środa, 22 lipca 2015

Film: Wielkie oczy, reż. Tim Burton

źródło: filmweb.pl
Dzisiaj o filmie, z którego krzyczy przesłanie: co twoje, to i moje; co moje, to nie ruszaj!

W porównaniu z innymi filmami Tima Burtona, np. „Edwardem Nożycorękim”, „Sokiem z żuka” czy „Sweeneyem Toddem”, „Wielkie oczy” to film dużo subtelniejszy i nieposiadający tak wielu „burtonowych” cech charakterystycznych. Nie zobaczymy w nim także tak często pojawiających się w filmach reżysera aktorów: Heleny Bonham Carter i Johnny'ego Deppa.

W „Wielkich oczach” pierwsze skrzypce gra Christoph Waltz, wcielający się w rolę Waltera Keane - podstępnego krętacza o niespełnionych ambicjach artystycznych, potrafiącego zrobić wiele, aby ludzie uwierzyli w jego talent i wielbili go. I choć jest to oparta na faktach biograficzna opowieść o twórczości stojącej w cieniu Waltera żony – Margaret Keane – to jednak właśnie Walter, tak w życiu, jak i w filmie, przyćmił dość nijaką Margaret. 

źródło: keane-eyes.com
Margaret Keane w domowym zaciszu tworzyła obrazy smutnych dzieci posiadających nienaturalnie wielkie oczy. Na pierwszy rzut oka widać, że były to prace bardzo kobiece, zresztą w kilku scenach w filmie jest to podkreślane. Mimo to bardzo łatwo pozwoliła przypisać ich autorstwo swojemu mężowi. Amy Adams gra więc kobietę bardzo uległą, naiwną, troszkę nijaką, przez co rola Christopha Waltza jeszcze bardziej wysuwa się na pierwszy plan. Według mnie jego postać jest aż nadto przerysowana. Widz od samego początku wie, że Walter Keane jest oszustem i tyranem, który opanował do perfekcji manipulację swoją żoną. A jednak do samego końca filmu da się zliczyć wiele scen, przypominających odbiorcy  o charakterze tego bohatera, choćby scena obrzucania Margaret  zarobionymi „wspólnie” pieniędzmi. Po pewnym czasie takie przerysowanie bohatera staje się irytujące. Osobiście chętnie zobaczyłabym na miejscu Christopha Waltza innego aktora, który według mnie idealnie nadawałby się do roli kłótliwego krętacza: Leonardo DiCaprio. Sugeruję jego nazwisko, bo chyba nigdy nie widziałam lepiej zagranej sceny kłótni niż w filmie „Droga do szczęścia” z  DiCaprio i Kate Winslet. Zagrałby też doskonale manipulatora i fałszerza; wspomnijmy choćby jego rolę w „Złap mnie, jeśli potrafisz”.


Wracając do „Wielkich oczu”, fani Tima Burtona mogą być delikatnie zawiedzeni, że nie jest to „typowy” burtonowski film. Nie został jednak całkowicie pozbawiony tego klimatu, da się zauważyć charakterystyczne dla tego reżysera smaczki. Uważam, że w filmie zostały poruszone bardzo ważne kwestie – życia w toksycznym związku, uzależnienia od drugiej osoby, życia z ciężarem kłamstwa (w końcu Margaret również brała udział w oszustwie), konsumpcjonizmu (świat oszalał na punkcie wielkich oczu smutnych dzieci i kobiet).

źródło: margaretkeane.com

Mimo wyżej wspominanego przerysowania Waltera oraz nijakości Margaret, film nadal ogląda się z przyjemnością, między innymi dzięki oddaniu klimatu lat 60. ubiegłego wieku (kostiumy, sceneria). Nie jest to trudny w odbiorze biograficzny dramat psychologiczny, wbijający w fotel i skłaniający do wielogodzinnych rozmyślań nad ludzką naturą.

Polecam w wolnym czasie obejrzeć „Wielkie oczy”. Być może z obrazów Margaret Keane bije kicz i masówka, jednak osobiście uważam, że te dzieciaczki cieszą oko (przynajmniej moje). Niech ucieszą i Twoje!

Recenzja opublikowana na dlaLejdis.pl

niedziela, 28 czerwca 2015

Książka: Louise Booth "Billy. Kot, który ocalił moje dziecko"

Pisane w połowie czerwca

Jestem dzisiaj najsmutniejszym właścicielem kota na świecie. Właściwie to… już tym właścicielem nie jestem. Musiałam dzisiaj uśpić moją Emi. Emi była najfajniejszą kotką „rasy europejskiej”, czyli dachowcem, jaką miałam. 

Moja Emi

Była z nami 10 lat. 10 lat zobowiązuje. 10 lat ocierania się o nogi, 10 lat łażenia po parapetach, 10 lat mruczenia „jestem księżniczką, daj mi jeść, bo inaczej odwrócę się do ciebie d… ogonem”, 10 lat wspinania się na orzech i brzozę, 10 lat „przyniosłam ci mysz, masz tu jej żołądek na wycieraczce w prezencie”, 10 lat „kocie, weź idź obudź kogoś innego, jest piąta rano”, 10 lat sprawdzania, czy Emila śpi na fotelu bujanym, 10 lat PRZYWIĄZANIA. Choć prawdę mówiąc, dopiero moja reakcja na jej potwornie nagłą (tydzień temu była okazem zdrowia) i przygnębiającą śmierć utwierdziła mnie w przekonaniu, jak bardzo byłam do Emilki przywiązana. Ta ostateczna decyzja „dobrze, uśpijmy ją” jest tak samo konieczna, co przerażająco trudna. Jak zwykłam mówić, „wycie nie z tej ziemi”.

„Czy dom bez kota - najedzonego, dopieszczonego i należycie docenionego
- zasługuje w ogóle na miano domu?"
Mark Twain

Trudno mi sobie teraz wyobrazić jakąś następczynię Emilki, bo ja chcę JĄ z powrotem, i pewnie moja reakcja jest typowa. Jednak wracając dziś od weterynarza nasunęła mi się właśnie taka myśl: dom bez kota (bez Emilki) to nie dom.

Dość smutny (a dla mnie najsmutniejszy na świecie) wstęp do recenzji książki, którą chciałabym wam polecić. Szczerze w tej całej sytuacji cieszę się, że opowieść „Billy. Kot, który ocalił moje dziecko” skończyłam czytać kilka dni temu. Gdybym miała ją czytać teraz, pewnie wylałabym morze łez. Choć tak czy inaczej, jest mi trudno.

źródło: www.nk.com.pl
Z tym, że atmosfera w domu jest weselsza, kiedy zjawia się kot, nie trzeba dyskutować. Tak po prostu jest. Łatwo się też zgodzić, że zwierzęta mają wpływ na samopoczucie, a nawet na zdrowie człowieka. Jednak w tej kwestii to raczej psy są faworyzowane. Nie ujmując niczego kochanym pieskom, chciałabym wyrazić moje zdanie, podparte historią opowiedzianą przez Louise Booth w książce „Billy. Kot, który ocalił moje dziecko”: koty potrafią być równie mądre, a przyjaźń z nimi może być równie silna i „uzdrawiająca”, co przyjaźń z psami.

Krótko mówiąc, jest to prawdziwa historia (nadal trwająca!) dziecka chorego na autyzm, które zaczyna się lepiej rozwijać dzięki kotu. Jakby na to sceptycznie nie spojrzeć (raczej dzięki medycynie, co może mieć z tym wspólnego kot?), zaręczam, że po przeczytaniu tej książki każdy uzna, że coś w tym jest. Tu nie ma nic zmyślonego. Louise Booth, mama chorującego Frasera, daje mnóstwo przykładów na to, że przyjaźń Frasera z kotem Billym realnie wpływa na rozwój jej dziecka, szczególnie na rozwój zdolności interpersonalnych, ale nie tylko. Uwierzycie, że dzięki kotu chłopiec zaczął wchodzić po schodach, choć wcześniej tego nie potrafił? Że dzięki kotu zaczął wychodzić na dwór, choć wcześniej bał się nawet dźwięku dzwonka do drzwi?

Fraser i Billy
źródło: facebook.com/FraserandBilly
Nie myślcie jednak, że kot jest lekiem, receptą na autyzm. Nic z tych rzeczy. Życie rodziców Frasera wcale nie jest sielanką, a oni sami dalecy są od stwierdzenia, że od kiedy w ich domu pojawił się kot Billy, choroba odeszła w niepamięć. Jednak nawet zdjęcia umieszczone na okładce świadczą o tym, że Frasera łączy z Billym niesamowicie silna, wyjątkowa więź. Ten chłopiec nie potrafił zaprzyjaźnić się z własnymi rówieśnikami, ale umiał zaprzyjaźnić się z kotem. I nawet jeśli się na niego ogromnie rozgniewa, to jak na przyjaciół przystało, potrafią się pogodzić.

Ten kot otworzył Frasera na świat. Mówcie o tym, że koty są indywidualistami, chodzą własnymi drogami i przywiązują się do człowieka tylko na tyle, na ile chcą. Nie przeczę, że tak jest. Ale dodaję, i jestem tego na 100 % pewna, że w tej swojej „księżniczkości” koty potrafią z człowiekiem nawiązać nić porozumienia i naprawdę się zaprzyjaźnić. A Billy? Bliscy Frasera uznają przełom w rozwoju chłopca, który nastąpił dzięki Billy'emu, za cud. Billy, cudowny kot. Z serca polecam książkę. Kociarzom. Rodzicom. Tym, którzy chcą się dowiedzieć, na czym w praktyce polega autyzm.


Nasza Księgarnia, 2015

sobota, 20 czerwca 2015

Książka: Jojo Moyes "Razem będzie lepiej"

„Na pewno coś wymyślimy” – to motto życiowe Jess. Jest jedną z kobiet, które nie pozwalają sobie na chwile słabości. Taka postawa jest konieczna, kiedy samotnie wychowuje się dzieci, często nie mając czego włożyć do garnka oraz martwiąc się o byłego męża, który wpadł w depresję. Chętnie pożyczyłabym Jess koszulkę z napisem „Keep calm and carry on”.

Jess jest bohaterką książki Jojo Moyes o prostym tytule „Razem będzie lepiej”.

Jeśli lubicie powieści drogi, sięgnijcie po „Razem będzie lepiej”. Zupełnym przypadkiem ostatnio przeczytałam dwie powieści, w których motywem przewodnim była podróż. Pierwszą z nich jest „Ostatni autobus do Coffeville” (polecam!), a teraz właśnie książka Jojo Moyes. Po tych dwóch lekturach uderzyło mnie to, że człowiek jest istotą bardzo szybko przywiązującą się do drugiej osoby, do zwierząt także. Mówi się, że przyjaźń buduje się latami, że nie warto ufać, że trzeba razem beczkę soli zjeść itd. Jest w tych stwierdzeniach sporo racji, ale gdybyśmy żyli mając cały czas za uszami słowa „temu nie ufaj, jakoś dziwnie mu z oczu patrzy”, wszyscy stalibyśmy się bandą odizolowanych samolubów, żyjących tylko z sobą i dla siebie. Fajne, do czasu.

Bo tak na końcu, to bez drugiego człowieka jesteś zerem.

Bohaterowie powieści „Razem będzie lepiej” (Jess, nieznajomy Ed, Tanzie, Nicky i pies Norman) są skazani na swoją obecność w jednym samochodzie w nieoczekiwanej, długiej podróży do Szkocji. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Ed, będąc pracodawcą Jess, ani przez chwilę nie był brany pod uwagę jako uczestnik podróży. Ale powiedz Panu Bogu o swoich planach, to będzie miał niezły ubaw, co nie?

Wracając do wcześniejszej myśli: człowiek się przywiązuje. W bardzo szybkim czasie. Jeśli tylko „trafi swój na swego”, to już po kilku wspólnie spędzonych godzinach można się zastanawiać „co ja bym bez niego zrobił?”. Nawet jeśli chodzi tylko o wyrządzaną przysługę (ok, zawiozę was do Szkocji), to po powrocie do domu jakoś dziwnie brakuje tego kierowcy, prawda?

Powieść Jojo Moyes przypomina czytelnikowi o wielu prostych, ale jakże ważnych sprawach:
- ufaj
- kochaj i mów, że kochasz
- uwierz, że pieniądze się znajdą. Naprawdę, jeśli tylko są naprawdę potrzebne, znajdą się.
- miej zwierzęta :)

Kochaj i ufaj. A jeśli zaufanie jest składnikiem miłości, to pozostaje tylko: KOCHAJ.

Fajnie, że nie jest to książka o udręczonej życiem kobiecie, która przez brak pieniędzy, miłości i sukcesów traci sens życia i zamyka się w sobie. To bardzo pokrzepiająca lektura, dająca nadzieję i motywacyjnego kopa. Kiedy dzieje się coś nie po naszej myśli, zaczynamy marudzić i myśleć co by było, gdyby. Gdybologia wydaje się wtedy najlepszym rozwiązaniem, czyż nie? A weź sobie czasem krzyknij sam do siebie, jak Jess: WEŹ, NIE PRZESADZAJ!


Na koniec – muzyka z książki: „(…) z należną prawdziwej poezji czcią recytował pełny tekst Money for Nothing” (s. 64)


Wydawnictw Między Słowami, Kraków 2015

piątek, 15 maja 2015

Książka: Ronald Reng "Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk"

Ciężko moi drodzy, ciężko mi po tej lekturze. „Życie wypuszczone z rąk” to książka, o której mogę pisać dopiero jakiś miesiąc po jej przeczytaniu. To prawdziwa historia niemieckiego piłkarza (bramkarza), Roberta Enke (1977-2009), który cierpiał na nawracającą depresję. 

Trudne było jego życie, zastanawiam się też, co przeżywał jego ojciec – psychiatra – widząc, że nie potrafi pomóc własnemu synowi. Trudno mi myśleć o rodzinie, którą pozostawił, postanawiając odebrać sobie życie. Pewnie nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co czuje mężczyzna, ojciec, syn i mąż, który wie, że wychodzi z domu po raz ostatni. Z pewnych względów ta książka jest dla mnie bardzo ważna.  Nie zliczę, ile razy miałam gulę w gardle i marszczyłam czoło ze zdenerwowania, czytając ją.
 
Robert Enke przegrał walkę z depresją.

Często mówi się, że ktoś przegrał/wygrał walkę z rakiem.
Mam wrażenie, że z depresją jest trochę inaczej. Depresję ukrywa się przed wielkim światem (przykład: Robert Enke). Chorujący ukrywa depresję nawet przed samym sobą. No bo przecież jak to, depresja? Mam kochającą żonę, dobrą pracę, co ja tu będę z depresją wyskakiwał… Nie jest tak? Depresji boimy się jak cholera, nie mówimy o niej. Jeśli ktoś obok choruje, lęk budzi nawet zadanie pytania „Jak się czujesz?”. 
 
Robert Enke z córką. Źródło: Youtube

Kiedy słyszy się, że ktoś popełnił samobójstwo po długim chorowaniu na depresję, dopiero wtedy gdzieś po cichu toczą się rozmowy:
- Chorował na depresję…
- O Boże, biedny… Co taki człowiek musi mieć w głowie? Dlaczego nikt nie był w stanie mu pomóc?
- Ech, depresja… wyniszczająca choroba.

No właśnie, choroba. Choroba, na którą nie działają słowa „weź się w garść, będzie dobrze, życie jest ciężkie, ale trzeba jakoś sobie radzić, iść do przodu”. Nie działają. Albo: „dostaniesz kopa w d***, to przejdzie ci to marudzenie”. Nie przejdzie. Albo: „przecież ty nie masz jakichś wielkich problemów, więc o co chodzi?”. No, sorry, mam problem z mózgiem, coś z moją serotoniną nie halo, „prawdopodobnie doszło do zerwania synaps” (s. 341), i koniec tematu, weź, idź, odejdź, nie pytaj.

„Dla niektórych ludzi smutek jest trudny do zniesienia (...). Jak wygląda życie ze strachem przed strachem?” (s. 9)

Książkę o swojej walce z depresją początkowo miał napisać sam Robert Enke. W ramach terapii pisał dziennik, którego fragmenty przeczytamy w tej książce, koniec końców napisanej przez niemieckiego dziennikarza sportowego Ronalda Renga. Żaden ze mnie kibic, dlatego gdyby to była biografia jakiegokolwiek innego piłkarza, nie sięgnęłabym po nią. Jednak „Życie wypuszczone z rąk” znacznie wykracza poza opisy sukcesów i porażek zawodowych Roberta Enke i cały piłkarski świat. I naprawdę pal sześć, że niektóre fragmenty w ogóle mnie nie interesowały, te wszystkie relacje z meczów, transfery i tak dalej (wybaczcie moją ignorancję). Pal sześć, że styl Ronalda Renga uważam za nieco pokraczny i kanciasty i być może powinien skupić się na pisaniu artykułów, a nie książek. Interesowało mnie zupełnie coś innego. Robert Enke. Wielki Nieobecny. Jego wyraz twarzy. Częsty, mylący uśmiech na zdjęciach. Jego niemoc i strach.

„Gdybyś przez pół godziny siedziała w mojej głowie, zrozumiałabyś, czemu ogarnia mnie obłęd” (s. 11) – powiedział pewnego razu do swojej żony.

Dla fanów piłki nożnej pozycja obowiązkowa. Polecam również tym, którzy w jakiś sposób zetknęli się z depresją. Może dzięki nagłaśnianiu takich spraw więcej osób wygra z tą chorobą.
Uważajcie na siebie. I na swoich bliskich. 
 
Wydawnictwo Sine Qua Non, 2015
Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej książki. 


Na koniec: Luxtorpeda - "Serotonina

"Czuję się kaleki i ręce mam ciężkie
tabletki na recepty, nie dadzą mi więcej
jak ponownie posklejać się w całość
wysypało się ze mnie, nic nie zostało
i mam depresję, a wiecie, nie chcę
zgubiłem szczęście, wszystko to bezsens
kto mi ją zabrał, czyja to wina?!
Gdzie jest moja serotonina?!"

PS Jadę w niedzielę na mecz, drugi raz w życiu! :)

czwartek, 7 maja 2015

Książka: J. Paul Henderson "Ostatni bus do Coffeville"

Pierwszy raz przeczytałam powieść wydaną przez PWN. Wydawnictwo kojarzyło mi się do tej pory z encyklopediami i leksykonami oraz publikacjami akademickimi.
 
Spodziewałam się więc literatury pięknej z górnej półki, a nie zwykłego czytadła, którego fabuły nie pamięta się po tygodniu od przeczytania. Do czytadeł nic nie mam i sama po nie sięgam, bo wszystko jest dla ludzi. Jednak „Ostatni bus do Coffeville” jest czymś więcej. Zapada w pamięć, a czytając, od razu zaczęłam się zastanawiać, którego ze znanych aktorów obsadziłabym w głównych rolach filmu powstałego na podstawie tej książki. Z chęcią obejrzałabym ekranizację „Ostatniego busu do Coffeville” z prostego względu – niesamowita fabuła, opowieść wielowątkowa, poruszanie ważnych tematów. Zastanawiam się, czy starczyłoby mi życia, żebym wymyśliła w swojej głowie tak pokręconą (w pozytywnym sensie) fabułę. Wielkie oklaski dla wyobraźni, stylu pisarskiego i poczucia humoru autora – J. Paula Hendersona.

No tak, na samym wstępie wyłożyłam same superlatywy. Na domiar powiem jeszcze, że „Ostatni bus do Coffeville” plasuje się w zacnym gronie moich ulubionych powieści. Żałowałam, że w ostatnich dniach miałam tak mało czasu na czytanie, bo z chęcią pochłonęłabym tę książkę w jeden dzień, ale niestety nie było kiedy.

Wiecie już, że książka jest świetna, mam jednak nadzieję, że zechcecie poznać zarys fabuły i doczytać recenzję do końca. Czym się tak zachwycam?

Po pierwsze - fabułą, pomysłem. Wyobraźcie sobie, że emerytowany lekarz Eugene, chora na alzheimera Nancy, mały chłopiec Eric, czarnoskóry mężczyzna, który oficjalnie nie żyje od wielu lat i ukrywa swoją tożsamość oraz pan pogodynka wyruszają razem w podróż. Każdy jest z innego świata; takie zgromadzenie różnych charakterów gwarantuje niezłą zabawę. W dodatku przemieszczają się przez USA autobusem skradzionym… Paulowi McCartneyowi. Więcej nie zdradzę. Bus Paula McCartneya zachęcił mnie, powinien zachęcić i was. Będzie się działo mnóstwo. I jeszcze więcej.




Po drugie, poczucie humoru. Takie jakie lubię. Czasem subtelne, czasem bezwzględnie „mocne”, ale nie żenujące.

Po trzecie, poruszana tematyka. Zobaczcie, wystarczy posadzić w autobusie 5 osób i przyjrzeć się ich życiu, aby móc zebrać najważniejsze życiowe wartości, wątpliwości oraz społecznie ważne zagadnienia. Jest więc dużo o Bogu (wpadliście kiedyś na pomysł, żeby policzyć ilość zmarłych w całym Starym i Nowym Testamencie?!), o przemijaniu, strachu przed chorobą, starością i niedołężnością, okrutności choroby oraz eutanazji. Bawiło mnie zachowanie chorej na alzheimera Nancy, ale kiedy pomyślałam, że to może spotkać mnie, już nie było mi do śmiechu. Jest też o rodzinie (rozwody, sieroctwo, patologie), przyjaźni (czy prawdziwa przyjaźń trwa do końca życia?), historii (wojna w Wietnamie, zabójstwo Martina Lutra Kinga) i wielu, naprawdę wielu innych sprawach, które w mniejszym lub większym stopniu dotyczą każdego z nas.

Po czwarte, last but not least, „Ostatni bus do Coffeville” przypomina mi dwie bardzo dobre ekranizacje: „Forresta Gumpa” (reż. Robert Zemeckis, na podstawie książki Winstona Grooma) i „Przebudzenia” (reż. Penny Marshall, na podstawie powieści Olivera Sacksa) oraz książkę „Służące” Kathryn Stockett. Myślę, że to porównanie jest wystarczająco zachęcającym do lektury komplementem, wszak wszystkie wymienione tu tytuły trzeba znać i warto lubić.

PWN, 2015.
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

czwartek, 30 kwietnia 2015

Książka: Ismet Prcić „Odłamki”

Pięć lat temu przejeżdżałam przez Serbię (miejsce docelowe: Grecja). Zatrzymaliśmy się na cały dzień w miejscowości Valjevo. Mieszkała tam polska rodzina, która wyjechała do Serbii na misje szerzyć katolicyzm (większość mieszkańców Valjeva to prawosławni).

Serbia graniczy między innymi z Bośnią i Hercegowiną, jednak będąc stosunkowo blisko granicy serbsko-bośniackiej, wcale nie myślałam o tym, co wydarzyło się tam w latach 90. Myślałam tylko o tym, jak dobrze jest rozprostować nogi po 15-godzinnej podróży autokarem, dobrze zjeść i zwiedzić miasto, a wieczorem usiąść z przyjaciółmi i grać na gitarach. Gdzieżbym myślała o wojnie w Bośni, no gdzież.

Co się odwlecze, to nie uciecze. „Odłamki” kazały mi się przeczytać. Mimo że tematyka wojenna nie jest moją ulubioną, to coś mi mówiło, że muszę sięgnąć po tę książkę. Przecież to było tak niedawno. Co innego czytać powieść, której akcja toczy się w czasach I lub II wojny światowej, a co innego o wojnie domowej, która trwała, kiedy byłam radosną pięciolatką. Myślę, że taką wojnę można „poczuć” jeszcze bardziej.

Ismet Prcić w swoim debiucie literackim pokazuje, jak bardzo może udręczyć człowieka wojna. Choć na dobrą sprawę nie powinien narzekać, bo koniec końców wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, to jednak wnętrze ma poharatane. Co się naoglądał i co przeżył, to jego, jak mówią. Jak bardzo się natrudził, aby wyemigrować, ilu bliskich zostawił, jakie wątpliwości musiał zdusić w sobie, to jego.

Ta autobiograficzna powieść nie ma ustalonej chronologii. Czytamy fragmenty, swego rodzaju „odłamki” z dzienników Ismeta Prcicia z różnych lat: 1995, 1999, 2000. Przez to książka jest trudna w odbiorze, można się pogubić. Można się pogubić i przerazić, czytając jedno zdanie zajmujące ponad stronę, bo i tak obszerne potrafią być majaki połamanego wojną człowieka. Stylistycznie – autor skacze z poziomu bardzo potocznego, brutalnego i wulgarnego, na niemal poetycki. Dlatego są fragmenty, które czytało się szybko, ale i takie, które męczą i sprawiają, że nasuwa się myśl, czy to wciąż ta sama książka, ten sam bohater. Jeśli chodzi o bohaterów, zapamiętacie Mustafę (do końca nie odgadłam, czy to wytwór wyobraźni Prcicia, czy realna postać) oraz pewnego psa.

Jedna uwaga: Ismet Prcić nie opowiada o przebiegu wojny. „Odłamki” to raczej element jego terapii i być może pogodzenia się z tym, co było, ale na pewno nie poznamy dzięki tej lekturze większości aspektów wojny domowej w Bośni. Poznamy udręczonego nią młodego człowieka o duszy artysty, ale nie wojnę. Choć kilka brutalnych akcji rzeczywiście w niej jest.

„Odłamki” to bardzo sugestywny tytuł. Ismet Prcić jest pełen odłamków wojny. Ale nie tylko. Jest pełen odłamków złamanego serca, pełen odłamków depresji matki, pełen odłamków zdrady ojca. To mnie dotknęło bardzo mocno, chyba bardziej niż sam fakt, że Ismet Prcić musiał przeżywać ucieczkę przed wojną, być niepewnym jutra uchodźcą (choć tak naprawdę nie wiadomo, ile jest fikcji w opisanej historii). Przejmujące jest to, że w każdym w nas tkwią odłamki. Odłamki osobistej historii, która rzutuje na nasz stan psychiczny w późniejszym życiu. Odłamki brudu, odłamki rozwodu, odłamki samobójstwa przyjaciela, odłamki nałogu alkoholowego, odłamki utraty zaufania, odłamki depresji. Albo depresja jako wynik zbioru odłamków. Tkwią w człowieku niczym drzazgi, nie dające się usunąć spod skóry, wciąż widoczne i drażniące. Niczym brud za paznokciem, paproch w oku. „Odłamki” przypominają, że nie da się zapomnieć niektórych rzeczy. Można wybaczyć, ale nie można zapomnieć. Nie można usunąć odłamków. Tak jak nie można zapomnieć „Odłamków”.

Trudna książka. Nie sięgnę po nią ponownie, i to nie dlatego, że oczekuję jedynie lekkich i przyjemnych lektur. Po prostu ten sposób opowiedzenia o wojnie nie podobał mi się. Podobał mi się wątek o kryzysie w rodzinie, o dorastaniu i pierwszych zauroczeniach. Ale równie dobrze można o tym pisać nie na tle państwa dotkniętego wojną. Może się podobać. Skądś te nagrody literackie się posypały. Ale ja już chyba wolę do Valjeva.


Wydawnictwo Sine Qua Non, 2015

PS 
W "Odłamkach" skrytykowano Green Day. 


piątek, 24 kwietnia 2015

Książka: Sara Leiss "Klinika Pana B."

Czytałam kilka recenzji tej książki. Jeśli moje słowa przeczytają inni recenzenci, być może się teraz na mnie zdenerwują, ale zaryzykuję.

Jeden recenzent zastanawiał się, czy „Klinika Pana B.” to debiut literacki, czy może autor książki ukrywa się pod pseudonimem i jest to już książka któraś z kolei. Inny główkował, kim jest autorka – czy ma coś do czynienia z podejmowanym w powieści tematem psychologii uzależnień, czy po prostu zrobiła dobry research. Poza tym, Sara Leiss? „A czy to polskie nazwisko?”.
Kochani! Zamiast rozmyślać, warto zrobić własny research i spróbować się dowiedzieć, czyją książkę czytasz. Intryguje cię nazwisko autora, którego nigdy wcześniej nie czytałeś? Zastanawiasz się, czy jest fizjoterapeutą, bo tak szczegółowo opisał kontuzję nogi głównego bohatera? Czy lubi skoki ze spadochronem, bo przecież ten bohater też skacze…? Weź się dowiedz, kim jest ta osoba! Chyba, że wolisz przeczytać książkę i nacieszyć się interesującą opowieścią, a kwestię debiutu/researchu/pseudonimu odłożyć na półkę razem z lekturą. Polecam jednak bardziej się zainteresować. Zajrzeć na strony autorskie, poszukać nazwiska na portalach społecznościowych, cokolwiek. I nagle rozwiązanie zagadki staje się proste, kiedy czytasz jedno zdanie, z którego jasno wynika, że „Klinika Pana B.” to debiut literacki, w związku z którym autorka Sara Leiss ma „niezłego stracha”.
Po przeczytaniu tej książki również mam niezłego stracha… przed dentystami i uzależnieniami! Oraz przed tym, że tak naprawdę wszyscy mamy źle w głowach i bardzo, bardzo boimy się życia, przed którym uciekamy właśnie w uzależnienia.
Główną postacią w tej powieści jest M. – lekko znerwicowany stomatolog z Wrocławia, po godzinach pracy skaczący ze spadochronem z wieżowców. Ma dziewczynę, której nie szanuje, bo częściej rozmyśla o piersiach i pośladkach swoich pacjentek, niż o niej. Ma kota, którym się nie interesuje, a także, dziwnym zrządzeniem losu, ma obowiązek przejść terapię w klinice usytuowanej gdzieś w górach (zachodzę w głowę, dlaczego dopiero pod koniec książki autorka zdradziła nazwę miejscowości?).
Dyrektorem kliniki jest P.B. i jednocześnie terapeuta M. Pobyt M. w klinice okazuje się czystą abstrakcją pełną dziwnych, niefortunnych zdarzeń. W klinice poznajemy szereg postaci, począwszy od personelu, poprzez uzależnionych pacjentów, aż po osoby „z zewnątrz”. Czytelnik obserwuje więc przebieg terapii indywidualnej i grupowej.
Nie nazwałabym „Kliniki Pana B.” jedynie powieścią psychologiczną, ponieważ stężenie wydarzeń dziwnych i zalatujących fantastyką jest zbyt wysokie, nawet jak na opowieść osadzoną w domu wariatów. Przykładowo, rozmowy M. z zamieszkującym jego łazienkę pająkiem przypominały mi nieco „Chłopaków Anansiego” Neila Gaimana oraz dowcipy o pająkach. Również bohaterowie, jak P.B. oraz M.N. mogą na końcu okazać się kimś innym, niż tylko terapeutami lub mieszkańcami pobliskiego lasu.
Będzie kolejna część „Kliniki Pana B.”. Czy na nią czekam? Trudno stwierdzić. Z jednej strony jestem ciekawa, jak potoczą się losy M. Z drugiej, nie powiedziałabym, że książka jest tak dowcipna, jak obiecuje notka na okładce. Nie jest też według mnie kontrowersyjna. Zgodzę się natomiast, że jest to powieść na pograniczu kilku gatunków, dlatego każdy może w niej znaleźć coś dla siebie. Polecam nie tylko studentom psychologii i fanom fantastyki. Uważasz się za normalnego? Przeczytaj. Uważasz się za nienormalnego? Przeczytaj tym bardziej! 
 
Wydawnictwo Novae Res, 2015
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl