Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 września 2015

Mariusz Kędzierski w Flip-Flap Home Studio we Wrocławiu, 13.09.2015

W poszukiwaniu inspiracji na wolną niedzielę rzuciłam okiem na portal Wrocław.pl, zakładka Wrocław na weekend. ESK 2016 jak zwykle proponowała wiele: maraton, targi zoologiczno-botaniczne, koncerty, warsztaty. Przebieraj i wybieraj w czym chcesz, Wrocław na najwyższym poziomie.

I wcale bym nie pogardziła odwiedzinami pachnącego nowością Narodowego Forum Muzyki, ale przecież jeszcze będzie okazja :) Wybrałam coś bardziej intrygującego, rzadziej omawianego na forum (sic!) i gorszego zapewne akustyką, ale jakże miłego i spontanicznego!

Poszłam do czyjegoś domu. Do mieszkania. Nie zwykłam się wpraszać, ale poczułam się zaproszona, choć nie znałam ani lokatorów mieszkania, ani osób, które również postanowiły tam pójść. No, poza jedną…

Flip-Flap Home Studio (facebook.com/flipflaphome) reklamuje się tak:

Witamy w naszym mieszkaniu :)
Oferujemy artystyczne wieczorki w stylu flip-flap (czyt. w kapciach). Tylko u nas możesz z bliska zobaczyć występ artysty i poznać go osobiście. Nakarmimy was i sprawimy, że poczujecie się jak w domu. Co wy na to?

Hania na to: NO TO IDĘ!

Podczas każdego eventu otwieramy drzwi o godzinie 19. Show artysty zaczyna się o godzinie 20. W zależności od typu występu będzie to 1,5 godziny do 2 godzin.

Niedzielny event był wyjątkowy. Za sprawą miejsca (prywatne mieszkanko), atmosfery „żadnych barier” (nie znasz nikogo? Nie szkodzi, zaraz poznasz), uprzejmych lokatorów, ale przede wszystkim dzięki zaproszonemu artyście – Mariuszowi Kędzierskiemu.

Mariusz jest młodym, normalnym, wesołym facetem. Nie wiem, czy rysowałby, gdyby miał ręce. Wiem, że rysuje, mimo że nie ma rąk. Rysuje przepięknie. Odwiedźcie jego profil na fb i zachwyćcie się: facebook.com/MariuszKedzierskiArt. Mariusz wygłosił „motivational speech”. Było wzruszająco, radośnie i motywująco zarazem.
źródło: facebook.com/flipflaphome

Często lubię sobie powtarzać, że to, co dla mnie nie jest możliwe, dla Boga jest możliwe. Teoretycznie nie można rysować bez rąk, nie? A jednak. Na własne oczy widziałam prace Mariusza Kędzierskiego.


Nakarmimy was - możecie przynieść także coś od siebie. Nie jesteśmy barem ani restauracja, ale ugotujemy dla was!

źródło: facebook.com/flipflaphome


No, ledwo mnie namówili! Słowo „nakarmimy” brzmi tak, że ślinka cieknie. „Nakarmię cię” to jeden z lepszych tekstów na podryw. A tak serio - naleśniki z sałatką grecką – pierwsza klasa!

Przynieście cokolwiek co sprawi ze poczujecie się jak w domu. Może to być ulubiony kocyk z dzieciństwa, pluszowy mis, ale.. nie zapomnijcie o kapciach!

Wzięłam kapcie. Marta też wzięła.
 
Ja i Marta
źródło: facebook.com/flipflaphome


Jestem pewna, że nie tylko ja na hasło „chodź na flip-flap”… po prostu wstanę i pójdę :) Wrocław, spotkajmy się tam następnym razem!

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony facebook.com/flipflaphome

sobota, 14 marca 2015

Koncert: Tau. 5 marca w Fabryce Gwoździ, Wrocław

Swego czasu pisałam, że „najlepszą muzyką, jaka mi się przydarzyła w 2014 roku, (…) jest płyta Tau” (tutaj).
Dzisiaj piszę: najlepszym koncertem, jaki mi się przydarzył w 2015 roku (jak do tej pory), był koncert Tau.


Piszę o tym koncercie z dość mocnym poślizgiem. Wybaczam to sobie, bo naprawdę dopiero dziś mam czas, aby usiąść i spokojnie napisać kilka, a znając mnie, dużo więcej niż kilka, słów o tym koncercie, i w ogóle o twórczości Tau. Nie mam czasu, bo Wielki Post. Bo rekolekcje.

Ostatnio koleżanka ze studiów przypomniała mi sytuację, która miała miejsce któregoś dnia na uczelni, również podczas Wielkiego Postu, pewnie ze 3 lata temu. Jeden ze studentów, zapytany, czy ma projekt/zadanie domowe, odarł wykładowcy: „No nie mam zadania, bo przecież rekolekcje!”. No więc, parafrazując tego człowieka, mówię: no mało mnie ostatnio na blogu, bo rekolekcje! Nie mam czasu pisać, bo rekolekcje. Nie mam czasu czytać, bo rekolekcje. Serio. Ostatnio jechałam taksówką do kościoła, żeby zdążyć. Trochę było mi szkoda kasy, ale tylko przez 3 sekundy. Powiedziałam sobie: Hanka, post, jałmużna, nie proś nawet o resztę… Dobra, koniec żartów.



Piszę o koncercie, choć od wydarzenia upłynął już ponad tydzień. Nie szkodzi. Tau koncertuje po całej Polsce od lutego; trasa Remedium Tour potrwa aż do maja. Wobec tego może zachęcę choć kilka osób do zapoznania się z Tau, a być może do pójścia na jego koncert!

Kto to ten Tau, czyli Piotr Kowalczyk? Krótko mówiąc, chrześcijański raper, wcześniej znany jako Medium, jakiś czas temu nawrócony. W grudniu 2014 roku wydał płytę „Remedium”, i właśnie o niej pisałam w pierwszym akapicie. Wiecie, na rapie się nie znam, ale czytałam kilkanaście recenzji „Remedium”, same pozytywne. No dobra, jedną negatywną, ale nie była merytoryczna, a jej autor pisał po polsku w stylu „kali jeść, kali pić, Tau rapować”. Nie ma sensu się o nią spierać. 



Łatwo się domyślić, że Tau na płycie rapuje o Bogu i na chwałę Boga, ale nie nachalnie. Wszyscy ludzie poszukujący Boga powinni się zapoznać z tym albumem. I w ogóle WSZYSCY. Jego teksty, jego postawa, ratują mi życie od grudnia. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale uwierzcie mi, że tak właśnie jest.




Teraz zasadnicza część relacji z koncertu, czyli 3 zdania na krzyż, ale kogo to. Grunt, żebyście poznali, posłuchali, poszli na koncert.

5 marca muzyk zawitał do Wrocławia. Pierwszy raz byłam w klubie Fabryka Gwoździ. Całkiem tam przyjemnie, na parkiecie zmieści się jakieś 150 osób, jeżeli mnie wyobraźnia nie myli. Scena mała, ale artysta – wielki. Tau wyszedł na scenę około godziny 22, wcześniej były supporty, o których nie będę więcej pisać, bo nie podobały mi się, i prawdę mówiąc, podczas nich siedziałam gdzieś na uboczu i walczyłam z bólem brzucha. Wyleciałam nawet na 10 minut do apteki, aby walka była skuteczniejsza. Na szczęście kiedy pojawił się Tau, samopoczucie od razu poszybowało w górę, a ból brzucha zamienił się w nicość.

Udało mi się zdobyć plakat! Wiecie, czyje miejsce zastąpił na mojej jakże modnej boazerii?
Elvisa Presleya i Jima Morrisona. Sorry, chłopaki.
Już dawno chciałam ściągnąć ich plakaty. Nie są dla mnie autorytetami. 


Słuchajcie, jaka była zróżnicowana publiczność: szesnastolatki, studenciaki, młodzi mężczyźni w bluzach z napisem „Bóg, Honor, Ojczyzna”, ja w koszulce Luxtorpedy, księża, facet w koszulce z młodym Grzegorzem Ciechowskim, no po prostu… sami fajni, dobrze wyglądający ludzie, to była moja pierwsza myśl. Potem było tylko lepiej, kiedy okazało się, że wszyscy zagadują do siebie nawzajem, pytają „od kiedy słuchasz Tau?”, lub, moje ulubione „fajna koszulka!”, a po koncercie dzielą się wrażeniami. Czułam się świetnie będąc wśród nich. Nikt tam nie był przypadkiem. Wszyscy znali teksty, darli się wniebogłosy, a Tau, co tu dużo mówić, już w pierwszych chwilach wywołał uśmiech na twarzach ludzi zapełniających parkiet. To jest tak radosny człowiek, tak przepełniony wdzięcznością, z niesamowitą charyzmą i błyskiem w oku, i przede wszystkim z misją dzielenia się miłością. Rapował utwory z płyty Remedium (między innymi „Logo land”, „BHO”, „Magiczne słowa”, „List motywacyjny”, „Nawigator”). Zaprosił też na scenę Agnieszkę Musiał, z którą zaśpiewał „Ostatni raz” i „Puk puk”. Było także kilka utworów z czasów Medium.

Po koncercie. Plakaty Tau zdobiły Wrocław ;)


Po bisach Tau podpisywał płyty, rozmawiał z fanami, pozował do zdjęć. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Udało mi się powiedzieć do niego 4 bardzo ważne dla mnie słowa (choć nie były to magiczne słowa;)), a to, jak zareagował, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie wchodząc w szczegóły, wyszłam z tego koncertu żywsza. Bo bywam trupem, jak każdy czasem, wiecie. Wyszłam żywsza i z mocnym postanowieniem, że zrobię wszystko, żeby zjawić się na jeszcze jednym koncercie Remedium Tour. Tau zagra między innymi w Koszalinie, Gdańsku, Radomiu, Poznaniu, Zielonej Górze, Częstochowie… Chodźcie ze mną! Szukam kompana! 

Mój osobisty egzemplarz "Remedium" zyskał jeszcze większą wartość - autograf!


Tau jest artystą absolutnie niesamowitym… Tyle słońca wprowadził, tyle uśmiechu wywołał! Słuchajcie go, bo ten człowiek robi wiele dobrego, ma dużo do powiedzenia, warto też poznać jego historię. Niezapomniany wieczór. Polecam jego „Raporty z wojny o duszę”, są na Youtube.





wtorek, 17 lutego 2015

Koncert: Marika i L.U.C, trasa koncertowa "Spragnieni lata", 30 stycznia, Wrocław

Pani Naczelnik, czyli Marika, po ostatnim koncercie we Wrocławiu, który odbył się 30 stycznia w Starym Klasztorze, na swoim profilu FB napisała tak:

"chciałam tylko powiedzieć: ALE BYŁO TURBO-E-K-S-T-R-A !!!!! tańczyliśmy do 4, rozbiłam telefon, pobrudziłam białe trampesie, KOCHAM WROCŁAW!!!!!♥"

Byłam na tym koncercie! Do tej pory zbieram szczękę z podłogi, chociaż minęło już sporo czasu od koncertu. Nie rozbiłam telefonu, ale zgubiłam plakat z koncertu. Dostałam go od Anioła, który zjawił się nie wiadomo skąd, podszedł do mnie i powiedział: „Słuchaj, słyszałem, że chcesz plakat, a w klubie nie było… Ja mam, weź, proszę”. Anioł okazał się nie byle kim, bo muzykiem, który gra z L.U.C. em. Jeśli jeszcze raz kiedykolwiek powiem, że nie doświadczam megazaskakujących i pozytywnych sytuacji w życiu, to sama siebie stłukę na kwaśne jabłko. Będzie Hania Kwaśna do potęgi. No i właśnie, jak ja mogłam zgubić ten plakat? Ech… ale to wszystko przez emocje. Nie miałam białych trampesiów, ale miałam brązowe bucisze, i tak, pobrudziłam! Kocham Wrocław, kiedy Marika gra w tym mieście!

Zaczęłam pisać o Marice, ale muszę zaznaczyć, że najpierw na scenie w Starym Klasztorze zjawił się L.U.C, bo koncert odbył się w ramach ich wspólnej trasy koncertowej „Spragnieni lata”. Trochę żałuję, że przyszłam chwilę po 20, kiedy klub był już cały zapełniony i nie było innej opcji, niż stać na szarym końcu, mało co widzieć i słyszeć na pewno nie tak dobrze, jak pod sceną. L.U.C jest geniuszem, którego twórczość niestety za mało znam (nadrobię!), żebym potrafiła wiele napisać. A nawet gdybym wiedziała wiele, to pewnie bym stwierdziła, że i tak najlepiej będzie zostawić Was z jego muzyką, tak jak robię to teraz:


Marika. Marika! Chodząca cudowność! Byłam kilka razy na jej koncercie, za każdym razem było świetnie, ale ten koncert 30 stycznia… O rany.  Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale Marika w wydaniu mniej reggae’owym podoba mi się chyba bardziej! Poza tym… Śpiewa po prostu lepiej, niż 3 lata temu. Jest królową sceny. Robi na niej, co tylko chce: wzrusza się, tańczy, wskakuje na wzmacniacze, jest spontaniczna, bije od niej taka dziecięca aż radość i dziewczęcy wdzięk, a jednocześnie niesamowity seksapil. Ale stop! W tym przypadku też już kończę gadać. Zobaczcie po prostu, co się wydarzało na tej scenie! Posłuchajcie tego wokalu, poczujcie to discooooo i przyznajcie, że jeśli nigdy nie byliście na koncercie Mariki, to niedługo będziecie! Jakość nagrania średnia, ale wystarczająca, aby zobaczyć, jak kończą się imprezy z Mariką! (a właściwie zaczynają, bo gdzie się kończy koncert, tam zaczyna się afterparty! :D)

W marcu Marika znów zaśpiewa we Wrocławiu, choć koncert będzie miał zupełnie inny klimat. Marika jest jedną z wokalistek, która wzięła udział w projekcie muzycznym „Panny Wyklęte” i właśnie Panny Wyklęte – „Wygnane” wystąpią z zespołem Darka Malejonka 3 marca we Wrocławiu. Spotkajmy się wszyscy na tym koncercie!






środa, 21 stycznia 2015

Koncert: Mamatucada i Dj Siwy and D-Rum Orchestra, 16 stycznia 2015, Wrocław, Stary Klasztor

Życie sobie ze mną pogrywa, a ja czasem grywam na djembe. Kiedy zaczynałam grać na bębnach dwa lata temu, nie bardzo przemawiało do mnie słuchanie bębniarskich "szamanów". Oczywiście grać lubiłam od samego początku, przynosiło mi to niesamowitą frajdę i energię. Z biegiem czasu, im więcej rozumiałam i umiałam, coraz bardziej przekonywałam się również do słuchania, a na koncertach Tiriby i Foliby tańczyłam jak szaleniec.

Szczęśliwym trafem 16 stycznia wzięłam udział w karnawale brazylijskim w Starym Klasztorze we Wrocławiu. I tam odkryłam, że bębny afrykańskie są super i w ogóle, ale nie ma się co ograniczać. Bo, uwaga, w Starym Klasztorze po raz pierwszy usłyszałam na żywo grę na bębnach brazylijskich... i przepadłam. Słuchajcie, 10 czy 11 pięknych babeczek grających na bębnach takich jak repinique i surdo oraz innych instrumentach dały taki show, że publika długo nie chciała ich wypuścić ze sceny. Mamatucada - zapamiętajcie tę nazwę! Nie zdawałam sobie sprawy, że to jest taki power, taka moc, tyle talentu, umiejętności i wdzięku jednocześnie.

Tego wieczoru na scenie prezentował się także projekt didżejsko-bębniarski Dj Siwy & D-Rum Orchestra. Chłopakom z zespołu należą się oklaski za interesujące muzyczne połączenie. Wiem, że w moich opiniach jestem mało obiektywna, bo gdzie pojawiają się bębny, tam u mnie od razu ocena na piątkę z plusem. Ale jeśli mam porównywać, kto tego wieczoru całkowicie zawojował klub i namówił wszystkich do tańca w rytmie samby, to były to dziewczyny z Mamatucada. Posłuchajcie nagrania poniżej, z pewnością załapiecie, o co mi chodzi. Siła, moc, energia!


środa, 7 stycznia 2015

Koncert: Janek Samołyk i Muzyka Końca Lata, 4 stycznia 2014, Wrocław, Stary Klasztor

Muzyka Końca Lata to zespół, którego słuchałam, zanim skończyło się lato! I to nie ostanie, ani nawet nie przedostatnie.

Kilka lat temu zbierałam wczesnojesienne jabłka w ogrodzie nucąc „tylko przyjdź i podaj mi ręce, zatańczymy jak, jak w tej piosence, tylko przyjdź!”. Bywały wtedy też Pustki („męczęsiękiedy męczęsiękiedy”). Słuchałam całe lato, jesień, a może i lata. Potem zapomniałam na dłuższą chwilę.



Na szczęście kilka dni temu Wroclive.pl mi przypomniało, że Muzyka Końca Lata istnieje, i że zagra w Starym Klasztorze we Wrocławiu. Oprócz MKL miał zagrać także Janek Samołyk. Wstyd, że ja z okolic Wrocławia, a nie znałam człowieka. Ale wystarczyło posłuchać jednej, drugiej i ósmej piosenki, żeby się przekonać, że muszę być na tym koncercie, bo inaczej żałowałabym i nuciła „smutno mi, dzidziu”.

Janek Samołyk i Muzyka Końca Lata zagrali 4 stycznia w Starym Klasztorze.

To był najfajniejszy koncertowy początek roku!

Przyszłam na koncert prawie spóźniona, a złapałam najlepsze miejsce (zaraz pod sceną). Byłam pozytywnie nastawiona i pierwszy raz od dawna miałam naprawdę dobry nastrój. Strasznie się cieszyłam, że po kilku latach znowu wpadłam na Muzykę Końca Lata, i chyba jeszcze bardziej się cieszyłam, że dzięki temu trafiłam też na Janka Samołyka, bo jestem spragniona nowej, dobrej, polskiej muzyki. A że z Wrocławia? No proszę ja Was, nie mam więcej pytań!:)

To był naprawdę dobry wieczór. Muzyka Końca Lata jest uroczo-big bitowo-radosno-uśmiechająco-punkowa (to ostatnie ze względu na okrzyki wokalisty i gitarzysty Bartosza Chmielewskiego: „CZADUUU!” wplecione pomiędzy częściej występujące „lalalaaaa”. Poza tym, nawet Artur Andrus jest punkowcem. No, jest. Słyszeliście kiedyś jego „Glanki i pacyfki”?

Uroczo przede wszystkim ze względu na teksty. Urocze. Ładne. Proste. Patrzcie: 

„Chłopaki… wieczorem… wracają od dziewczyn!”
„Czasem jeszcze się przyśnisz i ciężko potem z łóżka wstać”
„Z czekolady serce mam, weź je proszę na pół złam”

Ależ ja za nimi przepadam!

Big bitowo, gitarowo, wiadomo skąd – z gitar między innymi.
Radosno-uśmiechająco – z atmosfery na scenie i na widowni. Z podrygiwania wokalisty, z jego luzu scenicznego, z ciemnych okularów, z wyznań miłosnych i z „teraz będzie piosenka… następna”. Radośnie też było, kiedy przypomniała mi się Winona Ryder z „Soku z żuka”, w scenie, kiedy unosiła się nad podłogą tańcząc do „Shake Senora”. Na koncercie śpiewaliśmy wprawdzie „Shake banana”, ale było równie porywająco, a nawet bardziej!

Janek Samołyk (i jego fenomenalny zespół) jest moim styczniowym odkryciem! Kilka miesięcy temu wydał płytę „Na prezent”. Nie pierwszą zresztą. Nie wiem, gdzie ja byłam, chyba po prostu za rzadko słucham Trójki, bo tam jego utwory usłyszeć można już od dawna. Cóż, nadrobiłam zaległości, muzykę Janka sobie ukochałam, i zaczynam wierzyć, że „Już nie jest jak dawniej, jest całkiem inaczej, MOŻE I LEPIEJ”, z naciskiem na „lepiej”.

Muzyka to gdzieś na granicy poezji śpiewanej i rockowego grania. Przebojowe „Złe czasy”, melancholijna „Samotność jest jak C i F”, wpadający w ucho „Problem z wiernością”… Trochę trudno mi jednoznacznie określić, z czym właściwie mamy do czynienia, bo kiedy już myślę, że to w większości poezja śpiewana, to trach, przypominam sobie utwór „Fan Elvisa” i myślę – no way, nie ma szufladkowania. I dobrze! Nie ma co gadać, posłuchajcie sami: 


Mówiąc nawiasem (i niewyraźnie) na początku koncertu miałam wrażenie, że pierwsze skrzypce w zespole (dosłownie i w przenośni) gra Patrycja Stefanowska. Co za kobieta! Skrzypce, gitara, śpiew, tamburyn, co tylko! Do tej pory uważałam, że z tamburynem dobrze wygląda tylko Ian Gillan z Deep Purple. Teraz uważam, że Ian Gillan oraz Patrycja Stefanowska. Rzeczywiście, trudno oderwać od niej wzrok, niezwykle charyzmatyczna i utalentowana osoba. Czuję się taka żadna z tym swoim graniem na djembe i kilkoma opanowanymi akordami na gitarze (C i F, haha!), kiedy pomyślę, że niektórzy są znakomitymi multiinstrumentalistami. Ale to tylko przez chwilkę, bo uwielbiam na takich ludzi patrzeć i ich słuchać!

źródło: disney.wikia.com
Janek Samołyk – cudny głos, cudny uśmiech dookoła głowy. Uśmiech Janka z „Czterech pancernych” przegrywa po stokroć z uśmiechem Janka Samołyka. Przypomina mi uśmiech Fozziego z Muppet Show! Uderzające podobieństwo! Nawet ten kapelutek... 

Dobra, żarty żartami… jest 2:33 w nocy i już nie wiem co piszę, ale tak to jest, kiedy bezsenność jest i „samotność jest”.






Muzykę po prostu polecam sprawdzić, bo jak już wspomniałam, niezmiernie się cieszę z tych nowości w moich uszach, więc cieszcie się i Wy:



Załapałam się nawet na zdjęcie z Wroclive! Siedziałam na krześle, w ręce książęce, w głowie „jak fajnie, ja cię kręcę!”… 2:56, dobranoc.

źródło: www.wroclive.pl

Sprawdźcie więcej zdjęć z koncertu tutaj: Wroclive - MKL i Janek Samołyk

Wymyślę coś ładnego.






środa, 26 listopada 2014

One Love Sound Fest 2014, 22 listopada, Wrocław, Hala Stulecia

Byłam na One Love Sound Fest. Nie poczułam w tym roku klimatu jamajskiego słońca w polski, pochmurny listopad. Nie poczułam klimatu jednej miłości, ale to pewnie ze względu na jakieś moje psychiczne pstro, a nie, że zły One Love.

Mellow Mood, sympatyczni zdreadowani bliźniacy z Włoch, jak zawsze dali przyjemny, pozytywny koncert. Piszę „jak zawsze”, bo to już ich trzeci (o ile się nie mylę) koncert w Polsce, i po tych kilku razach, no cóż, czym jeszcze mogą zaskoczyć? Może nowym materiałem, ale ten zbytnio nie odbiega od rytmów, które MM serwowali wcześniej. Niemniej, do bujania, skakania i wzdychania, że mają takie słodkie reggae love songi.

Najbardziej czekałam na koncert Patrice’a (jak się okazuje, nie tylko ja, bo z ankiety na onelove.pl wynika, że właśnie jego koncert podobał się najbardziej). Nie dość, że gościu wygląda jak milion dolarów, to jeszcze dzieli się taką pozytywną energią z publiką… Najgłośniej śpiewały i najwyżej skakały moje dwie towarzyszki, obie ciężarne. I dobrze, dzieciaczki pewnie też w brzuchach kręciły sobie dready, a za 20 lat będą się bawić na One Love Sound Fest - edycja 31. Podczas występu Patrice'a poczułam rzeczywiście przesłanie one love, że to nie są tylko czcze słowa, że dla niego serio wszyscy są równi i wszyscy są braćmi, których nie należy się obawiać, tylko do nich wychodzić. Bo Patrice wyszedł do publiczności i zmieszał się z tłumem ciągle coś podśpiewując do mikrofonu, a zrobił to tylko po to, żeby spojrzeć mi w oczy i przybić piątkę. Miło z jego strony, prawda?

Fragment jego utworu „Cry cry cry”, powinien nucić sobie każdy facet, który pozwala, aby jego dziewczyna przez niego płakała:
Never wanna see my girl
Cry cry cry again
I say woi woi woi
Rather I would wanna die”

Tak, drodzy. Szkoda, że zamiast tego, niejedna kobieta słyszy „woi woi woi, czemu znowu płaczesz, mała?”.

Nneka mnie zawiodła. Gdzieś czytałam opinie, że czysty mistycyzm, magia, rozwalony system itd. Rzeczywiście, Nneka tworzy muzykę dość zaangażowaną, ale jakoś nie wiem…
- trochę do spania, nie?
- no, do spania, do spania.
… takie komentarze wymieniałam z ludźmi. Jeśli ktoś ma inną opinię, to dobrze, i chętnie też wysłucham. Według mnie Nneka trochę przygwiazdorzyła, pośpiewała nie patrząc w publiczność, a w podłogę, nie nawiązała kontaktu ze słuchaczami, czego efektem była cisza między kolejnymi utworami. Nie, że nie było braw, ale entuzjastycznymi owacjami bym tego nie nazwała. Czułam między Nneką a publicznością mur nie do przeskoczenia i nic na to nie poradzę. Ale wokalistką jest bardzo zdolną.

Alpha Blondy to klasyk, proszę ja was, klasyk. Reggae’owcy starszej generacji mają ten niekwestionowany styl, po prostu potrafią to robić. Nawet „Wish you were here” Pink Floyd w wersji reggae, zagrane pod koniec, nie oburzyło mnie, a przecież mogło. Ponadto Alpha Blondy ma znakomitych gitarzystów, których nie powstydziłby się zespół grający rasowego rocka. No cóż, Alpha Blondy zapewne też się ich nie wstydzi!

One Love zakończyło się koncertem Juniorstressa. Ktoś chyba chciał, żeby Juniorstress szybciej zszedł ze sceny, bo w trakcie koncertu wysiadł prąd. Cisza na scenie, zaskoczenie zarówno muzyków, jak i publiczności. A! Jak fajnie, że sporo ludzi zostało na tym ostatnim występie, było już megapóźno, a pod sceną wciąż bujando i hulahopy. Juniorstress w całej tej dziwnej sytuacji („słuchajcie, dziwna sprawa, nie ma ekipy technicznej, nikt nie wie, gdzie się podziała…”) zachował się bardzo pozytywnie – zaczął śpiewać acapella, a niektórzy razem z nim. Potem jeszcze zatańczyliśmy kilka razy „wszyscy w prawooooooo, wszyscy w lewolewolewooo”, aż w końcu prąd wrócił i koncert został wznowiony.


Żetony do szatni – straszne zdzierstwo. Żarcie – zdzierstwo. Przeciągi w całej hali, widziałam niejednego zmarzniętego. Aby dotrzeć do sceny soundystemowej, też trzeba było wyjść na zewnątrz i zmarznąć. Namiot piwny – szaro od dymu, ale przynajmniej ciepło. Miłego dnia. 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Koncert: The Sleeping Tree, Wrocław, 9 kwietnia 2014

Wczoraj ponownie zakochałam się… w zakochiwaniu się w muzyce.

Poszłam na koncert. Niby wiedziałam, kim jest wykonawca. Wiedziałam, że jest basistą Mellow Mood, włoskiego zespołu reggae. Ale Mellow Mood do tej pory stanowili dla mnie bliźniacy Garzia, nie zwracałam większej uwagi na resztę zespołu. To znaczy, wiadomo, że gdyby nie pełny skład, Mellow Mood nie byliby tym, kim są. Chodzi mi raczej o to, że nie interesowałam się solową działalnością któregoś z członków zespołu. Na szczęście wczoraj się to zmieniło.

Han i bliźniacy Garzia z Mellow Mood, Reggaeland 2013, fot. Ewa Derehajło-Stasiak


Jeśli ktoś jeszcze nie wie, chłopaki z Mellow Mood koncertują właśnie w Polsce! Mają tu oddanych fanów, byli już na One Love Sound Fest 2012, gdzie zostali bardzo pozytywnie przyjęci, zagrali też na Reggaeland 2013, i teraz wracają na 3 koncerty: 11 kwietnia – Kraków, 12 kwietnia – Wrocław (:)!!!), 13 kwietnia – Warszawa. Znam takich, którzy wybierają się na wszystkie 3 koncerty. Gdyby nie praca, może też bym się skusiła na wyjazd do Krakowa. Ale Wrocław wystarczy. Będzie pięknie!

Wracając do wczorajszego koncertu… Był to występ z serii „znam tylko jedną piosenkę tego artysty, ale idę na koncert”. Siara? Nie, siara by była, gdyby druga część zdania brzmiała „ale i tak jestem fanką”.

Giulio Frausin, fot. Ula Orzełowska
Solowy projekt basisty Mellow Mood, Giulio Frausina, nazywa się The Sleeping Tree, i z reggae ma tylko tyle, że w tekstach utworów przewija się Jah. Muzycznie to raczej gitarowe ballady, podczas których zamykasz oczy i odpływasz, tak ci dobrze. Właściwie niczego się nie spodziewałam po tym koncercie, poszłam tam raczej z zamiarem spotkania się ze znajomymi – fanami Mellow Mood, byłam też podekscytowana, że poznam osobiście Giulio, który jest przesympatycznym, kochanym człowiekiem. Co z tego, że gitara co chwilę mu się rozstrajała? Swoim głosem po prostu czarował. Zarówno śpiewając utwór „Going nowhere” Elliota Smitha, jak i własne kompozycje. 

Gdyby go do kogoś porównać… Jego muzyka skojarzyła mi się z tym utworem: 


A gdy zamykałam oczy, słyszałam – naprawdę! – Anthony’ego Kiedisa z RHCP z gitarą akustyczną w ręku, czasem też Chrisa Martina z Coldplay. Przypominał mi kogoś jeszcze... Ale po co takie porównania, usłyszcie sami – nie Anthony’ego, nie Chrisa, ale Giulio Frausina, we własnej osobie:





Rozpłynęłam się przy tej muzyce. Do tego stopnia, że kupiłam płytę. Bo The Sleeping Tree ma na koncie już dwa albumy. Mam jeden z nich. Z autografem. Ogarnęły mnie same ciepłe myśli o Giulio i jego muzyce, włączam album „Painless” ponownie. Szczerze polecam! Lubię się tak pozytywnie zaskakiwać – przyjść na koncert i wyjść z niego bogatszą o piękną, nową muzykę, o wspaniałego artystę. Przypomniał mi się koncert Marka Lanegana z  Mad Season, kilka lat temu we Wrocławiu. Supportował go  pochodzący z Belgii Lyenn, którego nie znałam, a zdobył moje muzyczne zakochanie tak szybko, jak wczoraj Giulio.



Szaleńczo polecam również sprawdzenie muzyki Mellow Mood:




 Pozdrawiam :) 

piątek, 29 listopada 2013

Koncert: One Love Sound Fest 2013, 23.11.2013, Wrocław

independent.pl
Line-up tegorocznego One Love Sound Fest nie zaskoczył. Beenie Man, Gentelman… To już było. Spodziewałam się, że na 10. edycję festiwalu organizatorzy zaproszą kogoś takiego, że wszystkim szczęki opadną. Choć wielu gigantów reggae odwiedziło już nasz kraj i można pomyśleć, że żadne nazwisko już fana reggae nie zaskoczy, to jednak uczynienie Gentelmana gwiazdą wieczoru było według mnie pójściem na łatwiznę. Cenię tego artystę, wiem, że na koncertach daje z siebie wszystko i ma świetny kontakt z polską publicznością. Skąd to wiem? Właśnie stąd, że już kilka razy miałam okazję się o tym przekonać. Zdarzało się, że artysta występował w naszym kraju nawet kilka razy w roku. Beenie Mana również witaliśmy w Bielawie rok temu, grał też we Wrocławiu.

Może mam zbyt wygórowane oczekiwania, może zbyt wiele koncertów reggae już widziałam. Wiem, że jest mnóstwo osób, które w tym roku na One Love były pierwszy raz, i takich, które Beenie Mana, Gentelmana, czy też naszego Ras Lutę czy Dancehall Masak-rah widzieli pierwszy raz. Dla nich festiwal na pewno był nie lada wydarzeniem. Dlatego nie podważam atrakcyjności One Love Sound Fest ani artystów występujących zarówno na scenie głównej, jak i soundsystemowej. Jednak ta edycja nie obudziła we mnie entuzjazmu. Może to przez śnieg i szaroburą zimową aurę.

Gentelman gra znakomite koncerty, daje pewność, że publiczność będzie się dobrze bawić. Świadczyć o tym mogą opinie tych, którzy w ankiecie prowadzonej na stronie festiwalu głosowali na najlepszy występ. Póki co pierwsze miejsce zajmuje Gentelman & The Evolution, i to zdecydowaną większością głosów. Drugie – Beenie Man, trzecie – Ras Luta. Choć Beenie Man ani mnie ziębi, ani parzy, a omijanie niektórych wersów i chwilami dość niechlujny śpiew mogą drażnić, to trzeba przyznać, że jego muzyka jest tak energetyczna, że nie sposób się nie pobujać przy dźwiękach wielkiego hitu „Gimmie Gimmie Gimmie”, czy „I’m Okay / Drinking Rum & Red Bull”. A Gentelman śpiewający częściowo do publiczności, częściowo do swojej żony Tamiki udzielającej się w chórkach, jest ujmujący, ciepły i serdeczny. Działa to w dwie strony – jego publiczność jest wyjątkowa. Wokalista pytał, które utwory chcemy usłyszeć, niektóre z nich śpiewał w nowych, ciekawych aranżacjach. Na koniec zaśpiewaliśmy wspólnie, bez towarzyszenia instrumentów, „Redemption Song”. Nie miało to dla mnie jednak dużej „siły rażenia”, bo odniosłam wrażenie, że zaczerpnął ten pomysł od Maxa Romeo, z którym w ten sam sposób zaśpiewaliśmy „Redemption Song” na One Love 2012. Choć z drugiej strony, może właśnie tworzy się pewna tradycja i za rok zaśpiewamy ten utwór z jeszcze innym artystą?



W tym roku zupełnie odpuściłam scenę soundsystemową. I wolę nie wiedzieć, czy jest czego żałować, bo pewnie jest…

Jak co roku, w przerwie między koncertami można było się najeść, napić się w namiocie piwnym, kupić biżuterię, koszulki i czego tam dusza zapragnie. Jak co roku były też gigantyczne kolejki do toalet i szatnia na żetony. Konferansjerem festiwalu był niezawodny Mirosław „Maken” Dzięciołowski. Trudno byłoby wybrać lepszą osobę na jego miejsce.

Więcej o Festiwalu na Independent.pl


niedziela, 3 listopada 2013

Koncert: Al Di Meola "Beatles and more", 28.10.2013, Wrocław, Hala RCTB

independent.pl
Al Di Meola ponownie zawitał do Polski. 28 października wirtuoz gitary dał koncert we Wrocławskim Centrum Kongresowym w ramach Ethno Jazz Festivalu. Koncert zapowiadał się bardzo ciekawie, gdyż podczas trwającej właśnie trasy artysta prezentuje swój album „All Your Life”, zainspirowany twórczością The Beatles. Album nagrany zresztą w Abbey Road Studios.



Gitarzyście towarzyszyli na scenie Kevin Seddiki (gitara), Peter Kaszas (perkusja) i Fausto Beccalossi (akordeon). Myślę, że po artyście tego formatu można spodziewać się spektakularnego występu. Do tego przyzwyczaili polską publiczność inni gitarzyści, odwiedzający kilkukrotnie nasz kraj, jak choćby Jesse Cook czy Tommy Emmanuel. Spodziewałam się, że utwory The Beatles będą dodatkowym atutem tego wydarzenia, w ogóle nie brałam pod uwagę, że wersje Ala Di Meoli mogą nie przypaść do gustu. Wprawdzie o gustach się nie dyskutuje, ale… Ten koncert nie należał do najlepszych gitarowych wystąpień, w jakich miałam przyjemność uczestniczyć.

To wcale nie kwestia tego, że utworów Beatlesów nie można „ruszać”, że same w sobie są genialne i artyści, biorąc je na warsztat, sami pod sobą dołki kopią. Serio byłam pewna, że kto jak kto, ale Al Di Meola wie, co robi. Wiadomo, że grał bardzo dobrze, to w ogóle nie podlega dyskusji. Jednak hasło reklamujące koncert, „Beatles & More”, sugerowało, że usłyszymy Beatlesów. Tymczasem usłyszeliśmy rozbudowane, interesujące bo interesujące, ale za bardzo odbiegające od oryginalnych wersji, ubarwione wirtuozerskimi popisami gitarzysty utwory. W haśle z plakatu i ulotki zamieniłabym „Beatles & More” na „More & Beatles”. Jakkolwiek beznadziejnie by to brzmiało, oddawałoby precyzyjniej klimat koncertu. W kilku utworach ciężko było się w ogóle zorientować, że to znany kawałek Beatlesów. Najbardziej przypadły mi do gustu „I will” i „And I love Her”, które podczas wykonania Ala Di Meoli, potrafiłam zanucić. Ktoś powie: „Halo, przecież to był koncert Ala Di Meoli, jak chcesz usłyszeć Beatlesów to odpal płytę!”. Wiem, wiem. Zaczęłam się  zastanawiać, czy to ja nie jestem zbyt krytyczna, ale kiedy rozejrzałam się po sali, żadna z osób, na którą spojrzałam, nie wydawała się rozentuzjazmowana. Co więcej, publiczność  przez cały czas była bardzo niemrawa. Nieśmiałe oklaski, pojedyncze okrzyki, czasem nawet niezręczna cisza, jakby cała sala bała się zacząć klaskać…

Al Di Meola próbował nawiązać kontakt z publicznością, opowiadał o kolejnych utworach, jednak bez większego odzewu. W drugiej połowie koncertu prawie całkowicie zrezygnował z opowieści i skupił się na grze. Do większego udziału w koncercie chciał zachęcić publiczność perkusista Peter Kaszas, wychodząc zza bębnów i klaskając. No dobrze, poklaskaliśmy z nim chwilę, ale jak tylko przestał, publiczność także zamilkła.

Co jeszcze stało za tym, że koncertowi zabrakło „tego czegoś”? Myślę, że mała liczba instrumentów. Mimo że akordeonista bardzo się wczuwał i na jego twarzy widać było emocje, czasem nawet coś podśpiewywał pod nosem i chyba nikomu nie uszła uwadze jego mimika twarzy, to jednak zabrakło mi po prostu dźwięków. Przesłuchałam kilku studyjnych utworów z płyty, usłyszałam w nich instrumenty smyczkowe, i myślę, że właśnie tego mi zabrakło.


Nie powiem, że koncert był zły, muzyka gitarowa na żywo zawsze jest przyjemna dla ucha, szczególnie jeśli jest grana przez cenionego na świecie muzyka. Myślę, że oddani fani Ala Di Meoli byli zadowoleni, jednak ci, którzy poszli na koncert bardziej ze względu na zachęcający repertuar Beatlesów, mogli czuć niedosyt. Dowodem tego były osoby (wcale nie pojedyncze przypadki), które wychodziły z sali od razu po pożegnaniu się artysty z publicznością, nie czekając na bis. 

Relacja napisana dla Independent.pl

poniedziałek, 28 października 2013

Koncert: Jose James, 22.10.2013, Wrocław Eter

Przejeżdżając dzień w dzień obok Radia i Telewizji, gdzie wisiały ogromne plakaty reklamujące koncert, codziennie odliczałam dni do tego wydarzenia. Jaka szkoda, że już po…

22 października we wrocławskim klubie Eter czas stanął w miejscu. Lokal wypełnił się nastrojowymi melodiami z pogranicza jazzu, r’n’b i soulu, które w połączeniu z niesamowicie uspakajającą barwą głosu Jose Jamesa, stworzyły hipnotyzującą całość. Muzyka uspokajająca, może skłaniająca do snu, ale za to jak dobrego snu… A z drugiej strony, budząca tyle emocji, że ciężko byłoby zasnąć!

Jose James wystąpił we Wrocławiu w ramach Muzycznej Strefy Radia RAM. Słuchaczom Radia artysty przedstawiać nie trzeba – w październiku jego utwory oraz wywiady można było usłyszeć na antenie bardzo często. Muzyk promuje obecnie swój album „No Beginning No End”, wydany w styczniu tego roku.

Eter był wypełniony po brzegi, zarówno parkiet, jak i miejsca siedzące na balkonie. Obok studentów trzymających w dłoni plastiki z piwem, zauważyć można było również osoby starsze.  Dowód, że piękno muzyki Jose Jamesa trafia do każdej grupy wiekowej. Wstępu pod samą scenę pilnowała ochrona – najlepsze miejsca były zarezerwowane dla fotografów, i to jedynie podczas pierwszych czterech utworów.

Jose i jego zespół wyglądali stylowo. Wokalista – jednocześnie elegancki (koszula) i wyluzowany (ciemne okulary i czapka z daszkiem). Nie lubię, gdy artysta skrywa oczy za okularami, na szczęście po kilku utworach Jose odłożył je. Chociaż, po klasie, którą pokazał swym występem, okulary nie grały już dla mnie żadnej roli, liczyła się tylko muzyka i jego aksamitny głos.

Utwory, które zaprezentowano na  żywo, były bardziej rozbudowane i zaskakujące, niż w wersjach studyjnych, a głos Jose okazał się dużo mocniejszy i wywołujący jeszcze więcej dreszczy. Na początku usłyszeliśmy „It’s All Over Your Body” – ponoć ulubiony utwór artysty. Nic dziwnego, że postanowił umieścić go na wstępie koncertowej tracklisty. Owacje publiczności potwierdziły, że był to dobry wybór, zresztą, na każdy kolejny utwór słuchacze reagowali entuzjastycznie. Największe oklaski zdobyła chyba wzruszająca ballada „Come To My Door” oraz „Trouble”. Większość utworów pochodziła z ostatniej płyty.



Jose James jest niesamowity. Jego improwizacje, skupienie i jednocześnie bijąca od niego serdeczność wyrażana uśmiechami stworzyły niepowtarzalny klimat. Jednak czymże byłby jego występ bez towarzyszących mu na scenie świetnych muzyków? Każdy z nich miał na scenie swoje pięć minut (a raczej dużo, dużo więcej). Jose James – barwa głosu niczym balsam dla duszy, japoński trębacz Takuya Kuroda,  młody, utalentowany Kris Bowers na klawiszach, basista Salomon Dorsey (który popisał się nie tylko grą, ale też śpiewem i oryginalną fryzurą) oraz Richard Spaven na perkusji – zestaw doskonały. Podczas tych solowych partii poszczególnych instrumentów Jose schodził ze sceny, pił wodę bądź zagadywał do członków zespołu, wyglądał na bardzo zrelaksowanego. Kiedy już wracał na scenę, to często tylko po, to aby wyśpiewać jeden wers i znowu zniknąć za kulisami. Idealnie dawkował napięcie, a kiedy w końcu zjawiał się na scenie na dłużej, oklaskom nie było końca. Podobnie było po utworach innych artystów, utworach-klasykach można by rzec, jak choćby „Ain’t No Sunshine” czy „Isn’t She Lovely”.


Jest radość ;) Dzięki Iza!
Dwugodzinny koncert zakończył się bisem, po tym, jak publiczność zachęcona przez Macieja Szabatowskiego z Radia RAM zaczęła nucić nieco zmieniony fragment tekstu „Come To My Door”. Podczas bisu, ale także po nim, Jose podpisywał płyty. Dosłownie kilka chwil po zakończeniu koncertu muzycy zeszli do publiczności, rozmawiali i chętnie pozowali do zdjęć z fanami. Oby więcej takich koncertów!

Relacja napisana dla Independent.pl

sobota, 19 października 2013

Koncert: KaCeZet i Fundamenty, 18.10.2013, Łykend, Wrocław

KaCeZet, który twierdzi, że nie zna się na promocji, nieoczekiwanie stał się… Mistrzem promocji. Zaledwie dwa dni przed wrocławskim koncertem w sieci pojawił się utwór „Za darmo”, którym Kapitan KaCeZet namawiał do pojawienia się na koncercie. Link do utworu po kilku godzinach pojawił się na Demotywatorach z opisem „Prawdziwy artysta – stworzył coś w jeden dzień, a wy i tak będziecie się jarać Patty”. Nagranie w ciągu niecałego tygodnia zdobyło ponad 11 tysięcy wyświetleń na Youtube. Zasięg utworu w sieci okazał się spory, co niestety nie przełożyło się na frekwencję piątkowego koncertu.


W Łykendzie było nas „minimalnie mało”, jak zauważył KaCeZet, jednak muzycy i tak dali świetny koncert. Czy ważne są tłumy, skoro nawet garstka potrafi stworzyć fajny klimat? Szczególnie, że ta garstka zna teksty wielu piosenek na pamięć i śpiewa razem z zespołem!

Wrocławscy fani Piotra Kozieradzkiego i Fundamentów nauczyli się na błędzie, jaki popełnili w grudniu zeszłego roku, również w Łykendzie. Wtedy to Kapitan wyszedł na scenę i usiadł na niej, bo publiczność zamiast podejść pod scenę, siedziała przy stolikach i sączyła piwo. Tym razem było inaczej, już od pierwszych chwil bawiliśmy się pod niewielką klubową sceną. Akustycznym, energetycznym reggae muzycy zrekompensowali ponad godzinne opóźnienie. Promowali nową płytę „Dziennik Kapitana cz.1”. Przyznam bez bicia, że jeszcze jej nie posiadam, ale mistrzowski „Mistrz”, „Czasownik”, „Niech gadają” czy „Przebudzenie” zagrane na żywo, zachęciły do kupna płyty. Zresztą nie pierwszy raz, bo powyższe utwory grali na koncertach długo przed październikową premierą płyty.  Usłyszeliśmy też utwory z poprzedniego albumu, m. in. „Kocham swoje miasto”, „Fundament”, „Miłość pieprzy rację”.

Wokalnie pierwsze skrzypce grał KaCeZet, natomiast zabawianiem publiczności między utworami zajął się fantastyczny Dżeksong, którego okrzyki „Yeah!” i opowiastki wymyślone na poczekaniu zawsze wprawiają w dobry nastrój. Poza tym, serio nie wiem, skąd czerpie energię do ciągłego podskakiwania na scenie. Chociaż… To chyba jasne skąd – z muzyki!


Na scenie panował taki luz, że nawet delikatne potknięcia, jak choćby nierówne rozpoczęcie utworu, nikogo nie przejęły. Nie zabrakło smaczków w postaci genialnego solo na djembe, czy nagłego zjawienia się Johna Frusciante na scenie. Naprawdę, KaCeZet rozpuściwszy włos i przybrawszy odpowiednią minę oraz pozę, podczas gitarowej solówki przywiódł mi na myśl samego wirtuoza gitary znanego z Red Hot Chili Peppers.

Jakoś szybko zleciał czas. Ani się obejrzałam, jak Kapitan zapowiedział ostatni utwór. Na szczęście bis nie pozostawił niedosytu – usłyszeliśmy wspomniany na początku utwór „Za darmo” (który wciąż chodzi mi po głowie, na zmianę z „Mistrzem”) oraz piosenki „Sługa” i „Nadciąga”.

Nie jaram się Patty. Jaram się muzyką, dzięki której czuję się dobrze dziś, dziś czuję się jak mistrz! Jaram się artystami, z którymi można po koncercie porozmawiać jak z kumplami. Kocham swoje miasto za takie koncerty! :) 

Relacja opublikowana na Independent.pl i WSA.org.pl

poniedziałek, 9 września 2013

Koncert: Nowe Brzmienie Hey, 7 września 2013, Wrocław, Wyspa Słodowa

Porządnej relacji z Nowego Brzmienia Hey nie będzie, bo nie byłam na tym koncercie. Uściślając, nie byłam pod sceną, nie byłam wśród tłumu, nie byłam nawet na terenie Wyspy Słodowej, ale… słyszałam i tak! Widziałam i tak! Trochę niewyraźnie, ale wystarczyło, aby odczuć klimat i miłość do zespołu Hey. Ci, którzy nie mieli biletów na koncert, siedzieli w pewnym miejscu nad Odrą, z którego jest w miarę dobry widok na scenę. Dźwięk jest trochę przytłumiony, ale i tak jest bardzo klimatycznie. Wieczór, szum wody i wiatru, widocznie w oddali światła sceny i telebim. Bardzo przydatny, aby cokolwiek zobaczyć z takiej odległości, czyli od drugiej strony rzeki.

Przyszłam tylko na koncert Hey. Występy poprzednich zespołów, grających tego dnia utwory Hey we własnych aranżacjach, też na pewno były interesujące, ale tego dnia miałam ochotę usłyszeć tylko Kasię, śpiewającą własne utwory. Myślę jednak, że Nosowska i pozostali członkowie zespołu musieli być bardzo wzruszeni słysząc swoje piosenki w wykonaniu innych kapel. Co jak co, ale wydaje mi się, że Kasia Nosowska należy do osób łatwo wzruszających się, co pokazuje zresztą na każdym koncercie.

Zawsze na koncertach Hey chce mi się płakać. Teksty tak do mnie przemawiają… Nieraz metaforyczne, nieraz do bólu proste, ale zawsze tak prawdziwe, tak dla mnie zrozumiałe, że czasem się dziwię, dlaczego sama ich nie wymyśliłam. Chociaż… właściwie nie ma co się dziwić, talent Kasi Nosowskiej ma tylko Kasia Nosowska!

Nie zapoznałam się jeszcze z całym najnowszym albumem zespołu Hey, dlatego miałam nadzieję, że ten wieczór nie ma na celu promowania „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan”, ale raczej zaprezentowania ogółu twórczości zespołu. Nie zawiodłam się. Usłyszeliśmy utwory z czasów Kasi Czerwonowłosej, Kasi Zdreadowanej, Kasi Łysej, Kasi Długowłosej, Kasi Brunetki, Kasi Blondynki. Tyle Kaś, a ciągle jedna i ta sama, przepiękna : )



Największe wzruszenie? Kiedy śpiewała:

Jesteś cenny tak jak ja
Jesteś piękna tak jak ja 
Jestem dzielna tak jak wy

Nie wiem, co autorka miała na myśli pisząc te słowa, ale ja ich bardzo potrzebowałam, i wytężając wzrok żeby zobaczyć Kasię na telebimie, byłam szaleńczo wdzięczna za te słowa. A poza tym? To, że 90 % utworów Nosowska kończy nieśmiałym „No… Dziękujemy bardzo…Naprawdę…”, jakby chciała przeprosić za to, że w ogóle się zjawiła na scenie… To jest takie urocze! Ten jej niepewny uśmiech, spuszczanie wzroku, jakby tylko czekała, aż zabrzmią pierwsze dźwięki kolejnej piosenki, żeby na powrót mogła zająć się śpiewaniem, a nie konferansjerką… Kasia stojąca non stop przy mikrofonie, bite dwie godziny, nie zmieniając swojej postawy, żadnego kiwania się w rytm muzyki, żadnego namawiania publiczności do klaskania… Urocze, po prostu. I znów przypomniała, jak ważny jest Wrocław zarówno dla niej, jak i dla całego zespołu Hey. Sporo się tu wydarzyło, lubią tu grać. Nie rzucają słów na wiatr - grają chyba każdego roku, za każdym razem gromadząc rzesze fanów pod sceną. Pięknie!