Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2016

Książka: "Prawo Przyciągania"

Nie tak dawno recenzowałam film Sekret. Ostatnio sięgnęłam z czystej ciekawości po książkę o tejże tematyce: Prawo Przyciągania Esther i Jerry Hicks. Kiedyś dostałam ją w prezencie, ale nigdy nie przeczytałam, bo troszkę mi z astropsychologią nie po drodze.

Foto własne
Książka jest napisana bardzo źle. Znajdują się w niej wszystkie wyrażenia, które mają dodać publikacji charakteru naukowego, jednak niegłupi czytelnik uzna to raczej za pseudopsychologiczny bełkot. Zawsze miło wspominam promotorkę mojej pracy magisterskiej – zabawną, bardzo inteligentną panią profesor – która nieraz podpowiadała, jakich zwrotów nie wolno używać. W Prawie Przyciągania znalazłam wiele z nich, które sprawiły, że przewracałam oczami i wzdychałam. Nie, to nie ja jestem taka zarozumiała… To autorzy tak bardzo nie potrafią pisać, serio. Podejrzewam, że to nie jest wina tłumacza, bo zazwyczaj w podobnych publikacjach autorzy chętnie posługują się tak „górnolotnym” słownictwem.

Prawo przyciągania obfituje w zdania rozpoczynające się w następujący sposób:

Cóż za zadziwiająca…
Z tego też powodu…
Jednak ponieważ...
Zatem ponieważ...
Jednakże ponieważ...
Z największą chęcią pomożemy wam…
Zatem kiedy…
Lecz kiedy...


Prawda, że można traktować te zwroty jako superkrótki poradnik Jak nie pisać?

Ponadto, tekst Wygląda mniej więcej Tak, ponieważ jest Mnóstwo pogrubień, kursywy i Pisania z Dużej Litery, aby UWYDATNIĆ arcyważne pojęcia, takie jak Prawo Przyciągania, Afirmacje, Istota Wewnętrzna, Celowe Tworzenie i wiele, wiele innych.

Trudno jest przebrnąć przez książkę, szczególnie że jest to przykład masła maślanego. Wystarczy przeczytać kilkanaście stron, aby dowiedzieć się (lub przypomnieć sobie), że podobne przyciąga podobne, a pozytywne myślenie i wiara we własne możliwości mogą dużo zdziałać. 

Nie przemawiają do mnie autorzy zapewniający, że poprzez nich wypowiada się sam Abraham, na dodatek w liczbie mnogiej. Niechętnie czytałam o tym, że posiadam Istotę Wewnętrzną i Zewnętrzną (jak na mój gust, to po prostu mam duszę i ciało) oraz o tym, że jako Istota Przyzwalająca urodziłam się, ponieważ bardzo tego pragnęłam. Plus reinkarnacja, medytacja itd. Zdecydowanie nie moja działka.

Esther i Jerry Hicks twierdzą, że każdy może wzbogacić się, nie pracując przy tym zbyt ciężko. Wystarczy myśleć o bogactwie, a hajs sam będzie się zgadzał. Idąc tym tropem, autorzy dorobili się milionów dolarów tworząc bzdetną książkę, dzięki której z jakichś powodów zostali uznani za odkrywców Prawa Przyciągania i przekazują tę ideę całemu światu. Oj, oj. Jeśli prawo przyciągania przyciągnęło do mnie tę książkę, to w moim przypadku coś ono szwankuje ;)


Studio Astropsychologii, Wydanie III (!), Białystok 2011

niedziela, 14 września 2014

Książka: Daphne Barak "Ratując Amy. Historia bez happy endu"

Zmęczyłam tę książkę do końca tylko dlatego, że nie lubię niedoczytywać. Jest tak kiepska, że najchętniej zacytowałabym ją całą, abyście poczytali razem ze mną, a później wspólnie spuścilibyśmy na nią zasłonę milczenia. Milczałam o niej przez jakieś 2 miesiące, kiedy to skończyłam czytać, ale dziś, dziś! Przerwijmy milczenie, dlaczego sama mam cierpieć nad tą pomyłką wydawniczą? Pocierpcie i Wy! Amy przewraca się w grobie, mnie się flaki przewracają.

„Ratując Amy. Historia bez happy endu” jest jedną z tych książek, na których ma zarobić grubą kasę jak najwięcej osób z okazji śmierci głównego bohatera, w tym przypadku Amy Winehouse.

Pamiętam dzień, w którym Amy zmarła. Jechałam następnego dnia na wakacje, było mi trochę smutno. A potem, na wakacjach, cały tydzień padało. Niebo płakało nad śmiercią Amy Winehouse… Hm, na to zdanie też jakaś zasłonka milcząca mogłaby zjechać.

Daphne Barak „jest jedną z czołowych dziennikarek przeprowadzających studyjne wywiady z najwybitniejszymi osobistościami, głowami państw, politykami, gwiazdami Hollywood i muzykami”. Może rzeczywiście ma gadane, ale litości, niech nie przenosi swojej gadaniny na papier, bo efekt jest opłakany. Ona sama myśli, że efekt jest wspaniały, ba, wielokrotnie w trakcie pisania przypomina, z kim przeprowadzała wywiady, oraz że w wielu krajach jest popularniejsza od samej Amy Winehouse. Kurcze, to naprawdę takie łatwe? Jeśli też będę pisać teksty, w których w co drugim zdaniu użyję wyrażeń „z pewnością”, „jednakże”, „a także” i „lecz także”, stanę się popularniejsza od Amy? Z PEWNOŚCIĄ:



Dodajmy jeszcze do tego masło maślane, czyli powtórzenie tej samej myśli w narracji i dialogu:


… oraz niezrównoważenie czasoprzestrzeni:



... proszę bardzo, z takimi umiejętnościami możemy iść przeprowadzać wywiad z Johnnym Deppem.

Mam wrażenie, że to nie jest książka o Amy, czy też o jej ratowaniu, jak sugeruje tytuł. Autorka nie przeprowadziła wywiadu z Amy. Rozmawiała z nią na imprezach, pożyczała jej sukienki (!), ale nie sądzę, że miało to związek z tym, co wypisuje w książce. Większość tekstu to opis relacji Daphne Barak z ojcem Amy Winehouse, Mitchem oraz relacjach Mitch-Amy. Amy przedstawiona jest jako ciągle naćpana i pijana, zakochana w Blake’u artystka. Rany boskie, i bez tego wszyscy wiemy, co wykończyło Amy. Miałam nadzieję, że poczytam więcej o jej muzyce, jej utworach, cokolwiek… Nie na miejscu wydaje mi się też wybór fotografii do publikacji. Amy patrząca nieobecnym wzrokiem, z biustem na wierzchu, i podpis: „Amy wychodzi z ulubionego klubu” – serio? Poza tym, jeśli miała być to książka o Amy, to po co autorka publikuje w niej SWOJE zdjęcia? Tego nie wie nikt. Koniec gadki, lepiej słuchajmy Amy!


G+J Książki, Warszawa 2011

Biorę udział w WYZWANIU

środa, 2 lipca 2014

Książka: Nigel Slater "Tost. Historia chłopięcego głodu"

źródło: Filmweb.pl
Lubię takie „smaczne” książki. Przyznaję bez bicia, że sięgnęłam po „Tost”, bo ujrzałam na okładce zdjęcie z ekranizacji: piękną Helenę Bonham Carter, i mniej pięknego, ale jakże zdolnego, Freddiego Highmore’a. 

W małym Freddiem zauroczyłam się, kiedy zobaczyłam 
go na kinowym ekranie w filmie „Marzyciel” u boku Johnny’ego Deppa. Od tamtej pory wszystkie filmy z jego udziałem, które widziałam, podobały mi się. Nawiasem mówiąc, chłopak już wcale nie jest taki mały, ma obecnie 22 lata.

Autorem jest Nigel Slater. Nie wiedziałam, że został on „okrzyknięty przez brytyjskie media skarbem narodowym”. Jeśli mam łączyć gotowanie z imieniem Nigel, to prędzej przyjdzie mi do głowy Nigella Lawson niż Nigel Slater. A tu proszę, nie przyszedł mi do głowy, ale przyszedł mi do książki!

„Tost. Historia chłopięcego głodu” to przesączona pysznym żarełkiem biografia dorastającego chłopca zakochanego w jedzeniu. Tytuł jest nieco mylący, bo Nigel raczej głodny nie chodził.

Książka składa się z krótkich rozdziałów, które nazwane są wyrafinowanie („Biszkopt królowej Wiktorii”), przyjemnie, jak np. „Truskawki ze śmietaną” (jakże aktualne, omnomnom, smacznego!:), a nieraz wręcz obrzydliwie, jak choćby „Kożuch z mleka” (fuuuu, przekleństwo dzieciństwa!). Zatrzymam się na chwilę przy kożuchu. Cytat z tego krótkiego rozdzialiku, który może was zachęcić do przeczytania książki:

 „Kożuch. Już samo słowo sprawia, że przechodzą mnie ciarki. Kożuch wygląda jak skóra po oparzeniu słonecznym albo po skaleczeniu (…). Nazwa brzmi tak, że automatycznie kojarzy mi się z czymś włochatym, gryzącym i śmierdzącym naftaliną. Więc z jakiej racji coś takiego pływa w moim kakao? Albo lubisz tę cienką pomarszczoną warstwę, która formuje się na gorącym mleku, albo jej nienawidzisz. Na ten temat nie można nie mieć zdania. To musi być albo miłość, albo kompletna odraza”

Piąteczka, Nigel! U mnie kożuch to zdecydowanie kompletna odraza. A jak jest u Was? Bardzo mnie ciekawi, czy ktokolwiek jest w stanie powiedzieć, że „to musi być miłość”! :D

Chyba tylko osoba zajmująca się zawodowo gotowaniem potrafi opisywać kożuch mleczny przez ¾ strony. Slater jest narratorem bardzo wyluzowanym, zaczyna zdania od „więc”, pisze o jedzeniu i opisuje koleje swego losu ot tak, jakby siedział przy piwku z kumplem i włączył mu się słowotok po kilku kuflach (a brytyjskie piwko jak najbardziej, smaczne i sprzyjające gadaniu). Mógłby jedynie darować sobie opisywanie kilku obrzydliwych scenek z życia dorastającego chłopca.  Mogą zrazić.

Jedna sprawa jest dla mnie kompletnie nie do zaakceptowania. Pierwszy raz widzę książkę, która posiada NIEWIDZIALNY SPIS TREŚCI. Czyli po prostu go nie ma. Nie wiem czyja to sprawka, niedopatrzenie bądź świadoma decyzja, ale przepraszam bardzo, jak mam teraz znaleźć rozdział o grillowanym grejpfrucie wśród prawie 300 stron?

Książka nie wywołała we mnie większych emocji, nie jest zła, ale mam nadzieję, że film bardziej przypadnie mi do gustu, bardzo chcę go wreszcie obejrzeć. Jeśli ktoś z was oglądał, proszę o podzielenie się opinią.

Z serii takich książek - smacznych kąsków, polecam „Herbaciarnię Madeline” Darien Gee, „Jak znaleźć przepis na szczęście” Barbary O’Neal, i nade wszystko „Gotuj z Julią. Niezbędne przepisy i porady mistrzyni kuchni” Julii Child!


Nigel Slater robi tosty:

A tu trailer ekranizacji:


Helena Bonham Carter! Freddie Highmore! 

Wydawnictwo Carta Blanca, 2011

wtorek, 28 maja 2013

Książka: Marcin Szczygielski „Furie i inne groteski”, 2011

Szczygielskiego mogę czytać dzień w dzień, książka po książce; nie sądzę, żeby mi się znudził. Wprawdzie w każdej jego dotychczas przeczytanej przeze mnie książce pojawia się wątek homoseksualny, ale idzie się do tego przyzwyczaić. Zastanawiam się tylko, czy praktykuje to też w książkach dla dzieci i młodzieży… Muszę sprawdzić, mam nadzieję, że niedługo będę miała ku temu okazję.

„Furie i inne groteski” to trzy scenariusze. Dotąd czytałam tylko powieści Szczygielskiego, więc miałam szansę sprawdzić, czy w książkach stanowiących jedynie dialogi, autor jest równie dobry. Nie mam wątpliwości, jest świetny. Jeśli we Wrocławiu będą grali „Furie”, „Wydmuszkę” bądź „Berek czyli Upiór w moherze”, to kupuję bilety do teatru w ilości osiem i zabieram ze sobą przyjaciół.

Ten zbiór powinien się według mnie nazywać „Berek i inne groteski” lub „Wydmuszka i inne groteski”. Według mnie „Furie” to najsłabszy z tych trzech scenariusz. Tzn. słaby i tak nie jest, bo wszystko, co pisze Szczygielski jest według mnie dobre, ale w porównaniu z rewelacyjnym „Berkiem” i prześmieszną „Wydmuszką” jest trochę nijaki.

„Berek, czyli Upiór w moherze” został napisany na podstawie książki „Berek”. Było to moje pierwsze spotkanie z literaturą tego autora, i to właśnie podczas tej lektury zauroczyłam się bezpośredniością i poczuciem humoru pisarza. Książka jest według mnie świetna, a przeczytanie jej w formie scenariusza jeszcze bardziej obudziło wodze fantazji, bo wyobraziłam sobie, że siedzę w teatrze i patrzę na Pawła Małaszyńskiego, który w „Berku” gra głównego bohatera. Kurcze, no niechże zagrają to we Wrocławiu! Jeśli chodzi o „Berek”, recenzowałam już tę powieść TUTAJ, jeśli ktoś ma ochotę poznać więcej szczegółów.

„Wydmuszka” z kolei jest bardzo bliska mojemu sercu, ponieważ akcja toczy się w bibliotece, a bohaterką jest bibliotekarka Halina – szara myszka (czyli zupełne przeciwieństwo mnie;). Pracuje w bibliotece, do której pies z kulawą nogą nie zagląda (zupełne przeciwieństwo mojego miejsca pracy :D). Jedyną osobą, z którą rozmawia, jest jej mama, z którą mieszka. To, że widzą się codziennie po pracy, nie znaczy, że nie kontaktują się ze sobą w ciągu dnia. Halina co chwilę podnosi słuchawkę telefonu w bibliotece, mówiąc „tak, mama?”. Rozmowy Haliny z mamą są tak groteskowe, że… ach, przeczytajcie fragment: 

„Tak, mama. Jak to skąd? Nikt inny tu nie dzwoni. Jadłam. Ciepło. Zapięta. Będę. Uważam. Dobrze się czuję. Nie, nie otwieram okna. Tak, wiem, że przeciągi. Nie, nie chodziłam po deszczu. Tak, wiem, że pada. Muszę kończyć. Nie, nie lekceważę cię. Bardzo mnie interesuje, co masz do powiedzenia. Tak, kocham cię. Tak, przejmuję się tobą. Nie, na pewno cię nie zostawię. Zadzwonię. Całuję. Pa. Pa, pa. No, odłóż słuchawkę. Nie, ty pierwsza odłóż”

I tak dalej, i tak dalej. Dla mnie fenomenalne! Pewnego dnia do biblioteki przychodzi Roksana. W sztuce gra ją m. in. Joanna Liszowska, więc wyobraźcie sobie, jaka temperamentna babka. Rozpoczyna się fascynująca znajomość Haliny i Roksany, ich rozmowy nie raz doprowadziły mnie do śmiechu.

Szczygielski w swojej literaturze pod postacią zabawnych sytuacji przemyca nieraz brutalną rzeczywistość, mówi o „polactwie”, o relacjach międzyludzkich. Jego bohaterowie są często przerysowani – skrajna katoliczka, skrajnie nudna bibliotekarka, wszyscy „skrajni”. Nie wszystkim może się podobać, że kreuje bohaterów homoseksualnych. Nie wszystkim może się podobać, że jego książki wydawane są przez jego partnera – Tomasza Raczka. A mnie się to wszystko podoba : )

„Furie i inne groteski” dostałam w prezencie urodzinowym od Izy – dzięki babko! 

poniedziałek, 28 maja 2012

"Herbaciarnia Madeline", Darien Gee, Prószyński i S-ka, 2011.


Witaj w Avalon, niewielkim miasteczku, które przyciąga swoim urokiem przejeżdżających obok turystów. W miasteczku, w którym losy mieszkańców splotą się z powodu… zakwasu chlebowego.

Mała Gracie, córka Julii i Marka, znajduje na progu domu torebkę z dziwnie wyglądającą substancją. Jak się okazuje, jest to zaczyn chleba przyjaźni amiszów. Za namową córki Julia piecze chleb, a pozostałą część zakwasu przekazuje dalej. I tak chleb przyjaźni zaczyna krążyć po mieście, tworząc łańcuszek, a czytelnik, oprócz kuchennych rewolucji mieszkańców poznaje trzy kobiety, które jako jedne z pierwszych dostały w prezencie torebkę zakwasu.

Pierwszą z nich jest wspomniana wyżej Julia. Ma kochającego męża i fantastyczną córeczkę, jednak wydarzenie sprzed kilku lat sprawiło, że Julia i Mark bardzo oddalili się od siebie. Nie rozmawiają ze sobą, nie mają wspólnej sypialni, właściwie w ciągu kilku lat stali się sobie obcy, mimo że łączyła ich wspólna strata i cierpienie. Ich syn Josh zmarł po ukąszeniu osy. Od tej pory Julia nie pracuje, a przeżycie każdego kolejnego dnia jest dla niej wyzwaniem. Samo wyjście z domu i zrobienie zakupów jest ponad jej siły, nie wspominając o nałożeniu makijażu i ułożeniu fryzury. Na dodatek za śmierć Josha wini swoją siostrę, Livvy, która opiekowała się chłopcem, kiedy zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Sytuacja zdecydowanie patologiczna, zamiast wspierać się wzajemnie, Mark i Julia zamknęli się w swoich własnych skorupach i żyją osobno. 

Hannah de Brisay to piękna, 28-letnia Azjatka. Jest znaną wiolonczelistką, jednak po przeprowadzce do Avalon nie gra już koncertów. Jej małżeństwo z Philippem właśnie przechodzi kryzys. Jako muzyk, Philippe często jest w trasie koncertowej, rzadko przebywa w domu.

I wreszcie Madeline, założycielka tytułowej, słabo prosperującej i mało znanej (do czasu) Herbaciarni Madeline, a zarazem jej jedyna pracownica (do czasu). Stanowcza, starsza pani emanująca ciepłem i dobrocią, znakomita kucharka i fanka każdego rodzaju herbaty. 

Herbaciarnia to miejsce pachnące domowymi wypiekami i imbirową herbatą. Właśnie tutaj poznają się Julia, Hannah i Madeline, kobiety, które tak naprawdę w Avalon nie mają nikogo i są spragnione kontaktu z drugim człowiekiem. Już przy pierwszym ich spotkaniu przy herbacie rodzi się niesamowita więź. Łzy w oczach, niepewne uśmiechy, przestraszone spojrzenia. Nie muszą dużo mówić, żeby wiedzieć, że każda z nich ma do opowiedzenia historię swojego życia, otworzenie się to tylko kwestia czasu.
Przyjaźń to lata zaufania. W tej powieści relacja między kobietami rodzi się bardzo szybko, może dlatego, że wszystkie są po przejściach, co sprawia, że tak dobrze się rozumieją i są spragnione rozmów przy ciasteczku i herbacie. Jest to może trochę naiwne koloryzowanie rzeczywistości, ale opisane z takim ciepłem i optymizmem, że czytając, kilka razy się wzruszyłam. Bo dzięki tej przyjaźni kobiety wreszcie zaczynają żyć, podejmować długo odwlekane decyzje i zwyczajnie cieszą się ze wspólnych spotkań. Powieść bardzo pokrzepiająca, nie będzie spoilerem ujawnienie, że pod koniec książki kobiety zaczną żyć na nowo, a wszystko ułoży się na tyle dobrze, że będą z nadzieją i uśmiechem patrzyły w przyszłość. Inaczej przecież być nie może, już sama obietnica na okładce („Solidna dawka optymizmu w uroczej oprawie!”) zwiastuje, że te kobiety, znajdujące się na życiowym zakręcie, nie będą płakać i marudzić przy tej herbacie do końca opowieści. Zakręty zaczną się prostować, a one same muszą się w końcu uśmiechnąć do życia, a życie do nich.

Jednak Julia, Hannah i Madeline nie są jedynymi bohaterkami książki. Są rozdziały, w których poznajemy innych mieszkańców i  ich przygodę z chlebem przyjaźni amiszów. Tymi opowiastkami autorka chciała ukazać, jak wielką skalę przybrała akcja dzielenia się torebkami z zakwasem w Avalon.

Wspomnę, że jest to książka, która zawiera najkrótsze rozdziały, z jakimi spotkałam się w jakiejkolwiek powieści. Żeby do nich dotrzeć, trzeba zatopić się w tą lekturę, uprzednio zaparzając sobie herbatę w imbryczku, i kto wie, może upiec chleb amiszów? Znajdziesz przepisy na różne wariacje (brownie, chleb bananowy, muffinki) na końcu książki. Ja już swój chlebek przyjaźni upiekłam, a nawet cztery, wszystkie znakomite! Apetycznie wygląda, co? :)

Moje!: ) Toffi i czekoladowo-orzechowe.


Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

wtorek, 24 stycznia 2012

Siostrzyca, John Harding, Wydawnictwo Mała Kurka, 2011.

Dobrze, że są obok mnie osoby, które mają ochotę dyskutować o książkach i właśnie w tym celu użyczają mi tych kilkuset stron zadrukowanego papieru i nie ustąpią, dopóki nie zdam relacji z przeczytania, bo chcą widzieć jak mi 'scenka opada' :) Żeby przeczytać Siostrzycę, odłożyłam na bok Służące, co mnie trochę bolało, bo po co tak przerywać lekturę, która podoba się bardziej niż bardzo. No ale! Siostrzyca ma szczęście, że jest dobrą książką, bo inaczej dokonałabym szeregu przedsięwzięć mających na celu strącenie kogoś w przepaść!

Spoglądasz na tytuł i zaczynasz się zastanawiać, czy w ogóle istnieje takie słowo? Siostrzyca, coś pomiędzy siostrą, a siostrzenicą. O co chodzi?

O co chodzi, przekonałam już się w pierwszym rozdziale. Otóż narratorka, nastoletnia Florence, jest tak elokwentna, że w powieści posługuje się własnym językiem. Może nie powinnam o tym pisać już we wstępie, ale mam nadzieję, że dzięki temu zachęcę do przeczytania. Słowa, jakimi posługuje się Florence, nie odbiegają aż tak bardzo od ogólnie znanych, choć czasem musiałam się na dłużej zatrzymać przy jednym zdaniu, żeby zrozumieć, co dziewczynka ma na myśli. Oto próbka słowotwórstwa Florence: Spłakała mnie cała ta wiadomość i nocą, w łóżku, od nowa nad nią łamigłówkowałam, po czym podpoduszkowałam list. Utragicznieńniespokojnień i podobnych wyrażeń jest tu wiele, a nocąchodzenie i wchowanegowanie bije wszystko na głowę (oklaski dla tłumaczki!). 

Florence jest jak na swój wiek bardzo dojrzała, w tajemnicy przed służbą domową czyta Szekspira i Edgara Allana Poe. Wraz ze swoim bratem Gilesem mieszka w mrocznym dworze Blithe, otoczonym przez park i wybudowanym nieopodal jeziora, w którym utragiczniła się ich poprzednia guwernantka. Gdyby na podstawie książki nakręcono film, daję głowę, że utrzymany byłby w czarno-białych barwach dla podtrzymania aury tajemniczości i dramaturgii.

Są czasy, kiedy dziewczęta oprócz haftowania i gotowania nie pobierają żadnej edukacji. Dlatego wizyty Flo w bibliotece mają charakter bardzo dyskretny, wie o nich tylko Giles i nowo przybyła guwernantka – panna Taylor. I właśnie od jej przyjazdu w głowie Florence pojawia się niepokój. Dziewczynka, która do tej pory większość czasu spędzała ze swoim bratem, teraz jest od niego izolowana przez guwernantkę, która udziela mu lekcji. A Giles wcale nie jest zasmucony tym faktem, co więcej, pała sympatią do panny Taylor.

Flo zauważa dziwne zachowanie guwernantki – ponoć w nocy odwiedza śpiącego Gilesa i śpiewa mu kołysanki dziwnej treści. Ponadto obserwuje Florence z wielu punktów tego ogromnego domostwa. Z jakich? Mogłabym napisać z jakich, ale przecież nie każdy musi wiedzieć, że chodzi o lustra wiszące w każdym korytarzu, których w Blithe jest wiele:) Flo jest przekonana, że guwernantka chce odebrać jej brata, i postanawia zrobić wszystko, aby do tego nie dopuścić. Pomaga jej w tym (chociaż trochę niepewny i przestraszony) Theo, chłopiec chory na astmę, zauroczony i piszący wiersze obfitujące w rymy częstochowskie, mający wieczną nadzieję na pocałunek z wybranką swego serca. Oj, bardzo się zdziwisz czytając o czynie, którego dopuściła się Florence względem swojego młodocianego adoratora! 

Flo i guwernantka toczą ze sobą wojnę, która początkowo ma charakter bardzo dyskretny – guwernantka wie, że Flo odkryła jej niecne zamiary, jednak nic z tym nie robi i tylko wzrokiem węża (jak to określa Florence) obserwuje ją z lustra i uśmiecha się z wyższością. Aż do dnia, w którym zmuszona jest puścić się w pogoń przez las za dziewczyną, która skradła jej własność. 

Po pogoni sprawy obierają taki obrót, że rzeczywiście, szczęka opada, myśli nie mogą dogonić kolejnych zdarzeń, złość dla głównej bohaterki miesza się z podziwem dla odwagi, ale przede wszystkim pojawia się niepewność, czy zdarzenia dzieją się naprawdę, czy Florence po prostu oszalała? Cała powieść ma baśniowo-fantastyczno-straszny klimat, ale końcówka niczym scena wycięta z horroru, zaskakuje najbardziej. Dzieją się tu straszne rzeczy, aż dziwne, że młodziutka Florence sama wszystko obmyśliła i patrzyła na wszystko może i z przerażeniem, ale i z zachowaniem zimnej krwi. Tak naprawdę po przeczytaniu znowu znalazłam się w punkcie wyjścia i z chęcią zaczęłabym czytać od początku.

Przyjemna, międzyegzaminacyjna odskocznia od nauki z posmakiem chloroformu i zapachem lilii oznaczającym obecność niezbyt żywej istoty… Dobiurkuj z „Siostrzycą" pod pachą, przeczytaj i podziel się przemyśleniami, czy po lekturze tej książki też zacząłeś tworzyć swoje własne słowa :)

Mocne strony: neologizmy
Słabe strony: brak równowagi w trzymaniu napięcia (przez jakiś czas dzieje się niezbyt wiele, aby pod koniec powieści wgnieść czytelnika w ziemię). Chociaż nie, to chyba nie jest do końca słaba strona :)

poniedziałek, 16 stycznia 2012

"Poczet królowych polskich" Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, 2011.

Poczet królowych polskich jest tytułem nieco mylącym, ale jednak trafionym. Bohaterki powieści nie zasiadają na tronach, są królowymi w pewnych dziedzinach życia. Noszą nazwisko Król. Każda z nich jest przedstawicielką innego pokolenia, wszystkie są ze sobą spokrewnione i… samotne.
Dynastię królowych rozpoczyna Róża, kuchta i sprzątaczka w żydowskiej rodzinie w latach 20. XX wieku. Jej powiedzonka chyba już zawsze będą chodzić mi po głowie. Bezsensowne i niezbyt zrozumiałe (diabłu z dupy nie kareta!), o mężczyznach (mężczyźni obdarzeni skłonnością do śmiechu na ogół są sprawnymi kochankami), o miłości (jak kuchnia stygnie, stygnie i miłość).
Równolegle poznajemy Magdę Król, żyjącą w czasach obecnych 30-kilkulatkę z Warszawy. Pracuje w wydawnictwie, dobrze zarabia. Od czasów liceum przyjaźni się z Adrianem, którego traktuje niczym swojego partnera, mimo że facet jest gejem. Kiedy w jego życiu pojawia się mężczyzna, Magda siłą rzeczy zostaje odepchnięta na drugi plan. Kobieta posuwa się do odważnych zachowań, aby zatrzymać przy sobie przyjaciela. W jakiś sposób go kocha, chociaż dobrze wie, że nigdy nie będą razem. Kiedy nagle umiera matka Magdy, na jaw wychodzą sprawy, o których nie miała pojęcia. Od tej pory w jej życiu wszystko się zmienia, dowiaduje się wiele o swoim pochodzeniu i rodzinie.
Chyba najważniejszą królową jest tu Ita Zajtler, znana później jako Ina Marr aktorka teatralna i filmowa. Szczygielski opisując jej życie, wzorował się na Inie Benicie, polskiej aktorce, gwieździe srebrnego ekranu. W jej wątku fikcja literacka miesza się z wydarzeniami prawdziwymi. Jest dziewczyną, która za wszelką cenę chce zostać aktorką i trafić na okładki czasopism, co w końcu się jej udaje dzięki… nie będę spoilerować ;)
Obok tych kilku kobiet, których historia łączy się w zaskakujący sposób, poznajemy także środowiska, w których żyły. Mieszkająca przez jakiś czas w Wilnie Ina obraca się w towarzystwie międzywojennych transwestytów (tak tak, nie mogło tego zabraknąć u Szczygielskiego), przyjaźni się z Alkiem-Dorą, który uczy ją sztuki flirtowania, dobiera jej garderobę, pomaga podkreślić rodzącą się dopiero w niej kobiecość. Poznajemy świat ówczesnego filmu, teatru i kabaretu, rządzące nimi zasady. Szczygielski przedstawia także obraz Warszawy z czasów wojny. Opisuje warszawskie getto, perfekcyjnie oddając słowami dźwięki i zapachy, jakie się tam wyczuwało: metaliczna, sucha woń powietrza, skomlenie i szlochy (…), zlewające się w jeden jękliwy, monotonnie wibrujący szum.
Czytając, początkowo fabuła zdaje się być niezrozumiała, a postaci niezależne od siebie. Nie chcę za dużo zdradzać, powiem tylko, że z każdą stroną okazuje się, iż bohaterki mają ze sobą wiele wspólnego, a na dynastię królowych składa się ciąg niesamowitych wydarzeń, obfitujących w romanse, pieniądze, karierę. W ich życiu brakuje jednak jednej z najważniejszych rzeczy – miłości. Żadna z nich nie wyszła za mąż z miłości. Słowo kocham pojawia się tu sporadycznie, i tylko w relacjach gejów.
Doceniam książki, w których widać, że powstawały przez dłuższy okres czasu, w których odbija się pasja autora. Szczygielski dotarł do wielu ludzi, musiał wejść w świat starego filmu polskiego, odnalazł osoby, które znały Inę Benitę, cierpliwie zbierał informacje. Połączenie tego wszystkiego z jego wyobraźnią, świetnymi dialogami, umiejętnością kreowania wyrazistych postaci, i przede wszystkim tym, że potrafił tak rozbudowaną fabułę oddać czytelnikowi w zrozumiały sposób, składa się na bardzo wartościową lekturę, którą polecam z całego serca. 

Recenzja opublikowana na portalu www.kobieta20.pl

Mocne strony: Dużo wiadomości o przeszłości, o dawnym środowisku teatralno-filmowym; połączenie przeszłości z teraźniejszością
Słabe strony: sporo literówek

Dla zainteresowanych: wywiad z Marcinem Szczygielskim przeprowadzony przez jego partnera życiowego - Tomasza Raczka :)
Co sądzicie o zaroście pana Marcina? Czyż nie wygląda trochę jak wokalista Kombi? (z całym szacunkiem dla Panów, to tylko moje drobne spostrzeżenie ;)


piątek, 13 stycznia 2012

"Berek", Marcin Szczygielski, Wydawnictwo Latarnik, Warszawa 2011.

Kontrowersja. Brak skrupułów. Stereotypy. Pastisz. Te słowa najlepiej określają pierwszą książkę Szczygielskiego z cyklu „Kroniki nierówności”.
Wydawnictwo Latarnik postarało się.  Solidna okładka przedstawiająca muskularne męskie ciało z anielskimi skrzydłami (przetrwała nawet atak deszczu w przemoczonej torbie:). Mamy także wyklejkę przedstawiającą okładki pozostałych książek Szczygielskiego, jego własną fotografię oraz obszerną notę o autorze. Po jej przeczytaniu aż mi się głupio zrobiło, że wcześniej nie zapoznałam się z twórczością tego autora, wszak na podstawie jego prozy wystawiane są sztuki w teatrach, a książki dla dzieci jego autorstwa są często nagradzane.
Po zapoznaniu się z sukcesami pisarza miałam wielką ochotę w końcu zacząć czytać, ale na kolejnej stronie przywitała mnie przedmowa Tomasza Raczka, wieloletniego partnera autora (o tym, że Szczygielski jest gejem, dowiedziałam się właśnie teraz). Przydała się ta przedmowa. Już wiemy, że głównym bohaterem będzie gej.
Entuzjazm trochę opadł, gdy przed tekstem głównym ujrzałam tekst piosenki Lady Pank – nie przepadam za nimi, ale ten grymas był tylko chwilowy. Od pierwszego rozdziału było mocno, ostro, śmiesznie. Później tak samo, tylko w większym stężeniu.
Mamy Pawła – geja, który szuka pomocy u psychoterapeutki,  aby dowiedzieć się, dlaczego nie potrafi zbudować trwałego związku i zadowala się facetami na jedną noc. Mamy Annę -  starszą panią, prawdziwą „moher maiden”, której robi się pod beretem gorąco, kiedy tylko przekroczy próg kościoła i żuje miętówki, aby przy komunii mieć świeży oddech.
Głównym problemem jest fakt, że zboczony pedał, Żyd i ta wstrętna baba (jak określają siebie nawzajem) są sąsiadami, mieszkają drzwi w drzwi. Ogień i woda, piekło i niebo. Czy te dwa bieguny mogą w spokoju żyć obok siebie? Odpowiedź jest oczywista. Zaczyna się zabawa. Kto kogo bardziej upokorzy, zniszczy?
Jak to się tak można nie wstydzić, że się jest innym od normalnych ludzi? – pyta pani Anna. A Paweł może i ma „inną” orientację, ale ma te same marzenia co my wszyscy: bycie zdrowym, kochającym i kochanym. Jest zmęczony szukaniem, zmęczony czekaniem na tego jedynego. Proszę, żebyś to był właśnie ty. Proszę, żebym ja był właśnie tym, kogo szukasz… – czy te słowa nie odzwierciedlają pragnień każdego z nas? Jednak według moherki, kara spadnie na tych, którzy za podszeptem szatana folgują dewiacjom i zboczeniom.
Wzajemna nienawiść i pokrętny los sprawiają, że dwójka tych skrajnie innych od siebie osób znajduje się w ciężkiej sytuacji, w której jedno drugiemu musi pomóc. Bo kto pomoże, jeśli nie sąsiad?
Czy z opałów wyjdą silniejsi? Czy Paweł nadal będzie podrywał przypadkowych mężczyzn, a może stwierdzi, że lepiej najpierw poznać czyjeś myśli i życie, i dopiero potem iść do łóżka? Że drugi człowiek to nie bufet – nie wpada się do niego, aby coś przekąsić. Czy skrajna katoliczka odnajdzie wreszcie dystans do siebie i do 30-letniej córki, którą wciąż traktuje jak dziecko? Czy bohaterowie będą potrafili poznać i pokochać najpierw siebie samych, aby umieć później pokochać drugą osobę?
Nie jest to książka dla wszystkich, ze względu na kontrowersyjnych bohaterów, ostry język. Sporo jest scen seksu – oczywiście męsko-męskiego. Jeśli więc ktoś nie ma ochoty na zapoznawanie się z łóżkowymi zabawami dwojga seksownych facetów, ostrzegam, że kilka fragmentów może zniesmaczyć. Natomiast osoby bardzo religijne mogą czuć się urażone przytaczanymi kościelnymi kazaniami, które są tak przerysowane, że aż  śmieszne.
Sięgając po tę książkę lepiej odłożyć na bok wszelkie uprzedzenia. Wtedy zrozumiemy, że każdy z nas może mieć jakieś patologie, wobec których jest bezradny. Gej, anorektyczka, bezdomny, schizofrenik, Twój sąsiad – każdy może wziąć udział w tej zabawie w berek. Bo styl, jakim napisana jest opowieść sprawia, że postaci wydają się nie być fikcyjne, ale że żyją gdzieś obok nas, piętro wyżej, ulicę dalej. A może odnajdziemy w nich samych siebie?
Osobiście nie mam wątpliwości – z pewnością sięgnę po kolejne tomy cyklu Kroniki nierówności.

Mocne strony: mocny język, brak skrupułów ;)
Słabe strony: terefere! 

Recenzja opublikowana na portalu www.kobieta20.pl

Niebawem recenzja nowej książki Marcina Szczygielskiego: Poczet królowych polskich.