Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kabaret. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kabaret. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 marca 2014

Kabaret Hrabi w Świdnicy, 23 marca 2014

Byłam ostatnio z przyjaciółmi na kabarecie Hrabi w Świdnicy. Już drugi raz widziałam ich na żywo. Za pierwszym razem był to program „Gdy powiesz TAK”, a teraz „Co jest śmieszne” i… o rany. To jest taki śmiech, że nie mogłam się opanować, nie wiedziałam co się dzieje, brakowało mi tchu. Chciałam się uspokoić, bo brzuch już bolał bardziej niż po zrobieniu 80 brzuszków z Chodakowską, ale nie dało się, no nie dało się nie śmiać! Tak jak Meryl Streep jest moim numerem jeden wśród aktorek wielkiego kina, tak Joanna Kołaczkowska jest numerem jeden aktorek kabaretowych. Aśka, Kamol, Bajer, Lopez – mistrzostwo świata! Nie wiem co więcej powiedzieć, bo jakichkolwiek słów użyję, będą one za małe. To może jeszcze powiem, że… oberwać poduszką w łeb do Asi Kołaczkowskiej – bezcenne! Najśmieszniejszy ból świata :)

Han, Joanna Kołaczkowska i moja K. 
Lopez, Han, K., Bajer. Gdzie jest Kamol?!


Żeby tylko częściej występowali we Wrocławiu... 

czwartek, 4 lipca 2013

Koncert: OdraNocka - Artur Andrus i Maria Czubaszek, 2 lipca 2013, Arsenał, Wrocław

Tytułem wstępu: UWIELBIAM WROCŁAW! Mimo że ostatnio było spore zamieszanie związane z organizacją jakiegoś maratonu, to generalnie bardzo cenię to miasto od strony proponowanych imprez kulturalnych. Jest Wrocław, jest impreza!

Na brak imprez kulturalnych nie można narzekać, wciąż pojawiają się także nowe. Jednym z nich jest OdraNocka Art Festiwal. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, o co chodzi i z czym to się je. Festiwal trwa od 29 czerwca do 13 lipca, koncerty odbywają się na dziedzińcu Arsenału. Zaproszeni artyści? Bardzo proszę: Grzegorz Turnau, Artur Andrus, Maria Czubaszek, Kayah, Marcin Wyrostek (akordeon), Mafalda Arnauth (fado), Teatr STU z Krakowa oraz najbardziej HOT nazwisko tego lata: Dawid Podsiadło. Pięknie i różnorodnie!

Raz dwa, raz dwa, szybko przemyślałam, na którym koncercie mogę się zjawić, i padło na 2 lipca: koncert Artura Andrusa.

www.odranocka.pl
Jak to jest między mną a Arturem Andrusem? No cóż, wystarczy, że pan Artur powie tylko „Dobry wieczór państwu”, lub choćby „Proszę państwa…”, a ja już się uśmiecham. Wyobraźcie sobie zatem, jak wysoko latałam na skrzydłach miłości po dwóch godzinach koncertu.

Artur Andrus prezentował utwory ze swojej najnowszej płyty „Myśliwiecka” (pewnie, że mam!), raczył publiczność wierszykami swojego autorstwa, a choreografię sceniczną miał taką, że ho ho! Totalnym szaleństwem z jego strony okazało się spektakularne wywijanie kablem od mikrofonu. Wykonując „Glanki i pacyfki”, swoim blaskiem i rockową duszą przyćmił wszystkie żyjące i nieżyjące legendy rocka. Zaśpiewał swój największy hit „Piłem w Spale, spałem w Pile”, twierdząc, że jest to jego jedyny przebój. Według mnie „Królowa nadbałtyckich raf” również pretenduje do miana superprzeboju. Jednak absolutnym zaskoczeniem i powodem mojego największego wybuchu śmiechu był utwór „Cyniczne córy Zurychu”.

Kto choć raz widział Artura Andrusa w akcji, dobrze wie, że ten przesympatyczny pan sypie rymowanymi wierszykami własnego autorstwa jak z rękawa. Ich ilość przewyższa chyba twórczość niejednego wieszcza. Zastanawiam się, ile pomysłów i rymów może się kryć w jednej głowie. Słuchając Pana Artura, wnioskuję, że bardzo, bardzo wiele, a czasem odnoszę wrażenie, że wymyśla je na poczekaniu. Chciałabym zapamiętać niektóre z nich, jednak uwierzcie, że nie da się! Ledwie skończy się jedna rymowanka, już leci kolejna. Ledwie zdążę zapisać pierwsze zdanie, a już słyszę następny wiersz i zaśmiewam się. No po prostu kurcze, no nie! Jeden zapamiętałam: 

Czerwone korale włożyła na szyję
Wczoraj jeszcze żyła
Dzisiaj już nie żyje!

Gościem specjalnym była pani Maria Czubaszek, z którą Artur Andrus przeprowadził rozmowę. Zarzekał się, że wcześniej się do tej rozmowy nie przygotował, bo pani Maria ponoć sama lubi sobie zadawać pytania i na nie odpowiadać. Wyszło tak, że mieli nie rozmawiać o polityce i seksie, a rozmawiali o… polityce i seksie ;) I było mi bardzo miło, że mogłam przysłuchiwać się tej rozmowie.

Widzicie, chyba nikt nie powie, że Artur Andrus ma fenomenalny wokal i jest zwierzęciem scenicznym. Nadrabia jednak poczuciem humoru, talentem do wymyślania zabawnych tekstów, gadatliwością, żartowaniem z samego siebie. To sprawiło, że prawie wszystkie miejsca pod sceną były zajęte. Siedząc w jednym z ostatnich rzędów, widziałam przed sobą zatrzęsienie trzęsących się ze śmiechu ramion, a moje ramiona też brały w tym udział. Fajnie było, po prostu!

Po koncercie Artur Andrus i Maria Czubaszek podpisywali książki i płyty. Nawet gdyby miałby mi zwiać ostatni autobus, czekałabym cierpliwie na swoją kolej. Doczekałam się, warto było:
Hani - ani ani ;)
Też Hani :D 


Autobus mi nie zwiał ;)


PS W koncercie brałam udział dzięki Wrocławskiemu Towarzystwu Gitarowemu, gdzie jestem wolontariuszem. Jeśli ktoś chce zdobyć doświadczenie w organizacji koncertów i mieć możliwość uczestniczenia w wielu z nich w zamian za zaangażowanie i poświęcenie swojego czasu – sprawdźcie ofertę: WTG wolontariat, albo skontaktujcie się ze mną. 

niedziela, 2 grudnia 2012

Trochę prywaty + relacja z Konfrontacji Rockowych wROCK 2012, 1.12.2012, Wrocław, Hala Stulecia.



Ostatnie dni sprawiły mi wiele radości. Zaczęło się od upieczenia czterech blach ciastek. Przepis mówił, że z porcji ciasta wyjdzie „dużo ciastek”, ale skąd miałam wiedzieć, czy dużo = trzydzieści, czy dwieście. W rezultacie spędziłam cztery godziny w kuchni, ale z każdą porcją ciepłych, pachnących pierniczków miałam coraz lepszy humor. A jeszcze milsze było planowanie kogo nimi obdaruję, przecież sama nie przejadłabym tych stu trzydziestu miniaturowych radości. Fajnie tak czasem się zasłodzić :) Nie jestem mistrzynią w kuchni, ale jak mnie czasem coś najdzie, to puszczam muzykę i tanecznym krokiem wiruję między piekarnikiem a blatem. Niedługo święta, więc pewnie spędzicie sporo czasu na pieczeniu słodkości. Powiem Wam, że nowa płyta Artura Andrusa „Myśliwiecka” jest idealnym soundtrackiem do wykrawania pierniczków!

Pierniczki okazały się idealne do grzanego piwa wypitego z Ptanią. Wcześniej wygrzałyśmy się w saunach na Magicznym Wieczorze portalu DlaLejdis. Rety, jakie to fajne poleżeć w ciepełku, kiedy na dworze mróz. Przy okazji pozbywając się toksyn.

Kolejną porcją radości był kabaret Hrabi we wrocławskim Imparcie 30 listopada. Moim marzeniem było zobaczyć Aśkę na żywo. Nie tylko ja mam takie marzenia – miesiąc przed występem wszystkie bilety były już wykupione, załapałam się na ostatnie dwa miejsca. Joanna Kołaczkowska to kobieta, która samą swoją obecnością, sposobem patrzenia i chodzenia wzbudza mój śmiech. A jak zacznie mówić albo śpiewać, to już w ogóle brzuch ledwo wytrzymuje nagłe ataki śmiechu totalnego.

Kiedy występ nie jest nagrywany dla telewizji, na scenie dzieją się rzeczy, których srebrny ekran pewnie by nie pokazał. Spodziewałam się tego i cieszyłam niezmiernie z każdych chwil graniczących z absurdem. Nie będę pisać szczegółów, bo być może ktoś się wybiera na występ, albo czeka na premierę nowych skeczy w tv. Powiem tylko, że warto czekać. Cały program „Gdy powiesz tak” jest świetny, a gdy Kołaczkowska zaśpiewała na koniec „Song porzuconej” („Andrzejuuuu, Andrzeju, rety rety jeju!”) to poczułam ducha Janis Joplin gdzieś obok niej ;). Trzeba przyznać, że gdyby nie ona, kabaret Hrabi nie byłby moim ulubionym. Radość w radości, że oprócz mnie, również radosna Karolina miała radochę z występu.

Chwilę przed występem Hrabi zadzwoniła do mnie kuzynka z informacją, że wygrała bilety na Konfrontacje Rockowe wROCK 2012, ale nie może iść i czy chcę przejąć nagrodę. Jakby to Kołaczkowska powiedziała do Dziubasa: „No to chyba OCZYWISTE!”. Zastanawiałam się nad kupnem biletu, ale nie byłam do końca zdecydowana. Nie zależało mi na koncercie IRY, Jelonka właściwie nie znałam, na Luxtorpedzie byłam już kilka razy, a na Kim Novak i tak bym nie zdążyła, bo do 16 byłam w pracy. Ale wygrany bilet to zupełnie co innego, niż bilet za 60 zł ;).

źródło: strona wROCK na Fb
Weszłyśmy z Ewą do Hali Stulecia, kiedy Kim Novak właśnie kończyli swój występ. Szkoda, może jeszcze zagrają we Wrocławiu. Następny miał być Jelonek. Ludzie! Dlaczego ja go wcześniej nie słuchałam?! Wiedziałam, że skrzypek, że za je bi sty, że jego koncerty zapadają w pamięć. Ale kiedy nawet ktoś mi poleci jakiegoś artystę, to nie zawsze z entuzjazmem zaczynam go słuchać. Stwierdzam, że „eee, no dobra, kiedyś może posłucham, ale teraz dawać mi tu starych dobrych Beatlesów”. Tak właśnie było z Jelonkiem. Ktoś kiedyś wrócił z jego koncertu podekscytowany i zaczął mi opowiadać jak było, a ja nie miałam ochoty przesłuchiwać nowej dla mnie muzyki.

Słuchajcie, po wczorajszym wieczorze naszła mnie taka ochota na tę nową muzykę, że zaczęłam poszukiwać dvd z koncertów Jelonka. Co to za człowiek jest! Wchodzimy na Halę, a tam na scenie fajerwerki! A zza tych fajerwerk wyłania się pan w średnim wieku, w dłoni dzierży skrzypce, na jego marynarce przysiadły pluszowe misie (!), a na głowie ma hełm z rogami jelenia. Nazwijcie jego wygląd kiczowatym, ale jego muzykę – broń Boże! Na scenie towarzyszyli mu gitarzyści w długich włosach, headbangingowi nie było końca. Ostry rock w połączeniu ze skrzypcami, no kurde, super! Michał Jelonek jest mistrzem w łączeniu mocnego grania i dobrej zabawy. Śpiewał niewiele, za to tak nakłaniał do szaleństw, że publiczność nie dała się prosić. 

Przykładowe teksty Jelonka:
„Budujemy ściankę, Wrocławiankę! Budujemy ścianeczkę, Wrocławianeczkę!” – ściana śmierci wykonana, a Jelonek: „Budujemy nową ściankę! Ściankę, ściankę, Wrocławiankę!”. Jedyny mój komentarz: Jezus Maria, co tam się musiało dziać. Stałam trochę daleko i niewiele widziałam, ale patrząc po filmikach, budowano ściany jedną za drugą. 
„A teraz wężyk! Wężyk się przyczaja, wszyscy kucamy!” – to po prostu trzeba zobaczyć;
„Czy lubicie karaluchy? Trzeba je lubić, bo tylko one przetrwają!” – wtf? :D
„Jest disco, jest wszystko!” – wstęp do zagranego „Daddy cool”
I jeszcze bardzo wdzięczne „Napierdalaaaaaaaaaać!”.

Polecę banałem: publiczność oszalała. Tylko sobie wyobraźcie: facet z pluszakami na ramionach i rogami na głowie grający ciężki rock. Na skrzypcach! Oprócz wspomnianego „Daddy cool” grał standardy muzyki klasycznej, które z gitarami brzmiały nieziemsko. Byłam wniebowzięta! Bardzo lubię przychodzić na koncert artysty, którego nie znam, a po koncercie rozgłaszać wszem i wobec „posłuchajcie go koniecznie!”. Także posłuchajcie:



Jelonek podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Następna była Luxtorpeda, o nich się nie obawiałam, bo na Luxach zawsze dobrze się bawię. Tym razem jednak wyszło bardzo średnio. Litza był wkurzony jak nigdy, czepiał się ochroniarzy, przeklinał i niewiele mówił. Po kilku utworach przeprosił tłumacząc się zmęczeniem i tęsknotą za żoną, dziećmi i wnukiem. No dobra, mogę to zrozumieć. Widać, że potrzebuje  odpoczynku, bo głos mu chwilami siadał. Zagrali oczywiście na poziomie, tylko że krótko, i jakoś tak bez polotu. Ale „Wilki dwa” jak zawsze ruszają za serce.

Potem wystąpił Czesław. Czesław Śpiewa. Pierwszy raz byłam na jego koncercie. Chociaż „byłam” jest złym określeniem. Po dwóch czy trzech utworach wyszłam na piwo. Nie wiedziałam, że potrafi tak rockowo grać. I do tego rockowego grania jego głos zupełnie mi nie pasuje…  Muzyka też jakaś przekombinowana. Odniosłam wrażenie, że jest nieco wyniosły i wcale nie taki słodki i wzruszający, za jakiego uchodzi. Jego wypowiedzi w stylu „Artyści są tylko w Krakowie. A tu Wrocław, tu Wrocław”, „I ludzie myślą, że ja nie kocham publiczności, a ja kocham przecież”… Wyszłam, wyszłam po prostu. Sorki Czesław. Okazało się, że nie tylko my odpuściłyśmy sobie jego koncert, bo przy piwnym stoisku i na korytarzach było sporo osób. Również okrzyki publiczności się zmieniły – teraz było słychać jedynie piski kobiet, a nie wrzaski facetów, jak na Jelonku i Luxach.

Po Czesławie dość długo na scenie stroił się Hey. Do końca nie wiedziałam, że będę na koncercie, dlatego nawet nie przesłuchałam ich nowej płyty. Nie szkodzi, Kasia wyszła na scenę i przedstawiła „ten sam, stary Hey”. Uznałam to za sygnał, że nie będą promować jedynie nowego albumu. Rzeczywiście, po kilku nowych utworach zaczęli się jakby „cofać” z repertuarem do coraz starszych piosenek. Kilka utworów z płyty „Unisexblues”, którą sobie ukochałam bardzo, bardzo. Dalej były brzmienia z „Echosystemu”, i jeszcze starsze piosenki, jak np. „Missy seepy” i „Cudzoziemka w raju kobiet”. Granie było różnorodne, od „starego” Heya do nowszych, elektronicznych brzmień. Kochana, nieśmiała Kasia Nosowska każdy utwór kończyła nieśmiertelnymi słowami, które już na stałe do niej przylgnęły: „No… Dziękujemy bardzo…”, czasem dodając nerwowy chichot. Była piękna jak zwykle, chociaż bez okularów niewiele widziałam ;).

Na koniec IRA świętowała swoje 25-lecie. Objeżdżają z tej okazji chyba każdy festiwal w tym roku. Widziałam ich już jako support Queen w lipcu. Mają wiernych fanów, ale drugi raz chyba nudziłabym się na ich koncercie, więc poszłyśmy do domu, żeby ogłosić światu, że wielbimy Jelonka!

Co do samej koncepcji Konfrontacji Rockowych wROCK: super, że w jednym dniu wystąpiło tak dużo artystów prezentujących różne odmiany rocka. Ale ta wielość spowodowała, że organizatorzy bardzo trzymali się ram czasowych. Nie było czasu na bisy, poszczególne koncerty trwały około godzinę, w związku z czym repertuar był mocno okrojony. Szatnia 3 zł za sztukę jest dla mnie nieporozumieniem. Lane piwo 0,4 l za 7 zł, chociaż facet nalewał nawet mniej, na dodatek nie wydawał reszty… Pozostawię to bez komentarza. Tortillę z kurczakiem o smaku nie wiem czego, ale na pewno nie kurczaka, również pozostawię bez komentarza.


To by było tyle na dziś. „No… dziękujemy bardzo" :).

PS
Pojutrze pierwsze urodziny bloga, trzeba by coś przedsięwziąć ;).


środa, 14 listopada 2012

„Jak zostałem premierem. Rozmowy pełne Moralnego Niepokoju”, Robert Górski w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem, Znak Litera Nova, 2012.



Robert Górski – Góral, Badyl, George Owens, Premier. Nieważne, jak go nazwiemy, wszyscy znamy lidera Kabaretu Moralnego Niepokoju. Wiemy, że jest znakomitym, błyskotliwym kabareciarzem, ale do tej pory nie dał się poznać ze strony prywatnej. Teraz mamy okazję zobaczyć, czy schodząc ze sceny, wciąż pozostaje mistrzem ciętych ripost i inteligentnych żartów. Wszystko dzięki książce „Jak zostałem premierem. Rozmowy pełne moralnego niepokoju”.

Okładka sugeruje żartobliwy charakter publikacji. Oto widzimy pana Roberta w garniturze, wciśniętego w złote koło ratunkowe. Złota jest także poszetka od garnituru (przecież każdy element stroju musi do siebie pasować!), w końcu złote litery i taki sam tył okładki. Myślę, że ten przesyt złota jest celowy, w każdym razie prezentuje się doskonale. A charakterystyczny uśmieszek Górala na fotografii – cóż, wpatrując się w niego, tylko czekam, aż zacznie w znajomy sobie sposób nerwowo przewracać oczami, wymyślając tekst, którym chciałby wszystkich czytelników rozbawić na dobry początek.

Jeśli przedmowę pisze Artur Andrus, wiedz, że książka musi być godna uwagi. Mariusz Cieślik rozmawia z Robertem Górskim o czasach przed-kabaretowych, studiach, rodzicach, partnerce i synku. W końcu o tym, jak z paczką kumpli zaczęli tworzyć kabaret, który miał być tylko jednorazową przygodą na uczelnianych występach. Opowiada o sytuacjach w życiu, które go inspirują do napisania skeczów. Będziecie zdziwieni, że niektóre z nich wydarzyły się naprawdę! Tematy rozmów zgrabnie łączą się z zamieszczonymi w książce scenariuszami występów kabaretowych. Według mnie zajmują one zbyt wiele miejsca. Wolałabym, aby ten wywiad-rzeka był najważniejszym elementem, jednak skecze Kabaretu Moralnego Niepokoju i rozmowa mają mniej więcej podobną objętość. Dla fanów Kabaretu może to być rarytas. Uwielbiam KMN, ale dla mnie skecze w tej książce są po prostu zbędne, ponieważ znam je wszystkie prawie że na pamięć (ciężko ich nie znać, bo w większości są to hity sprzed kilku lat). Otwierając książkę cieszyłam się, że mam przed sobą prawie 200 stron rozmowy Górskiego z Cieślikiem, ale jak się okazało, jest ich sporo mniej... Dlatego, kończąc „Jak zostałem premierem” w zaledwie dwa wieczory, czułam niedosyt. Za mało, za krótko! „Będzie Pan zadowolony. I Pani też!”. Zadowolona jestem, ale daleko mi jeszcze do skakania ze szczęścia.

Oglądając „Posiedzenia Rządu”, w których pan Robert pełni rolę premiera, zastanawiałam się, jakie tak naprawdę są jego poglądy polityczne. Poczytamy o wielu interesujących faktach z życia kabareciarza, ale jeśli chodzi o sprawy polityczne – woli milczeć i ograniczyć się do odgrywania postaci szefa rządu na ekranie telewizora. Trzeba przyznać, wychodzi mu to znakomicie. Kto nigdy nie widział, z pomocą spieszy tekst jednego z posiedzeń rządu: „Straszenie PiS-em”.

Świetnym pomysłem są wypowiedzi osób związanych z polską sceną kabaretową na temat Roberta Górskiego. Środowisko kabaretowe jest chyba jedynym, w którym nie odczuwa się rywalizacji, wszyscy się lubią i potrafią ciepło i zabawnie wypowiadać się o innych artystach. Miło się to czyta. Prawdziwy wybuch śmiechu wywołały także wyrwane z kontekstu notatki Górskiego, zamieszczone na końcu książki. Nieraz są rozbrajające („Nie podoba mi się, że łysieję, ale trudno”, a nieraz po prostu budzą sympatię („Uważam, że świat bez dzieci nie miałby sensu”).

Osobę Roberta Górskiego przedstawioną w książce bardzo trafnie i błyskotliwie podsumowuje Joanna Kołaczkowska: „Nie ma lepszych, nie ma innych, niczego nie ma”. Bardzo dobrze, że został Premierem!

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

środa, 4 lipca 2012

Koncert charytatywny "OD SIEBIE", pub Schody Donikąd, Wrocław, 2.07.2012


źródło: www.kuznia-art.org
To był dzień, w którym od rana chodziłam uśmiechnięta, dużo spraw sprawiło mi radość. Jedną z nich był fakt, że grupa ludzi potrafi się skrzyknąć i zorganizować koncert, dzięki któremu dzieciaki pojadą na wakacje. Takie rzeczy zawsze przywracają mi wiarę w człowieka. O koncercie dowiedziałam się dzień wcześniej, ale wystarczyły mi hasła kabaret i Sound System, abym swoje kroki w poniedziałkowy wieczór skierowała do pubu Schody Donikąd. W pubie zjawiłam się punktualnie o 19. Zaskoczyło mnie miłe przywitanie: każdy wchodzący gość mógł poczęstować się kieliszkiem wina, do wyboru, do koloru: białe, czerwone, wytrawne, półsłodkie, słodkie. Jak tu się nie uśmiechnąć! Schody Donikąd okazały się bardzo klimatycznym miejscem, stylizowanym na lata 20. Ludzi nie było sporo, jednak ta garstka (około 30 osób) tworzyła sympatyczną atmosferę. Same uśmiechnięte twarze, odniosłam nawet wrażenie, że wszyscy się tam znają. A to pewnie za sprawą organizatorów, czyli Fundacji Kuźnia Art (strona internetowa) oraz Chcepomagac.org.

Wstęp na koncert był darmowy, a każdy, kto miał chęć wsparcia dzieci ze świetlicy środowiskowej przy ul. Nowej 4 we Wrocławiu, mógł kupić cegiełkę w cenie 20 lub 50 zł, do czego zachęcał i wielokrotnie przypominał konferansjer.

Pod skrzydłami Kuźnia Art odbywają się różnego rodzaju warsztaty, w tym wokalne, które prowadzi Bogna Jurewicz, wokalistka zespołu Optimystic. Podczas koncertu występowały utalentowane dziewczyny, które szkolą swój wokal właśnie u niej. Niestety nie zapamiętałam ich nazwisk, za to wokal i osobowość – owszem. Występowały jedna po drugiej, wspierały siebie nawzajem podrygiwaniem pod sceną i klaskaniem, i to po części one stworzyły atmosferę życzliwości, która przeszła na resztę gości. W pamięć zapadły mi nieco jazzująco-funky’ujące wersje znanych hitów, takich jak Da ya think I’m sexy (Rod Stewart), Bang Bang (zdaje się, że w oryginale śpiewała to Nancy Sinatra), Stop (Sam Brown), Luka (Suzanne Vega), Valerie (Amy Winehouse). Dwie wokalistki szczególnie wyróżniały się umiejętnościami, a jedną z nich widziałam chyba w jednym z programów muzycznych w tv.

Po występach dziewcząt przyszedł czas na kabaret Chyba. Zresztą, przez cały wieczór jeden z członków kabaretu nie rozstawał się z publicznością, ponieważ był konferansjerem. Podczas gdy kabaret przygotowywał się do wejścia na scenę, prowadzący rozśmieszał (z różnym skutkiem) zgromadzoną publikę przygotowanymi dowcipami. Kabaret Chyba przedstawił około półgodzinny program skeczów, które rozśmieszały bardziej niż wspomniane wyżej dowcipy, ale najwięcej śmiechu wywołała druga część występu – improwizacje kabaretowe z udziałem publiczności. Co tu dużo mówić, popłakałam się ze śmiechu! Bardzo utalentowane trio. Jeśli ktoś ma ochotę się pośmiać, okazję ku temu będzie miał 10 lipca w pubie Włodkowica 21, w którym wystąpi kabaret Chyba.


Po kabarecie przyszedł czas na Salut! Sound System. Chłopaki szybko ustawili się na scenie, i już po chwili Schody Donikąd wypełniły się jamajskimi rytmami. Kilka osób tańczyło, wszyscy dobrze się bawili. Żałuję, że po zaledwie kilku minutach radosnego dancehallu musiałam wyjść na autobus. Koncert zapewne trwał najlepsze, na koniec mieli zagrać muzycy z Funky Carnivale.

Mam nadzieję, że dzięki zakupionym cegiełkom dzieciakom uda się pojechać na wakacje :)