Byłam ostatnio z przyjaciółmi na kabarecie Hrabi w Świdnicy. Już drugi raz widziałam ich na żywo. Za pierwszym razem był to program „Gdy powiesz TAK”, a teraz „Co jest śmieszne” i… o rany. To jest taki śmiech, że nie mogłam się opanować, nie wiedziałam co się dzieje, brakowało mi tchu. Chciałam się uspokoić, bo brzuch już bolał bardziej niż po zrobieniu 80 brzuszków z Chodakowską, ale nie dało się, no nie dało się nie śmiać! Tak jak Meryl Streep jest moim numerem jeden wśród aktorek wielkiego kina, tak Joanna Kołaczkowska jest numerem jeden aktorek kabaretowych. Aśka, Kamol, Bajer, Lopez – mistrzostwo świata! Nie wiem co więcej powiedzieć, bo jakichkolwiek słów użyję, będą one za małe. To może jeszcze powiem, że… oberwać poduszką w łeb do Asi Kołaczkowskiej – bezcenne! Najśmieszniejszy ból świata :)
Tytułem wstępu: UWIELBIAM WROCŁAW! Mimo że ostatnio było
spore zamieszanie związane z organizacją jakiegoś maratonu, to generalnie
bardzo cenię to miasto od strony proponowanych imprez kulturalnych. Jest
Wrocław, jest impreza!
Na brak imprez kulturalnych nie można narzekać, wciąż
pojawiają się także nowe. Jednym z nich jest OdraNocka Art Festiwal. Nie byłabym sobą,
gdybym nie sprawdziła, o co chodzi i z czym to się je. Festiwal trwa od 29
czerwca do 13 lipca, koncerty odbywają się na dziedzińcu Arsenału. Zaproszeni
artyści? Bardzo proszę: Grzegorz Turnau, Artur Andrus, Maria Czubaszek, Kayah,
Marcin Wyrostek (akordeon), Mafalda Arnauth (fado), Teatr STU z Krakowa oraz
najbardziej HOT nazwisko tego lata: Dawid Podsiadło. Pięknie i różnorodnie!
Raz dwa, raz dwa, szybko przemyślałam, na którym koncercie mogę się zjawić, i padło na 2 lipca: koncert Artura Andrusa.
www.odranocka.pl
Jak to jest między mną a Arturem Andrusem? No cóż,
wystarczy, że pan Artur powie tylko „Dobry wieczór państwu”, lub choćby „Proszę
państwa…”, a ja już się uśmiecham. Wyobraźcie sobie zatem, jak wysoko latałam
na skrzydłach miłości po dwóch godzinach koncertu.
Artur Andrus prezentował utwory ze swojej najnowszej płyty
„Myśliwiecka” (pewnie, że mam!), raczył publiczność wierszykami swojego
autorstwa, a choreografię sceniczną miał taką, że ho ho! Totalnym szaleństwem z
jego strony okazało się spektakularne wywijanie kablem od mikrofonu. Wykonując
„Glanki i pacyfki”, swoim blaskiem i rockową duszą przyćmił wszystkie żyjące i
nieżyjące legendy rocka. Zaśpiewał swój największy hit „Piłem w Spale, spałem
w Pile”, twierdząc, że jest to jego jedyny przebój. Według mnie „Królowa
nadbałtyckich raf” również pretenduje do miana superprzeboju. Jednak absolutnym
zaskoczeniem i powodem mojego największego wybuchu śmiechu był utwór „Cyniczne
córy Zurychu”.
Kto choć raz widział Artura Andrusa w akcji, dobrze wie, że
ten przesympatyczny pan sypie rymowanymi wierszykami własnego autorstwa jak z
rękawa. Ich ilość przewyższa chyba twórczość niejednego wieszcza. Zastanawiam
się, ile pomysłów i rymów może się kryć w jednej głowie. Słuchając Pana Artura,
wnioskuję, że bardzo, bardzo wiele, a czasem odnoszę wrażenie, że wymyśla je na
poczekaniu. Chciałabym zapamiętać niektóre z nich, jednak uwierzcie, że nie
da się! Ledwie skończy się jedna rymowanka, już leci kolejna. Ledwie zdążę zapisać
pierwsze zdanie, a już słyszę następny wiersz i zaśmiewam się. No po prostu
kurcze, no nie! Jeden zapamiętałam:
Czerwone korale włożyła na
szyję
Wczoraj jeszcze żyła
Dzisiaj już nie żyje!
Gościem specjalnym była pani Maria Czubaszek, z którą Artur
Andrus przeprowadził rozmowę. Zarzekał się, że wcześniej się do tej rozmowy nie
przygotował, bo pani Maria ponoć sama lubi sobie zadawać pytania i na nie
odpowiadać. Wyszło tak, że mieli nie rozmawiać o polityce i seksie, a
rozmawiali o… polityce i seksie ;) I było mi bardzo miło, że mogłam
przysłuchiwać się tej rozmowie.
Widzicie, chyba nikt nie powie, że Artur Andrus ma
fenomenalny wokal i jest zwierzęciem scenicznym. Nadrabia jednak poczuciem
humoru, talentem do wymyślania zabawnych tekstów, gadatliwością, żartowaniem z
samego siebie. To sprawiło, że prawie wszystkie miejsca pod sceną były zajęte.
Siedząc w jednym z ostatnich rzędów, widziałam przed sobą zatrzęsienie
trzęsących się ze śmiechu ramion, a moje ramiona też brały w tym udział. Fajnie
było, po prostu!
Po koncercie Artur Andrus i Maria Czubaszek podpisywali
książki i płyty. Nawet gdyby miałby mi zwiać ostatni autobus, czekałabym
cierpliwie na swoją kolej. Doczekałam się, warto było:
Hani - ani ani ;)
Też Hani :D
Autobus mi nie zwiał ;)
PS W koncercie brałam udział dzięki Wrocławskiemu
Towarzystwu Gitarowemu, gdzie jestem wolontariuszem. Jeśli ktoś chce zdobyć
doświadczenie w organizacji koncertów i mieć możliwość uczestniczenia w wielu z
nich w zamian za zaangażowanie i poświęcenie swojego czasu – sprawdźcie ofertę: WTG wolontariat,
albo skontaktujcie się ze mną.
Ostatnie dni sprawiły mi wiele radości. Zaczęło się od
upieczenia czterech blach ciastek. Przepis mówił, że z porcji ciasta wyjdzie
„dużo ciastek”, ale skąd miałam wiedzieć, czy dużo = trzydzieści, czy dwieście.
W rezultacie spędziłam cztery godziny w kuchni, ale z każdą porcją ciepłych,
pachnących pierniczków miałam coraz lepszy humor. A jeszcze milsze było
planowanie kogo nimi obdaruję, przecież sama nie przejadłabym tych stu
trzydziestu miniaturowych radości. Fajnie tak czasem się zasłodzić :)
Nie jestem mistrzynią w kuchni, ale jak mnie czasem coś najdzie, to puszczam
muzykę i tanecznym krokiem wiruję między piekarnikiem a blatem. Niedługo święta,
więc pewnie spędzicie sporo czasu na pieczeniu słodkości. Powiem Wam, że nowa
płyta Artura Andrusa „Myśliwiecka” jest idealnym soundtrackiem do wykrawania
pierniczków!
Pierniczki okazały się idealne do grzanego piwa wypitego z
Ptanią. Wcześniej wygrzałyśmy się w saunach na Magicznym Wieczorze portalu DlaLejdis. Rety, jakie to fajne poleżeć w ciepełku, kiedy na dworze mróz.
Przy okazji pozbywając się toksyn.
Kolejną porcją radości był kabaret Hrabi we wrocławskim Imparcie 30 listopada. Moim
marzeniem było zobaczyć Aśkę na żywo. Nie tylko ja mam takie marzenia – miesiąc
przed występem wszystkie bilety były już wykupione, załapałam się na ostatnie
dwa miejsca. Joanna Kołaczkowska to kobieta, która samą swoją obecnością,
sposobem patrzenia i chodzenia wzbudza mój śmiech. A jak zacznie mówić albo
śpiewać, to już w ogóle brzuch ledwo wytrzymuje nagłe ataki śmiechu totalnego.
Kiedy występ nie jest nagrywany dla telewizji, na scenie
dzieją się rzeczy, których srebrny ekran pewnie by nie pokazał. Spodziewałam
się tego i cieszyłam niezmiernie z każdych chwil graniczących z absurdem. Nie
będę pisać szczegółów, bo być może ktoś się wybiera na występ, albo czeka na
premierę nowych skeczy w tv. Powiem tylko, że warto czekać.
Cały program „Gdy powiesz tak” jest świetny, a gdy Kołaczkowska zaśpiewała na
koniec „Song porzuconej” („Andrzejuuuu, Andrzeju, rety rety jeju!”) to poczułam
ducha Janis Joplin gdzieś obok niej ;). Trzeba przyznać, że gdyby nie ona,
kabaret Hrabi nie byłby moim ulubionym. Radość w radości, że oprócz mnie, również radosna Karolina
miała radochę z występu.
Chwilę przed występem Hrabi zadzwoniła do mnie kuzynka z
informacją, że wygrała bilety na Konfrontacje Rockowe wROCK 2012, ale nie może
iść i czy chcę przejąć nagrodę. Jakby to Kołaczkowska powiedziała do Dziubasa: „No
to chyba OCZYWISTE!”. Zastanawiałam się nad kupnem biletu, ale nie byłam do
końca zdecydowana. Nie zależało mi na koncercie IRY, Jelonka właściwie nie
znałam, na Luxtorpedzie byłam już kilka razy, a na Kim Novak i tak bym nie
zdążyła, bo do 16 byłam w pracy. Ale wygrany bilet to zupełnie co innego, niż
bilet za 60 zł ;).
źródło: strona wROCK na Fb
Weszłyśmy z Ewą do Hali Stulecia, kiedy Kim Novak właśnie
kończyli swój występ. Szkoda, może jeszcze zagrają we Wrocławiu. Następny miał
być Jelonek. Ludzie! Dlaczego ja go wcześniej nie słuchałam?! Wiedziałam, że
skrzypek, że za je bi sty, że jego koncerty zapadają w pamięć. Ale kiedy nawet
ktoś mi poleci jakiegoś artystę, to nie zawsze z entuzjazmem zaczynam go
słuchać. Stwierdzam, że „eee, no dobra, kiedyś może posłucham, ale teraz dawać
mi tu starych dobrych Beatlesów”. Tak właśnie było z Jelonkiem. Ktoś kiedyś
wrócił z jego koncertu podekscytowany i zaczął mi opowiadać jak było, a ja nie
miałam ochoty przesłuchiwać nowej dla mnie muzyki.
Słuchajcie, po wczorajszym wieczorze naszła mnie taka ochota
na tę nową muzykę, że zaczęłam poszukiwać dvd z koncertów Jelonka. Co to za człowiek jest! Wchodzimy na Halę, a tam na scenie fajerwerki! A zza
tych fajerwerk wyłania się pan w średnim wieku, w dłoni dzierży skrzypce, na
jego marynarce przysiadły pluszowe misie (!), a na głowie ma hełm z rogami
jelenia. Nazwijcie jego wygląd kiczowatym, ale jego muzykę – broń Boże! Na
scenie towarzyszyli mu gitarzyści w długich włosach, headbangingowi nie było
końca. Ostry rock w połączeniu ze skrzypcami, no kurde, super! Michał Jelonek
jest mistrzem w łączeniu mocnego grania i dobrej zabawy. Śpiewał niewiele, za
to tak nakłaniał do szaleństw, że publiczność nie dała się prosić.
Przykładowe
teksty Jelonka:
„Budujemy ściankę, Wrocławiankę! Budujemy ścianeczkę,
Wrocławianeczkę!” – ściana śmierci wykonana, a Jelonek: „Budujemy nową ściankę!
Ściankę, ściankę, Wrocławiankę!”. Jedyny mój komentarz: Jezus Maria, co tam się
musiało dziać. Stałam trochę daleko i niewiele widziałam, ale patrząc po
filmikach, budowano ściany jedną za drugą.
„A teraz wężyk! Wężyk się przyczaja, wszyscy kucamy!” – to
po prostu trzeba zobaczyć;
„Czy lubicie karaluchy? Trzeba je lubić, bo tylko one
przetrwają!” – wtf? :D
„Jest disco, jest wszystko!” – wstęp do zagranego „Daddy
cool”
I jeszcze bardzo wdzięczne „Napierdalaaaaaaaaaać!”.
Polecę banałem: publiczność oszalała. Tylko sobie wyobraźcie: facet z pluszakami na ramionach i
rogami na głowie grający ciężki rock. Na skrzypcach! Oprócz wspomnianego „Daddy
cool” grał standardy muzyki klasycznej, które z gitarami brzmiały nieziemsko.
Byłam wniebowzięta! Bardzo lubię przychodzić na koncert artysty, którego nie
znam, a po koncercie rozgłaszać wszem i wobec „posłuchajcie go koniecznie!”.
Także posłuchajcie:
Jelonek podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Następna była
Luxtorpeda, o nich się nie obawiałam, bo na Luxach zawsze dobrze się bawię. Tym
razem jednak wyszło bardzo średnio. Litza był wkurzony jak nigdy, czepiał
się ochroniarzy, przeklinał i niewiele mówił. Po kilku utworach przeprosił
tłumacząc się zmęczeniem i tęsknotą za żoną, dziećmi i wnukiem. No dobra, mogę
to zrozumieć. Widać, że potrzebuje odpoczynku, bo głos mu chwilami siadał.
Zagrali oczywiście na poziomie, tylko że krótko, i jakoś tak bez polotu. Ale
„Wilki dwa” jak zawsze ruszają za serce.
Potem wystąpił Czesław. Czesław Śpiewa. Pierwszy raz byłam
na jego koncercie. Chociaż „byłam” jest złym określeniem. Po dwóch czy trzech
utworach wyszłam na piwo. Nie wiedziałam, że potrafi tak rockowo grać. I do
tego rockowego grania jego głos zupełnie mi nie pasuje…Muzyka też jakaś przekombinowana. Odniosłam
wrażenie, że jest nieco wyniosły i wcale nie taki słodki i wzruszający, za
jakiego uchodzi. Jego wypowiedzi w stylu „Artyści są tylko w Krakowie. A tu
Wrocław, tu Wrocław”, „I ludzie myślą, że ja nie kocham publiczności, a ja
kocham przecież”… Wyszłam, wyszłam po prostu. Sorki Czesław. Okazało się, że
nie tylko my odpuściłyśmy sobie jego koncert, bo przy piwnym stoisku i na
korytarzach było sporo osób. Również okrzyki publiczności się zmieniły –
teraz było słychać jedynie piski kobiet, a nie wrzaski facetów, jak na Jelonku
i Luxach.
Po Czesławie dość długo na scenie stroił się Hey. Do końca
nie wiedziałam, że będę na koncercie, dlatego nawet nie przesłuchałam ich nowej
płyty. Nie szkodzi, Kasia wyszła na scenę i przedstawiła „ten sam, stary Hey”.
Uznałam to za sygnał, że nie będą promować jedynie nowego albumu. Rzeczywiście,
po kilku nowych utworach zaczęli się jakby „cofać” z repertuarem do coraz
starszych piosenek. Kilka utworów z płyty „Unisexblues”, którą sobie ukochałam
bardzo, bardzo. Dalej były brzmienia z „Echosystemu”, i jeszcze starsze
piosenki, jak np. „Missy seepy” i „Cudzoziemka w raju kobiet”. Granie było
różnorodne, od „starego” Heya do nowszych, elektronicznych brzmień. Kochana,
nieśmiała Kasia Nosowska każdy utwór kończyła nieśmiertelnymi słowami, które
już na stałe do niej przylgnęły: „No… Dziękujemy bardzo…”, czasem dodając
nerwowy chichot. Była piękna jak zwykle, chociaż bez okularów niewiele
widziałam ;).
Na koniec IRA świętowała swoje 25-lecie. Objeżdżają z tej
okazji chyba każdy festiwal w tym roku. Widziałam ich już jako support Queen w
lipcu. Mają wiernych fanów, ale drugi raz chyba nudziłabym
się na ich koncercie, więc poszłyśmy do domu, żeby ogłosić światu, że wielbimy
Jelonka!
Co do samej koncepcji Konfrontacji Rockowych wROCK: super,
że w jednym dniu wystąpiło tak dużo artystów prezentujących różne odmiany
rocka. Ale ta wielość spowodowała, że organizatorzy bardzo trzymali się ram
czasowych. Nie było czasu na bisy, poszczególne koncerty trwały około godzinę,
w związku z czym repertuar był mocno okrojony. Szatnia 3 zł za sztukę jest dla
mnie nieporozumieniem. Lane piwo 0,4
l za 7 zł, chociaż facet nalewał nawet mniej, na dodatek
nie wydawał reszty… Pozostawię to bez komentarza. Tortillę z kurczakiem o smaku
nie wiem czego, ale na pewno nie kurczaka, również pozostawię bez komentarza.
To by było tyle na dziś. „No… dziękujemy bardzo" :).
PS
Pojutrze pierwsze urodziny bloga, trzeba by coś
przedsięwziąć ;).
Robert Górski – Góral, Badyl, George Owens, Premier.
Nieważne, jak go nazwiemy, wszyscy znamy lidera Kabaretu Moralnego
Niepokoju. Wiemy, że jest znakomitym, błyskotliwym kabareciarzem, ale do tej
pory nie dał się poznać ze strony prywatnej. Teraz mamy okazję zobaczyć, czy
schodząc ze sceny, wciąż pozostaje mistrzem ciętych ripost i inteligentnych
żartów. Wszystko dzięki książce „Jak zostałem premierem. Rozmowy pełne moralnego
niepokoju”.
Okładka sugeruje żartobliwy
charakter publikacji. Oto widzimy pana Roberta w garniturze, wciśniętego w
złote koło ratunkowe. Złota jest także poszetka od garnituru (przecież każdy
element stroju musi do siebie pasować!), w końcu złote litery i taki sam tył
okładki. Myślę, że ten przesyt złota jest celowy, w każdym razie prezentuje się
doskonale. A charakterystyczny uśmieszek Górala na fotografii – cóż, wpatrując
się w niego, tylko czekam, aż zacznie w znajomy sobie sposób nerwowo przewracać
oczami, wymyślając tekst, którym chciałby wszystkich czytelników rozbawić na
dobry początek.
Jeśli przedmowę pisze Artur
Andrus, wiedz, że książka musi być godna uwagi. Mariusz Cieślik rozmawia z
Robertem Górskim o czasach przed-kabaretowych, studiach, rodzicach, partnerce i
synku. W końcu o tym, jak z paczką kumpli zaczęli tworzyć kabaret, który miał
być tylko jednorazową przygodą na uczelnianych występach. Opowiada o sytuacjach
w życiu, które go inspirują do napisania skeczów. Będziecie zdziwieni, że
niektóre z nich wydarzyły się naprawdę! Tematy rozmów zgrabnie łączą się z
zamieszczonymi w książce scenariuszami występów kabaretowych. Według mnie
zajmują one zbyt wiele miejsca. Wolałabym, aby ten wywiad-rzeka był
najważniejszym elementem, jednak skecze Kabaretu Moralnego Niepokoju i rozmowa
mają mniej więcej podobną objętość. Dla fanów Kabaretu może to być rarytas.
Uwielbiam KMN, ale dla mnie skecze w tej książce są po prostu zbędne, ponieważ
znam je wszystkie prawie że na pamięć (ciężko ich nie znać, bo w większości są
to hity sprzed kilku lat). Otwierając książkę cieszyłam się, że mam przed sobą
prawie 200 stron rozmowy Górskiego z Cieślikiem, ale jak się okazało, jest ich
sporo mniej... Dlatego, kończąc „Jak zostałem premierem” w zaledwie dwa
wieczory, czułam niedosyt. Za mało, za krótko! „Będzie Pan zadowolony. I Pani
też!”. Zadowolona jestem, ale daleko mi jeszcze do skakania ze szczęścia.
Oglądając „Posiedzenia Rządu”, w
których pan Robert pełni rolę premiera, zastanawiałam się, jakie tak naprawdę
są jego poglądy polityczne. Poczytamy o wielu interesujących faktach z życia
kabareciarza, ale jeśli chodzi o sprawy polityczne – woli milczeć i ograniczyć
się do odgrywania postaci szefa rządu na ekranie telewizora. Trzeba przyznać,
wychodzi mu to znakomicie. Kto nigdy nie widział, z pomocą spieszy tekst
jednego z posiedzeń rządu: „Straszenie PiS-em”.
Świetnym pomysłem są wypowiedzi
osób związanych z polską sceną kabaretową na temat Roberta Górskiego.
Środowisko kabaretowe jest chyba jedynym, w którym nie odczuwa się rywalizacji,
wszyscy się lubią i potrafią ciepło i zabawnie wypowiadać się o innych
artystach. Miło się to czyta. Prawdziwy wybuch śmiechu wywołały także wyrwane z
kontekstu notatki Górskiego, zamieszczone na końcu książki. Nieraz są
rozbrajające („Nie podoba mi się, że łysieję, ale trudno”, a nieraz po prostu
budzą sympatię („Uważam, że świat bez dzieci nie miałby sensu”).
Osobę Roberta Górskiego
przedstawioną w książce bardzo trafnie i błyskotliwie podsumowuje Joanna
Kołaczkowska: „Nie ma lepszych, nie ma innych, niczego nie ma”. Bardzo dobrze,
że został Premierem!
To był dzień, w którym od rana
chodziłam uśmiechnięta, dużo spraw sprawiło mi radość. Jedną z nich był fakt,
że grupa ludzi potrafi się skrzyknąć i zorganizować koncert, dzięki któremu dzieciaki
pojadą na wakacje. Takie rzeczy zawsze przywracają mi wiarę w człowieka. O
koncercie dowiedziałam się dzień wcześniej, ale wystarczyły mi hasła kabaret
i Sound System, abym swoje kroki w poniedziałkowy wieczór skierowała do pubu Schody Donikąd. W pubie zjawiłam się punktualnie o 19. Zaskoczyło mnie miłe
przywitanie: każdy wchodzący gość mógł poczęstować się kieliszkiem wina, do
wyboru, do koloru: białe, czerwone, wytrawne, półsłodkie, słodkie. Jak tu się
nie uśmiechnąć! Schody Donikąd okazały się bardzo klimatycznym miejscem,
stylizowanym na lata 20. Ludzi nie było sporo, jednak ta garstka (około 30
osób) tworzyła sympatyczną atmosferę. Same uśmiechnięte twarze, odniosłam nawet
wrażenie, że wszyscy się tam znają. A to pewnie za sprawą organizatorów, czyli
Fundacji Kuźnia Art(strona internetowa) oraz Chcepomagac.org.
Wstęp na koncert był darmowy, a
każdy, kto miał chęć wsparcia dzieci ze świetlicy
środowiskowej przy ul. Nowej 4 we Wrocławiu, mógł kupić cegiełkę w cenie 20 lub
50 zł, do czego zachęcał i wielokrotnie przypominał konferansjer.
Pod skrzydłami Kuźnia Art
odbywają się różnego rodzaju warsztaty, w tym wokalne, które prowadzi Bogna Jurewicz,
wokalistka zespołu Optimystic. Podczas koncertu występowały utalentowane
dziewczyny, które szkolą swój wokal właśnie u niej. Niestety nie zapamiętałam
ich nazwisk, za to wokal i osobowość – owszem. Występowały jedna po drugiej,
wspierały siebie nawzajem podrygiwaniem pod sceną i klaskaniem, i to po części
one stworzyły atmosferę życzliwości, która przeszła na resztę gości. W pamięć
zapadły mi nieco jazzująco-funky’ujące wersje znanych hitów, takich jak Da ya
think I’m sexy (Rod Stewart), Bang Bang (zdaje się, że w oryginale śpiewała
to Nancy Sinatra), Stop (Sam Brown), Luka (Suzanne Vega), Valerie (Amy
Winehouse). Dwie wokalistki szczególnie wyróżniały się umiejętnościami, a jedną
z nich widziałam chyba w jednym z programów muzycznych w tv.
Po występach dziewcząt przyszedł
czas na kabaret Chyba. Zresztą, przez cały wieczór jeden z członków kabaretu
nie rozstawał się z publicznością, ponieważ był konferansjerem. Podczas gdy
kabaret przygotowywał się do wejścia na scenę, prowadzący rozśmieszał (z różnym
skutkiem) zgromadzoną publikę przygotowanymi dowcipami. Kabaret Chyba przedstawił
około półgodzinny program skeczów, które rozśmieszały bardziej niż wspomniane
wyżej dowcipy, ale najwięcej śmiechu wywołała druga część występu –
improwizacje kabaretowe z udziałem publiczności. Co tu dużo mówić, popłakałam
się ze śmiechu! Bardzo utalentowane trio. Jeśli ktoś ma ochotę się pośmiać, okazję ku temu będzie miał 10 lipca w pubie Włodkowica 21, w którym wystąpi
kabaret Chyba.
Po kabarecie przyszedł czas na
Salut! Sound System. Chłopaki szybko ustawili się na scenie, i już po chwili Schody
Donikąd wypełniły się jamajskimi rytmami. Kilka osób tańczyło, wszyscy dobrze
się bawili. Żałuję, że po zaledwie kilku minutach radosnego dancehallu musiałam
wyjść na autobus. Koncert zapewne trwał najlepsze, na koniec mieli zagrać
muzycy z Funky Carnivale.
Mam nadzieję, że dzięki
zakupionym cegiełkom dzieciakom uda się pojechać na wakacje :)