Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obyczajowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obyczajowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2015

Książka: Dorota Gąsiorowska "Obietnica Łucji"

Niejedna pisarka udowodniła, że można zadebiutować w wieku 40 +. Debiutancka powieść Doroty Gąsiorowskiej to kolejny przykład tego, że nigdy nie jest za późno, żeby spełniać marzenia. Z pewnością powieść „Obietnica Łucji” jest spełnionym marzeniem Doroty Gąsiorowskiej.

W „Obietnicy Łucji” mamy do czynienia z typową dość sytuacją, której każdy na jakimś etapie życia doświadczył w mniejszym bądź większym stopniu. Ucieczka. Chęć ucieczki bierze się z poczucia pustki, nietolerowania własnej, osobistej historii, niepogodzenia z własnym losem. Ze smutku, zranionego serca, zawiedzionych nadziei, niespełnionych marzeń, traumy z dzieciństwa, braku miłości i akceptacji. Jedni uciekną w alkohol, inni na kozetkę psychologa, a Łucja? Łucja wybiera to, na co decyduje się wiele kobiet (również autorka powieści): ucieka z miasta na wieś, gdzie będzie musiała zastąpić kozaczki na obcasach ciepłymi śniegowcami.

W Różanym Gaju, wsi położonej gdzieś na Podkarpaciu, Łucja – serdeczna, uprzejma, ale nieco wycofana i pogubiona - zaczyna pracę jako nauczycielka w miejscowej szkole. I zaczyna się opowieść, która w polskiej rzeczywistości raczej nie miałaby miejsca. Wszystko jest zbyt bajkowe, w tej opowieści nie ma problemów „natury technicznej”. Zostać prawnym opiekunem osieroconej dziewczynki, mimo że nie jest się z nią spokrewnionym? Nic prostszego. Dostać posadę nauczycielki mimo braku doświadczenia w zawodzie? Dlaczego nie. Zamieszkać ze swoją uczennicą? Proszę, choćby jutro. Zakochać się w mężczyźnie, choć nie było się z nim na ani jednej randce? Też można.

Niemniej jednak po niektóre książki sięga się właśnie po to, aby oderwać się na chwilę od szarej codzienności, prawda? Jeśli spojrzeć na „Obietnicę Łucji” z tej strony, to nie mam nic do zarzucenia. Mnie skutecznie oderwała od głowy nabitej w ostatnich dniach przeprowadzką. Historia Łucji, jej stopniowe odnajdywanie się w małej mieścinie, pobudzający wyobraźnię wątek zabytkowego pałacu Kreiwetsów, zacieśniająca się relacja między Łucją a jej uczennicą Anią… Czytałam z przyjemnością i skupieniem, mimo że łatwo było przewidzieć kolejne wydarzenia i zbiegi okoliczności. Tym bardziej, że tytuł każdego rozdziału jasno mówi, jak potoczą się dalsze losy bohaterów książki. Można mieć także zastrzeżenia odnośnie do kreowania niektórych bohaterów, w szczególności Ani, która prawie zupełnie została pozbawiona dziewczęcego wdzięku. Jest dziewczynką nad wyrost dojrzałą, tak dojrzałą, że czytając dialogi między Łucją a Anią miałam wrażenie, że przysłuchuję się rozmowie dwóch dorosłych kobiet, a nie kobiety i uczennicy podstawówki.


Wszystkie te mankamenty mogą irytować, ale warto odpuścić i uznać, że jest to ot taka powieść obyczajowa o poszukiwaniu miłości, dotrzymywaniu tajemnic i mijaniu się z prawdą, wewnętrznej przemianie. Wtedy lektura stanie się przyjemna. Trochę wyciskacz łez, trochę lukier i miód. Do przeczytania w weekend idealna. Dorota Gąsiorowska w moim odczuciu pisze nieco podobnie do Anny Ficner-Ogonowskiej, autorki „Alibi na szczęście”, „Kroku do szczęścia” i „Zgody na szczęście”. Ficner-Ogonowska ma wiele oddanych czytelniczek. Czy Gąsiorowska również odniesie sukces? To się okaże :) 

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o muzyce pojawiającej się w opowieści. Dzięki autorce książki poznałam subtelną muzykę zespołu Simplefields. Fortepian i męski wokal w roli głównej, polecam ;) 

Wydawnictwo Znak (Między Słowami), Kraków 2015

wtorek, 25 marca 2014

Książka: Mia March "Klub Filmowy Meryl Streep"

A gdyby tak Meryl Streep zagrała rolę w… książce?

Bez zastanowienia mogę wymienić nazwiska moich ulubionych żyjących aktorów: Nicholson, De Niro, DiCaprio, Firth. Gdyby natomiast spytano mnie o ulubioną aktorkę, powiedziałabym: Meryl Streep! A potem długo, długo nikt. Meryl jest moim numerem jeden.

Meryl Streep to pewniak, nie ma opcji, żeby film z jej udziałem nazwać słabym, czy nawet przeciętnym. Postaci przez nią grane wzruszają, motywują do działania, skłaniają do przemyśleń. Najcenniejszym wyróżnieniem dla aktora jest chyba zdobycie Oscara, zatem Meryl może się czuć spełniona zawodowo, jednak z pewnością byłoby jej miło, gdyby zobaczyła w księgarni książkę pod tytułem „Klub filmowy Meryl Streep”.

To nie jest powieść o Meryl Streep! Jednak filmy z jej udziałem grają w niej kluczową rolę. Siostry Isabel i June oraz ich kuzynka Kat i jej mama Lolly zamieszkują w wakacyjnym pensjonacie, w którym odbywa się właśnie miesiąc filmów z Meryl Streep. Każda z kobiet znajduje się na życiowym zakręcie, nie wie, którą drogą powinna pójść. Podpowiedź i inspirację stanowią właśnie filmy z Meryl. Kobiety siadają razem przed telewizorem i zupełnie przypadkowo lub umyślnie włączają film, który w jakimś stopniu odzwierciedla sytuację Isabel, June bądź Kat, co skłania je do głośnych rozmyślań i dyskusji o filmie. Oryginalny pomysł autorki Mii March, aby punktem centralnym powieści uczynić filmy z Meryl Streep, jest zarazem przemyślany marketingowo: fani aktorki z pewnością sięgną po książkę, choćby z czystej ciekawości. Nazwisko Mia March nie mówi wiele czytelnikowi, ale nazwisko Meryl Streep? Mówi wszystko.



Ekscytacja zmniejsza się, kiedy schemat zostaje powielany. Jeśli tylko kojarzymy film, który kobiety właśnie oglądają, możemy się łatwo domyślić, jak skończy się kolejny rozdział i jakie podejmą decyzje. Przewidywalność jest denerwująca. Jeśli ktoś nie lubi życiowego rozmemłania, to irytować mogą też bohaterki, które zanim podejmą jakąkolwiek decyzję, muszą rozważyć wszystkie za i przeciw oraz posiłkować się wskazówkami niezawodnej Meryl Streep.


Nazwa serii – Leniwa Niedziela – sugeruje, że „Klub Filmowy Meryl Streep” to typowe czytadło. Rzeczywiście, umiejętności amerykańskiej pisarki Mii March nie wybijają się ponad przeciętność. Mimo to książka jest mi szczególnie bliska ze względu na promowanie filmów z wybitną aktorką. Już w trakcie czytania zaczęłam nadrabiać filmowe zaległości. Przed sięgnięciem po książkę obejrzyjcie omawiane w niej filmy (m.in. „Mamma Mia!”, „Sprawa Kramerów”, „To skomplikowane”), bo spoilery w powieści mogą drażnić. Wniosek wyciągnięty z „Klubu filmowego Meryl Streep”: zbyt mało gadam o filmach. 

Świat Książki, Warszawa 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

środa, 19 marca 2014

Książka: Maria Nurowska "Zabójca"

Rozkładam ręce i pytam: co się stało z Marią Nurowską?

Po jej książki sięgałam, kiedy miałam ochotę na coś lepszego niż przeciętną obyczajówkę. Ale jeśli jej kolejne powieści będą podobne do „Zabójcy”, książki Nurowskiej staną się dla mnie opowiastkami w sam raz do szybkiego przeczytania, i jeszcze szybszego zapomnienia.

Nurowska przyzwyczaiła mnie do zaglądania w głąb ludzkiej psychiki, do skrupulatnych portretów psychologicznych, do poranionych serc i skomplikowanych umysłów, ale też do bezlitosnej, szarej rzeczywistości otaczającej jej bohaterów. W „Zabójcy” znalazłam tylko to ostatnie – rzeczywistość osadzoną w sporej części w amerykańskim więzieniu San Quentin. Zresztą to już nie pierwszy raz, kiedy pisarka umieszcza bohaterów za kratkami – spójrzmy choćby na „Drzwi do piekła” (w porównaniu z „Zabójcą” – arcydzieło!).

Oprócz więzienia, w „Zabójcy” ujrzymy Tatry, które autorka również sobie ukochała, założyła nawet pensjonat w Bukowinie Tatrzańskiej. Dlatego zdziwiłam się, że główna bohaterka powieści, młoda dziennikarka Joanna Padlewska, ma o góralach bardzo krytyczne, jak najgorsze zdanie. Zastanawiam się, czy odzwierciedlają one prawdziwe spostrzeżenia Nurowskiej o góralach, czy celowo je przerysowała.

Owa dziennikarka postanawia napisać artykuł o Adamie - byłym więźniu San Quentin, Polaku, który został skazany za morderstwo, a po odsiadce wrócił do Zakopanego. Adam umożliwia Joannie dostęp do dzienników, w których dzień po dniu opisywał swoje więzienne życie. Fragmenty tych dzienników stanowią najlepszą część książki. Widać, że autorka „siedzi” w tematyce więziennej, pisze poruszająco, tak jakby sama obserwowała gdzieś z boku więzienne realia. Ale na tym kończą się niestety pozytywne aspekty książki.

Nie to, żeby reszta miała zostać przemilczana, kilka słów trzeba powiedzieć. Książkę czyta się ekspresowo. Jest krótka, chociaż ilość stron (270) może być myląca. Wystarczy jednak zajrzeć do środka, aby zauważyć, że połowę powierzchni strony zajmują marginesy, a tekst napisany jest zbyt dużym, jak na mój gust, stopniem pisma. Do tego szeroka interlinia i proszę – mamy książkę, która równie dobrze mogłaby być wydana w dwa razy mniejszej objętości. Bez sensu jednak oceniać książkę zarówno po liczbie stron. Wróćmy zatem do treści.

Joanna odwiedza Adama coraz częściej, wmawiając sobie, że jeździ do niego tylko w celach służbowych – zebrać materiał do artykułu. Łatwo się jednak domyślić, co będzie dalej. Opowiastka to przewidywalna, naiwna, a na dodatek mało realna. Bez wdawania się w szczegóły – wiele sytuacji w prawdziwym życiu po prostu nie mogłoby się wydarzyć, potwierdzicie to czytając książkę. Postaci są zarysowane zbyt ogólnie – nie wiem, co myślą, co czują. Kolejne wydarzenia po prostu „się dzieją”, nie wiadomo co kieruje bohaterami, czytelnik nie może się z nimi bliżej zapoznać. Czytając infantylne dialogi zastanawiałam się, czy to na pewno ta sama Maria Nurowska.

Przeciętniak, jakiego się nie spodziewałam.

Wydawnictwo Znak, Kraków 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

wtorek, 27 listopada 2012

"Miłość oraz inne dysonanse", Janusz Leon Wiśniewski, Irada Wownenko, Znak Litera Nova, 2012.



„Miłość oraz inne dysonanse” to pierwsza książka autorstwa Janusza Leona Wiśniewskiego, po którą sięgnęłam. Wiele dobrego słyszałam o „Samotności w sieci”, dlatego pojawienie się nowej powieści wzbudziło moje zainteresowanie. Pomyślałam, że zacznę poznawać twórczość tego pisarza nie od początku, a od końca. Jednak po lekturze nie jestem pewna, czy w ogóle chcę poznawać poprzednie książki J. L. Wiśniewskiego… Nie, nie jest to tandetny romans, wręcz przeciwnie!

„Miłość oraz inne dysonanse” to wspólne dzieło polskiego pisarza (ale mieszkającego na stałe we Frankfurcie) oraz rosyjskiej pisarki Irady Wownenko. Zapewne w Polsce nikt o niej nie słyszał, za to o Wiśniewskim raczej wszyscy. Dlatego, mimo iż wkład pracy w książkę był porównywalny (tak mi się wydaje), nazwisko polskiego autora na okładce widać już z odległości kilku metrów od regału w księgarni, a dużo mniejsza Irada Wownenko widnieje, niczym nie rzucający się w oczy podtytuł, pod nazwiskiem mężczyzny. Ciekawe, czy rosyjskie wydanie wygląda inaczej. Fotografia na okładce sugeruje pełen namiętności romans wypełniający karty książki. Notka na ostatniej stronie również nie pozostawia wątpliwości. A tymczasem jest inaczej.

Anna jest mężatką, chociaż mąż już dawno przestał ją zauważać. Jedyny kontakt jaki mają ze sobą, to ten łóżkowy (z przymusu) oraz zdawkowe rozmowy, które sprowadzają się jedynie do krytykowania wad Anny przez męża Siergieja. Kobieta jakich wiele – samotna w małżeństwie.

Struna jest Polakiem, wykształconym krytykiem muzycznym. Przystojny, inteligentny, właściwie byłby nudnym bohaterem, gdyby nie fakt, że jest pacjentem szpitala psychiatrycznego w Pankow w Niemczech. Dzięki temu poznajemy kilka barwnych postaci, rozmowy Struny z kumplami ze szpitala zajmują sporo miejsca. J. L. Wiśniewski ma dość charakterystyczny styl pisania. Jest jednym z najlepiej wykształconych pisarzy polskich (magister fizyki, doktor informatyki, doktor habilitowany chemii), i te jego umiejętności widać w tekście jak na dłoni. Nie jest pierwszym lepszym autorem piszącym o związkach, jest jedyny w swoim rodzaju, ale jednocześnie trochę przez to przerysowany, czuć trochę ten naukowy charakter. Według mnie przenosi za dużo własnych poglądów i przemyśleń na różne tematy do literatury. Wiele razy czułam się jakbym czytała artykuł naukowy zamieszczony w czasopiśmie z jakiejś dziedziny. Nie mówię o muzyce, której rzeczywiście jest mnóstwo i jest naprawdę świetnie opisana; tak miało być, w końcu Struna jest muzykiem. Bez muzyki ta ksiązka nie istniałaby, bo w większości właśnie ona budzi uczucia w bohaterach. Nie chcę, żeby ktoś mnie źle rozumiał: nie spodziewałam się lekkiej lektury niewymagającej myślenia. Jednak sięgając po książkę o tytule „Miłość oraz inne dysonanse”, lekko się podenerwowałam czytając kilka stron wywodów o Smoleńsku, kiedy temat tej strasznej katastrofy jest wałkowany od przeszło dwóch lat, i wyświechtany ze wszystkich stron. Nie powinno się go przenosić według mnie do powieści „pełnej namiętności i muzyki”, bo żar miłości nie współgra mi z lotem Tupolewa.

Mocną stroną książki rzeczywiście jest muzyka. Muzyka klasyczna, gwoli ścisłości. Struna jest zafascynowany Chopinem, Horowitzem, i wieloma innymi artystami. Jest też poezja, np. Wojaczek. Oprócz klasyki pojawia się też Matisyahu śpiewający reggae („To chyba najbardziej cool Żyd, jakiego znam. Oprócz Jezusa…”) oraz rosyjska kapela Leningrad (ostro skrytykowana przez Strunę, według mnie warto się z nią zapoznać).

Jeśli ktoś czytając tę recenzję odniósł wrażenie, że mało w tym wszystkim namiętności, nie będę wyprowadzać z błędu. „Miłość oraz inne dysonanse” ma prawie 500 stron, a zanim Anna i Struna w końcu się spotkają, trzeba przeczytać około ¾ powieści. Po drodze są oczywiście spotkania z innymi kobietami, akcja kilkakrotnie przenosi się z miejsca w miejsce. Jest Polska, Rosja, Niemcy. Ma to swój urok, dowiadujemy się co nieco o obywatelach poszczególnych państw i ich życiu. Ciekawym pomysłem jest też narracja z dwóch punktów widzenia: Anny i Struny.

Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy książka mi się podobała. Na pewno fabuła jest przemyślana, wszystkie wydarzenia prowadzą w końcu do spotkania głównych bohaterów. Według mnie, gdyby usunąć wątek miłosny, mogłaby pozostać świetna lektura o życiu w murach zakładu psychiatrycznego. Gdyby z kolei usunąć Pankow, a skupić się na dwojgu kochanków, byłby dobry romans. A razem jakoś to wszystko mi nie współgra.

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

wtorek, 30 października 2012

„Krok do szczęścia”, Anna Ficner-Ogonowska, Znak, 2012.



Zastanawiam się, gdzie ja byłam (lub raczej: co czytałam), kiedy jakiś czas temu na portalach i blogach pojawiały się coraz to lepsze recenzje książki „Alibi na szczęście”, która była debiutem literackim Anny Ficner-Ogonowskiej. Biję się w pierś i karzę w duchu, że przegapiłam tę powieść. Dlaczego? A dlatego, że właśnie skończyłam czytać drugą część rozpoczętej w debiucie historii – „Krok do szczęścia”.

Zgodnie z radą na ostatniej stronie okładki, zaparzyłam dobrą herbatę i sięgnęłam po lekturę. Herbata szybko się skończyła, a opowieść tak mnie wciągnęła, że nie miałam ochoty wstawać i iść do kuchni po kolejny aromatyczny napar. Od pierwszych stron wsiąknęłam w opowieść o Hance. Czułam, że znalazłam się w środku rozpoczętych już w pierwszej części wątków, ale nie przeszkadzało mi to we wciągnięciu się w bieg wydarzeń. Tym bardziej, że główna bohaterka, nie dość że jest moją imienniczką, to jeszcze tak bardzo przypomina mnie samą… Myślę, że sporo czytelniczek zauważy to samo. Bo Hanka to zwyczajna kobieta, którą jakiś czas temu los wystawił na próbę. Musiała zmierzyć się z osobistym dramatem, odciąć się od przeszłości i zacząć żyć na nowo. Niezależnie od wieku, jestem pewna, że każda z nas doświadczyła w swoim życiu czegoś smutnego, zupełnie przytłaczającego, o czym chciałoby się zapomnieć, ale po prostu się nie da. Dlatego od samego początku zaczęłam kibicować Hance. Hance i Mikołajowi.

Mikołaj jest idealny. Znosi zagubienie uczuciowe Hani z cierpliwością. Walczy o nią, czeka, zabiega o jej uwagę, chociaż bywa ciężko. Myśli o niej nieustannie, najchętniej otoczyłby ją ochronnym ramieniem, i nigdy nie puszczał. Wierzę, że tacy faceci istnieją naprawdę, nie tylko w literaturze. Wiele kobiet nie odstępowałoby takiego mężczyzny na krok, ale Hania… Hania ciągle myśli o Tamtym, którego Bóg zabrał już do siebie.

Pokiereszowane serce Hanki mogłoby zaznać spokoju, gdyby nie wydarzenia, w których kobieta musi uczestniczyć. Jej najlepsza przyjaciółka, prawie siostra, przygotowuje się do ślubu i do narodzin dziecka. Hania musi stawić czoło temu, co jej również było dane, ale zbyt szybko odebrane. Na dodatek odkrywa fakty z przeszłości, które nie wyszły wcześniej na jaw. Przechodzi tyle perturbacji w życiu, że rzeczywiście ciężko uwierzyć, jakim cudem taka szczupła, delikatna osóbka może to wszystko udźwignąć. Gdyby nie Mikołaj, pewnie by nie udźwignęła...

Jestem pod wrażeniem tego, jak autorka Anna Ficner-Ogonowska potrafi opisywać to, co się dzieje z człowiekiem w stanie zakochania. Namiętność, pożądanie, tęsknotę opisuje z wyczuciem, nie zniżając się do poziomu nic nie wartego erotyka. Wśród tych wszystkich emocji czuć prawdziwą miłość. Oprócz miłości czytamy o wspomnianych wyżej rodzinnych tajemnicach, uśmiechamy się do narzekającej na niedogodności ciążowe Dominiki, i wsłuchujemy się w rady cudownej, starszej pani Irenki, bo nic tak człowieka nie kształci, jak życie.

Język nie jest skomplikowany, ale nie każda treść potrzebuje wielkich słów. W pewnym momencie narracja zaczyna się trochę dłużyć, jednak ogólnie kolejne wydarzenia niosą czytelnika tak dynamicznie, że ciężko się oderwać od lektury. A będzie i śmiech, i płacz, i żal, i współczucie. Atutem, ledwie zauważalnym, bo zajmującym jedynie kilka linijek w całej książce, jest nawiązanie do literatury Williama Whartona. Jeśli miałam jakieś wątpliwości co do sympatii do autorki książki, tymi kilkoma linijkami kompletnie je rozwiała.

W oczekiwaniu na trzecią część losów Hani, sięgnę po przegapione „Alibi na szczęście”. Życzę sobie i wszystkim czytelniczkom jak najkrótszego oczekiwania na kolejną książkę autorki.

Recenzja opublikowana na Kobieta20.pl

wtorek, 23 października 2012

„Złamane pióro”, Małgorzata Maria Borochowska”, Poligraf, 2012.



Okładka „Złamanego pióra” mówi, że będzie muzycznie i nieco zbrodniczo. Muzyka budzi emocje, zbrodnia wywołuje napięcie i intryguje, czego chcieć więcej? Jak śpiewa Maciej Maleńczuk, „You can't judge a book by looking at the cover”, a zatem kilka słów o tym, co kryje w sobie tajemniczy tytuł.

Emily ucieka z wielkiego miasta na wieś. Jednak chęć bycia bliżej natury i spacerowania po lasach to nie jedyny powód osiedlenia się z dala od miejskiego zgiełku. Dziewczyna chce o czymś zapomnieć, zniknąć, uciec zarówno od innych, jak i od siebie. Dlaczego? Nie dowiadujemy się tego od razu, ale jest to związane z okładkowym fortepianem. Oficjalną przyczyną jest chęć napisania książki, jednak byłoby zbyt przewidywalnie, gdyby chodziło tylko o to.

Nie można zupełnie uciec przed samym sobą. Zawsze coś (lub ktoś) skutecznie nam w tym przeszkodzi. W przypadku Emily jest to wysoki, ciemnowłosy, superprzystojny Jacob, który proszony bądź nie, przychodzi co rano na kawę do nowej sąsiadki. Wyobraźcie sobie taki obrazek: cicha wieś, średnia wieku mieszkańców 60 +, i tylko tych dwoje młodych, zdolnych, i wolnych…

Mężczyźnie trudno jest dotrzeć do Emily. Dziewczyna ma umysł artystki, jest dość specyficzna. Nie chce mówić o sobie, o swojej przeszłości, a ostatnie na co ma ochotę, to miłość. A jeśli już mówi, to używa mnóstwa synonimów. Na początku jest to dość zabawne, jednak po kilkudziesięciu zapełnionych nimi dialogach robi się nieco irytujące, a wzrok przeskakuje na koniec zdania, aby ominąć wyrazy bliskoznaczne. Dla potwierdzenia (bądź obalenia, kwestia gustu) kilka wyjętych z ust Emily słów:

„Nie ma naprawdę potrzeby, uzasadnionego powodu, motywu, argumentu ani przyczyny (…)”  (s. 17).
„Alicja miała niesamowitą skłonność do przyciągania drani, arcyłotrów, impertynentów, niegodziwców i nikczemników” (s.25).
„Spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony, jakby zastanawianie się było objawem choroby psychicznej, zaburzenia, niemocy i patologii” (s. 32).

Synonimy synonimami, ale warto wspomnieć, że to właśnie wypowiedzi Emily sprawiają, że książka jest uniwersalna. Mam na myśli tematy, jakie kobieta porusza w rozmowach z Jacobem czy innymi sąsiadami. Jest trochę polityki, dyskusja o rasizmie, o miłości… Pod wieloma spostrzeżeniami mogłabym się podpisać. Nie są to jakieś prawdy objawione, ale kilka razy musiałam przerywać czytanie, aby porządnie sobie przemyśleć słowa Emily, odnieść je do własnego życia. Czasem się nad czymś nie zastanawiamy, zauważamy problem, z którym się borykamy, jednak nie mamy odwagi mówić o nim głośno. Ile to już razy jakieś jedno zdanie tak mnie przybiło albo zmotywowało do działania, mimo że autor powieści jest mi kompletnie obcy…

O książce Marii Borochowskiej można powiedzieć, że jest to swego rodzaju 3 w 1. Obok głównej narracji znajdują się fragmenty właściwego „Złamanego pióra”, czyli powieści pisanej przez samą Emily. Oprócz tego znajdziemy też zabawną historyjkę o pewnym królu – kolejne dziełko narratorki, mające nie tylko funkcję moralizatorską, ale też odzwierciedlające kolejne etapy w życiu Emily. Trudno określić, czy jest to powieść obyczajowa, psychologiczna, fantastyka, historia miłosna czy jeszcze coś innego. Nie wiem do końca, kto może być potencjalnym odbiorcą książki, według mnie autorka postawiła na uniwersalność, chciała dopasować się do każdej możliwej grupy czytelników. Nie mnie oceniać, czy to dobre rozwiązanie, pewnie dzięki temu każdy znajdzie w tej pozycji coś dla siebie. Ja znalazłam.

Minusem jest praca, którą wykonało wydawnictwo, swoją drogą chyba mało znane. Od czterech lat na studiach wszyscy wbijają mi do głowy, że pisanie kursywą dłuższych tekstów jest grzechem. Mają rację! Tutaj niestety spora część książki jest pisana tekstem pochyłym. Kolejna sprawa to znienawidzona przez grafików czcionka Comic Sans. Wspomniana bajka o królu jest napisana właśnie tą czcionką. Już po pierwszym przeczytaniu od okładki zaczęła odchodzić folia i się rolować. Wydawnictwu Poligraf mówię NIE, Autorce „Złamanego pióra” życzę kolejnych książek, wydanych w innym wydawnictwie. Patrząc na sytuację polskiego rynku wydawniczego, może być to trudne… Ale to jest temat na osobny tekst.

W części fantastycznej polecam przyjrzeć się Ekonagim, Góranom i Doliniarzom, zwrócić uwagę na ich rytualne zajęcia i dojrzeć w tych fikcyjnych postaciach nutkę rzeczywistości.

wtorek, 4 września 2012

"Jak znaleźć przepis na szczęście", Barbara O'Neal, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.



Utrata pracy, rozstanie z partnerem, przypominająca o sobie tragiczna przeszłość i niepewna przyszłość. Czy może być gorzej? Właśnie to spotkało Elenę, 38-letnią mistrzynię gotowania.

Jednak los się od niej nie odwrócił. Pojawia się propozycja objęcia posady szefa kuchni w malowniczym Aspen. Grzechem byłoby jej nie przyjąć. Elena wprowadza się do nowego domu wraz ze swoim psem, uroczym Alvinem, mieszańcem labradora i chow chow (wyobrażacie sobie jak słodko musi wyglądać taki mix?). Kobieta wciąga się w wir pracy i przygotowań do otwarcia restauracji. Ustala kartę dań, zatrudnia personel, noże w kuchni latają, zapachy zniewalają, potrawy oszałamiają. Niepostrzeżenie Elena coraz więcej czasu spędza ze swoim przełożonym, znanym reżyserem Julianem Liswoodem. Kobieta ma za sobą już związek ze swoim szefem z poprzedniej restauracji, i nie ma ochoty na te same rozczarowania. Układ szef + pracownica + miłość nie wróży nic dobrego. Na dodatek psiak Alvin zaprzyjaźnia się z córką reżysera… Co z tego wyniknie? Wiadomo, że los nie zawsze sprzyja, dlatego problemów z restauracją (i nie tylko) będzie wiele. Czy podupadająca na zdrowiu Elena sprawdzi się w roli szefa kuchni?

Dawno nie czytałam książki o tematyce około-miłosnej, która podobałaby mi się pod każdym względem. A w „Przepisie na szczęście” wszystko gra! Świetne postaci, których nie da się nie polubić. Dialogi i narracja sprawiające, że czyta się szybko i z niekłamaną przyjemnością. Ciekawie przedstawione środowisko restauracji „od kuchni”, dodatkowego smaczku nadają pojawiające się co jakiś czas przepisy kulinarne. Teraz potrawy kryjące się pod tajemniczymi nazwami Pozole, Taquitos, Tamales czy Chleb zmarłych nie będą dla czytelniczek niczym trudnym do wyczarowania w kuchni. Już same opisy ich przyrządzania wyostrzają zmysły i skłaniają do zmierzenia się z talentem Eleny i sprawdzenia własnych umiejętności. Ponadto do tej obyczajowej opowieści wkradły się subtelne elementy fantastyczne – obecność duchów. Podoba mi się też oryginalna i zabawna koncepcja ostatniej strony okładki, zawierająca wskazania, działanie i dawkowanie „Przepisu na szczęście”. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o literówkach w książce. Tym razem jestem pozytywnie zaskoczona – znalazłam zaledwie jedną literówkę na ponad 400 stron opowieści. Jest to zasługa aż trzech korektorów, którzy pracowali nad książką.

Uwielbiam Elenę, uwielbiam psa Alvina, uwielbiam pracowników restauracji „Pomarańczowy Niedźwiedź”. Jak zapewnia okładka, jest to „ciepła, mądra i wciągająca historia na chandrę”. Moi drodzy, zapewniam, że nie tylko na chandrę. Odpowiednia na wieczór, na popołudnie, na wesołość, na nudę, na każdą okazję. 

Recenzja opublikowana na Dlalejdis.pl