piątek, 9 listopada 2012

Koncert: Mark Lanegan Band, Lyenn, Duke Garwood, Creature With The Atom Brain, 6.11.2012, Wrocław, Firlej.


źródło: www.wsa.org.pl

Mark Lanegan ma w Polsce oddanych fanów. Co takiego jest w tym wokaliście, który przecież nie ma nic wspólnego z charyzmatyczną konferansjerką, i na którego koncertach interakcja słowna z publicznością właściwie nie istnieje? A jego wygląd, w szczególności twarz pozbawiona jakiejkolwiek mimiki, jest tak tajemniczy, że mógłby nawet przerażać (spójrzcie tylko na zdjęcie). Może niektórzy w osobie artysty stawiają na piedestale, oprócz samej twórczości, właśnie umiejętność komunikowania się z publicznością. W słowniku Marka Lanegana chyba nie ma takiego wyrażenia. I właśnie to, w połączeniu z jego muzyką sprawia, że jest tak intrygujący. Plus oczywiście fakt, że wydał w końcu solową płytę.

Mark Lanegan miał wyjść na scenę dopiero o 21, ale Firlej otwarto już przed 19, kiedy to rozpoczęły się występy artystów supportujących gwiazdę wieczoru (choć w przypadku Marka Lanegana określenie „gwiazda wieczoru” jakoś mi nie leży). Na początku było bardzo mało osób. A szkoda, bo to, co usłyszałam tuż przed 19, było dla mnie muzycznym objawieniem.

Lyenn, kim jesteś?! Chciałabym napisać, że ten młody facet wyszedł na scenę przy wtórze oklasków i okrzyków rozhisteryzowanych fanów, ale niestety tak nie było. Niektórzy z tej garstki osób, które kręciły się po parkiecie, chyba nawet nie zauważyli, że ktoś z gitarą podszedł do mikrofonu. Szczerze podziwiam, i trochę współczuję zespołom supportującym, szczególnie kiedy są mało znani. Wokalista Lyenn być może czuł się zażenowany ilością przybyłych na koncert, ale nie dał tego po sobie poznać. Według mnie był najlepszy z wszystkich poprzedzających koncert Lanegana. Mimo że nie towarzyszył mu zespół, jego gra na gitarze i wokal już w pierwszych sekundach mnie zahipnotyzowały. Dreszcze na całym ciele, gęsia skórka. Pochodzący z Belgii Lyenn, wspomagając swój głos jedynie gitarą, dał niesamowity występ. Ujmował szeptem, wgniatał w ziemię rozdzierającym duszę krzykiem. Jego muzyka przypominała mi trochę album „White Chalk” PJ Harvey, a wokal chwilami był podobny do głosu wokalisty Muse. Z tym że Lyenn według mnie jest dużo bardziej przejmujący. Trudno go porównać do kogokolwiek, bo jest po prostu wyjątkowy. Warto przyjrzeć się jego twórczości, na jego stronie internetowej są utwory zagrane z całym zespołem, a nie z samą gitarą, jak było na koncercie. Lyenn zdobył moje serce w ciągu około półgodzinnego grania. Zszedł ze sceny, ale w myślach wciąż odtwarzałam jego głos. Nawet kiedy pojawił się kolejny artysta, Duke Garwood, nie mogłam się w pełni skupić na jego muzyce, bo w mojej głowie wciąż huczały utwory Lyenna. 


Duke Garwood zafundował 30 minut dość eksperymentalnego bluesa, również bez akompaniamentu zespołu, ale nie wywarł na mnie tak piorunującego wrażenia jak Lyenn.

Na parkiecie w końcu zaczęło przybywać ludzi, a na scenie pojawił się belgijski zespół Creature With The Atom Brain. Rasowe, rockowe granie z wpadającymi w ucho riffami, ale czy było w tym coś oryginalnego? W ich graniu słychać wpływy gigantów rocka, a basista Jan Wygers swoim wyglądem mógłby wesprzeć szeregi ZZ Top. Muzycznie nic nowego, ale przyciągnęli pod scenę sporo osób, rozruszali i obudzili publiczność po dużo spokojniejszych, poprzednich występach.

Chwila przerwy na oddech, ludzi coraz więcej i więcej. Wreszcie Mark Lanegan wychodzi na scenę, a ja przekonuję się, że dawno nie widziałam tak wspaniałej publiczności. Myślę, że na tym koncercie nie było nikogo przypadkowego, tylko osoby naprawdę zafascynowane twórczością Lanegana. Niekończące się brawa i okrzyki w stronę wokalisty, którego spojrzenie jest tak zimne, smutne i obojętne, że nie do końca wiadomo, czy cieszy się z obecności tylu fanów.  Bez słowa wstępu zaczął śpiewać, po trzecim utworze było już pewne, że tego wieczoru poza tekstami utworów, Lanegan nie będzie miał zbyt wiele do powiedzenia. Kiedy po kilkunastu minutach grania wypowiedział śmiertelnie poważne i pozbawione entuzjazmu „Thank you”, usłyszałam obok siebie komentarz: „To się nagadał…”. Nie patrzył na publiczność, w krótkich przerwach między utworami wzrok miał wbity w podłogę, a podczas utworów kurczowo trzymał się mikrofonu. Nie było mowy o choćby cieniu uśmiechu z jego strony. Żeby nie było wątpliwości: tajemniczość tego artysty ani trochę mi nie przeszkadza, a raczej fascynuje. To ten sam rodzaj intrygi, jaką odczuwam również w przypadku Nicka Cave’a. Duet Lanegan & Cave byłby czymś niepowtarzalnym. Piszę o tym, aby jak najlepiej oddać klimat koncertu. Zobaczcie: zero kontaktu z publicznością, człowiek totalnie zamknięty w sobie, ubrany oczywiście na czarno, a reakcja odbiorców nieproporcjonalnie wręcz entuzjastyczna.


Mark Lanegan śpiewał głównie utwory z najnowszego albumu „Blues Funeral”, ale też z „Bubblegum”. Tracklista była ułożona tak, jak trzeba – kilka spokojniejszych utworów („St. Louis Elegy”, „Harborview Hospital”), następnie rockowa bomba z machaniem głowami („Methamphetamine Blues”), i znów spokojniej. Po znakomitym koncercie zakończonym bisem Mark Lanegan podpisywał płyty (istniała możliwość kupienia ich w Firleju). Niestety przy tym już mnie nie było. Ciekawa jestem, czy fanom udało się wyciągnąć z artysty nieco więcej słów, niż „Thank you”. 

Recenzja opublikowana na WSA.org.pl

6 komentarzy:

  1. Marka Lanegana znałam tylko z nazwiska bo albo Kurt miał z nim jakąś historię, albo chciał mieć... już nawet nie pamiętam. Teraz dopiero po raz pierwszy życiu posłuchałam "where did you sleep last night" w oryginalnym wykonaniu : O piękne : o
    Zazdroszczę doświadczenia, bo z tego co mi wiadomo to Kurt występował tak samo, z boku sceny, po lewej stronie, zero kontaktu z publicznością, włosy na twarzy i zamknięte oczy.
    Taka dygresyjka, bo nazwisko Lanegana od dawna kojarzyło mi się tylko z Nirvana xD Miło się było czegoś dowiedzieć, chociaż jeszcze większym szokiem jest dla mnie, że on w ogóle jeszcze koncertuje, i to u nas :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Where did you sleep last night" - piękne, piękne :)
      Chyba pierwszy raz spotkałam się z wokalistą, który między utworami nie odzywa się ani słowem i nie uśmiecha się. I, kurde, podobało mi się to!
      Pewnie Lanegan miał jakąś historyjkę z Kurtem, myślę, że dogadaliby się (nawet bez słów:D).
      Lanegan koncertuje intensywnie, do końca listopada zjeździ prawie całą Europę!
      Posłuchaj też Lyenna, myślę, że Ci się spodoba.

      Usuń
    2. Lanegan podobno przyjaźnił się z Kurtem. I podobno to dla niego napisał "Last One in the World".
      A "Where did you sleep last night" rzeczywiście piękne - w obu wersjach.

      Usuń
  2. Znakomita płyta, znakomity koncert a Mark ... przeuroczy. Ale o tym mogli przekonać się ci, którzy zostali na owo wspomniane przez Ciebie podpisywanie płyt. Liczyłam na autograf a dostałam dedykację, mocny uścisk dłoni i szeroki (sic!) uśmiech. Cuda!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eh, no to żałuję, że nie zostałam. Widzisz, teraz jestem jeszcze bardziej zaintrygowana tym człowiekiem. Myślałam, że prywatnie jest taki sam jak na scenie, myliłam się.
      Obecnie najbardziej denerwuje mnie fakt, że nie kupiłam płyty w Firleju. Z tego co pamiętam, kosztowały 50 zł, taniej chyba nigdzie nie znajdę...

      Usuń
  3. Na wypadek, gdybyś z mojej wypowiedzi wysnuła mylne wnioski, że poza sceną Mark zmienia się w wyluzowanego, otwartego gościa, to szybko prostuję - nic z tych rzeczy :) Przyznaję, zaskoczył mnie bo pierwszy się odezwał, wyciągnął rękę, nie uciekał wzrokiem - tego się nie spodziewałam. Ba,niespodziewanym uśmiechem prawie mnie zabił ;) Widać jednak, że kontakty z ludźmi to nie jest jego żywioł - ale jest w tym swoim wycofaniu pradziwy i to, że stara się z tym walczyć czyni go jeszcze bardziej fascynującym.
    A odnośnie płyt - żałuję, że nie skusiłam się w Firleju na jedną z tych koncertowych, bo raczej na pewno nigdzie indziej ich nie znajdę. No trudno, trzeba poczekać do następnego razu. Bo następny raz na pewno będzie ;)

    OdpowiedzUsuń