czwartek, 13 lutego 2014

Elvis mieszka w moim domu!

Ostatnio recenzowałam książkę Elvis. Król rock'n'rolla. Przeczytajcie jej fragment:

Ten atak marketingowy był tak zmasowany, że jeśli któraś z fanek piosenkarza kupiła sobie po jednym gadżecie z każdego rodzaju, mogła wstając rano założyć skarpetki firmowane nazwiskiem wokalisty, podobnie jak buty, spódnicę, bluzkę, sweterek i bransoletkę, wszystko z Elvisem Presleyem, następnie włożyć chusteczkę z Elvisem Presleyem do portmonetki z Elvisem Presleyem i tak wyposażona ruszyć do szkoły. Tam mogła się powymieniać zdjęciami Elvisa z gumy do żucia, a podczas lekcji notować ołówkiem z Elvisem Presleyem. Po szkole przebrała się w bermudy z Elvisem Presleyem, dżinsy (czarne z białymi obszyciami i podobizną Elvisa na kieszeni), lub spodnie „torreadorki” z Elvisem Presleyem i napisać list do innej fanki (której adres wzięła z czasopisma w całości poświęconego Elvisowi) albo zagrać w grę o Elvisie Presleyu, popijając przy tym napój z Elvisem Presleyem. Przed pójściem spać w swej piżamce z Elvisem Presleyem mogła jeszcze sięgnąć po długopis z Elvisem Presleyem i coś skrobnąć w pamiętniku z Elvisem Presleyem, posłuchać Hound Dog ostatnie dziesięć razy i zgasić światło, by kontemplować żarzący się w mroku obrazek z jego podobizną.
(Jerry Hopkins - Elvis. Król rock'n'rolla)

Mama Basia i Elvis
Przeczytałam to i myślałam: szkurde, moja mama była jedną z nich. Wprawdzie do Polski nie docierały te wszystkie gadżety, ale jestem pewna, że w środku Baśka była (i jest) stuprocentową fanką Elvisa. Zaledwie kilka dni temu kupiła sobie płytę winylową Elvisa (którąś z kolei). Żebyście widzieli, jak się cieszyła, jaką miała frajdę! Jak delikatnie wyjmowała płytę z opakowania i sprawdzała, czy nie jest porysowana. Przez telefon wymieniała komuś z emocjami tytuły utworów zamieszczonych na płycie, ciesząc się szaleńczo. Uważam, że jest to bardzo pozytywna odmiana fascynacji, a nawet miłości do swojego idola. Trwa już tyle lat, wciąż wywołuje emocje i uśmiech, a mama przecież już po pięćdziesiątce ;)







Baśka robi makijaż zamiast w lusterko patrząc w oblicze Elvisa!
Baśka i winyl "Separate ways" z 1973 r.
Nie chodzi tylko o to, że Basia ma mnóstwo płyt Elvisa. Będąc młodą dziewczyną, na suficie w piwnicy czerwoną farbą napisała „ELVIS 8”. Ósemka mogła oznaczać 8. stycznia – dzień, w którym Elvis się urodził. Na gramofonie lakierem do paznokci napisała „ELFAN” – połączenie wyrazów Elvis i fan. Kurcze, no wystarczy spojrzeć na nią, gdy słucha „Suspicious Minds”, i wszystko staje się jasne. Mało tego, mama pamięta o każdej rocznicy śmierci Elvisa, i siłą rzeczy nasi sąsiedzi też o niej pamiętają – 16 sierpnia „Heartbreak Hotel” słuchany głośniej niż głośno wprawia w drżenie okna w całym domu, a basy rozchodzą się po jego okolicach.

- Mamo, co tu się dzieje? Impreza? – pytam przekrzykując króla.
- ROCZNICA! – odpowiada.




O tym, że Elvis nie żyje, dowiedziałam się w 1995 lub 1996 roku, czyli z „lekkim” poślizgiem, ale był taki płacz, jakby to się wydarzyło wczoraj! Chyba było dla mnie oczywiste, że skoro mama puszcza mi kasety Elvisa, to ON ŻYJE.
- Dlaczego płaczesz córcia?
- Bo Elvis umaaaaaaaaaarł!

Album o Elvisie napisany przez mamę na maszynie, ilustracje - wycinki z gazet


Płyty, kasety...

Film na video "Paradise, Hawaiian Style" z 1966 roku,
wersja francuska. Zwróćcie uwagę, jaka beznadziejna okładka!






Lubię takie zdjęcia sprzed "kilku" lat, mają swój klimat.
Pozdrawiamy Baśkę, prawda? :)

9 komentarzy:

  1. Wspaniała kolekcja, a wierność idolowi godna pozazdroszczenia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna sprawa. Jestem pod wrażeniem. Pochwal się kiedyś bardziej dokumentacją samego albumu, w formie fotografii oczywiście.

    Okładka filmu doskonale oddaje klimat Ameryki lat 60/70. Uważam, że jest super. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma problemu, zrobię zdjęcia albumu i wrzucę tutaj :)

      Okładka jak okładka, ale wiesz co jest najśmieszniejsze? Że w Polsce tytuł filmu "Paradise, Hawaiian Style" brzmi "Podrap mnie w plecy". Wiemy zatem, że tradycja dziwacznych, zniekształconych lub po prostu złych polskich tłumaczeń oryginalnych tytułów filmów sięga co najmniej roku 1966.

      Usuń
  3. i to jest piękne, że czasem jakieś wspomnienie, film, książka, piosenka wywołują w nas tak spontaniczne reakcje. Te rzeczy są jak wehikuł czasu. Podziwiam Twoją mamę.
    Cieszę się, że odnalazłam w necie Twój blog. Czuję, że będę częstym gościem. Toż to istna kopalnia wiedzy dla takiego "muzykoluba" jak ja!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rety... Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie cieszą i mobilizują do dalszego pisania komentarze takie jak Twój. Dziękuję! Zapraszam zatem na stronę facebokową (Chillout arcyszaleńczy) :)

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ucieszyłam się bardzo, kiedy przeczytałam Twoje pełne pasji słowa. Byłam pewna, że piałam z zachwytu nad Twoją mamą wcześniej w komentarzach, ale jakoś nie widzę żadnego mojego wpisu, więc raz jeszcze proszę o pozdrowienie, wyrazy szacunku i pełnego zrozumienia fanki Elvisa dla fanki Elvisa! Emocje są bardzo żywe, bo jedyny w swoim rodzaju, niesamowicie charyzmatyczny Elvis wciąż porusza do głębi. Ja wreszcie od jakiegoś czasu jeżdzę na spotkania fanów, na koncerty (np. teraz wybieram się do Londynu w listopadzie), no i nagrywam wywiady z fanami - z Twoją mamą i z Tobą chciałabym koniecznie porozmawiać i jakie to szczęście, że jesteście z Wrocławia :)) Wszystkiego najlepszego, drogie Panie! :) i bardzo proszę o kontakt - MonikaJaworska@radioram.pl

    OdpowiedzUsuń