Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ira. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 grudnia 2012

Trochę prywaty + relacja z Konfrontacji Rockowych wROCK 2012, 1.12.2012, Wrocław, Hala Stulecia.



Ostatnie dni sprawiły mi wiele radości. Zaczęło się od upieczenia czterech blach ciastek. Przepis mówił, że z porcji ciasta wyjdzie „dużo ciastek”, ale skąd miałam wiedzieć, czy dużo = trzydzieści, czy dwieście. W rezultacie spędziłam cztery godziny w kuchni, ale z każdą porcją ciepłych, pachnących pierniczków miałam coraz lepszy humor. A jeszcze milsze było planowanie kogo nimi obdaruję, przecież sama nie przejadłabym tych stu trzydziestu miniaturowych radości. Fajnie tak czasem się zasłodzić :) Nie jestem mistrzynią w kuchni, ale jak mnie czasem coś najdzie, to puszczam muzykę i tanecznym krokiem wiruję między piekarnikiem a blatem. Niedługo święta, więc pewnie spędzicie sporo czasu na pieczeniu słodkości. Powiem Wam, że nowa płyta Artura Andrusa „Myśliwiecka” jest idealnym soundtrackiem do wykrawania pierniczków!

Pierniczki okazały się idealne do grzanego piwa wypitego z Ptanią. Wcześniej wygrzałyśmy się w saunach na Magicznym Wieczorze portalu DlaLejdis. Rety, jakie to fajne poleżeć w ciepełku, kiedy na dworze mróz. Przy okazji pozbywając się toksyn.

Kolejną porcją radości był kabaret Hrabi we wrocławskim Imparcie 30 listopada. Moim marzeniem było zobaczyć Aśkę na żywo. Nie tylko ja mam takie marzenia – miesiąc przed występem wszystkie bilety były już wykupione, załapałam się na ostatnie dwa miejsca. Joanna Kołaczkowska to kobieta, która samą swoją obecnością, sposobem patrzenia i chodzenia wzbudza mój śmiech. A jak zacznie mówić albo śpiewać, to już w ogóle brzuch ledwo wytrzymuje nagłe ataki śmiechu totalnego.

Kiedy występ nie jest nagrywany dla telewizji, na scenie dzieją się rzeczy, których srebrny ekran pewnie by nie pokazał. Spodziewałam się tego i cieszyłam niezmiernie z każdych chwil graniczących z absurdem. Nie będę pisać szczegółów, bo być może ktoś się wybiera na występ, albo czeka na premierę nowych skeczy w tv. Powiem tylko, że warto czekać. Cały program „Gdy powiesz tak” jest świetny, a gdy Kołaczkowska zaśpiewała na koniec „Song porzuconej” („Andrzejuuuu, Andrzeju, rety rety jeju!”) to poczułam ducha Janis Joplin gdzieś obok niej ;). Trzeba przyznać, że gdyby nie ona, kabaret Hrabi nie byłby moim ulubionym. Radość w radości, że oprócz mnie, również radosna Karolina miała radochę z występu.

Chwilę przed występem Hrabi zadzwoniła do mnie kuzynka z informacją, że wygrała bilety na Konfrontacje Rockowe wROCK 2012, ale nie może iść i czy chcę przejąć nagrodę. Jakby to Kołaczkowska powiedziała do Dziubasa: „No to chyba OCZYWISTE!”. Zastanawiałam się nad kupnem biletu, ale nie byłam do końca zdecydowana. Nie zależało mi na koncercie IRY, Jelonka właściwie nie znałam, na Luxtorpedzie byłam już kilka razy, a na Kim Novak i tak bym nie zdążyła, bo do 16 byłam w pracy. Ale wygrany bilet to zupełnie co innego, niż bilet za 60 zł ;).

źródło: strona wROCK na Fb
Weszłyśmy z Ewą do Hali Stulecia, kiedy Kim Novak właśnie kończyli swój występ. Szkoda, może jeszcze zagrają we Wrocławiu. Następny miał być Jelonek. Ludzie! Dlaczego ja go wcześniej nie słuchałam?! Wiedziałam, że skrzypek, że za je bi sty, że jego koncerty zapadają w pamięć. Ale kiedy nawet ktoś mi poleci jakiegoś artystę, to nie zawsze z entuzjazmem zaczynam go słuchać. Stwierdzam, że „eee, no dobra, kiedyś może posłucham, ale teraz dawać mi tu starych dobrych Beatlesów”. Tak właśnie było z Jelonkiem. Ktoś kiedyś wrócił z jego koncertu podekscytowany i zaczął mi opowiadać jak było, a ja nie miałam ochoty przesłuchiwać nowej dla mnie muzyki.

Słuchajcie, po wczorajszym wieczorze naszła mnie taka ochota na tę nową muzykę, że zaczęłam poszukiwać dvd z koncertów Jelonka. Co to za człowiek jest! Wchodzimy na Halę, a tam na scenie fajerwerki! A zza tych fajerwerk wyłania się pan w średnim wieku, w dłoni dzierży skrzypce, na jego marynarce przysiadły pluszowe misie (!), a na głowie ma hełm z rogami jelenia. Nazwijcie jego wygląd kiczowatym, ale jego muzykę – broń Boże! Na scenie towarzyszyli mu gitarzyści w długich włosach, headbangingowi nie było końca. Ostry rock w połączeniu ze skrzypcami, no kurde, super! Michał Jelonek jest mistrzem w łączeniu mocnego grania i dobrej zabawy. Śpiewał niewiele, za to tak nakłaniał do szaleństw, że publiczność nie dała się prosić. 

Przykładowe teksty Jelonka:
„Budujemy ściankę, Wrocławiankę! Budujemy ścianeczkę, Wrocławianeczkę!” – ściana śmierci wykonana, a Jelonek: „Budujemy nową ściankę! Ściankę, ściankę, Wrocławiankę!”. Jedyny mój komentarz: Jezus Maria, co tam się musiało dziać. Stałam trochę daleko i niewiele widziałam, ale patrząc po filmikach, budowano ściany jedną za drugą. 
„A teraz wężyk! Wężyk się przyczaja, wszyscy kucamy!” – to po prostu trzeba zobaczyć;
„Czy lubicie karaluchy? Trzeba je lubić, bo tylko one przetrwają!” – wtf? :D
„Jest disco, jest wszystko!” – wstęp do zagranego „Daddy cool”
I jeszcze bardzo wdzięczne „Napierdalaaaaaaaaaać!”.

Polecę banałem: publiczność oszalała. Tylko sobie wyobraźcie: facet z pluszakami na ramionach i rogami na głowie grający ciężki rock. Na skrzypcach! Oprócz wspomnianego „Daddy cool” grał standardy muzyki klasycznej, które z gitarami brzmiały nieziemsko. Byłam wniebowzięta! Bardzo lubię przychodzić na koncert artysty, którego nie znam, a po koncercie rozgłaszać wszem i wobec „posłuchajcie go koniecznie!”. Także posłuchajcie:



Jelonek podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Następna była Luxtorpeda, o nich się nie obawiałam, bo na Luxach zawsze dobrze się bawię. Tym razem jednak wyszło bardzo średnio. Litza był wkurzony jak nigdy, czepiał się ochroniarzy, przeklinał i niewiele mówił. Po kilku utworach przeprosił tłumacząc się zmęczeniem i tęsknotą za żoną, dziećmi i wnukiem. No dobra, mogę to zrozumieć. Widać, że potrzebuje  odpoczynku, bo głos mu chwilami siadał. Zagrali oczywiście na poziomie, tylko że krótko, i jakoś tak bez polotu. Ale „Wilki dwa” jak zawsze ruszają za serce.

Potem wystąpił Czesław. Czesław Śpiewa. Pierwszy raz byłam na jego koncercie. Chociaż „byłam” jest złym określeniem. Po dwóch czy trzech utworach wyszłam na piwo. Nie wiedziałam, że potrafi tak rockowo grać. I do tego rockowego grania jego głos zupełnie mi nie pasuje…  Muzyka też jakaś przekombinowana. Odniosłam wrażenie, że jest nieco wyniosły i wcale nie taki słodki i wzruszający, za jakiego uchodzi. Jego wypowiedzi w stylu „Artyści są tylko w Krakowie. A tu Wrocław, tu Wrocław”, „I ludzie myślą, że ja nie kocham publiczności, a ja kocham przecież”… Wyszłam, wyszłam po prostu. Sorki Czesław. Okazało się, że nie tylko my odpuściłyśmy sobie jego koncert, bo przy piwnym stoisku i na korytarzach było sporo osób. Również okrzyki publiczności się zmieniły – teraz było słychać jedynie piski kobiet, a nie wrzaski facetów, jak na Jelonku i Luxach.

Po Czesławie dość długo na scenie stroił się Hey. Do końca nie wiedziałam, że będę na koncercie, dlatego nawet nie przesłuchałam ich nowej płyty. Nie szkodzi, Kasia wyszła na scenę i przedstawiła „ten sam, stary Hey”. Uznałam to za sygnał, że nie będą promować jedynie nowego albumu. Rzeczywiście, po kilku nowych utworach zaczęli się jakby „cofać” z repertuarem do coraz starszych piosenek. Kilka utworów z płyty „Unisexblues”, którą sobie ukochałam bardzo, bardzo. Dalej były brzmienia z „Echosystemu”, i jeszcze starsze piosenki, jak np. „Missy seepy” i „Cudzoziemka w raju kobiet”. Granie było różnorodne, od „starego” Heya do nowszych, elektronicznych brzmień. Kochana, nieśmiała Kasia Nosowska każdy utwór kończyła nieśmiertelnymi słowami, które już na stałe do niej przylgnęły: „No… Dziękujemy bardzo…”, czasem dodając nerwowy chichot. Była piękna jak zwykle, chociaż bez okularów niewiele widziałam ;).

Na koniec IRA świętowała swoje 25-lecie. Objeżdżają z tej okazji chyba każdy festiwal w tym roku. Widziałam ich już jako support Queen w lipcu. Mają wiernych fanów, ale drugi raz chyba nudziłabym się na ich koncercie, więc poszłyśmy do domu, żeby ogłosić światu, że wielbimy Jelonka!

Co do samej koncepcji Konfrontacji Rockowych wROCK: super, że w jednym dniu wystąpiło tak dużo artystów prezentujących różne odmiany rocka. Ale ta wielość spowodowała, że organizatorzy bardzo trzymali się ram czasowych. Nie było czasu na bisy, poszczególne koncerty trwały około godzinę, w związku z czym repertuar był mocno okrojony. Szatnia 3 zł za sztukę jest dla mnie nieporozumieniem. Lane piwo 0,4 l za 7 zł, chociaż facet nalewał nawet mniej, na dodatek nie wydawał reszty… Pozostawię to bez komentarza. Tortillę z kurczakiem o smaku nie wiem czego, ale na pewno nie kurczaka, również pozostawię bez komentarza.


To by było tyle na dziś. „No… dziękujemy bardzo" :).

PS
Pojutrze pierwsze urodziny bloga, trzeba by coś przedsięwziąć ;).


poniedziałek, 9 lipca 2012

Rock in Wroclaw: Queen + Adam Lambert, Mona, IRA, Power of Trinity. 7.07.2012, Wrocław, Stadion Miejski.


źródło: www.rockinwroclaw.pl
Koncert, którego obawiałam się najbardziej ze wszystkich, na których do tej pory byłam. Queen: legenda, mnóstwo utworów, które zna każdy. Nie ma osoby, która nie znałaby We are the champions czy Radio Ga Ga. Tak samo jak nie istnieje osoba, która potrafiłaby zastąpić Freddiego Mercury’ego na scenie. Choćby nie wiadomo jaką miałaby charyzmę  i głos, po prostu Freddie to Freddie, koniec. Jak tu iść bez żadnych wątpliwości na koncert Queen, skoro z pierwotnego składu zostali tylko (albo aż) Brian May i Roger Taylor? Więcej słów o przeżyciach z koncertu już za chwilę, najpierw kilka informacji o zespołach, które rozpoczęły festiwal Rock in Wroclaw.

Na Stadion Miejski przybyłam zgodnie z wytycznymi wydrukowanymi na bilecie, godzinę przed rozpoczęciem koncertu, czyli o 17.30. Wokół stadionu kręciły się osoby sprzedające bilety, fani Queen w nie mniej fanowskich koszulkach, ludzie starsi, młodsi. W budkach z jedzeniem można było uraczyć się hamburgerem lub wodą mineralną za 7 zł. Wolałam nie sprawdzać, w jakiej cenie jest piwo. Chwilę się pokręciliśmy, szukając wejścia na nasz sektor, w końcu znaleźliśmy się na trybunach. A tam wielkie zaskoczenie: pustki, garstka ludzi pod sceną, ochroniarze nie mający nic do roboty. Podejrzewałam, że stadion nie będzie pękał w szwach, bo bilety można było kupić jeszcze w dzień koncertu, ale żeby aż tak?

Ze sceny przemawiał co chwilę dość irytujący, przeklinający konferansjer, a za nim ustawiał się pierwszy zespół, łódzki Power of Trinity. Zaczęli grać przed 19. Ponoć muzyka zespołu to mieszanka rocka z reggae, jednak w moim odczuciu reggae tam wcale nie było. Mocny rock, mocny wokal, takie sobie rymowane teksty o życiu.

Po grupie z Łodzi przyszedł czas na występ zespołu IRA, który w tym roku obchodzi swoje 25–lecie. Nie należę do fanów IRY, znam tylko kilka piosenek. Zdobyć świata szczyt, Ona jest ze snu i kilka innych. Na pewno grali lepiej w pierwszych latach swojej działalności, później nieco złagodnieli. Artur Gadowski z zespołem zostali przyjęci bardzo pozytywnie, publiczność pod sceną skakała, śpiewała i klaskała. Niespodzianką był utwór zaśpiewany wspólnie z Tomkiem „Lipą” Lipnickim, znanym między innymi z zespołów Illusion i Lipali. Ich mocne wokale bardzo do siebie pasowały, skusiłabym się nawet na stwierdzenie, że z tego duetu to Lipnicki był lepszy. Ale może myślę tak dlatego, że uważam śpiew Gadowskiego za nieco zbyt „nosowy”, po prostu, nie mój typ.

Koncert zespołu MONA
Ludzi przybywało, jedni wychodzili coś przekąsić, inni wchodzili na płytę. Było na tyle wolnego miejsca, że niektórzy położyli się na płycie stadionu, inni zajmowali na trybunach lepsze miejsca, niż mieli wyznaczone na bilecie. Tymczasem na scenie pojawił się amerykański zespół Mona. Dlaczego ja ich wcześniej nie znałam? Nie ważne, w każdym razie czas nadrobić zaległości. Co za moc, jaka energia, jaki wokal! Przypominali mi trochę Arctic Monkeys, The Kooks, Kings Of Leon. Nie chodzi mi o jakąś podróbkę czy identyczne brzmienie, bo mają mocny, własny smaczek. Najlepsi debiutanci 2011 roku według MTV Awards (nie żeby był to dla mnie jakiś wyznacznik popularności) porwali publiczność, której z chwili na chwilę przybywało. Wśród nich znalazło się pewnie sporo osób, które słuchały zespołu od dłuższego czasu, ale jestem pewna, że osoby, dla których wczorajszy koncert był pierwszą stycznością z twórczością Mony, przyjrzą się ich muzyce bliżej, bo naprawdę warto. Charyzmatyczny wokalista pytał, czy są tu jacyś fani oldschool rock i Johnny’ego Casha. Nie było to przypadkowe zawołanie, skład Mony pochodzi z Tennessee, a zespół Casha swego czasu nosił nazwę The Tennessee Three. Świetny debiut, ciekawa jestem, jak ten zespół się rozwinie. Była to już ich druga wizyta w Polsce, czekamy na kolejną.

Na scenę wjeżdża logo zespołu Queen
Wreszcie… Wreszcie! Zaczęło się odliczanie do ostatniego, najważniejszego koncertu. Ludzi pod sceną ciągle przybywało, już nie było wstydu, że Królowa zbudziła tak małe zainteresowanie w Polsce. Trybuny się zapełniły, zapadł zmrok, rosło napięcie. Na scenie pojawiła się ogromna kurtyna z logo zespołu. Ile bym dała, żeby widzieć, co się dzieje tuż za nią… W końcu zabrzmiały pierwsze dźwięki, intro zespołu Queen. Kurtyna poszła w górę… i zaczęło się! Seven Seas Of Rhye, Keep Yourself Alive, We Will Rock You. Zatrzymam się na sekundę przy tym utworze. Wersja była zupełnie inna, szybsza niż oryginał. Przekonało mnie to, że wokalista Adam Lambert nie ma zamiaru naśladować Freddiego Mercury’ego. Studyjna wersja oczywiście dużo lepsza, jednak ucieszyło mnie, że na samym początku koncertu muzycy dali do zrozumienia, że Lambert nie zastępuje Mercury’ego. Późniejsze utwory nieco zaburzyły to myślenie, wiele numerów zostało po prostu odśpiewanych, bez żadnych elementów dodanych od siebie. Trzeba przyznać, że Adam ma kawał głosu, świetnie wyciąga górne partie, i dobrze o tym wie. Z czasem końcówki utworów stały się wręcz przewidywalne, wiadomo było, że za chwilę wokalista wydrze się wspinając na wyżyny swoich możliwości. Brzmiało to dobrze, ale na dłuższą metę było niezbyt zaskakujące. Słuchając kilka dni wcześniej solowych projektów tego piosenkarza, określiłam jego głos jako typowo popowo-pospolity. Nie spodziewałam się wielkiego zachwytu podczas koncertu, ale już po pierwszych utworach byłam pewna, że na żywo facet brzmi dużo lepiej, niż na nagraniach internetowych, i chwała mu za to. Może to zasługa repertuaru, jego solowe projekty są skierowane raczej do nastolatków.

W którymś momencie Adam wyszedł na scenę odziany w obszerne czerwone futro, zaczął emanować seksapilem i przechadzać się po scenie niczym wielki, czerwony ptak. Od razu przypomniał mi się koncert Queen z Wembley w 1986 roku (oczywiście nagranie z dvd, wtedy nawet jeszcze ptaszki na mnie nie ćwierkały), kiedy to Freddie Mercury wyszedł na scenę w królewskiej, czerwonej pelerynie. Nie wiem, czy było to celowe zagranie, aby w jakiś sposób upodobnić się do legendy, czy czysty zbieg okoliczności.

źródło: www.queenonline.com, fotografia autorstwa Emily May, córki gitarzysty Briana Maya.
Ucieszyłam się, kiedy Roger Taylor opuścił na chwilę krzesło perkusisty, aby zaśpiewać Under Pressure w duecie z Adamem. Od tej pory zaczęła się piękna część koncertu, kiedy to przekonałam się, że Adam Lambert wcale nie jest nowym liderem zespołu, w moim odczuciu jest jedynie dodatkiem. Nie zrobili z niego gwiazdy zespołu, był raczej gościem specjalnym. Sporo utworów śpiewał Roger Taylor, np. A kind of magic, These are days of our lives – w połączeniu z filmem puszczonym na telebimach, przedstawiającym czasy świetności zespołu, w szczególności basistę Johna Deacona – pierwsze wzruszenie tego wieczoru. Po chwili na sam przód sceny wyszedł Brian May. Z uśmiechem na twarzy zawołał Dzień dobry, dzień dobry Wrocław! Wszystko ok! Zaśpiewajmy… Zaśpiewajmy…. Cały stadion entuzjastycznie krzyczał i bił brawo, motywując do wypowiedzenia kolejnych słów po polsku, jednak zrezygnowany Brian dokończył zdanie już po angielsku, zachęcając do wspólnego zaśpiewania piosenki dla Freddiego. Zaczął grać Love of my life, a ja wiedziałam, że mój makijaż już nie będzie nieskazitelny. Chwila, kiedy tysiące osób wspólnie śpiewa dobrze znany, piękny utwór, to chwila, którą zapamiętuje się na całe życie. A kiedy pod koniec utworu na scenie pojawiła się wizualizacja Freddiego i stadion zapełnił jego głos, daję słowo, że polały się wiadra łez. Brian miał znakomite kilkanaście minut na scenie, zwieńczone świetnym gitarowym solo.

Na scenę wrócił Adam Lambert z Another One Bites To Dust i Radio Ga Ga. Były to dwa utwory, które wyszły najsłabiej, jakby wokalista w ogóle nie miał pomysłu, w jaki sposób je zaśpiewać. Radio Ga Ga po części zostało uratowane przez publiczność. Podwójne klaśnięcie i ręce uniesione w górę w refrenie, plus wspólny śpiew – wielkie emocje i uczucie jedności, wszyscy wiedzą co robić i jak śpiewać. Somebody to love poszło lepiej, może za sprawą niezastąpionych chórków Briana i Rogera.

Siedzieliśmy na trybunach, jednak nie było problemu, aby w trakcie koncertu przejść na płytę stadionu. Crazy litte thing called love nie pozwoliło usiedzieć na miejscu, zeszliśmy na dół, do ludzi, zaczęliśmy tańczyć. Wtedy dopiero poczułam pełną piersią, że jestem tu i teraz, na koncercie Queen. Tłum, klaskanie, tańczenie, śpiewanie, i to uczucie, że występ zbliża się ku końcowi. Chciałam wykorzystać te ostatnie chwile jak najmocniej i jak najlepiej. Pomogły w tym utwory, których chyba lepiej nie dało się wybrać: The show must go on i Bohemian Rapsody, piosenka, przy której można jednocześnie wzruszać się przy I sometimes wish I'd never been born at all, próbować dorównać tempu przy Bis-mil-lah! We will not let you go, let me go!, wariacko tańczyć udając, że umie się grać na gitarze, popisywać się wokalem. Muzyczne arcydzieło. Przy pierwszych dźwiękach pomyślałam: Nie, tego nie może zaśpiewać ktoś inny niż Freddie, can’t do this to me, baby. Połowicznie sprawdziło się! Zaczął Lambert, dokończył Mercury z telebimów, i znów potok łez i szczęścia. Był to hołd oddany legendarnemu wokaliście, jednak chyba nikt nie miał wątpliwości, że to ostatni utwór. Zespół przy nieustających oklaskach zszedł ze sceny, a ze świateł ułożyła się wielka, biało-czerwona flaga.

Trybuny wstały, ludzie krzyczeli. Tylko właściwie kogo przywoływać? Krzyczeć Queen, Queen? Roger, Brian? A może Adam? Na to ostatnie chyba nikt o zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się. W rezultacie stadion wypełniły bliżej nieokreślone okrzyki i brawa, aż w końcu zespół pojawił się na scenie, serwując rock and rollowe Tie your mother down zaśpiewane przez Briana Maya, We will rock you (już drugi raz tego wieczoru, tym razem wersję bardziej zbliżoną do oryginału), oraz We are the champions. Po ostatnim utworze pojawiła się flaga, tym razem brytyjska. Szkoda, że publiczność zrezygnowała z kolejnego nawoływania do bisów, wszyscy zaczęli wychodzić, co dla mnie jest trochę niezrozumiałe. Lubię stać i klaskać do oporu mając nadzieję, że zespół jeszcze wyjdzie. Ale 3 piosenki na bis to i tak dużo, nie czułam żadnego niedosytu czy niezadowolenia.

Tego wieczoru muzycy Queen dali z siebie wszystko. Ciężko określić, czy jestem po stronie tych, którzy twierdzą, że Queen bez Frieddiego to nie Queen. Brzmienia gitary Briana Maya czy chórków Rogera Taylora nie da się podrobić. Oczywiście, Freddie Mercury był tego dnia w moim sercu, Lambert swoim wokalem nie dorasta mu do pięt, ale przecież nie o to chodzi. Sam się nie pchał w ten interes, nie jest też stałym członkiem zespołu, występuje gościnnie. Zaśpiewał bardzo dobrze, czasem bez polotu i tego „czegoś”, ale nie można mu odmówić talentu. Może irytować jego zachowanie na scenie, pełna pewność siebie, dopracowany makijaż i farbowane włosy. Niektórzy mówią, że Queen powinni zrezygnować z kariery muzycznej zaraz po śmierci Freddiego. Może mają rację, ale za cenę emocji, których dostarczył mi koncert 7 lipca we Wrocławiu, nie podpisałabym się pod ich opinią. Tym bardziej, jak już wyżej pisałam, nie miałam wrażenia, że Adam Lambert jest głównym wokalistą, nie był numerem jeden na scenie, a Roger Taylor i Brian May nie odegrali żadnej fuszerki, tylko porządny koncert, niezapomniane brzmienie Queen. Kto nie był z powodu wątpliwości czy niechęci do Lamberta, niech żałuje! To nie był koncert Lamberta, to był koncert Queen. Jeśli czegoś zabrakło tego wieczoru, to utworów One Vision i The invisible Man, ale nie sposób zagrać wszystkiego, kiedy czas nie jest nieograniczony. Poza tym, w One Vision przydałaby się jednak obecność basisty Johna Deacona na scenie, jego rola w tym utworze jest niezrównana, więc może nawet dobrze, że zrezygnowali z tego utworu. God save the Queen!

Pierwsza odsłona festiwalu Rock in Wrocław za nami, czekamy rok na następną edycję. Ciekawe, kogo z gigantów rocka tym razem zaproszą? Macie jakieś typy?

PS Ponoć w Internecie nikt nie czyta tekstów dłuższych niż dwie strony. Kto przeczytał do końca, temu stawiam piwo ;)