „wypadałoby coś napisać.... ale może nie dziś?”. Nie wiem, co się stało. Chociaż… chyba po prostu życie mnie dopadło. Inaczej: życie mi się zmieniło. Z dnia na dzień, dosłownie. Trudno mi się przyznać przed samą sobą, że chyba już nie czuję potrzeby pisania recenzji. Przynajmniej nie w takiej formie, jak dotychczas. Chciałabym poskromić moją tendencję do rozpisywania się, bo książki trzeba czytać przede wszystkim, a o książkach można ewentualnie coś "podczytać".  

Nie pamiętam, kiedy byłam ostatnio na koncercie. JezuMario, dwa lata temu latałam na koncerty co najmniej raz w tygodniu, a zdarzało się, że częściej. Ale spoko, nie czuję, że przez moją malejącą frekwencję na wydarzeniach kulturalnych wdziera się w moje życie jakaś luka. Kiedy poczuję – pójdę na koncert. Po prostu czasem się nie chce, może dopadły mnie czasy, kiedy po pracy wolę wrócić do domu i odpocząć, zamiast iść na miasto. Ano właśnie, praca, już nie studia, i całe szczęście!

Chilluje, chilluje… Jak fajnie, że mnie nie ma, a Wy jesteście! Spojrzałam właśnie na statystyki i humor mi się poprawił. Pewnie będzie mnie mniej, ale będę. A kto wie, może nagle coś się przestawi i będę pisać codziennie.

[dopisane 4 godziny później: pierwszy krok przestawienia właśnie nastąpił: Wrocławskie Towarzystwo Gitarowe szuka wolontariuszy na Festiwal Gitara Plus. Współpracowałam jakiś czas temu z WTG, a w tym roku na Festiwalu wystąpi Jesse Cook, wspaniały, doskonały… Warto się zakręcić ;) Wrocławianie, polecam!]
  
Niezbyt często jestem czegoś stuprocentowo pewna, ale wiem na pewno: TO BYŁO DOBRE LATO. "Nigdy nie będzie takiego lata"... 


Z nieco mniejszą pewnością, ale nieustającą nadzieją mówię: to będzie dobra jesień. Przede mną nowy sezon bębniarski, nowe wyzwania, nowe sytuacje, nowe buty i starzy przyjaciele!

A moje wakacje… - Tfuuu, urlop! – wyglądał tak:



Właściwie moje życie wewnętrzne ostatnio wygląda właśnie tak... Mam nadzieję, że moje widoki na przyszłość również prezentują się podobnie. interpretacja dowolna, jak na mój gust – wspinanie się na szczyty (np. szczyty głupoty :D), poszerzanie horyzontów, bujanie w obłokach i… no właśnie, co jeszcze?

Jeśli macie chwilę, zajrzyjcie tutaj: http://odwaznik-kultury.blogspot.com/

Jeśli macie dwie chwile, upieczcie sernik dla mamy/przyjaciółki/ukochanej/ukochanego! :) 

niedziela, 10 sierpnia 2014

Książka: Matt McGinn "Coldplay. Życie w trasie"

www.empik.com
Zakładam, że każdy zna grupę Coldplay, a niejedna kobieta wzrusza się słuchając utworu „Fix you”. Jeśli nie, pora nadrobić zaległości, a przy okazji sięgnąć po książkę Matta McGinna „Coldplay. Życie w trasie”.

Mówi wam coś określenie roadie? Bycie roadie pozwala na uczestniczenie w niekończących się trasach koncertowych, przygotowywanie koncertów od strony technicznej, opiekę nad sprzętem muzycznym. Oznacza trudną, stresującą, odpowiedzialną pracę, ale jednocześnie serwuje niesamowitą, godną pozazdroszczenia przygodę, szczególnie dla fana muzyki rockowej. Matt McGinn pracuje jako roadie gitarzysty Coldplay, Jonny’ego Bucklanda, i postanowił napisać książkę o tym, jak wygląda życie w trasie z jednym z najpotężniejszych współczesnych zespołów: Coldplay.

Wyobraźcie sobie, jaki stres może odczuwać roadie podczas swojej pracy: wielki stadion, pod sceną tłumy podekscytowanych ludzi, Coldplay właśnie gra jeden ze swoich hitów, podczas którego gitara, zamiast pięknie wybrzmiewać, nie wydaje żadnego dźwięku. Publiczność zorientuje się dopiero po jakimś czasie, że coś nie halo, ale Matt zawsze musi być czujny i przygotowany na takie sytuacje, bo odpowiada za to, aby naprawić usterkę bądź podać muzykowi nową gitarę, jednocześnie będąc niezauważonym na scenie. Awaria sprzętu to tylko jedna z niespodzianek, jaka może się wydarzyć podczas koncertu.

Matt McGinn pracuje z Coldplay niemal od samego początku, w związku z czym sypie anegdotkami zza sceny i tourbusa jak z rękawa. Podoba mi się jego styl, taki od niechcenia. Sam z siebie się nabija, kilka razy powtarza, że ma beznadziejny dowcip, może czasem jest zbyt wyluzowany i nadużywa słowa „cholernie”. Wybitnym pisarzem nie jest, ale jego celem nie była walka o nagrody literackie. Chodziło raczej o zwrócenie uwagi wszystkich bywalców klubów muzycznych i stadionów, że sukces koncertu nie zależy wyłącznie od artysty, ale że pracują na niego dziesiątki ludzi, i to autorowi udało się w stu procentach. Ponadto Matt udziela kilku informacji o działaniu rynku muzycznego, produkcji, sprzęcie muzycznym itd. A że pracuje z Coldplay… no cóż, tym bardziej zainteresuje fanów zespołu swoją publikacją, z czego bardzo się cieszę. Ale uwaga – nie oczekujcie biografii zespołu Coldplay. Zdjęcie na okładce, przedstawiające wokalistę Chrisa Martina, może zmylić, jeśli zatem chcecie poczytać o prywatnych sprawach członków Coldplay – nie tędy, proszę.


Jestem z tych, którzy lubią wynosić pamiątki z koncertu. Kostka do gitary, setlista czy pałka perkusyjna – jeśli uda mi się zdobyć którąś z nich, jestem przeszczęśliwa. Czasem pomocni okazują się właśnie roadie, do których można się uśmiechnąć po koncercie i poprosić o leżącą na scenie, nikomu już niepotrzebną kartkę z wypisanymi tytułami utworów. McGinn w swojej książce udziela kilku cennych rad, jak widz nie powinien, lub właśnie powinien się zachowywać, jeśli chce zostać zauważony przez roadiego i obdarowany upragnionymi pamiątkami. To był jeden z moich ulubionych fragmentów, z którego wyciągnę wnioski, a do rad dostosuję się na najbliższych koncertach. Zacznę też z większą uwagą przyglądać się osobom, które w pocie czoła biegają przed koncertem po scenie rozstawiając sprzęt, a po nim zwijają kilometry kabli. Uwierzcie, że nie chodzi tylko o kable, chodzi o wiele więcej, o czym przekonacie się czytając „Coldplay. Życie w trasie”. 

Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Biorę udział w WYZWANIU

wtorek, 15 lipca 2014

Książka: Agnieszka Osiecka "Na początku był negatyw"

Agnieszka Osiecka – mistrzyni słowa, poetka, autorka piosenek i… fotografka.

Podczas oczekiwania na drugi tom „Dzienników” Agnieszki Osieckiej, Prószyński Media proponuje książkę, która umili ten czas, podsyci jeszcze bardziej ciekawość i nie pozwoli zapomnieć o tej wspaniałej kobiecie.

„Na początku był negatyw” to książka na jedno popołudnie, ale jakże dobre popołudnie! Z utworami Osieckiej w tle (polecam płytę Katarzyny Nosowskiej „Osiecka”) oraz jej tekstami i fotografiami w książce.

Osiecka pisze o swojej fascynacji fotografią. Wypowiada słowa, które po raz kolejny przekonują mnie, jaki miała dystans do siebie: „Prawdę mówiąc, ludzie w ogóle fotografują za dużo. W albumach i w szufladach poniewierają się stosy kolorowych obecnie zdjęć, które przedstawiają szwagrów, wczasowiczki, piosenkarki, pszczoły, grzyby, premiery i Bóg wie, co jeszcze”, a potem… sama pokazuje czytelnikowi serię fotografii przedstawiających owe „Bóg wie, co jeszcze”.

Marek Hłasko, Zbigniew Cybulski, Magda Umer, Daniel Olbrychski… W tej książce nie są aktorami, piosenkarzami, poetami, jakich znamy. Są przyjaciółmi Osieckiej, których fotografowała. Agata Passent nie jest tu dziennikarką, autorką felietonów, a bohaterką zdjęć, jakie robią mamusie swoim córeczkom: Agata-niemowlę, kilkuletni szkrab, dorastająca dziewczynka, studentka.  Wreszcie Agnieszka Osiecka – na wakacjach w Turcji, w Nowym Jorku, w Paryżu, Warszawie czy Gdyni.



Każde zdjęcie zamieszczone w książce jest podpisane: kto, co, kiedy; często są to bardzo zabawne anegdoty. Nawet poprzez te krótkie tekściki geniusz pisarski Osieckiej jest widoczny jak na dłoni.  Przeglądając kolejne strony, przypomniałam sobie, że moja mama również opisywała zdjęcia – na ich odwrocie bądź na wolnym skrawku w albumie. Najczęściej bardzo lakonicznie, np. „Lato 1976”, ale często były to historyjki jakby zostawione dla potomnych, mówiące „poznaj mnie, taka byłam!”. Odnoszę wrażenie, że podobna chęć kierowała Osiecką, kiedy przygotowywała tę książkę. Nie chodziło o pochwalenie się talentem do fotografowania, a raczej o przekazanie emocji, ukazania codzienności, bliskości.  To jakby rodzinny album Osieckiej.


Staram się systematycznie wywoływać zdjęcia. Podpisuję je, utrwalając wspomnienia, czasem nie starcza miejsca na moje bazgroły ;) Podejrzewam, że większość osób przechowuje na komputerze tysiące zdjęć. Polecam wywołać choćby część z nich. Papier jest niezwykle cierpliwy, jak mawia jeden z moich wykładowców. Polecam "Na początku był negatyw" sto razy bardziej niż przeglądanie na Facebooku fot oznaczonych #selfie.

Wydawnictwo Prószyński Media (we współpracy z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej)
Warszawa 2014

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Biorę udział w WYZWANIU

niedziela, 8 czerwca 2014

Książka: Johnny Cash (współpraca Patrick Carr) "Cash. Autobiografia"

Czytałam biografię Johnny’ego autorstwa Michaela Streissgutha, oglądałam też film biograficzny "Spacer po linie"  (chyba jedyny film, w którym Reese Witherspoon nie jest blondynką :D). Sięgając po książkę „Cash. Autobiografia” wydawało mi się, że nic mnie w niej nie zaskoczy, przecież poznałam już koleje losu tego muzyka. Myliłam się. Wciągająca lektura! Johnny nie tylko pisał piękne piosenki. Potrafił także pisać o sobie, ale przede wszystkim o innych.

Nie jest to autobiografia w rozumieniu opisywania swojego życia rok po roku, relacjonowania wydarzeń na zasadzie przyczyna-skutek. Są to raczej wspomnienia z wybranych chwil, choć też nie do końca. Dziennik? Niekoniecznie. Luźne przemyślenia znanej osoby? Jakkolwiek by nazwać tę publikację, zawsze będzie czymś ponad klasyczną biografię.

Myślę, że Johnny Cash pozwolił się poznać, ale przede wszystkim chciał opowiedzieć o swoich najbliższych i dać świadectwo wiary. Wiara, miłość, wdzięczność, muzyka to fundamenty, którymi się kierował. Ostatecznie to one wyzwoliły piosenkarza z nałogu narkotykowego. Kilka razy jego opowieści wzruszyły mnie. To balsam dla duszy, kiedy człowiek jest wdzięczny za to, co dostał od losu i częściej dziękuje zamiast prosić. Taką właśnie lekcję zafundował mi Johnny Cash, chrześcijanin na piątkę z plusem (chociaż sam oceniał się dużo surowiej), muzyk na szóstkę w koronie, człowiek żyjący w drodze.

„Legendy i kłamstwa, głupcy i pijacy, starzy przyjaciele i anioły. Wszyscy oni mają swoje miejsce w tej książce” – pisze Johnny Cash. Nie określiłabym precyzyjniej tego wydawnictwa. Cash nawet pisząc własną autobiografię, nie skupia się na sobie. Opowiada o całej rodzinie Carterów, o przyjaciołach (np. Royu Orbisonie). Posługuje się prostym językiem, ma cięty dowcip, ale jednocześnie nie powie o nikim złego słowa. 

Dużym plusem są elementy dziennika. Cash rozpoczyna niektóre rozdziały opowiadając, gdzie się właśnie znajduje („Jestem w miłym hotelu w San Francisco, są lata dziewięćdziesiąte, patrzę na wybrzeże Pacyfiku”), co robił w ostatnich dniach („kręciłem reklamę dla Nissana”), mówi o pogodzie („Nastał nowy dzień w Tennessee, i to całkiem ładny”) lub po prostu dzieli się planami na  bieżący dzień („wsiadam do land rovera, żeby zrobić sobie przejażdżkę”). Zwykłość niezwykłego człowieka.


Z okładki patrzy srogi facet z rewolwerem w ręku, ale jego słowa przekonują, że za jego spojrzeniem kryje się człowiek o dobrym sercu i fenomenalnym głosie – Man in Black, Johnny Cash.

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl


Biorę udział w WYZWANIU

piątek, 30 maja 2014

Książka: Neil Gaiman "Chłopaki Anansiego"

Okładkę „Chłopaków Anansiego” zdobi (lub, jak kto woli, szpeci) ogromny Pan Pająk. Nie żebym przepadała za pająkami; gdybym była bogiem, zmiotłabym je wszystkie z powierzchni ziemi. Niestety bogiem nie jestem, w przeciwieństwie do Anansiego. Jednak nawet to niezbyt przyjemne stworzonko nie wygrało z chęcią sięgnięcia po książkę. Żadne siły nie powinny zniechęcić kogokolwiek do przeczytania powieści, jeśli jej autorem jest Neil Gaiman.

Lubię książki poszerzające horyzonty. Aby lepiej je zrozumieć, trzeba posiadać wiedzę, której być może nie można nazwać ogólną. W przypadku tej powieści jest to zaznajomienie się z mitologią afrykańską, bogiem-żartownisiem, bogiem-oszustem, jakim był Anansi.

Oprócz tego, że  Anansi był bogiem, w powieści Neila Gaimana był także ojcem Grubego Charliego. A Gruby Charlie? To facet, który całe dnie mógłby nucić „Why does it always rain on me?” Travisa. Jest gruby, pracuje w korporacji, narzeczona konsekwentnie odmawia seksu przed ślubem, przyszła teściowa nienawidzi go, a za swojego ojca musiał się wielokrotnie wstydzić. Nawet kiedy ojciec umarł, nie dał Grubemu Charliemu spokoju. Zaczął się przewracać w grobie, i zarazem przewracać życie Charliego do góry nogami. Gruby Charlie ma w sobie też coś z Forresta Gumpa – spotykają go niezwykłe przygody, mimo że jest ostatnią osobą, która mogłaby przypuszczać, że stanie się rozpoznawalna na wyspie Saint Andrews jako „człowiek z limonką”. Czasem chciałoby się za nim zawołać „Run, Charlie, run!”.

To nie jest zwykła powieść. To nie jest zwykła fantastyka, powieść mitologiczna, thriller czy romans. Niby jest trup, ale sam nie do końca zdający sobie sprawę z tego, że nie żyje. Niby jest groza więziennych krat, ale są też występy karaoke. Niby jest narzeczeństwo, ale… ale przekonajcie się sami, jakie ale. Nie potrafię jednoznacznie zaszufladkować genialnych „Chłopaków Anansiego”. Chylę czoła przed wyobraźnią Neila Gaimana. Kolejna książka jego autorstwa utwierdza mnie w przekonaniu, że Gaiman jest pisarzem poza jakąkolwiek kategorią. Jego pisarstwo to dla mnie osobne zjawisko! Niebywale inteligentny facet, po przeczytaniu „Chłopaków Anansiego” wnioskuję, że znający się na muzyce, a dzięki swojej dowcipności zapewniający czytelnikom niepowstrzymane ataki śmiechu.


W powieści jest taki fragment: „Nic się nie działo. Wciąż nic się nie działo. Kolejne Nic. Powrót Niczego. Syn Niczego. Nic kontratakuje. Nic, Abbot i Costello spotykają Wilkołaka…”. Parafrazując, zachęcam do przeczytania „Chłopaków Anansiego” słowami: Wszystko. W tej książce dzieje się Wszystko. Matka Wszystkiego. Requiem dla Wszystkiego. Wszystko, czyli tam i z powrotem. Wszystko w temacie. 

Wydawnictwo MAG, 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

czwartek, 15 maja 2014

Książka: Juliusz Machulski "Naga prawda o Seksmisji"

„Seksmisja” to znak czasów, w których polskie komedie były naprawdę dobrymi komediami, a mówiąc „młody Stuhr” miało się na myśli Jerzego, a nie Macieja. 


Świat bez chłopów, ciekawe, 
jak by się rozmnażały, 
z przeproszeniem…

Ponad 30 lat po premierze kultowego filmu Wydawnictwo W.A.B. wyjawia czytelnikom „Nagą prawdę o Seksmisji”. Prawda wyjawia się pod postacią scenariuszu filmu oraz wywiadu z reżyserem Juliuszem Machulskim. Ach, gratka, gratka! Kto by pomyślał, że będę poznawać „Seksmisję” z innego źródła niż ekran telewizora? No, chyba jednak ktoś wziął pod uwagę taką możliwość, bo dziś trzymam w ręku pełną wersję scenariusza. Traktuję tę książkę jako ciekawostkę, wydawnictwo kolekcjonerskie, które powinno się znaleźć na półce tego, kto wciąż ogląda perypetie Maksa i Alberta krztusząc się ze śmiechu. 

Jacek Szczerba, przeprowadzający wywiad z Machulskim, pyta reżysera o to, kiedy pojawił się pomysł na film, jak wyglądały zdjęcia i dobór obsady, skąd takie dziwne imiona bohaterów (np. Lamia), o różnice między scenariuszem a ostateczną wersją filmu, oraz o to, kto wymyślił kultowe powiedzonka:

Dużo cennych informacji, jednak sam wywiad stanowi jedynie dodatek, marginalną część książki. Najważniejszy w tej publikacji jest scenariusz, wydrukowany na bardzo dobrej jakości papierze, zakolorowanym tak, że przypomina starą, zszarzałą, pogniecioną kartkę, a użyta czcionka przywodzi na myśl maszynopis.

Uzupełnieniem wywiadu i scenariusza są zdjęcia z planu filmowego (przedstawiające między innymi Olgierda Łukaszewicza – filmowego Alberta, Jerzego Stuhra – Maksa, Bogusławę Pawelec – Emmę), podpisane nieraz wyrażeniami znanymi z „Seksmisji”. Plus recenzje filmu z prasy czeskiej, brytyjskiej, a nawet węgierskiej.

Ahahahahaaaa, bocian, patrz, bocian, bociuś! 

Wydawnictwo W.A.B., 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

niedziela, 11 maja 2014

Potok słów: Niestety Eurowizja

Eurowizję wygrał(a) baba z brodą. I nagle wielkie halo, czy Europa jest tolerancyjna. Dyskusje, czy ten biedny człowiek powinien się leczyć, czy może to raczej piękne, że na scenie jest sobą. Poziom artystyczny Eurowizji jest marny, i kwestią gustu jest, czy komuś podobał się występ tej osoby, czy nie. 

Tak czy inaczej, wtrącę swoje trzy grosze, bo mogę. 

Po pierwsze: dla mnie baba z brodą to zgon na miejscu. Przyszłość tego człowieka jest mi obojętna, ale smuci mnie, że ktoś taki zyskuje powszechne uznanie. Jeśli ludzi nie gorszy widok kobiety z brodą, to mam tylko jeden komentarz: jak żyć? 


ŹLE:
Baba z brodą. źródło: http://www.eurovision.tv

DOBRZE:

Baba z wąsem. Trzeba umieć to robić!
 źródło: http://myfreddiemercury.com/
Po drugie:  jeśli już mamy łączyć muzykę z zagadnieniem orientacji seksualnych, to uważam, że Europa (i nie tylko Europa) już dawno pokazała, że JEST tolerancyjna. Freddie Mercury, Dawid Bowie, Elton John, Antony Hegarty, Boy George – słuchając ich twórczości mam szczerze gdzieś, że spali i śpią z mężczyznami, bo bronią się muzyką przez duże M. Baba z brodą się nie broni, sorry. Jeśli ktoś mi powie, że w jej/jego występie chodziło o muzykę, to  wybaczcie, ale „nie przeciągajmy rozmowy, aż tak bardzo się nie lubimy”. Wydaje mi się, że w tym występie chodziło raczej o „patrz, jestem babą z brodą, a i tak (albo raczej DLATEGO) wygram Eurowizję”. A Freddiemu chodziło o to, że „patrz, jestem w związku ze swoim fryzjerem, a i tak moja muzyka jest ponadczasowa”. Nie chodzi o sam fakt, że tamci są wielcy, a baba z brodą nie. Chodzi o to, że albo ktoś robi muzykę i przy okazji jest inaczej zorientowany (i to jest spoko, można i powinno się to tolerować), albo ktoś jest inaczej zorientowany i przy okazji robi "muzykę" (tj. jest babą z brodą wygrywającą Eurowizję). Chała, moi piękni, chała.

Całe szczęście, że w Polsce i na świecie jest tyle fantastycznych festiwali muzycznych, że mam gdzieś Eurowizję, niech sobie będzie, niech cyrk trwa. Przykre jest to, że w TV transmituje się takie dno, ale mam wybór – mogę nie oglądać, ostatecznie nie czuję się w żaden sposób pokrzywdzona.





środa, 23 kwietnia 2014

Książka: Piotr Kaczkowski "42 Rozmowy"

Poszłam dzisiaj do biblioteki oddać książki. Nie doczytałam ich do końca, bo to wiecie, takie do pracy magisterskiej, czytane fragmentami. Nie, że nudne. Nie. Poszłam je oddać, bo termin upłynął i… Oczywiście, że ich nie oddałam. Weszłam do biblioteki i zamiast wyciągnąć książki z torby oznajmiając koleżance po fachu, że „chciałabym oddać”, coś mi się we łbie poprzekręcało i powiedziałam „chciałabym przedłużyć termin zwrotu książek”. Jasne, Hanka, dźwigaj książki przez pół miasta, i nie oddaj ich. Co więcej, wypożycz kolejne, żeby nie było zbyt lekko. Zrobiłam to celowo. Te książki są tak dobre, że jednak postanowiłam ich nie oddawać, tylko przeczytać. Jedną z nich chciałabym Wam dzisiaj polecić, tak szybciorem, bo dzisiaj Światowy Dzień Książki, więc kilka słów tylko i wracam do czytania.


źródło: www.proszynski.pl
Piotr Kaczkowski – wszyscy wiemy kto to (prawda? Prawda?!). „42 rozmowy” to zbiór wywiadów, które Kaczkowski przeprowadził ze znanymi artystami w latach 1999-2004.

Dzisiaj przeczytałam większość. W autobusie, w tramwaju, na parapecie, na podłodze. Nie mogłam się oderwać. Zazdroszczę miliarda spotkań z wybitnymi muzykami, możliwości porozmawiania z nimi. Bardzo podoba mi się sposób prowadzenia rozmów, przygotowanie Kaczkowskiego do każdego spotkania... Chciałabym kiedyś wiedzieć o muzyce i o artystach tyle, co on.

Kilka luźnych przemyśleń i zaraz spadam, serio.

Wybór muzyków – znakomity. Same wielkie osobowości. Nie przypuszczałam, że Piotr Kaczkowski rozmawiał z Peterem Gabrielem, Mobym, Tori Amos, Robertem Plantem, Markiem Knopflerem. Co ja wiem o świecie... Chyba nic! 


Te wywiady mają dla mnie ogromną wartość, szczególnie te z muzykami, których ubóstwiam. Ale nie tylko! Dzięki Kaczkowskiemu zwróciłam uwagę na Tori Amos, której nigdy nie słuchałam, jakoś mi nie podchodziła, a dzisiaj słucham już drugiego jej albumu i jestem pod wrażeniem. Tak bardzo zainteresowało mnie to, co mówiła w wywiadach, że po prostu od razu, natychmiast, chciałam poznać jej muzykę. 

Rozmowy z muzykami utwierdziły mnie również w przekonaniu, że artyści zapamiętują twarze. Zapamiętują twarze swoich oddanych fanów, którzy zjawiają się na wielu koncertach. Zapamiętują twarze dziennikarzy. Według mnie to jest niesamowite, ogromnie miłe. 

Wiecie, ostatnio szukałam dobrego źródła o firmie graficznej Hipgnosis, która tworzyła okładki Pink Floyd. Musiałam o niej napisać w pracy mgr, i co znajduję dziś w „42 rozmowach?” Wywiad ze Stormem Thorgersonem, założycielem Hipgnosis. No po prostu hip hip, hurra! Tego mi było trzeba! 

Znaczące jest także to, że wywiady zostały zarejestrowane 10 i więcej lat temu. Jak na dłoni widać, że rynek muzyczny - ba! - świat ogólnie rzecz biorąc! - od tego czasu zmienił się baaardzo. Przykład? Moby, chwalący się, że ma takie fajne urządzonko – iPad, na którym mieści się tysiąc utworów. W dobie smartfonów i gadżeciarstwa posiadanie iPada chyba nikogo już nie dziwi. 

Kurcze, jest nawet wywiad z wokalistą Budgie; do tej pory nie wpadło mi do głowy, żeby poczytać coś o Shelleyu, a przecież między innymi na Budgie się wychowałam. Pamiętam, jak w 2006 wydali nową płytę (poprzednia wyszła w 1982), i poszłam do sklepu muzycznego spytać, czy jest nowe Budgie. Gościu (metal w średnim wieku) wybałuszył oczy i spytał: „A skąd ty znasz Budgie!?”. No cóż, miałam 16 lat i mogłam być podejrzewana prędzej o słuchanie Nelly Furtado, a nie klasyki rocka. No, wiesz, raczej nie. Budgie - "Breadfan", słuchajcie: 



Piotr Kaczkowski zwrócił moją uwagę na artystów, których może nie do końca znam, a właśnie dzięki tym rozmowom mam ochotę poznać ich twórczość. Choć do Depeche Mode chyba nikt mnie nie przekona, ominęłam dziś wywiad z Davem Gahanem, tak samo jak z Liamem Gallagherem z Oasis, ale może wrócę do nich jutro, pojutrze.


Jeśli trochę interesujecie się muzyką, to przy okazji zajrzyjcie do tej książki, może w bibliotece (egzemplarz bardzo podniszczony, znaczy, że czytany!), może w księgarni, a może macie ją w domu. Wywiady nie są długie, za to naprawdę, naprawdę wciągające. Zazwyczaj piszę o nowościach. To nowość nie jest, ale musiałam chwilę poświęcić tej publikacji. Póki co, z tego co widzę, nakład jest wyczerpany (cieszy mnie to!), a co ważne, książka była już wznawiana :) Bardzo się cieszę, że zupełnym przypadkiem wypożyczyłam „42 rozmowy” Piotra Kaczkowskiego. I że zamiast oddać dziś tę książkę, przyniosłam ją z powrotem do domu. Warto było. 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2004

Miłego wieczoru i pamiętajcie, że jeszcze tylko maj, czerwiec, lipiec, sierpieńwrzesieńpaździerniklistopad i prawie cały grudzień, i znowu będzie kolejna odsłona Topu Wszech Czasów Radiowej Trójki! I znowu wygra „Brothers in Arms” Dire Straits! 


Biorę udział w WYZWANIU



piątek, 18 kwietnia 2014

Potok słów: Typy Pokutników. Świąt dobrych, fajnych, takich, jakie mają być :)

Wielki Tydzień - wielkie kolejki do spowiedzi. Środa już, myślę, czas na mnie, przejdę się, nie robię wcześniej rachunku sumienia, bo dwugodzinne czekanie w kolejce wystarczy na żal za grzechy całego życia, może nawet te z przyszłości. A, wyspowiadam się na zaś, tak, żeby było już na następne święta, albo na następny wyjazd, czy coś. Na wyjazd? Na wyjazd, bo wydaje mi się, że człowiek przed wejściem na pokład samolotu idzie do spowiedzi. Tak w razie czego. Przed wejściem do autobusu nie. Chyba że jedzie do Grecji autokarem, wtedy spoko. Serio, myślę, że Polak przed podróżą spowiada się. Nieistotne.

Dlaczego piszę o spowiedzi i publikuję to? Nieistotne. Może to jest mój sposób na życzenie wszystkim dobrych Świąt. Albo chociaż na pomyślenie o nich chwilowe.

Tak naprawdę powód jest prosty: ludzie w kościele są interesujący. Halo, nie krzyczcie, że będąc w kościele, zamiast się skupić, rozglądam się wokół. Nie ma Mszy, przede mną ciągle ktoś przechodzi aby stanąć na końcu zabawy w wężyka, tłum, pytania, odpowiedzi, skierowania, przemieszczanie się o 3 kroki do przodu, generalnie LUDZIE, a nie Bóg niestety. Skupię się, jak zostanie jakieś pół godziny na moją kolej.

Spodziewałam się, że kolejka do spowiedzi będzie bardzo długa. W końcu kościół duży, w centrum miasta, obok galerii handlowej. Eee, wejdę, a jak zgłodnieję albo zmarznę, to wyskoczę na pięć minut do maka po burgera albo do osraja po sweterek, ktoś mi zaklepie kolejkę. Zaraz wracam! A potem: Pan tu nie stał! Jak to nie stałem? To jest moje miejsce! Nieistotne. Chodzi o to, że długość kolejki i perspektywa spędzenia w niej około dwóch godzin nie zaskoczyła mnie, od razu zlokalizowałam koniec kolejki i bez wyrazów zdumienia stanęłam tam, gdzie powinnam. I tylko czekałam na rozpoczęcie serialu pt.

Ministerstwo Głupich reakcji i Niezdecydowania

Pan stojący obok mnie chyba też czekał, bo uśmiechał się tajemniczo pod nosem.

Ja i pan stojący obok mnie siłą rzeczy przez chwilę pełnimy rolę najaktywniejszych osób stojących w kolejce. To my jesteśmy wskazywani palcami w odpowiedzi na pytanie „Przepraszam, gdzie jest koniec kolejki?”, a kiedy już osoba pytająca skieruje na nas wzrok, zaczyna się serial, o którym wspominałam wyżej.

Serial jest trochę monotonny, bo składa się z podobnych scen, tylko bohaterowie i ich zachowania ciągle się zmieniają.

Typy zachowań bohaterów:

Typ A: wchodzi do kościoła, bacznie mierzy wzrokiem całą kolejkę ciągnącą się wzdłuż trzech ścian, odnajduje jej koniec i z poker fejsem staje na jej końcu, nie pytając o nic, nie wyrażając żadnych emocji (do tej grupy zaliczam samą siebie).

Typ B: wchodzi do kościoła i staje w kolejce obok pierwszej osoby, którą zauważa. Jest pewny, że to koniec kolejki, i myśli „Ale fajnie, ale mi się udało, jak mało ludzi!”. A tu zonk, to wcale nie jest koniec kolejki, tylko na przykład luka między dwiema ławkami, na których siedzą oczekujący ludzie. Ktoś uprzejmy informuje: „Koniec kolejki jest TAM” (palec wskazujący na mnie), po czym osoba B, spłoszona i przepraszająca, przemieszcza się w odpowiednie miejsce myśląc „A niech to, ale mi się nie udało, jak dużo ludzi!”

Typ C: wchodzi do kościoła, i podobnie jak Typ B, staje w kolejce obok pierwszej osoby, którą zauważa. Ktoś uprzejmy informuje: „Koniec kolejki jest TAM…”. Osoba C udaje głuchą, albo jest głucha, bo stoi dalej. Ludzie obok irytują się i szepcą między sobą, ale przecież nikt nie zwróci uwagi drugi raz.

Typ D: (mój ulubiony): wchodzi do kościoła, pyta kogoś gdzie jest koniec kolejki, po czym na jego twarzy maluje się niedowierzanie i szeroki uśmiech jednocześnie, połączone z uniesieniem brwi. Na początku idzie w stronę końca kolejki pewnym krokiem, potem coraz bardziej zwalnia, jakby się wahał czy idzie dobrą drogą, i kiedy już prawie, prawie jest na miejscu, MYK! - skręca i wychodzi szybko z kościoła bocznym wyjściem.

Typ E – zmodyfikowana wersja Typu D: wchodzi do kościoła, pyta o koniec kolejki, uśmiech, niedowierzanie, brwi, ale połączone z próbą usprawiedliwienia się: „Ach… to ja może przyjdę później, albo jutro” – rzuca w przestrzeń, a potem – MYK, boczne drzwi. Nie przyjdziesz. Ani później, ani jutro. Przyjdziesz przed Bożym Narodzeniem.

Typ F: wchodzi do kościoła, siada w ławce i wyciąga notatki, w końcu sesja się zbliża. Właściwie nie wiadomo, czy przyszedł na Mszę, czy do spowiedzi. Wiadomo, że przyszedł się pouczyć.

Typ G, zwany również Informatorem: jest to osoba, która czuje się zobligowana do kierowania wszystkich w odpowiednie miejsce w kolejce, pilnująca, aby nikt się nie wepchał, i generalnie kierująca ruchem. To właśnie od niej usłyszysz takie zdania jak „Niech ktoś powie tamtej pani, że koniec kolejki jest TAM!”, „Proszę pani, proszę się do mnie przysunąć, to na ławce zmieści się jeszcze jedna osoba, ludzie chcą usiąść!”, „Zimno, zimno… Skurcze łapią…”, „Pan tu nie stał!”, „Pani też do spowiedzi? Tam jest koniec kolejki”, „Niech pani powie tamtemu panu, żeby powiedział tamtym osobom, że mogą już przejść do kolejnej ławki, bo luka się zrobiła”, „Dlaczego tylko trzech księży spowiada?”

Typ H, zwany też Dramatycznym Lemurem: wchodzi do kościoła, i natychmiast na jego twarzy maluje się Dramatic Lemur: 


... który trwa przez kilka sekund, a potem Typ H zmienia się wedle upodobania w Typ A lub Typ D.

KONIEC. No i taka historia właśnie. Kolejny odcinek w grudniu po południu, bo muszę zebrać materiały do niego. 


Moim celem NIE JEST wyrażenie swojego poirytowania czy obrażenie kogokolwiek. To tylko moje luźne spostrzeżenia, podszyte wyobraźnią i poczuciem humoru. Pamiętacie „Ministerstwo Głupich Kroków” Monty Pythona? Stąd właśnie „Ministerstwo Głupich Reakcji i Niezdecydowania”. Oglądaliście skecz kabaretu Hrabi „Typy tancerzy”? Stąd właśnie mój pomysł na typy pokutników. Jestem tym wszystkim rozbawiona, w pozytywnym sensie; mam nadzieję, że ten tekst właśnie tak zostanie odebrany. 




Dobrych Świąt!