Peter J. Birch to taki pan, który w gęstej brodzie nosi
jelenia i ptasie gniazdo, jak sugeruje okładka jego nowego albumu „The Shore Up
In The Sky”, mającego premierę pod koniec 2015 roku. Na okładce jest tyle
wszystkiego, że nie zdziwiłabym się, gdyby wśród przedstawionych tu latających
ryb, słońca-cytryny, kwiatków-oczu i kolorowej rzeki z piór przechadzałyby się
Słonie Salvadora Dalego. Grafika jak najbardziej na plus.
Peter. J. Birch, czyli Piotr Brzeziński pochodzący z Wołowa
(dolnośląskie), oprócz brody ma także gitarę i charakterystyczny, bardzo męski
wokal. „The Shore Up In The Sky” to jego trzecia płyta, którą nagrał z muzykami
z zespołu Two Timer. Nagrali na setkę, czyli że wszyscy muzycy grają
jednocześnie w studio. Wydaje mi się, że jest to trudne, wymaga niesamowitego
zgrania i uwagi, ale efekt końcowy i klimat jest nie do przecenienia.
Opisując krótko klimat albumu „The Shore Up In The Sky”,
można rzucić trzy hasła: rock, troszkę folku,
country. Na płytę składa się 11 utworów.
Otwierające Wake up Louisiana! – żywiołowy rock’n’roll,
mocny wstęp, ale już, już zaraz zwolnimy tempo przy…
Gallants – spokojnej balladzie z przyjemnie rzężącą gitarą i
pięknymi, pięknymi chórkowymi górami! Plus za bardzo przyjemny klip przedstawiający
relację Piotra Brzezińskiego z chyba jego najlepszym przyjacielem – własnym bratem. Polecam sprawdzić.
Self-Identity State of Mind – coś dla fanów Arctic Monkeys.
Nawet wokal Brzezińskiego brzmi w tym utworze podobnie do AM, choć końcówka
utworu to już trochę Foo Fighters, Pearl Jam itd. Co nie znaczy, że źle. Dobrze!
Memphis Blues – w tej balladzie country pierwsze skrzypce
gra harmonijka ustna. Do nucenia. Memphis… oh oh oh, Memhis… hey hey hey!
Black Tombstone – wyobraźcie sobie Johnny’ego Casha i Carter
Family. Dodajcie brodę wokaliście i odejmijcie czarny garnitur. Macie Petera J.
Bircha w piosence Black Tombstone!
New Prince – ballada-tło do romantycznej kolacji i takichże
spojrzeń w oczy
Old Fashioned Hollywood – patrz: Black Tombstone + urocze
chórki choo-wop, choo-wop i sentymentalna wstawka smyczkowa
I’ve got this train – wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda w
starszych westernach. Gdyby znał wtedy Petera J. Bircha, na pewno nuciłby sobie
ten utwór, alby się wkręcić w klimat filmu. Ciekawe, czy autor komponując miał
na uwadze Ride this train J. Casha? Albo nawet Folsom Prison Blues, zaczynający
się słowami „I hear the train a comin'”?
Everyday Chances – i znów harmonijka
Ownbackyard – a tu także spojrzeniowo-romantycznie
The Shore Up In The Sky – tytułowy utwór. Szkoda, że
umieszczony na samym końcu, bo jak dla mnie najlepszy. Całą jesień słuchałam go
w samochodzie. Jakoś tak pasuje mi do podróżowania. Nastrojowy, spokojny, współgra
z szarugą za oknem samochodu. Z czerwnononiebieskim zachodem słońca podczas
powrotu z pracy też. Kwintesencja dobrego smaku, delikatności i dowód, że
wystarczy gitara akustyczna i umiejętności wokalne, żeby wzbudzić ogromne
emocje. Bo ten utwór nieraz mnie wzruszył, co zresztą za kółkiem nie jest zbyt
bezpieczne, ale olać. Po tych kilku minutach muzycznej błogości następuje
chwila ciszy, a potem zaczyna się kończące płytę łubu-dubu, czyli taka
dodatkowa instrumentalna wstawka, trochę niespójna z resztą płyty, ale niech
będzie.
The Shore Up In The Sky to moja płyta numer jeden na
jesień 2015. Pewnie wciąż by tkwiła w odtwarzaczu CD w moim aucie, gdyby nie
fakt, że auto musiałam odstawić na warsztat, gdyż z końcem roku odmówiło
posługi. Jeszcze by mi mechanik dziabnął płytkę i potem utrzymywał, że „żadnej
płyty nie było!”. Hoho, hehe, nie. Chociaż… może dobrze by było. Zawsze to
jedna owieczka więcej w stadzie fanów Petera J
Których jak najwięcej powinno być.
Peter J. Birch, The Shore Up in the Sky, Borówka Music / Gusstaff Records, 2015
Imię i nazwisko Mai Olenderek brzmi bardzo poetycko i
melodyjnie. Taka też jest płyta „Bubble Town”. Poetycka, melodyjna… Oj, żeby
tylko! Za tymi hasłami kryje się tajemniczy muzycznie świat, trudny do
sklasyfikowania i opowiedzenia o nim wprost.
Album „Bubble Town” powstał między innymi dzięki pomocy darczyńców
portalu PolakPotrafi.pl. Super, nie? Z całym szacunkiem dla działalności
Karoliny Czarneckiej, która też prosiła o wsparcie na tej stronie, uważam, że
muzyka Mai Olenderek i jej zespołu jest dużo lepszą propozycją, niż teledysk do
„Hera, koka, hasz, LSD”.
Polacy są na tyle hojni, że wystarczyło nie tylko na dobrą
produkcję płyty pod względem muzycznym, ale też na książeczkę z tekstami
utworów oraz projekt okładki, która szczególnie przypadła mi do gustu. Mam
ostatnio hopla na punkcie białej farby. Najchętniej wszystko pomalowałabym na
biało: ściany, boazerię, krzesła; „mózg se pomaluj”. Na okładce jest
czarno-biały portret Mai Olenderek, na około zamalowany białą farbą, widać
nawet ślady pociągnięcia pędzla. Hurra!
We wspomnianej broszurze próżno szukać polskich tekstów,
choć zespół polski. Maja śpiewa tylko po angielsku, i wcale nie słychać, że jest
Polką. Jest to zaleta w myśl zasady: śpiewasz po angielsku – znaj angielski. Właśnie
w tekstach kryje się ten tajemniczy świat. Są to poetycko opowiedziane
historie, dosyć… senne. Często pojawiają się w nich sny, kołysanki, inny świat,
noc i księżyc. Podobna jest też muzyka. Nostalgiczna, wywołująca czasem
nutkę grozy, enigmatyczna. Nie znaczy to jednak, że usypiająca. Wręcz przeciwnie,
w śpiewie Mai słyszę dramaturgię, granie na emocjach, wczuwanie się w
opowiadaną historię, nawet aktorstwo i klimat nieco musicalowy. Barwa głosu
piękna, subtelna, ale i zdecydowana. Najlepiej samemu usłyszeć:
Na płycie słychać szacunek do muzyki przez duże M: bogactwo
instrumentów (gitary, akordeon, fortepian, bębny, charango*), umiejętność
stworzenia niepowtarzalnego, enigmatycznego klimatu. Widać, że mamy do
czynienia z profesjonalistami. Gdzieś czytałam, że w ich muzyce słychać
odniesienia do twórczości Antony and the Johnsons. Rzeczywiście, gdyby muzycy
Antony’ego Hogarty’ego spotkali się na jednej scenie z Maja Olenderek Ensemble,
powstałaby przepiękna orkiestra, a duet Antony & Maja? Oj, to byłoby
ogromne wzruszenie. Swoją drogą, wyobrażacie sobie, że Antony and the Johnsons
to grupa, którą poleciła nam słuchać jedna pani dr na studiach?
Muzyka powinna wywoływać emocje i pobudzać wyobraźnię.
Wiecie, słuchając utworu „Tree” wyobrażam sobie, że jestem nimfą leśną unoszącą
się 5 centymetrów nad ziemią. Więc chyba wszystko działa tak, jak powinno :)
„Bubble Town” to album idealny na jesień. Dostałam płytę
kilka miesięcy temu, ale dopiero teraz, kiedy wieczory dłuższe, a za oknem
dywan ze spadających liści, orzechy włoskie i jabłka, czuję, że twórczość Maja
Olenderek Ensemble „chwyciła” mnie doszczętnie właśnie w takich okolicznościach.
Nie przy urlopowym, wakacyjnym fiu bździu. Przy dystyngowanej, spokojnej,
śliwkowej jesieni. Polecam mocno!
* Słuchając świeżej muzyki, zawsze człowiek się czegoś
nauczy. Charango to andyjski instrument strunowy, narodowy instrument Boliwii.
Jak widać, w muzyce polskiej śpiewanej po angielsku też się sprawdza!
Swego czasu pisałam, że „najlepszą muzyką, jaka mi się
przydarzyła w 2014 roku, (…) jest płyta Tau” (tutaj).
Dzisiaj piszę: najlepszym koncertem, jaki mi się
przydarzył w 2015 roku (jak do tej pory), był koncert Tau.
Piszę o tym koncercie z dość mocnym poślizgiem. Wybaczam to
sobie, bo naprawdę dopiero dziś mam czas, aby usiąść i spokojnie napisać kilka,
a znając mnie, dużo więcej niż kilka, słów o tym koncercie, i w ogóle o
twórczości Tau. Nie mam czasu, bo Wielki Post. Bo rekolekcje.
Ostatnio koleżanka ze studiów przypomniała mi sytuację,
która miała miejsce któregoś dnia na uczelni, również podczas Wielkiego Postu,
pewnie ze 3 lata temu. Jeden ze studentów, zapytany, czy ma projekt/zadanie
domowe, odarł wykładowcy: „No nie mam zadania, bo przecież rekolekcje!”. No
więc, parafrazując tego człowieka, mówię: no mało mnie ostatnio na blogu, bo rekolekcje! Nie mam czasu
pisać, bo rekolekcje. Nie mam czasu czytać, bo rekolekcje. Serio. Ostatnio
jechałam taksówką do kościoła, żeby zdążyć. Trochę było mi szkoda kasy, ale
tylko przez 3 sekundy. Powiedziałam sobie: Hanka, post, jałmużna, nie proś
nawet o resztę… Dobra, koniec żartów.
Piszę o koncercie, choć od wydarzenia upłynął już ponad
tydzień. Nie szkodzi. Tau koncertuje po całej Polsce od lutego; trasa Remedium
Tour potrwa aż do maja. Wobec tego może zachęcę choć kilka osób do zapoznania się
z Tau, a być może do pójścia na jego koncert!
Kto to ten Tau, czyli Piotr Kowalczyk? Krótko mówiąc,
chrześcijański raper, wcześniej znany jako Medium, jakiś czas temu nawrócony. W
grudniu 2014 roku wydał płytę „Remedium”, i właśnie o niej pisałam w pierwszym
akapicie. Wiecie, na rapie się nie znam, ale czytałam kilkanaście recenzji „Remedium”,
same pozytywne. No dobra, jedną negatywną, ale nie była merytoryczna, a jej
autor pisał po polsku w stylu „kali jeść, kali pić, Tau rapować”. Nie ma sensu się
o nią spierać.
Łatwo się domyślić, że Tau na płycie rapuje o Bogu i na chwałę
Boga, ale nie nachalnie. Wszyscy ludzie poszukujący Boga powinni się zapoznać z
tym albumem. I w ogóle WSZYSCY. Jego teksty, jego postawa, ratują mi życie od
grudnia. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale uwierzcie mi, że tak właśnie jest.
Teraz zasadnicza część relacji z koncertu, czyli 3 zdania na
krzyż, ale kogo to. Grunt, żebyście poznali, posłuchali, poszli na koncert.
5 marca muzyk zawitał do Wrocławia. Pierwszy raz byłam w
klubie Fabryka Gwoździ. Całkiem tam przyjemnie, na parkiecie zmieści się jakieś
150 osób, jeżeli mnie wyobraźnia nie myli. Scena mała, ale artysta – wielki. Tau
wyszedł na scenę około godziny 22, wcześniej były supporty, o których nie będę więcej
pisać, bo nie podobały mi się, i prawdę mówiąc, podczas nich siedziałam gdzieś
na uboczu i walczyłam z bólem brzucha. Wyleciałam nawet na 10 minut do apteki,
aby walka była skuteczniejsza. Na szczęście kiedy pojawił się Tau, samopoczucie
od razu poszybowało w górę, a ból brzucha zamienił się w nicość.
Udało mi się zdobyć plakat! Wiecie, czyje miejsce zastąpił na mojej jakże modnej boazerii? Elvisa Presleya i Jima Morrisona. Sorry, chłopaki. Już dawno chciałam ściągnąć ich plakaty. Nie są dla mnie autorytetami.
Słuchajcie, jaka była zróżnicowana publiczność: szesnastolatki,
studenciaki, młodzi mężczyźni w bluzach z napisem „Bóg, Honor, Ojczyzna”, ja w
koszulce Luxtorpedy, księża, facet w koszulce z młodym Grzegorzem Ciechowskim,
no po prostu… sami fajni, dobrze wyglądający ludzie, to była moja pierwsza
myśl. Potem było tylko lepiej, kiedy okazało się, że wszyscy zagadują do siebie
nawzajem, pytają „od kiedy słuchasz Tau?”, lub, moje ulubione „fajna koszulka!”, a po koncercie dzielą się wrażeniami. Czułam się świetnie będąc wśród nich.
Nikt tam nie był przypadkiem. Wszyscy znali teksty, darli się wniebogłosy, a
Tau, co tu dużo mówić, już w pierwszych chwilach wywołał uśmiech na twarzach
ludzi zapełniających parkiet. To jest tak radosny człowiek, tak przepełniony
wdzięcznością, z niesamowitą charyzmą i błyskiem w oku, i przede wszystkim z misją
dzielenia się miłością. Rapował utwory z płyty Remedium (między innymi „Logo
land”, „BHO”, „Magiczne słowa”, „List motywacyjny”, „Nawigator”). Zaprosił też
na scenę Agnieszkę Musiał, z którą zaśpiewał „Ostatni raz” i „Puk puk”. Było także
kilka utworów z czasów Medium.
Po koncercie. Plakaty Tau zdobiły Wrocław ;)
Po bisach Tau podpisywał płyty, rozmawiał z fanami, pozował
do zdjęć. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Udało mi się powiedzieć do niego 4
bardzo ważne dla mnie słowa (choć nie były to magiczne słowa;)), a to, jak
zareagował, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie wchodząc w szczegóły,
wyszłam z tego koncertu żywsza. Bo bywam trupem, jak każdy czasem, wiecie.
Wyszłam żywsza i z mocnym postanowieniem, że zrobię wszystko, żeby zjawić się
na jeszcze jednym koncercie Remedium Tour. Tau zagra między innymi w Koszalinie,
Gdańsku, Radomiu, Poznaniu, Zielonej Górze, Częstochowie… Chodźcie ze mną!
Szukam kompana!
Mój osobisty egzemplarz "Remedium" zyskał jeszcze większą wartość - autograf!
Tau jest artystą absolutnie niesamowitym… Tyle słońca wprowadził,
tyle uśmiechu wywołał! Słuchajcie go, bo ten człowiek robi wiele dobrego, ma
dużo do powiedzenia, warto też poznać jego historię. Niezapomniany wieczór. Polecam
jego „Raporty z wojny o duszę”, są na Youtube.
Pani Naczelnik, czyli Marika, po ostatnim koncercie we
Wrocławiu, który odbył się 30 stycznia w Starym Klasztorze, na swoim profilu FB
napisała tak:
"chciałam tylko
powiedzieć: ALE BYŁO TURBO-E-K-S-T-R-A !!!!! tańczyliśmy do 4, rozbiłam
telefon, pobrudziłam białe trampesie, KOCHAM WROCŁAW!!!!!♥"
Byłam
na tym koncercie! Do tej pory zbieram szczękę z podłogi, chociaż minęło już
sporo czasu od koncertu. Nie rozbiłam telefonu, ale zgubiłam plakat z koncertu.
Dostałam go od Anioła, który zjawił się nie wiadomo skąd, podszedł do mnie i
powiedział: „Słuchaj, słyszałem, że chcesz plakat, a w klubie nie było… Ja mam,
weź, proszę”. Anioł okazał się nie byle kim, bo muzykiem, który gra z L.U.C.
em. Jeśli jeszcze raz kiedykolwiek powiem, że nie doświadczam megazaskakujących
i pozytywnych sytuacji w życiu, to sama siebie stłukę na kwaśne jabłko. Będzie
Hania Kwaśna do potęgi. No i właśnie, jak ja mogłam zgubić ten plakat? Ech… ale
to wszystko przez emocje. Nie miałam białych trampesiów, ale miałam brązowe
bucisze, i tak, pobrudziłam! Kocham Wrocław, kiedy Marika gra w tym mieście!
Zaczęłam
pisać o Marice, ale muszę zaznaczyć, że najpierw na scenie w Starym Klasztorze
zjawił się L.U.C, bo koncert odbył się w ramach ich wspólnej trasy koncertowej
„Spragnieni lata”. Trochę żałuję, że przyszłam chwilę po 20, kiedy klub był już
cały zapełniony i nie było innej opcji, niż stać na szarym końcu, mało co
widzieć i słyszeć na pewno nie tak dobrze, jak pod sceną. L.U.C jest geniuszem,
którego twórczość niestety za mało znam (nadrobię!), żebym potrafiła wiele
napisać. A nawet gdybym wiedziała wiele, to pewnie bym stwierdziła, że i tak
najlepiej będzie zostawić Was z jego muzyką, tak jak robię to teraz:
Marika.
Marika! Chodząca cudowność! Byłam kilka razy na jej koncercie, za każdym razem
było świetnie, ale ten koncert 30 stycznia… O rany. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale
Marika w wydaniu mniej reggae’owym podoba mi się chyba bardziej! Poza tym…
Śpiewa po prostu lepiej, niż 3 lata temu. Jest królową sceny. Robi na niej, co
tylko chce: wzrusza się, tańczy, wskakuje na wzmacniacze, jest spontaniczna,
bije od niej taka dziecięca aż radość i dziewczęcy wdzięk, a jednocześnie
niesamowity seksapil. Ale stop! W tym przypadku też już kończę gadać. Zobaczcie
po prostu, co się wydarzało na tej scenie! Posłuchajcie tego wokalu, poczujcie
to discooooo i przyznajcie, że jeśli nigdy nie byliście na koncercie Mariki, to
niedługo będziecie! Jakość nagrania średnia, ale wystarczająca, aby zobaczyć,
jak kończą się imprezy z Mariką! (a właściwie zaczynają, bo gdzie się kończy
koncert, tam zaczyna się afterparty! :D)
W marcu
Marika znów zaśpiewa we Wrocławiu, choć koncert będzie miał zupełnie inny
klimat. Marika jest jedną z wokalistek, która wzięła udział w projekcie muzycznym
„Panny Wyklęte” i właśnie Panny Wyklęte – „Wygnane” wystąpią z zespołem Darka
Malejonka 3 marca we Wrocławiu. Spotkajmy się wszyscy na tym koncercie!
Eurowizję wygrał(a) baba z brodą. I nagle wielkie halo, czy
Europa jest tolerancyjna. Dyskusje, czy ten biedny człowiek powinien się
leczyć, czy może to raczej piękne, że na scenie jest sobą. Poziom artystyczny
Eurowizji jest marny, i kwestią gustu jest, czy komuś podobał się występ tej
osoby, czy nie.
Tak czy inaczej, wtrącę swoje trzy grosze, bo mogę.
Po pierwsze: dla mnie baba z brodą to
zgon na miejscu. Przyszłość tego człowieka jest mi obojętna, ale smuci mnie, że ktoś taki zyskuje powszechne uznanie. Jeśli ludzi nie gorszy widok kobiety z brodą, to mam tylko jeden komentarz: jak żyć?
ŹLE:
Baba z brodą. źródło: http://www.eurovision.tv
DOBRZE:
Baba z wąsem. Trzeba umieć to robić!
źródło: http://myfreddiemercury.com/
Po drugie: jeśli już
mamy łączyć muzykę z zagadnieniem orientacji seksualnych, to uważam, że Europa
(i nie tylko Europa) już dawno pokazała, że JEST tolerancyjna. Freddie Mercury,
Dawid Bowie, Elton John, Antony Hegarty, Boy George – słuchając ich twórczości
mam szczerze gdzieś, że spali i śpią z mężczyznami, bo bronią się muzyką przez
duże M. Baba z brodą się nie broni, sorry. Jeśli ktoś mi powie, że w jej/jego
występie chodziło o muzykę, to wybaczcie, ale „nie przeciągajmy rozmowy, aż tak bardzo się nie lubimy”. Wydaje mi się, że
w tym występie chodziło raczej o „patrz, jestem babą z brodą, a i tak (albo
raczej DLATEGO) wygram Eurowizję”. A Freddiemu chodziło o to, że „patrz, jestem
w związku ze swoim fryzjerem, a i tak moja muzyka jest ponadczasowa”. Nie
chodzi o sam fakt, że tamci są wielcy, a baba z brodą nie. Chodzi o to, że albo
ktoś robi muzykę i przy okazji jest inaczej zorientowany (i to jest spoko,
można i powinno się to tolerować), albo ktoś jest inaczej zorientowany i przy
okazji robi "muzykę" (tj. jest babą z brodą wygrywającą Eurowizję).
Chała, moi piękni, chała.
Całe szczęście, że w Polsce i na świecie jest tyle
fantastycznych festiwali muzycznych, że mam gdzieś Eurowizję, niech sobie
będzie, niech cyrk trwa. Przykre jest to, że w TV transmituje się takie dno,
ale mam wybór – mogę nie oglądać, ostatecznie nie czuję się w żaden sposób
pokrzywdzona.
Recenzowałam tylko pierwszą część dwupłytowego
wydania. Chociaż recenzją bym tego nie nazwała, raczej luźnymi spostrzeżeniami. Nadszedł
czas na drugą płytkę. Zbierałam się do jej przesłuchania ponad 4 miesiące, doceń!
Będzie trochę czytania, ale
zapewniam, że warto, bo są prawdziwe perełki!
Kilka słów, mniej lub więcej, o
każdym z utworów.
Marta Podulka – Nieodkryty ląd
Nóżka tupie, przyjemny wokal,
pasowałby do repertuaru bardziej jazzowego, jest świeży, słychać uśmiech
wokalistki, śpiewającej:
jak się lubi co się ma
cieplejszy wieje wiatr
życie ma lepszy smak
Wiatr, wiatr… „Zły to wiatr – odparło małe stworzenie –
który niesie złe wieści” (Neil Gaiman, "Chłopaki Anansiego")
Polskim wokalistą, który śpiewał o wietrze już kilka lat
temu, jest Artur Rojek:
cisza i wiatr
słońce i radość
deszcz na Twych skroniach
cóż więcej mógłbyś chcieć
gdy czas kończy się
nic się nie stało
nic się nie stało
kolejny idzie dzień
Oba utwory można uznać za takie lekkie piosenki,
przebudzacze, obudzacze, poprawiacze nastroju. Można by się pokusić
o wyrwanie i przemieszanie kilku wersów z dwóch utworów i scalenie w jedną piosenkę – nie zmieniłoby tosensu i nie nadwyrężyło jakości tekstu:
Życie ma lepszy smak
cóż więcej mógłbyś chcieć
cieplejszy wieje wiatr
kolejny idzie dzień
Co nie znaczy, że utwory są złe. „Cisza i wiatr” Artura
Rojka kilka razy poprawiła mi humor, jest idealna do słuchania w drodze do
pracy, na uczelnię, na piwo, w samochodowej drodze na wakacje chyba też.
Uniwersalna? Dużo w niej słońca… i wiatru.
Pesymistyczna część
mojej osobowości każe mi podejrzewać, że „Nieodkryty ląd” Marty Podulki to
najlepszy numer na płycie, swego rodzaju wejście smoka – wejście Marty, i po
tym utworze chyba wolałabym, aby kolejne piosenki pozostały właśnie takim
nieodkrytym lądem. Ale idę, brnę, słucham dalej, jak idiota, szaleniec!
Ola – Lepszy Świat
Chyba jednak gorszy. Sto trzydzieści osiem dorastających
dziewczynek ma taką samą barwę głosu jak Ola, i w ogóle, są w całości takie
same jak Ola, czyli żadne, więc śpiewają tylko przy ognisku. Ta Ola postanowiła
nagrać piosenkę, albo ktoś za nią zdecydował. Słabiutkie.
Po deszczu wyjdzie
słońce.
Nie wierzysz? - To takie proste!
Rozum mówi ''nie'', Tobą znów kieruje serce!
Po deszczu śladu nie będzie.
Nie wierzysz? - Unieś ręce!
Rozum mówi ''nie'', zimnej kropli nigdy więcej!
Niby optymistyczny tekst, a śpiewa, jakby była
najsmutniejszą dziewczynką świata, smutniejszą niż Jula.
Ewa Jach – Przed nami
… nie ma żadnej przyszłości. Ani żadnej przeszłości za nami, na szczęście.
A.D.I. – Wiem, że
Kiedy wpisuję w Google „A.D.I.”, wyskakuje Acceptable Daily
Intake, czyli „dopuszczalne dzienne spożycie, wskaźnik określający maksymalną
ilość substancji, która zgodnie z aktualnym stanem wiedzy może być przez
człowieka pobierana codziennie z żywnością przez całe życie prawdopodobnie bez negatywnych
skutków dla zdrowia” (Wikipedia).
Takich ciekawych rzeczy się dowiaduję dzięki tej płytce!
„Wiem, że” mój
wskaźnik ADI w stosunku do słuchania A.D.I. na dzisiaj i na wieki wieków jest już
wyczerpany. Nawet nie wiem co to jest. Chyba pop rock, chociaż pop rock pop
rockowi nierówny.
Joko – budzi się noc
NIE MAM PYTAŃ! Pierwsze dźwięki – przerażenie. Musicie to
zobaczyć i posłuchać! Czy to jest teledysk? Czy jakaś kpina? WordArt na
najwyższym poziomie. Wsłuchajcie się dobrze: „Beściebie nie ma mnie, beściebie
jest mi źle!”
Looking4 – Czekając na więcej
4 now, this
is 2 much 4 me. Śpiewający chłopiec/chłopcy, czekający na więcej.
Kasia Gomoła – Jak chcesz
Nie chcę.
Aleksandra Dźwigała „Alex” – Jak Lew
Kolejna smutna dziewczynka spadająca na dno, bo „życie daje
jej w kość i patrzy w nie-boooo, nie-booo, a łzy nieustannie lecąąąąąąą” (nie wiem jak u Alex, ale moje łzy płyną, a nie lecą). Nie
poddawaj się, Alex, walcz jak lew! Jak lew Alex z „Madagaskaru”! Ksywa
piosenkarki: Alex. Tytuł piosenki: Jak Lew. Przypadek? To nie może być przypadek! Czekam teraz na
piosenkarkę o ksywie Julian, śpiewającą piosenkę pt. „Teraz prędkoooooo, zanim
dotrze do naaas, że to bez-see-nsuuuu!”
Aspidistra ft. Maciek Pintscher – Noc nie kończy dnia
Tutaj mamy do omówienia dwie sprawy.
Sprawa pierwsza: Aspidistra. Brzmi jak nazwa jakiejś
nieodkrytej planety. Ktoś chciał mieć bardzo intrygującą nazwę zespołu, a
wyszło na to, że jest „byliną z rodziny szparagowatych, dawniej klasyfikowaną
do konwaliowatych, myszopłochowatych, jeszcze dawniej do liliowatych”
(Wikipedia). Wciąż poszerzam swoją wiedzę, tym z zakresu botaniki, dzięki tej płytce,
która nie powinna nazywać się „100 % po polsku”, ale „+ 100 dla wiedzy
zbytecznej, którą pochwalisz się podczas randki aby przerwać krępującą ciszę”.
Wyobrażacie sobie?:
- Pachniesz konwaliowato niczym aspidistra…
Sprawa druga: Noc nie kończy dnia – to ci nowość. Dziś w
programie TAK czy NIETAK sonda: Czy noc nie kończy dnia? Zapraszam do dyskusji
na ten temat w komentarzach pod postem!
Szkoda, że piosenka bardzo taka sobie, z wyśpiewanym milion
razy zwrotem „Właśnie spełnia się lato z moich snów”. Maciek Pintscher ma dobry
głos atrakcyjnego mężczyzny. Zwrotka nawet mi się spodobała, fajnie buja,
przyjemnie się słucha, ale refren? Wszystko niszczy.
Aleksandra Pęczek – Nieosiągalny
Piękny, ciepły głos, byłam pewna, że już gdzieś ją
słyszałam. Tak, ta słodka dziewczyna występowała w Must be the Music. Ma
potencjał. Jest dobra. Lepsza niż Joko, niż Ola, niż Kasia Gomoła. Dużo lepsza.
Delikatna, spokojna. Utwór wyróżnia się spośród innych, błyszczy jakimś tam
blaskiem, więc spojrzałam do książeczki dołączonej do albumu, żeby zobaczyć,
czy Aleksandra tworzy sama, czy ktoś ją wspiera. I proszę, written by Mrozu
między innymi.
Goście – Mamy w sobie ogień
Nie macie w sobie ognia. Nie grajcie rocka.
Off Kultura – Znikam
Byli w Teleexpressie. Lekki rock. Przyjemny wokal, przyjemna
plumkająca gitara, tekst o niczym.
Nika – Historia życiem pisana
Chyba nie żyłaś.
Sylvia & Robgitarnik – Ty i mój sen
„Właśnie wstaje nowy dzień, twój czuły wzrok już otula mnie”…
a u mnie już popołudnie.
Strefa Zero – Wieczny maj
Już miałam kąśliwie pisać, że o maju może śpiewać tylko
Kora, ale ugryzłam się w język. Strefa Zero to granie bardzo przyjemne,
pozytywne i wpadające w ucho, chętnie posłuchałabym wokalistki Kasi Czarneckiej
z zespołem na żywo, np. we wrocławskim klubie Strefa Zero ;) delikatny rock.
Wolny Band – Robię tak
Daniel Moszczyński – sto procent pewności, że już gdzieś
słyszałam to nazwisko... Oczywiście, że tak! Moszczyński Pietsch & Bibobit "Plotka", polecam ;) Natomiast tutaj mamy utwór "Robię tak".
O rany, ucieszyłam się bardzo z tego utworu,
z tekstu, z klipu, idealne po prostu, mój numer jeden na „100 % po polsku”. Do
tej pory nie wiedziałam, czego szukam na tym albumie, ale teraz już wiem:
szukałam właśnie tego! Tak mi się humor poprawił, że już nie mam ochoty słuchać
kolejnych utworów. Będziecie wiedzieć o co mi chodzi, sprawdźcie koniecznie i
dajcie znać, co myślicie (jeśli w ogóle tu jesteście… jesteście? Jesteś?):
„Śpiewam,
bo tutaj refren jest!”. Mega! Jeden z niewielu numerów na tej płycie, który
mogę potraktować na poważnie, mimo że wcale poważny nie jest. Co go różni od
pozostałych w kwestii (nie)poważności? Premedytacja.
Bloo – Tonę i wiem
Tonę i wiem, że tonie wszystko. To wszystko. Disko polo? Bez
sensu.
Wyjazd do Warszawy i pobyt w tym mieście uważam za bardzo
udany. Krótko, ale intensywnie i szalenie sympatycznie oraz… spontanicznie. Właściwie
jedyną do końca zaplanowaną rzeczą był fakt, że idę z przyjaciółką na koncert
Jamesa Arthura.
Jak to się stało, że pojechałyśmy na koncert Jamesa Artura?
Bilety kupiłyśmy kilka miesięcy temu. Nie byłyśmy wtedy jego
fankami, przynajmniej tak mi się zdaje… Również dzisiaj nie powiedziałabym, że
wzdycham na jego widok i uważam za artystę, który dokonał czegoś bardzo ważnego.
Nie… Po prostu kiedyś, pijąc martini z K. (dużo, duuużo martini!), zaczęłyśmy
słuchać Jamesa (dużo, duuużo Jamesa!) i śpiewać (głośno, głośno zapewne!). Muszę
w tym miejscu zaznaczyć, że K. i ja mamy zupełnie odmienne gusta. Bardzo rzadko
się zdarza, że podoba nam się ta sama muzyka, ciuchy, faceci… Dlatego,
podekscytowana faktem, że obie polubiłyśmy Jamesa (po wytrzeźwieniu nadal go
lubiłyśmy), pomyślałam, że fajnie by było, gdyby przyjechał do Polski. Wyobraźcie
sobie moją radość, kiedy kilka dni później trafiłam na informację o marcowym
koncercie w Warszawie! Jednak radość trwała tylko przez chwilę, bo okazało się,
że wszystkie bilety są już wyprzedane. Szkoda. Jednak wystarczyło kilka dni, aby radocha wróciła z podwójną siłą – zapowiedziano kolejny koncert
Jamesa, na 5 marca. Nic dziwnego, skoro bilety na 4 marca sprzedały się w kilka
dni, to dobrym posunięciem było zaplanowanie jeszcze jednego koncertu dzień
później. Zaopatrzyłyśmy się w bilety, kiedy tylko ruszyła sprzedaż. Co z tego,
że koncert w Warszawie, a nie w naszym Wrocławiu? K. wzięła urlop, ja po prostu
nie pojechałam na uczelnię. Są sprawy ważne i ważniejsze!
Na posiadaniu biletów na koncert kończyły się konkrety, a
reszta do samego końca pozostała jednym wielkim spontanem. Przede wszystkim
dojazd – w końcu zdecydowałyśmy się na Bla Bla Car. Polecam wszystkim z całego
serca! Jeśli tylko jest się pozytywnie nastawionym na poznawanie nowych ludzi i
nie czuje się tremy przed spędzeniem kilku godzin w samochodzie z obcą osobą,
to nie ma co się wahać. Można poznać fantastycznych ludzi, wysłuchać ciekawych
historii, i w dodatku być na miejscu dużo szybciej, niż w przypadku
podróżowania autobusem czy pociągiem. Dla mnie bomba i skorzystam z Bla Bla
jeszcze nie raz.
Źródło: www.muzyka.interia.pl
Koncert był w Klubie Palladium. Przyszłyśmy tam chwilę po
18, klub otwierano o 19. Jakby to powiedzieć… bardzo się przeraziłam i zrobiłam
wielkie oczy, kiedy ujrzałam kolejkę do wejścia. Fanki ustawiły się na
chodniku. Kolejka ciągnęła się przez połowę ulicy, galerię handlową i co tam
jeszcze. Jakieś 670 osób. Ponoć niektóre dziewczyny koczowały pod klubem od
rana, żeby tylko mieć miejsca pod sceną. Tak jak się spodziewałam, były to w większości
nastolatki. Porozumiewawcze spojrzenia z K.: chyba żartujesz, że staniemy na
końcu tej kolejki!, i raz dwa, magicznym sposobem znalazłyśmy się prawie pod
wejściem do klubu. [Jeśli czyta to jakaś fanka, która stała za nami bądź przed
nami, to przepraszam bardzo, że się wepchałam w kolejkę, ale nie usłyszałam
znikąd żadnych słów sprzeciwu i poczułam się nawet zaproszona w szeregi tych,
które dzięki dobrej miejscówie w kolejce miały zapewnione także miejsca pod
sceną!].
O 19 bramy klubu zostały otwarte i tłum dziewcząt z piskiem
przemieścił się pod scenę, chociaż koncert miał się zacząć dopiero za dwie
godziny. Niezbadane są wyroki boskie. Wiecie, jakie są zalety tego, że jest się
osobą nieco starszą niż typowa jamesowa fanka? Takie, że w chwili, kiedy one
pobiegły pod scenę, my poszłyśmy się rozejrzeć za czymś do picia i… nie było
kolejki do baru. Ani jednej osoby w kolejce do baru. Nikomu nie chciało się pić
alkoholu, albo nikt nie był wystarczająco 18-letni, aby móc sobie kupić piwo.
Jezu, naprawdę. Pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją na koncercie. Nie
to, żebym przychodziła na koncert z zamiarem schlania się, ale jedno piwo można
wypić.
Była to miła odmiana! Koncerty klubowe kojarzyły mi się do tej pory z trzema
„punktami kontrolnymi”, które wymyśliłam sekundę temu (wszelkie prawa zastrzeżone!:P):
1. PRZEDKONCERCIE
- kolejka do wejścia
- kolejka do szatni
- ewentualnie kolejka po żetony na napoje (nie zawsze, bo to
raczej na festiwalach)
- kolejka do baru
- kolejka do
toalety
2. KONCERT WŁAŚCIWY
3. POKONCERCIE
- kolejka po autografy i zdjęcia
- kolejka do toalety
- kolejka do szatni
- kolejka do wyjścia
Wniosek: fanki Jamesa Arthura nie sikają. Albo sikają do wewnątrz.
Em… Whatever.
Trochę nie rozumiem stania dwie godziny przed koncertem pod
sceną. Nie krytykuję tego, ale wiem, że równie dobrze można pod tę scenę pójść
pół godziny przed koncertem i znaleźć równie dobre miejsce. Ale o czym ja
mówię, nie wiem jak to jest stać od 10 rano pod klubem czekając na wejście. Z
chęcią natomiast skrytykuję zachowanie niektórych fanek Jamesa, które wygwizdały artystkę supportującą, tj. Agathę. Ujmująca polska wokalistka
śpiewająca po angielsku. Może rzeczywiście wybór supportu nie był zbyt trafny,
po prostu nie ten repertuar, nie dla tej publiczności… Ale pytam się, czy ktoś
kazał tym fankom stać twardo pod sceną, skoro support im się nie podobał?
Wszystkie mogłyby wyjść się przewietrzyć, ustępując miejsca osobom, które
doceniłyby Agathę. A chwilkę przed wyjściem Jamesa mogłyby tłumnie powrócić pod
scenę i piszczeć z zachwytu, zamiast podczas koncertu Agathy drzeć się do niej wy-pier-da-laj! oraz Ja pier…, nie po to płaciłam osiem dych, żeby takiego badziewia słuchać!.
Ludzie, trochę szacunku i tolerancji! Mam nadzieję, że kiedyś te dziewczyny
dorosną do tego, że nie trzeba emanować wieśniactwem na prawo i lewo. A jeśli
nie, to zapraszam na dożynki. Tam będą mogły kląć i drzeć japę pod sceną ile
wlezie. Nie mówię o ogóle fanek, mówię o tych kilku konkretnych. Zdenerwowały mnie.
Zanim przybył James, na parkiecie zrobiło się na tyle
gorąco, że współczułam wszystkim młodszym dziewczynkom (ok. 10-12 lat), które
przyszły na koncert z rodzicami. Stała taka jedna obok mnie, i słowo daję,
gdybym miała przy sobie butelkę wody, z chęcią bym jej odstąpiła napój, taką miała
smutną i zmęczoną buzię. Na szczęście ochroniarze się zorientowali, że jest
dość duszno, bo zaraz zaczęły krążyć wśród publiczności kubki z wodą. Jeden z
nich dotarł także i do nas. Dawno nie widziałam takiej radości u dziecka, jak u
tej dziewczynki stojącej obok mnie. Uśmiech od ucha do ucha, a daję słowo, że
mała wypiła nie więcej niż dwa łyki wody!
Źródło: www.muzyka.interia.pl
Wreszcie wybiła magiczna godzina 21:00, z głośników poleciał
utwór Jamesa, tłum zaczął piszczeć, a ja pożałowałam, że nie wzięłam ze sobą
stoperów do uszu. James wyszedł na scenę i się zaczęło: wrzask, pot, łzy,
śpiew, emocje, emocje, emocje! Każda kolejna piosenka wywoływała dziki szał i
wrzaski: O Bożeeeeeee! To toooo!, To ta piosenka!!!, i oczywiście I love
you James!!!, każde wypowiedziane przez wokalistę DZIEKUJE! wywoływało szał
do kwadratu. Sporo fanek zgadało się wcześniej na stronie fb wydarzenia, że
zrobią różne akcje koncertowe. Akcje, czyli: wycięte z czerwonego papieru
serca wznoszone w górę podczas konkretnego utworu, kartki z napisem You’re
My Recovery unoszone podczas utworu Recovery, układanie dłoni w
kształt serca. Najlepszym pomysłem według mnie była biało-czerwona flaga z napisem We love you!, rzucona na scenę. James wziął ją i zarzucił sobie na szyi, to mnie ujęło, naprawdę. Wszystko to jest miłe i fajne, tylko zastanawiam się, czy
26-letni wytatuowany facet prawdziwie się cieszy i jest dumny z papierowych
serduszek. Może jest… Na pewno ceni swoich fanów. Super, że babeczki potrafią
się tak skrzyknąć. Na dodatek jestem pewna, że zdecydowana większość znała
teksty wszystkich piosenek i śpiewała razem z Jamesem. Niektóre dziewczyny
płakały. To mówi samo za siebie – James potrafi wzbudzić emocje.
James Arthur wyrobił się, bardzo schudł i widać, że nad jego
wizerunkiem pracuje szereg specjalistów. Nabrał charyzmy scenicznej. Oglądałam
wcześniej jego występy w X Factor i zauważyłam, że ma kilka nawyków, które na
scenie nie wyglądają zbyt dobrze, jak np. szarpanie dekoltu swojej koszulki.
Robił to dość często, a w Warszawie wykonał taki gest tylko dwa razy, i to z
premedytacją, chcąc zaśmiać się z samego siebie i pokazać, że ma do siebie
dystans. Szarpnął się więc za ten t-shirt odsłaniając kawałek klatki
piersiowej, z czego zaraz zaczął się śmiać, i czym wywołał oczywiście wzmożony
pisk na sali.
Uważam, że jest niezwykle uzdolniony i na żywo brzmi bardzo
dobrze, niektóre kawałki podobały mi się bardziej niż wersje z albumu. James
śpiewał i grał na gitarze zarzucając swoją przydługą grzywką, nawiązał też kontakt z publicznością, wskazując palcem na konkretne
osoby, machając do nich, uśmiechając się. Aż trudno uwierzyć, że ten wokalista
cierpi na stany lękowe, o czym otwarcie mówi w wywiadach.
Kilka razy się wzruszyłam. Przy utworach New Tattoo i Certain Things. Są
piękne i oczy mi się zaszkliły, ale daleko mi było do potoku łez niektórych
fanek. Rozumiem jednak ich łzy doskonale! James zaśpiewał wszystkie utwory ze
swojej debiutanckiej płyty, nie będę ich wymieniać, ale polecam w szczególności
dwie piosenki z początku tego akapitu:
Cały album jest według mnie dobry. Jak na poprock, to
naprawdę daje radę i lubię go słuchać. Ale jeśli mam być szczera, uważam, że ta
płyta nie jest do końca jego. Zresztą to nawet nie kwestia szczerości, to po
prostu fakt. James Arthur mówił o tym w wywiadach, i nie pozostaje mi nic
innego, jak czekać na kolejny album, który będzie stuprocentowo jego,
pozbawiony – nazwijmy to ogólnie – wpływami z zewnątrz. Będzie lepszy, czyli
będzie świetny. Chętnie pójdę na jego następny koncert w Polsce. Powiedział, że
przyjedzie i chciałby zagrać w jakimś większym miejscu. Liczę zatem na Wrocław,
być może Stadion albo Hala Stulecia? A właśnie, James powiedział, że to ostatni
koncert na tej trasie koncertowej. To jego pierwsza tak duża trasa, więc wielki
szacunek za to, że nawet na ostatnim występie dał z siebie wszystko, choć
chwilami rzeczywiście wyglądał na zmęczonego. Niestety, nie wyszedł spotkać się
z fankami, chyba że coś przeoczyłam.
Brawka dla tych, którzy dotrwali do tego momentu recenzji!
Teraz następuje bonus, punkt kulminacyjny, zwał jak zwał (lub nawet zawał –
myślę, że w tamtej chwili niektóre fanki dostały zawału, serio). W każdym
razie, są na koncertach momenty, które zaskakują. Nikt się ich nie spodziewa,
są mega spontaniczne, nie wiadomo, co się wydarzy w kolejnej sekundzie i czy wszyscy
wyjdą z tego cali i zdrowi. Uwielbiam to w koncertach.
Uwaga: po bisach
(oczywiście utwór Impossible zaśpiewany wspólnie z publicznością) James Arthur
ściągnął koszulę i rzucił ją w publikę. Koszula wylądowała w rękach jednej z
dziewczyn, stojącej całkiem blisko mnie. Ktoś ma wątpliwości, co było dalej?
Czy dziewczyna uśmiechnięta wyszła spokojnie ze zdobyczą i wróciła do domu? No
way! Tłum fanek rzucił się na nią (i na dziewczynę, i na koszulę), piszcząc,
szarpiąc się, szczypiąc i co tam jeszcze. Stałyśmy z K. zaraz obok tej
przepychanki. Nawiązałyśmy porozumiewawcze spojrzenia, któraś z nas krzyknęła Dawaj!,
i rzuciłyśmy się na zbitek rozszalałych z żądzy posiadania koszuli fanek. Kurde,
dawno się tak dobrze nie bawiłam! Tylko że ja i K., w przeciwieństwie do reszty
dziewczyn na ringu, śmiałyśmy się z zaistniałej sytuacji i dołączyłyśmy do
walki dla jaj. Śmiałyśmy się na głos, ale kiedy udało mi się złapać rękaw
koszuli, poczułam zew krwi i prawdziwą wolę walki. Tym bardziej, że miałam
realne szanse na zdobycz, jestem dość silna i nie miałam zamiaru puścić raz
złapanego rękawa! Rozejrzałam się wokół i pomyślałam, że niedługo będę gwiazdą
Youtuba – kilka osób nagrywało filmiki i robiło zdjęcia. Któraś z fanek
zawołała: Czy ktoś ma nożyczki? Potniemy koszulę i każda dostanie kawałek! Myślę sobie: Tak, z pewnością wszyscy zabierają ze sobą nożyczki na koncerty,
yes baby. Nożyczki wcale nie były potrzebne, bo koszula i tak się porwała,
niestety nie na tyle kawałków, aby wszyscy byli zadowoleni. W końcu przyszedł
jakiś chłopak z kluczem, i tym kluczem pociął trzymany przeze mnie wciąż rękaw,
i oto jest! Fragment jeansowej koszuli Jamesa Arthura, patrzcie i podziwiajcie:
Najzabawniejsze było to, że ochroniarze tylko stali i
zastanawiali się, czy rozdzielić tę szamotaninę, czy lepiej się w to nie
mieszać. Na pewno na ich twarzach dostrzegłam zaskoczenie i niedowierzanie. Ciekawe,
jak zareagowałby James, gdyby zobaczył, co się dzieje.
Myślę, że James Arthur może wyczynić jeszcze coś dobrego,
lepszego. Ma warunki wokalne, dobry zespół (piękne, utalentowane Murzynki w
chórkach!), i bardzo oddane fanki. Piąteczka dla nich za wytrwałość,
cierpliwość w staniu w kolejce, znajomość tekstów i przygotowane akcje
koncertowe. Piąteczka dla Jamesa!
Szaleńczo mi miło, że wpis o mojej mamie i Elvisie spotkał się z zainteresowaniem. A jeśli czytelnik chce więcej, to... nie trzeba mnie długo namawiać.
Mama się dość mocno zachłysnęła tematem i z chęcią podjęła współpracę. Współpraca przebiegła pomyślnie i oto, co następuje:
Płyty winylowe Presleya - okazało się, że mama ma ich więcej, niż myślałam! Nie wiem, gdzie je pochowała, ale wpadła dzisiaj do mnie z naręczem winyli, które za chwileczkę tu przedstawię. Sama również zajrzałam do kolekcji, chociaż nie - raczej minikolekcji - naszych domowych płyt winylowych, i znalazłam kilka perełek. Na widok niektórych szczena mi opadła, ale o tym za chwilę, albo nawet w osobnym wpisie.
Póki co Elvis.
1. Album Rock-And-Roll. Wydany - uwaga - w Bułgarii. Obecnie chodzi na Ebay'u za 25 dolarów. Zawiera utwory z lat 50. Nie wiem skąd mama go wytrzasnęła jakieś 30 lat temu, ale Polak potrafi. Jeśli się przyjrzycie, zauważycie, że usta Elvisa na okładce są przyozdobione ciemnym zygzakiem. Jak się dzisiaj dowiedziałam, była to oznaka mojej radosnej twórczości, kiedy miałam roczek czy dwa. Pewnie oberwałam za to po tyłku ;)
2. Album Elvis LIVE. Wydany we Francji prawdopodobnie w 1981 roku przez RCA Records, o ile dobrze rozumiem francuskie napisy. Mamy rodzinę we Francji, więc w tym przypadku pewnie poczta zadziałała. Suspicious Minds, Can't help falling in love, Blue Suede Shoes, czyli numery najlepsze z najlepszych.
3. Album Separate Ways. "Za tę płytę dałam prawie całą moją wypłatę jakoś na początku lat 80." - mama. "Printed in USA", przez Pickwick International, początkowo wydany w 1973 przez RCA Records. Składanka.
4. Album Moody Bluez 1977 roku, czyli ostatni album wydany za życia Elvisa. RCA Records. "Printed in Holland", proszę, proszę ;)
5. Album The Elvis Presley Collection. Dwupłytowy, 1984.
To właśnie w tę płytę wpatrywała się moja mama robiąc makijaż:
Środek The Elvis Presley Collection. Meega zdjęcie!
6. Album Inspirations z 1980 roku. Piosenki religijne, bo Elvis wierzącym człowiekiem był. Choć kiedy patrzę na font wykorzystany w tytule płyty, myślę sobie, że nawet święty Boże nie pomoże...
7. Album Elvis. Worldwide Gold Award Hits, Parts 1&2z roku 1974, RCA Records. Pomysłowa okładka według mnie. Znajduje się na niej 25 złotych płyt, na każdej z nich tytuł jednego utworu i data jego nagrania. Super sprawa :) Utwory takie jak Don't Be Cruel czy Hound Dog, czyli złoto w czystej postaci!
8. Jest jeszcze płyta 50 x The King. Elvis Presley's Greatest Songs by Danny Mirror & The Jordanaires, czyli Danny Mirror śpiewa utwory Elvisa, a przygrywa mu zespół samego króla. Made in Romania, łohohooo! 9. Proszę bardzo, zbliżamy się do końca, więc polski smaczek: Wojciech Gąssowski i Love me Tender! Gąsior na motocyklu. Pewnie gdyby było go stać, wsiadłby do cadillaca, ale cóż... Nie, nie nabijam się, ale nie marzę też o przesłuchaniu tej płyty :) Wydane przez WIFON w Opolu, 1981.
10. Na koniec płyta, która zaskoczyła mnie najbardziej, a nawet trochę rozbawiła. Karel Zich, Let me sing some Elvis Presley songs. Made in Czechoslovakia, 1983. Karel Zich jest Czechem. Pomyślcie sobie - Love me tender po czesku?! Jailhouse Rock po czesku? Póki co gramofon mam zepsuty, ale miałam nadzieję, że w necie znajdę wykonania tego mistrza. Nie myliłam się. Posłuchałam sobie In the Ghetto i Love me, a następnie trafiłam na mój hit, nie do pobicia: Blue Suede Shoes, czyli po czesku: Nešlap mi na sandály Polecam! Tyle radości z powodu sandałów ;))
Wrzucam jeszcze kilka zdjęć fanowskiego albumu na cześć Elvisa, który pisała moja mama w pocie czoła na maszynie, oprawiła w twardą okładkę i pewnie podczytuje sobie czasem przed snem. Właściwie jest to biografia Elvisa. Nie przeczytałam jeszcze całego tekstu, ale po przejrzeniu fragmentów zauważam, że mama Baśka pisała bardzo emocjonalnie i szczegółowo, skupiając się jednak bardziej na życiu prywatnym Presleya i jego samopoczuciu, niż na karierze. Tak czy inaczej, włożyła w powstanie tej publikacji wiele trudu! Rok "wydania": 1983.
Okładka. Prosta i gładka, ale myślę, że i tak oprawienie całości nieźle nadwyrężyło domowy budżet ;)
Strona tytułowa
"Dom króla" - zdjęcia wnętrz Graceland oraz Elvis z żoną i córą
Wycinek z gazety, niestety nie wiem jakiej i z którego roku... W Poznaniu działa chyba jedyny w Polsce Fan Club Elvisa Presleya. Cieszy się dużą popularnością, o czym świadczy liczba fanów. Są także członkowie-korespondenci, przyjmuje się dalszych chętnych, poszukuje ponadto wszystkich śpiewających, wzorujących się na Presleyu. Jacyś chętni?
RFN... ;)
Zdjęcia!
Ta gitara podróżowała wraz z nim w szoferce jego ciężarówki, wziął ją ze sobą /w lipcu 1954/ do studia Sun na nagranie swojej pierwszej profesjonalnej płyty. Miał później wiele wspaniałych, nowoczesnych gitar, lecz nigdy nie zapomniał o staruszce, z którą rozpoczął podbój świata.
Preslei, zdjęcie nadesłane chyba z RFN... :)
Elvis rządzi!
Pamiętamy!
Sporo tekstu :)
Minęła ósma rocznica jego śmierci, czyli wycinek z gazety z sierpnia 1985 roku, jeśli dobrze liczę
Mam nadzieję, że nie popełniłam żadnej gafy przy opisywaniu płyt. Jeśli ktoś coś zauważy, proszę krzyczeć. Pozdrawiamy Mamę Baśkę!