wtorek, 15 września 2015

Mariusz Kędzierski w Flip-Flap Home Studio we Wrocławiu, 13.09.2015

W poszukiwaniu inspiracji na wolną niedzielę rzuciłam okiem na portal Wrocław.pl, zakładka Wrocław na weekend. ESK 2016 jak zwykle proponowała wiele: maraton, targi zoologiczno-botaniczne, koncerty, warsztaty. Przebieraj i wybieraj w czym chcesz, Wrocław na najwyższym poziomie.

I wcale bym nie pogardziła odwiedzinami pachnącego nowością Narodowego Forum Muzyki, ale przecież jeszcze będzie okazja :) Wybrałam coś bardziej intrygującego, rzadziej omawianego na forum (sic!) i gorszego zapewne akustyką, ale jakże miłego i spontanicznego!

Poszłam do czyjegoś domu. Do mieszkania. Nie zwykłam się wpraszać, ale poczułam się zaproszona, choć nie znałam ani lokatorów mieszkania, ani osób, które również postanowiły tam pójść. No, poza jedną…

Flip-Flap Home Studio (facebook.com/flipflaphome) reklamuje się tak:

Witamy w naszym mieszkaniu :)
Oferujemy artystyczne wieczorki w stylu flip-flap (czyt. w kapciach). Tylko u nas możesz z bliska zobaczyć występ artysty i poznać go osobiście. Nakarmimy was i sprawimy, że poczujecie się jak w domu. Co wy na to?

Hania na to: NO TO IDĘ!

Podczas każdego eventu otwieramy drzwi o godzinie 19. Show artysty zaczyna się o godzinie 20. W zależności od typu występu będzie to 1,5 godziny do 2 godzin.

Niedzielny event był wyjątkowy. Za sprawą miejsca (prywatne mieszkanko), atmosfery „żadnych barier” (nie znasz nikogo? Nie szkodzi, zaraz poznasz), uprzejmych lokatorów, ale przede wszystkim dzięki zaproszonemu artyście – Mariuszowi Kędzierskiemu.

Mariusz jest młodym, normalnym, wesołym facetem. Nie wiem, czy rysowałby, gdyby miał ręce. Wiem, że rysuje, mimo że nie ma rąk. Rysuje przepięknie. Odwiedźcie jego profil na fb i zachwyćcie się: facebook.com/MariuszKedzierskiArt. Mariusz wygłosił „motivational speech”. Było wzruszająco, radośnie i motywująco zarazem.
źródło: facebook.com/flipflaphome

Często lubię sobie powtarzać, że to, co dla mnie nie jest możliwe, dla Boga jest możliwe. Teoretycznie nie można rysować bez rąk, nie? A jednak. Na własne oczy widziałam prace Mariusza Kędzierskiego.


Nakarmimy was - możecie przynieść także coś od siebie. Nie jesteśmy barem ani restauracja, ale ugotujemy dla was!

źródło: facebook.com/flipflaphome


No, ledwo mnie namówili! Słowo „nakarmimy” brzmi tak, że ślinka cieknie. „Nakarmię cię” to jeden z lepszych tekstów na podryw. A tak serio - naleśniki z sałatką grecką – pierwsza klasa!

Przynieście cokolwiek co sprawi ze poczujecie się jak w domu. Może to być ulubiony kocyk z dzieciństwa, pluszowy mis, ale.. nie zapomnijcie o kapciach!

Wzięłam kapcie. Marta też wzięła.
 
Ja i Marta
źródło: facebook.com/flipflaphome


Jestem pewna, że nie tylko ja na hasło „chodź na flip-flap”… po prostu wstanę i pójdę :) Wrocław, spotkajmy się tam następnym razem!

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony facebook.com/flipflaphome

poniedziałek, 7 września 2015

Książka: Ks. Andrzej Draguła "Czy Bóg nas kusi? 55 pytań o wiarę"

Niech ta lektura skusi każdego, kto ma jakiekolwiek pytania dotyczące wiary katolickiej.

Zbiór tekstów ks. Andrzeja Draguły to złoty środek dla tych, którzy mają wątpliwości dotyczące Ewangelii i katolickiej wiary, ale nie dla nich czytanie encyklik, katechizmu i teologicznych ksiąg. Jednocześnie nie dla tych, którzy oczekują lektury wyjawiającej kawę na ławę, podającej oczywiste odpowiedzi niewymagające własnych rozważań. Nie jest to poradnik ujawniający jak żyć, żeby pójść do nieba. „Czy Bóg nas kusi” to coś dużo, dużo więcej. To zbiór 22 publicystycznych tekstów pomagających zrozumieć Ewangelię i konkretne sytuacje w niej zawarte, oraz 33 tekstów o sprawach mniej lub bardziej związanych z życiem duchowym.

Być może ktoś z was spotkał się już z tekstami ks. Draguły na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Dla mnie to zupełna nowość i cieszę się, że zostały wydane w formie książki, bo wiele spraw rozjaśniają, rozwiewają wątpliwości. Mnóstwo fragmentów jest do przepisania w notatnik lub gdziekolwiek indziej i do zapamiętania. Co więcej, nie tylko dla wierzących! Mówi się, że ateiści powinni znać Ewangelię, aby wiedzieli, w co nie wierzą. Uważam, że każdy – wierzący, niewierzący – odczuwa pewne luki, brak wiedzy jeśli chodzi o religię. Przecież na końcu wszystko jest tajemnicą, wszystko jest właśnie wiarą.

Wszystkie artykuły kończą się znakiem zapytania (np. Czy Jezus używałby Internetu? Czym się różni miłość do Boga od miłości do żony?), jednak jak już wspomniałam, czytelnik nie powinien oczekiwać oczywistej odpowiedzi. To by było za proste. Książkę „Czy Bóg nas kusi?” należy czytać z nieustającą uwagą. Ale nawet głębokie skupienie według mnie nie wystarczy, aby po lekturze powiedzieć sobie „Teraz już wiem, o co chodzi”. Absolutnie! Książkę czyta się jednym tchem i podczas jednego-dwóch wieczorów, ponieważ każdy tekst to mniej więcej 2-3 strony. Cóż, kiedy każdy kolejny tytuł zachęca do dalszego czytania, a pod koniec już się nie pamięta, „Po co komu modlitwa”? Osobiście zachęcam do wielokrotnego powracania do tej lektury. Żeby więcej ważnych rzeczy zapamiętać. I ważnych cytatów, np. Jana Pawła II.

 Uwaga! Może wbić szpilę w czuły punkt i zmusić do pokornego zastanowienia się nad sobą: „Cała więc nadzieja człowieka pysznego w tych, którzy uświadamiając mu bolesną prawdę, kim jest rzeczywiście, poprzebijają unoszące go balony fałszywej samooceny i tym samym szczęśliwie sprowadzą go na ziemię” (s. 143), ale też pokrzepić w kryzysie: „Bóg jest takim rodzicem, który mówi nieustannie: Cokolwiek się zdarzy, kocham Cię”.


Polecam i idę sobie przypomnieć, „Czy należy bać się z(wątpienia)?

Wydawnictwo WAM, 2015
Recenzja opublikowana na dlaLejdis.pl

środa, 22 lipca 2015

Film: Wielkie oczy, reż. Tim Burton

źródło: filmweb.pl
Dzisiaj o filmie, z którego krzyczy przesłanie: co twoje, to i moje; co moje, to nie ruszaj!

W porównaniu z innymi filmami Tima Burtona, np. „Edwardem Nożycorękim”, „Sokiem z żuka” czy „Sweeneyem Toddem”, „Wielkie oczy” to film dużo subtelniejszy i nieposiadający tak wielu „burtonowych” cech charakterystycznych. Nie zobaczymy w nim także tak często pojawiających się w filmach reżysera aktorów: Heleny Bonham Carter i Johnny'ego Deppa.

W „Wielkich oczach” pierwsze skrzypce gra Christoph Waltz, wcielający się w rolę Waltera Keane - podstępnego krętacza o niespełnionych ambicjach artystycznych, potrafiącego zrobić wiele, aby ludzie uwierzyli w jego talent i wielbili go. I choć jest to oparta na faktach biograficzna opowieść o twórczości stojącej w cieniu Waltera żony – Margaret Keane – to jednak właśnie Walter, tak w życiu, jak i w filmie, przyćmił dość nijaką Margaret. 

źródło: keane-eyes.com
Margaret Keane w domowym zaciszu tworzyła obrazy smutnych dzieci posiadających nienaturalnie wielkie oczy. Na pierwszy rzut oka widać, że były to prace bardzo kobiece, zresztą w kilku scenach w filmie jest to podkreślane. Mimo to bardzo łatwo pozwoliła przypisać ich autorstwo swojemu mężowi. Amy Adams gra więc kobietę bardzo uległą, naiwną, troszkę nijaką, przez co rola Christopha Waltza jeszcze bardziej wysuwa się na pierwszy plan. Według mnie jego postać jest aż nadto przerysowana. Widz od samego początku wie, że Walter Keane jest oszustem i tyranem, który opanował do perfekcji manipulację swoją żoną. A jednak do samego końca filmu da się zliczyć wiele scen, przypominających odbiorcy  o charakterze tego bohatera, choćby scena obrzucania Margaret  zarobionymi „wspólnie” pieniędzmi. Po pewnym czasie takie przerysowanie bohatera staje się irytujące. Osobiście chętnie zobaczyłabym na miejscu Christopha Waltza innego aktora, który według mnie idealnie nadawałby się do roli kłótliwego krętacza: Leonardo DiCaprio. Sugeruję jego nazwisko, bo chyba nigdy nie widziałam lepiej zagranej sceny kłótni niż w filmie „Droga do szczęścia” z  DiCaprio i Kate Winslet. Zagrałby też doskonale manipulatora i fałszerza; wspomnijmy choćby jego rolę w „Złap mnie, jeśli potrafisz”.


Wracając do „Wielkich oczu”, fani Tima Burtona mogą być delikatnie zawiedzeni, że nie jest to „typowy” burtonowski film. Nie został jednak całkowicie pozbawiony tego klimatu, da się zauważyć charakterystyczne dla tego reżysera smaczki. Uważam, że w filmie zostały poruszone bardzo ważne kwestie – życia w toksycznym związku, uzależnienia od drugiej osoby, życia z ciężarem kłamstwa (w końcu Margaret również brała udział w oszustwie), konsumpcjonizmu (świat oszalał na punkcie wielkich oczu smutnych dzieci i kobiet).

źródło: margaretkeane.com

Mimo wyżej wspominanego przerysowania Waltera oraz nijakości Margaret, film nadal ogląda się z przyjemnością, między innymi dzięki oddaniu klimatu lat 60. ubiegłego wieku (kostiumy, sceneria). Nie jest to trudny w odbiorze biograficzny dramat psychologiczny, wbijający w fotel i skłaniający do wielogodzinnych rozmyślań nad ludzką naturą.

Polecam w wolnym czasie obejrzeć „Wielkie oczy”. Być może z obrazów Margaret Keane bije kicz i masówka, jednak osobiście uważam, że te dzieciaczki cieszą oko (przynajmniej moje). Niech ucieszą i Twoje!

Recenzja opublikowana na dlaLejdis.pl

niedziela, 28 czerwca 2015

Książka: Louise Booth "Billy. Kot, który ocalił moje dziecko"

Pisane w połowie czerwca

Jestem dzisiaj najsmutniejszym właścicielem kota na świecie. Właściwie to… już tym właścicielem nie jestem. Musiałam dzisiaj uśpić moją Emi. Emi była najfajniejszą kotką „rasy europejskiej”, czyli dachowcem, jaką miałam. 

Moja Emi

Była z nami 10 lat. 10 lat zobowiązuje. 10 lat ocierania się o nogi, 10 lat łażenia po parapetach, 10 lat mruczenia „jestem księżniczką, daj mi jeść, bo inaczej odwrócę się do ciebie d… ogonem”, 10 lat wspinania się na orzech i brzozę, 10 lat „przyniosłam ci mysz, masz tu jej żołądek na wycieraczce w prezencie”, 10 lat „kocie, weź idź obudź kogoś innego, jest piąta rano”, 10 lat sprawdzania, czy Emila śpi na fotelu bujanym, 10 lat PRZYWIĄZANIA. Choć prawdę mówiąc, dopiero moja reakcja na jej potwornie nagłą (tydzień temu była okazem zdrowia) i przygnębiającą śmierć utwierdziła mnie w przekonaniu, jak bardzo byłam do Emilki przywiązana. Ta ostateczna decyzja „dobrze, uśpijmy ją” jest tak samo konieczna, co przerażająco trudna. Jak zwykłam mówić, „wycie nie z tej ziemi”.

„Czy dom bez kota - najedzonego, dopieszczonego i należycie docenionego
- zasługuje w ogóle na miano domu?"
Mark Twain

Trudno mi sobie teraz wyobrazić jakąś następczynię Emilki, bo ja chcę JĄ z powrotem, i pewnie moja reakcja jest typowa. Jednak wracając dziś od weterynarza nasunęła mi się właśnie taka myśl: dom bez kota (bez Emilki) to nie dom.

Dość smutny (a dla mnie najsmutniejszy na świecie) wstęp do recenzji książki, którą chciałabym wam polecić. Szczerze w tej całej sytuacji cieszę się, że opowieść „Billy. Kot, który ocalił moje dziecko” skończyłam czytać kilka dni temu. Gdybym miała ją czytać teraz, pewnie wylałabym morze łez. Choć tak czy inaczej, jest mi trudno.

źródło: www.nk.com.pl
Z tym, że atmosfera w domu jest weselsza, kiedy zjawia się kot, nie trzeba dyskutować. Tak po prostu jest. Łatwo się też zgodzić, że zwierzęta mają wpływ na samopoczucie, a nawet na zdrowie człowieka. Jednak w tej kwestii to raczej psy są faworyzowane. Nie ujmując niczego kochanym pieskom, chciałabym wyrazić moje zdanie, podparte historią opowiedzianą przez Louise Booth w książce „Billy. Kot, który ocalił moje dziecko”: koty potrafią być równie mądre, a przyjaźń z nimi może być równie silna i „uzdrawiająca”, co przyjaźń z psami.

Krótko mówiąc, jest to prawdziwa historia (nadal trwająca!) dziecka chorego na autyzm, które zaczyna się lepiej rozwijać dzięki kotu. Jakby na to sceptycznie nie spojrzeć (raczej dzięki medycynie, co może mieć z tym wspólnego kot?), zaręczam, że po przeczytaniu tej książki każdy uzna, że coś w tym jest. Tu nie ma nic zmyślonego. Louise Booth, mama chorującego Frasera, daje mnóstwo przykładów na to, że przyjaźń Frasera z kotem Billym realnie wpływa na rozwój jej dziecka, szczególnie na rozwój zdolności interpersonalnych, ale nie tylko. Uwierzycie, że dzięki kotu chłopiec zaczął wchodzić po schodach, choć wcześniej tego nie potrafił? Że dzięki kotu zaczął wychodzić na dwór, choć wcześniej bał się nawet dźwięku dzwonka do drzwi?

Fraser i Billy
źródło: facebook.com/FraserandBilly
Nie myślcie jednak, że kot jest lekiem, receptą na autyzm. Nic z tych rzeczy. Życie rodziców Frasera wcale nie jest sielanką, a oni sami dalecy są od stwierdzenia, że od kiedy w ich domu pojawił się kot Billy, choroba odeszła w niepamięć. Jednak nawet zdjęcia umieszczone na okładce świadczą o tym, że Frasera łączy z Billym niesamowicie silna, wyjątkowa więź. Ten chłopiec nie potrafił zaprzyjaźnić się z własnymi rówieśnikami, ale umiał zaprzyjaźnić się z kotem. I nawet jeśli się na niego ogromnie rozgniewa, to jak na przyjaciół przystało, potrafią się pogodzić.

Ten kot otworzył Frasera na świat. Mówcie o tym, że koty są indywidualistami, chodzą własnymi drogami i przywiązują się do człowieka tylko na tyle, na ile chcą. Nie przeczę, że tak jest. Ale dodaję, i jestem tego na 100 % pewna, że w tej swojej „księżniczkości” koty potrafią z człowiekiem nawiązać nić porozumienia i naprawdę się zaprzyjaźnić. A Billy? Bliscy Frasera uznają przełom w rozwoju chłopca, który nastąpił dzięki Billy'emu, za cud. Billy, cudowny kot. Z serca polecam książkę. Kociarzom. Rodzicom. Tym, którzy chcą się dowiedzieć, na czym w praktyce polega autyzm.


Nasza Księgarnia, 2015

sobota, 20 czerwca 2015

Książka: Jojo Moyes "Razem będzie lepiej"

„Na pewno coś wymyślimy” – to motto życiowe Jess. Jest jedną z kobiet, które nie pozwalają sobie na chwile słabości. Taka postawa jest konieczna, kiedy samotnie wychowuje się dzieci, często nie mając czego włożyć do garnka oraz martwiąc się o byłego męża, który wpadł w depresję. Chętnie pożyczyłabym Jess koszulkę z napisem „Keep calm and carry on”.

Jess jest bohaterką książki Jojo Moyes o prostym tytule „Razem będzie lepiej”.

Jeśli lubicie powieści drogi, sięgnijcie po „Razem będzie lepiej”. Zupełnym przypadkiem ostatnio przeczytałam dwie powieści, w których motywem przewodnim była podróż. Pierwszą z nich jest „Ostatni autobus do Coffeville” (polecam!), a teraz właśnie książka Jojo Moyes. Po tych dwóch lekturach uderzyło mnie to, że człowiek jest istotą bardzo szybko przywiązującą się do drugiej osoby, do zwierząt także. Mówi się, że przyjaźń buduje się latami, że nie warto ufać, że trzeba razem beczkę soli zjeść itd. Jest w tych stwierdzeniach sporo racji, ale gdybyśmy żyli mając cały czas za uszami słowa „temu nie ufaj, jakoś dziwnie mu z oczu patrzy”, wszyscy stalibyśmy się bandą odizolowanych samolubów, żyjących tylko z sobą i dla siebie. Fajne, do czasu.

Bo tak na końcu, to bez drugiego człowieka jesteś zerem.

Bohaterowie powieści „Razem będzie lepiej” (Jess, nieznajomy Ed, Tanzie, Nicky i pies Norman) są skazani na swoją obecność w jednym samochodzie w nieoczekiwanej, długiej podróży do Szkocji. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Ed, będąc pracodawcą Jess, ani przez chwilę nie był brany pod uwagę jako uczestnik podróży. Ale powiedz Panu Bogu o swoich planach, to będzie miał niezły ubaw, co nie?

Wracając do wcześniejszej myśli: człowiek się przywiązuje. W bardzo szybkim czasie. Jeśli tylko „trafi swój na swego”, to już po kilku wspólnie spędzonych godzinach można się zastanawiać „co ja bym bez niego zrobił?”. Nawet jeśli chodzi tylko o wyrządzaną przysługę (ok, zawiozę was do Szkocji), to po powrocie do domu jakoś dziwnie brakuje tego kierowcy, prawda?

Powieść Jojo Moyes przypomina czytelnikowi o wielu prostych, ale jakże ważnych sprawach:
- ufaj
- kochaj i mów, że kochasz
- uwierz, że pieniądze się znajdą. Naprawdę, jeśli tylko są naprawdę potrzebne, znajdą się.
- miej zwierzęta :)

Kochaj i ufaj. A jeśli zaufanie jest składnikiem miłości, to pozostaje tylko: KOCHAJ.

Fajnie, że nie jest to książka o udręczonej życiem kobiecie, która przez brak pieniędzy, miłości i sukcesów traci sens życia i zamyka się w sobie. To bardzo pokrzepiająca lektura, dająca nadzieję i motywacyjnego kopa. Kiedy dzieje się coś nie po naszej myśli, zaczynamy marudzić i myśleć co by było, gdyby. Gdybologia wydaje się wtedy najlepszym rozwiązaniem, czyż nie? A weź sobie czasem krzyknij sam do siebie, jak Jess: WEŹ, NIE PRZESADZAJ!


Na koniec – muzyka z książki: „(…) z należną prawdziwej poezji czcią recytował pełny tekst Money for Nothing” (s. 64)


Wydawnictw Między Słowami, Kraków 2015

piątek, 15 maja 2015

Książka: Ronald Reng "Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk"

Ciężko moi drodzy, ciężko mi po tej lekturze. „Życie wypuszczone z rąk” to książka, o której mogę pisać dopiero jakiś miesiąc po jej przeczytaniu. To prawdziwa historia niemieckiego piłkarza (bramkarza), Roberta Enke (1977-2009), który cierpiał na nawracającą depresję. 

Trudne było jego życie, zastanawiam się też, co przeżywał jego ojciec – psychiatra – widząc, że nie potrafi pomóc własnemu synowi. Trudno mi myśleć o rodzinie, którą pozostawił, postanawiając odebrać sobie życie. Pewnie nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co czuje mężczyzna, ojciec, syn i mąż, który wie, że wychodzi z domu po raz ostatni. Z pewnych względów ta książka jest dla mnie bardzo ważna.  Nie zliczę, ile razy miałam gulę w gardle i marszczyłam czoło ze zdenerwowania, czytając ją.
 
Robert Enke przegrał walkę z depresją.

Często mówi się, że ktoś przegrał/wygrał walkę z rakiem.
Mam wrażenie, że z depresją jest trochę inaczej. Depresję ukrywa się przed wielkim światem (przykład: Robert Enke). Chorujący ukrywa depresję nawet przed samym sobą. No bo przecież jak to, depresja? Mam kochającą żonę, dobrą pracę, co ja tu będę z depresją wyskakiwał… Nie jest tak? Depresji boimy się jak cholera, nie mówimy o niej. Jeśli ktoś obok choruje, lęk budzi nawet zadanie pytania „Jak się czujesz?”. 
 
Robert Enke z córką. Źródło: Youtube

Kiedy słyszy się, że ktoś popełnił samobójstwo po długim chorowaniu na depresję, dopiero wtedy gdzieś po cichu toczą się rozmowy:
- Chorował na depresję…
- O Boże, biedny… Co taki człowiek musi mieć w głowie? Dlaczego nikt nie był w stanie mu pomóc?
- Ech, depresja… wyniszczająca choroba.

No właśnie, choroba. Choroba, na którą nie działają słowa „weź się w garść, będzie dobrze, życie jest ciężkie, ale trzeba jakoś sobie radzić, iść do przodu”. Nie działają. Albo: „dostaniesz kopa w d***, to przejdzie ci to marudzenie”. Nie przejdzie. Albo: „przecież ty nie masz jakichś wielkich problemów, więc o co chodzi?”. No, sorry, mam problem z mózgiem, coś z moją serotoniną nie halo, „prawdopodobnie doszło do zerwania synaps” (s. 341), i koniec tematu, weź, idź, odejdź, nie pytaj.

„Dla niektórych ludzi smutek jest trudny do zniesienia (...). Jak wygląda życie ze strachem przed strachem?” (s. 9)

Książkę o swojej walce z depresją początkowo miał napisać sam Robert Enke. W ramach terapii pisał dziennik, którego fragmenty przeczytamy w tej książce, koniec końców napisanej przez niemieckiego dziennikarza sportowego Ronalda Renga. Żaden ze mnie kibic, dlatego gdyby to była biografia jakiegokolwiek innego piłkarza, nie sięgnęłabym po nią. Jednak „Życie wypuszczone z rąk” znacznie wykracza poza opisy sukcesów i porażek zawodowych Roberta Enke i cały piłkarski świat. I naprawdę pal sześć, że niektóre fragmenty w ogóle mnie nie interesowały, te wszystkie relacje z meczów, transfery i tak dalej (wybaczcie moją ignorancję). Pal sześć, że styl Ronalda Renga uważam za nieco pokraczny i kanciasty i być może powinien skupić się na pisaniu artykułów, a nie książek. Interesowało mnie zupełnie coś innego. Robert Enke. Wielki Nieobecny. Jego wyraz twarzy. Częsty, mylący uśmiech na zdjęciach. Jego niemoc i strach.

„Gdybyś przez pół godziny siedziała w mojej głowie, zrozumiałabyś, czemu ogarnia mnie obłęd” (s. 11) – powiedział pewnego razu do swojej żony.

Dla fanów piłki nożnej pozycja obowiązkowa. Polecam również tym, którzy w jakiś sposób zetknęli się z depresją. Może dzięki nagłaśnianiu takich spraw więcej osób wygra z tą chorobą.
Uważajcie na siebie. I na swoich bliskich. 
 
Wydawnictwo Sine Qua Non, 2015
Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej książki. 


Na koniec: Luxtorpeda - "Serotonina

"Czuję się kaleki i ręce mam ciężkie
tabletki na recepty, nie dadzą mi więcej
jak ponownie posklejać się w całość
wysypało się ze mnie, nic nie zostało
i mam depresję, a wiecie, nie chcę
zgubiłem szczęście, wszystko to bezsens
kto mi ją zabrał, czyja to wina?!
Gdzie jest moja serotonina?!"

PS Jadę w niedzielę na mecz, drugi raz w życiu! :)

czwartek, 7 maja 2015

Książka: J. Paul Henderson "Ostatni bus do Coffeville"

Pierwszy raz przeczytałam powieść wydaną przez PWN. Wydawnictwo kojarzyło mi się do tej pory z encyklopediami i leksykonami oraz publikacjami akademickimi.
 
Spodziewałam się więc literatury pięknej z górnej półki, a nie zwykłego czytadła, którego fabuły nie pamięta się po tygodniu od przeczytania. Do czytadeł nic nie mam i sama po nie sięgam, bo wszystko jest dla ludzi. Jednak „Ostatni bus do Coffeville” jest czymś więcej. Zapada w pamięć, a czytając, od razu zaczęłam się zastanawiać, którego ze znanych aktorów obsadziłabym w głównych rolach filmu powstałego na podstawie tej książki. Z chęcią obejrzałabym ekranizację „Ostatniego busu do Coffeville” z prostego względu – niesamowita fabuła, opowieść wielowątkowa, poruszanie ważnych tematów. Zastanawiam się, czy starczyłoby mi życia, żebym wymyśliła w swojej głowie tak pokręconą (w pozytywnym sensie) fabułę. Wielkie oklaski dla wyobraźni, stylu pisarskiego i poczucia humoru autora – J. Paula Hendersona.

No tak, na samym wstępie wyłożyłam same superlatywy. Na domiar powiem jeszcze, że „Ostatni bus do Coffeville” plasuje się w zacnym gronie moich ulubionych powieści. Żałowałam, że w ostatnich dniach miałam tak mało czasu na czytanie, bo z chęcią pochłonęłabym tę książkę w jeden dzień, ale niestety nie było kiedy.

Wiecie już, że książka jest świetna, mam jednak nadzieję, że zechcecie poznać zarys fabuły i doczytać recenzję do końca. Czym się tak zachwycam?

Po pierwsze - fabułą, pomysłem. Wyobraźcie sobie, że emerytowany lekarz Eugene, chora na alzheimera Nancy, mały chłopiec Eric, czarnoskóry mężczyzna, który oficjalnie nie żyje od wielu lat i ukrywa swoją tożsamość oraz pan pogodynka wyruszają razem w podróż. Każdy jest z innego świata; takie zgromadzenie różnych charakterów gwarantuje niezłą zabawę. W dodatku przemieszczają się przez USA autobusem skradzionym… Paulowi McCartneyowi. Więcej nie zdradzę. Bus Paula McCartneya zachęcił mnie, powinien zachęcić i was. Będzie się działo mnóstwo. I jeszcze więcej.




Po drugie, poczucie humoru. Takie jakie lubię. Czasem subtelne, czasem bezwzględnie „mocne”, ale nie żenujące.

Po trzecie, poruszana tematyka. Zobaczcie, wystarczy posadzić w autobusie 5 osób i przyjrzeć się ich życiu, aby móc zebrać najważniejsze życiowe wartości, wątpliwości oraz społecznie ważne zagadnienia. Jest więc dużo o Bogu (wpadliście kiedyś na pomysł, żeby policzyć ilość zmarłych w całym Starym i Nowym Testamencie?!), o przemijaniu, strachu przed chorobą, starością i niedołężnością, okrutności choroby oraz eutanazji. Bawiło mnie zachowanie chorej na alzheimera Nancy, ale kiedy pomyślałam, że to może spotkać mnie, już nie było mi do śmiechu. Jest też o rodzinie (rozwody, sieroctwo, patologie), przyjaźni (czy prawdziwa przyjaźń trwa do końca życia?), historii (wojna w Wietnamie, zabójstwo Martina Lutra Kinga) i wielu, naprawdę wielu innych sprawach, które w mniejszym lub większym stopniu dotyczą każdego z nas.

Po czwarte, last but not least, „Ostatni bus do Coffeville” przypomina mi dwie bardzo dobre ekranizacje: „Forresta Gumpa” (reż. Robert Zemeckis, na podstawie książki Winstona Grooma) i „Przebudzenia” (reż. Penny Marshall, na podstawie powieści Olivera Sacksa) oraz książkę „Służące” Kathryn Stockett. Myślę, że to porównanie jest wystarczająco zachęcającym do lektury komplementem, wszak wszystkie wymienione tu tytuły trzeba znać i warto lubić.

PWN, 2015.
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl