Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka bałkańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka bałkańska. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 listopada 2013

Muzyka, dużo muzyki :)

Dawno nic nie napisałam, oprócz relacji z koncertów… Nuda, nie? Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle kogokolwiek interesują moje pokoncertowe wynurzenia. Czy interesowałyby mnie? Bezpieczniej byłoby nie odpowiadać na to pytanie, ale… Tak, interesowałyby mnie w kilku przypadkach:

  • wtedy, gdy byłam na koncercie, aby porównać opinie i powspominać;
  • wtedy, gdy nie byłam na koncercie, choć planowałam / zastanawiałam się / chciałam ale nie miałam kasy / za daleko / kiepski dojazd / pierdylion innych;
  • wtedy, gdy zobaczyłabym, że ktoś jara się koncertem zespołu, którego nie znam – czysta ciekawość - co to za jedni i dlaczego ich nie znam.


Dzięki koncertom poznałam wielu niesamowitych artystów, i nie chodzi mi tylko o uścisk dłoni i wymienienie kilku słów po koncercie, ale o samą twórczość. Czasem szłam na koncert nie wiedząc, kto będzie supportował gwiazdę wieczoru, po czym okazywało się, że ten support zwalił mnie z nóg i wywołał wspomniane wyżej „dlaczego do tej pory ich nie poznałam?!”

Tak że… LUDZIE, ŁAŹCIE NA KONCERTY. Mogłam napisać tylko tyle, ale wiadomo, że potok słów sam popłynął.  
A chciałam o czymś innym przecież. 
Chciałam się muzyką podzielić.

Ostatnio wróciłam do albumu, który należy do ścisłej czołówki najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek słuchałam. Nie będę się rozpisywać, mam nadzieję, że taka rekomendacja kogoś zachęci do przesłuchania. Mad Season – Above. Jeden z tych albumów, które tak wbijają się słowem i dźwiękiem w umysł, że nic nie robisz, tylko leżysz i słuchasz. Ewentualnie siedzisz. Serio. Nie potrafiłabym np. myć naczyń lub odkurzać słuchając Mad Season.


A jeśli Mad Season, to również Mark Lanegan, który gościnnie śpiewał właśnie w Mad Season. Sprawdza się to, o czym pisałam przed chwilą. Idziesz na koncert ledwo znając twórczość artysty, a po koncercie okazuje się, że ten właśnie artysta stanie się jednym z tych, których ubóstwiasz. Rok temu ktoś zaproponował mi pójście na koncert Marka Lanegana we Wrocławiu (recenzja tutaj: Mark Lanegan - koncert), a ja nawet nie wiedziałam, że taki koncert ma być (słaba promocja itd.). Uwierzcie, że od tamtego czasu Lanegan śpiewa dla mnie przynajmniej raz w tygodniu. Początkowo słuchałam tylko płyty, którą promował w zeszłym roku, ale ostatnio poznałam więcej jego twórczości i… No cóż, znowu nasuwa się „dlaczego wcześniej tego nie znałam?!”. Album „I’ll Take Care of You” – przepiękny, i również jeden z tych, na których słuchaniu powinno się całkowicie skupić. Usiąść, myśleć, nie myć naczyń:

Znalazłam też świetny duet Moby’ego z Markiem Laneganem – o mój Boże, chyba nie muszę mówić, że ciary… Po prostu ciary (a może czary?):


A teraz coś z zupełnie innej beczki. Dość często ostatnio ćwiczę (już nie z Ewką Ch., bo kolana bolą), a jak ćwiczenia, to rozgrzewka. Przez długi czas (2 lata, może więcej), moim muzycznym numerem jeden, idealnym do rozgrzewki, był utwór Shantela „Disko Partizani”. Jeśli przepadacie za muzyką bałkańską i chcecie akurat przedsięwziąć kilka pajacyków i innych podskoków, proszę zapraszam, miłego pocenia:

Muzyka bałkańska idealna do rozgrzewki, naprawdę. Kolejny utwór Shantela, który nie schodzi z moich głośników od kilku dni:

Posłuchajcie tylko tego damskiego mlaskania, czy jak to nazwać. O, wiem: to jest melodyjne zastanawianie się na głos w rytm balkan valkan. Polecam szaleńczo.

Żeby nie było monotematycznie, oprócz pajacyków jakiś sprint też by się czasem przydał. A wtedy: Them Crooked Vultures. Poznane dzięki książce „Dave Grohl. Nirvana & Foo Fighters” (recenzja tutaj: Dave Grohl - recenzja). Ten sprint to dopiero w drugiej połowie utworu;):


Dzisiaj zupełnie przypadkiem w moich myślach pojawił się Boy George. A raczej jego muzyka, bo gdyby zjawił się w moich myślach jedynie jako mężczyzna, to trochę bym się przestraszyła. Muzycznie jest według mnie bardzo interesującą postacią. Co jak co, ale wszyscy na pewno pamiętają ten utwór, a wyglądem w nim bije na głowę wszystkie stylizacje Lady Gagi:

Jakiś czas temu Boy George przypomniał się w tym utworze, świetnym, idealnym do posłuchania właśnie teraz:


Na koniec Boy George po raz trzeci: kiedyś na zajęciach z Wiedzy o Kulturze prowadząca poleciła nam posłuchać Antony and The Johnsons. Ożesz, jaka wtedy się poczułam dumna, że już dawno miałam opanowaną większą część twórczości Antony’ego, i na pytanie „może ktoś z państwa o nim słyszał?”, mogłam powiedzieć „taaak!”. Boy George zaśpiewał piękną piosenkę z Antonym:

Ktoś czegoś posłuchał? Trzy osoby? Dwie? Anyone? Please!!!



środa, 4 września 2013

Koncert: wRock For Freedom (Goran Bregovic i inni), Wrocław, 31.08.2013

Independent.pl
Jak dobrze, że Goran Bregović regularnie przyjeżdża do Polski! Jest to chyba jedyny artysta, którego koncert poleciłabym każdemu bez wyjątku, niezależnie jakiej muzyki ktoś słucha, i czy zna choćby jeden utwór tego znakomitego muzyka. Sama prawie dwa lata temu wybrałam się na jego koncert we wrocławskiej Hali Stulecia, i wtedy postanowiłam, że jeśli tylko znów przyjedzie do Polski, na pewno zjawię się na koncercie. Okazję ku temu miałam w zeszłą sobotę, dzięki koncertowi wRock For Freedom. Impreza odbywa się co roku na terenie zajezdni autobusowej przy ulicy Grabiszyńskiej na pamiątkę sierpnia 1980.

Pamiętacie hit „Bo jo cie kochom”? Wrocławianie mieli okazję usłyszeć go w sobotę na żywo, ponieważ oprócz Bregovića tego dnia na scenie zagrał także zespół De Press. W ogóle, jeśli miałabym jednym zdaniem opisać tegoroczny wRock For Freedom, rzekłabym: magia folkloru! Bo przecież i De Press, i grający później Zakopower, oraz wisienka na torcie w postaci Gorana Bregovića wraz z Wedding & Funeral Band, to przedstawiciele muzyki, która z mainstreamem ma niewiele wspólnego. Tego dnia we Wrocławiu królował folklor, muzyka bałkańska i góralska z rockowym zacięciem. Jak się okazało, Wrocławianie taką muzykę kochają! I nie tylko Wrocławianie, w tłumie dało się zauważyć i usłyszeć również sporo obcokrajowców.

De Press i Zakopower zagrali koncerty na najwyższym poziomie. Jeśli ktoś myśli, że Zakopower trudni się jedynie pisaniem piosenek do reklam banku, to jest w błędzie. Już drugi raz byłam na ich koncercie i powiem krótko: pełen profesjonalizm. Niezwykle charyzmatyczny Sebastian Karpiel-Bułecka, świetnie dogadujący się ze sobą muzycy i przede wszystkim sama muzyka sprawiła, że publiczność bawiła się świetnie, śpiewała refreny i długo klaskała. Góralskie rytmy z rockowym zacięciem były świetną przystawką przed gwiazdą wieczoru. Zresztą nie tylko z rockowym, w ich muzyce słychać przecież także i pop, i reggae, nieraz punk. Zakopower zaprezentowali własne utwory oraz kilka coverów. Usłyszeliśmy „Obławę” Jacka Kaczmarskiego (wersję idealną do pogowania pod sceną!), „Dzikie wino” Marka Grechuty (przepiękne wykonanie), i „Dziewczynę o perłowych włosach” węgierskiego składu Omega. Zakopower ponownie zaskoczyli mnie kreatywnością. Pamiętam, jak dwa lata temu we Wrocławiu zagrali własną wersję lambady. Wtedy kupiłam ich totalnie, ale nie wiedziałam, że na wRock For Freedom ponownie mnie czymś zaskoczą. A jednak! W jeden ze swoich hitów, piosenkę „Udomowieni”, sprytnie wpletli znany motyw „Woo-hoo!” z „Song 2” zespołu Blur, dzięki czemu utwór nabrał nowej mocy, a uradowana publika tak się zaangażowała, że wołała „Woo-hoo” nawet wtedy, kiedy nie było trzeba ;). Oprócz takich kawałków jak fenomenalne „Boso” czy „Galop”, na uwagę zasługuje także utwór „Kac”, bardzo mi zapadł w pamięć na tym koncercie. Nie żeby odzwierciedlał mój stan, ale myślę, że wielu Polaków mogłoby sobie często tę piosenkę nucić aby odegnać ból głowy. Entuzjastycznie przyjęci przez publiczność muzycy Zakopower skończyli grać, i nastąpiła kilkuminutowa przerwa, podczas której pod sceną zaczęło robić się coraz ciaśniej, a tłum napierał do przodu.


Chwilę przed 21 przywoływany przez publiczność Goran Bregović wyszedł na scenę. Ubrany cały na biało, z szelmowskim uśmiechem i pełną luzu postawą chwycił gitarę… i się zaczęło! Dawno nie widziałam, żeby już od pierwszych minut koncertu publiczność tak się wczuła w klimat. Wszyscy wyglądali, jakby tylko czekali na pierwsze bałkańskie brzmienia! Nie było osoby, której nie porwałaby ta bomba energetyczna o nazwie „Goran Bregović and Wedding & Funeral Band”. Ci mniej aktywni jedynie lekko podrygiwali, ale większość kompletnie oddała się koncertowemu wariactwu: skakanie, machanie głowami i głośne owacje kiedy Goran grał swoje największe hity – to wszystko miało miejsce nieprzerwanie podczas trwania koncertu. Bałkańskie rytmy zawładnęły każdym bez wyjątku. Dwie Bułgarki w ludowych strojach czarowały swoim śpiewem, cały zespół był świetny, ale to Goran przykuwał najwięcej uwagi. Usłyszeliśmy takie hity jak „Kalashnikov”,  „Gas Gas”, „Opa Cupa”, „Ederlezi”, czy nowsze „Presidente” i „Balkaneros”, które w wersji studyjnej jest nagrane w duecie z Gipsy Kings. Miałam wielką nadzieję, że usłyszę „Balkaneros” na żywo, bo jest to utwór który ostatnio szczególnie wpadł mi w ucho, nie da się przy nim nie tańczyć. Marzenia się spełniają, polecam każdemu posłuchać tego utworu. Nie zabrakło ukłonu w stronę polskich fanów – Bregović zaśpiewał po polsku refren „Prawy do lewego”, wołał wraz z publicznością „Do boju!”, jednym słowem – cieszył się z tego koncertu tak samo jak kilkutysięczny tłum zgromadzony pod sceną. O bis nie dał się długo prosić. Wspólnie zaśpiewane „In the death car” oraz okrzyk „If you don’t go crazy, you’re not normal!” zapamiętam na długo… Aż do następnego koncertu Gorana w Polsce. 

Relacja napisana dla Independent.pl