wtorek, 26 lutego 2013

Film: „Sugar Man”, reż. Malik Bendjelloul, Szwecja, Wielka Brytania, 2012.


www.wsa.org.pl

Rodriguez pojawił się w moim życiu kilka dni temu. Najpierw zobaczyłam wpis u dziennikarza Hirka Wrony na Facebooku, że „Sugar Man to najlepszy dokument muzyczny jaki do tej pory widział”. Potem przeczytałam artykuł w „Wysokich Obcasach”. Ostatnio obejrzałam „Sugar Man” w kinie, w niedzielę film zdobył Oscara za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny, a teraz... Teraz to już tylko muzyka Sixto Rodrigueza w moich uszach. I naiwna nadzieja, że facet sprzedający winyle przy Oławskiej we Wrocławiu, ma w swoich zbiorach płytę Rodrigueza. Chociaż to mało prawdopodobne.

I've played faggot bars, hooker bars, motorcycle funerals

Sixto Rodriguez, muzyk z Detroit, grywał w latach 70. w miejscowych pubach. Nagrał dwa albumy, które powinny odnieść sukces, jednak przepadły bez echa. Może dlatego, że miał hiszpańskie nazwisko, a przecież wtedy muzyka latynoska nie istniała. Nieoczekiwanie płyta odniosła sukces w RPA. Wszyscy znali tekst utworu „Sugar Man”. Album znajdował się w każdym domu, w którym były jakiekolwiek płyty. Wyniki sprzedaży zostawiły w tyle takie zespoły jak Rolling Stones.  Nieświadomy niczego Rodriguez po muzycznej klapie w Stanach zajął się ciężką pracą fizyczną, a środowisko muzyczne i fani zza granicy uznali go za zmarłego, przypisując mu śmierć samobójczą, jak na gwiazdę przystało.

Well, just climb up on my music,
And my songs will set you free

W filmie dokumentalnym w reżyserii Malika Bandjelloula wypowiadają się dziennikarze muzyczni, pracownicy wytwórni płytowych, a nawet murarz, pamiętający Rodrigueza z młodości. Najważniejsze są jednak dwie osoby, które postanowiły poznać losy Rodrigueza i wyjaśnić jego zagadkową śmierć.

Wielkie jest ich zaskoczenie, kiedy dowiadują się, że śmierć muzyka jest tylko legendą. Tu zaczyna się część filmu, która wyciska łzy, dodaje otuchy, ale wywołuje też uczucie niesprawiedliwości, dlaczego Rodriguez przez tyle lat nie dowiedział się, że w RPA bije rekordy popularności?!

Don't sit and wait
Don't sit and dream
Put on a smile
Go find a scene
I'm sure you'd meet
Someone who would really love you

Chwila, w której Rodriguez pojawia się w filmie już w czasach obecnych podczas kręcenia dokumentu, wcale nie pokazuje gwiazdy muzyki. Rodriguez nieśmiało zagląda przez okno, skrywa się za ciemnymi okularami, ruchy ma niepewne i nie wie, co odpowiadać na pytania. Jednocześnie wystarczy spojrzeć na jego uśmiech, aby stwierdzić, że jest niezwykle ciepły, ujmujący. Jedyne co przypomina, że jest muzykiem, to długie włosy i gitara. Może właśnie brak siły przebicia i nieśmiałość uniemożliwiły mu zdobycie sławy w Stanach?

Hello only ends in goodbye

Teoretycznie po odkryciu miejsca zamieszkania Rodrigueza nic nie stało na przeszkodzie, aby stał się gwiazdą na całym świecie. Łatwo się domyślić, że fani w RPA oszaleli na wieść, że ich idol z lat 70. nie popełnił samobójstwa. Chciałabym napisać wiele o tym człowieku, ale nie o to chodzi. Po prostu, jeśli będziecie mieli okazję, obejrzyjcie ten film. Dokument o mężczyźnie, który w Południowej Afryce witany jest entuzjastycznie niczym papież (wiem co mówię). Film ogląda się z napięciem i wzruszeniem, bo nawet wypowiadające się osoby ronią łzy. Choć z drugiej strony – wszystko z umiarem, nie jest to ckliwa historia z serii „dlaczego ja?”. Rodriguez o nic nie pyta, ujmuje pokorą. Przy napisach końcowych zwróciłam uwagę, że w kolejności występowania osób, Sixto Rodriguez jest prawie na końcu. Było to dla mnie kolejnym dowodem, że nawet w filmie o sobie samym, muzyk nie zabiega o uwagę i usuwa się w cień, tak jak to zrobił w latach 70. Tłem filmu, i jednocześnie jego bardzo ważną częścią jest muzyka Rodrigueza. Ujrzymy też krajobrazy Detroit oraz RPA, np. Kapsztadu.



Po obejrzeniu „Sugar Mana” Rodriguez nadal pozostaje dla mnie człowiekiem nieodgadnionym. Nie znam jego poglądów, mimo że znam teksty jego piosenek. Znam jego pokorę, skromność. I to mi wystarczy, mimo że nie są to cechy dzisiejszych idolów. A może właśnie z tego powodu uznaję go za kogoś wielkiego. Najlepsze scenariusze pisze życie, więc warto zarezerwować sobie jeden wieczór na poznanie historii Rodrigueza. Natomiast z jego muzyką warto pozostać na dużo dłużej.

Zastanawia mnie, ilu jeszcze jest na świecie genialnych muzyków, o których nikt nigdy nie usłyszy… Nie wiem, czy cokolwiek lub ktokolwiek jest w stanie to zmienić. Obejrzałam „Sugar Mana” w Multikinie. Cieszę się, że są ludzie, którzy zamiast projekcji 3D wybiorą film dokumentalny o mało znanym muzyku. Nie zdziwię się, jeśli za chwilę usłyszymy w radiowych stacjach muzykę Rodrigueza (w Trójce już jest). Fajne jest to, że w kinie mogę obejrzeć film, koncert czy dokument muzyczny. W marcu planuję obejrzeć w Multikinie film dokumentalny „Lemmy” o wokaliście i basiście m.in. Motörhead.

Teksty pisane kursywą to fragmenty utworów Rodrigueza. 
Recenzja opublikowana na WSA.org.pl

wtorek, 12 lutego 2013

Koncert: Guitar Day, 8.02.2013, Wrocław, Impart

8 lutego Wrocław po raz kolejny udowodnił, że jest polską stolicą muzyki gitarowej. Wrocławskie Towarzystwo Gitarowe i Biuro Festiwalowe Impart 2016 zorganizowały Guitar Day – minitargi gitarowe i koncerty gitarzystów prezentujących różne style muzyczne.

Piszę o tym z lekkim opóźnieniem, bo czekałam na zdjęcia, które miałam dostać od jednego pana, ale póki co nie doczekałam się. Jeśli na dniach je dostanę, to pewnie wrzucę na fb :)

Dla mnie był to wieczór wyjątkowy. Przysporzył mnóstwo stresu, ale i radości, miałam możliwość sprawdzenia się w zupełnie nowych dla mnie okolicznościach, w nowej roli. Eh, piszę strasznie oficjalnie, a mam ochotę wykrzyczeć po prostu: Boże, co to był za dzień! Ekscytowałam się każdą chwilą, każdym usłyszanym dźwiękiem, słowem, choć przez większość czasu nie ogarniałam, co się dzieje. Chyba wciąż nikt nie wie, o co chodzi. Już wyjaśniam! Choć pewnie i tak na nikim to nie zrobi wrażenia ;D Jako że współpracuję z WTG, miałam możliwość poprowadzenia tej imprezy, tj. zapowiadania artystów na scenie. Trochę mnie to wszystko zaskoczyło, bo nigdy nie byłam konferansjerem. Adrenalina była, wychodziłam na scenę i schodziłam z niej nieco automatycznie. Ludzie wierzą we mnie bardziej niż ja sama… i jest to szalenie miłe!

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś poprowadzę jakiś koncert, ale przebywanie z muzykami w garderobie i przysłuchiwanie się próbom i przygotowaniom… taką przyszłością nie pogardzę! Sama możliwość porozmawiania z gitarzystami, nagradzanymi w wielu konkursach gitarowych, była dla mnie czymś szczególnym. W jednym pomieszczeniu zebrało się kilku znakomitych gitarzystów, i wszyscy naraz grali. Nie wiedziałam, którym uchem i kogo mam słuchać, bo chciałoby się wszystkich naraz, tyle pięknych dźwięków! Oglądanie występów zza sceny, z innej perspektywy – ciekawe doświadczenie.  Wieczór do zapamiętania!

Recenzji jako takiej nie będzie, bo koncerty obserwowałam zza sceny lub z garderoby, gdzie występów nie było słychać. Jedynie kilka zdań, bo przecież muszę, inaczej się uduszę ;) Lubię piosenki, i różne inne dźwięki, badum tsss.

Na scenie zaprezentowali się najzdolniejsi gitarzyści dolnośląskich szkół muzycznych. Po nich przyszedł czas na profesjonalistów.

Krzysztof Pełech, którego miałam okazję już usłyszeć na Wrocławskim Festiwalu Gitarowym podczas koncertu Tommy’ego Emanuela w zeszłym roku, tym razem zagrał w duecie z Robertem Horną.
 


Następnie zaprezentował się duet Kamil Bartnik & Bartłomiej Helwing w stylu flamenco, a towarzyszyła im wspaniała tancerka Urszula Żebrowska-Kacprzak. Kobieta w ciągu niecałej godziny przebierała się w 3 różne stroje, tupała nogami tak, że aż za sceną, w garderobie zapanowało stłumione dudnienie. Niesamowita energia!

Jako ostatni miał występować Leszek Cichoński, znany wrocławianom z Thanks Jimi Festival. Jednak rozchorował się, i w zamian na scenie Impartu zagrał Piotr Restecki. I wiecie co? Ta zmiana mnie ucieszyła, bo widziałam już jego występ na wspomnianym wyżej koncercie Tommy’ego Emmanuela, i wiedziałam, że ten facet jest znakomity. Impreza nie straciła na jakości, a może nawet zyskała? Pewnie większość kojarzy Piotra Resteckiego z finału „Must Be the Music”.  Uwierzcie, że warto się zapoznać z całą płytą „Więcej niż słowa”, wydaną w zeszłym roku. Ja swój egzemplarz już mam, dostałam od samego Artysty, nawet z autografem :) Rockandrollowy przytup i poczucie humoru gitarzysty sprawiają, że myślisz: „co za charyzma, co za talent!”. Obserwując ukradkiem zza sceny miny publiczności, zauważyłam, że… są takie jak moje, czyli uśmiech od ucha do ucha plus zsynchronizowane kiwanie głową i tupanie nogami w rytm muzyki. Był to jedyny koncert, który obejrzałam w całości, bo trema już ze mnie zeszła, mogłam odetchnąć i wreszcie w całości chłonąć gitarowe brzmienia.  A było co chłonąć. Spokojne, romantyczne „As you are”, kilka mocniejszych kawałków i świetny bis: połączenie znanych utworów w jedno. Wyobrażacie sobie „Stairway to heaven” w jednym utworze z zorbą i „Jump” Van Halena!? Wyszło świetnie, znakomite zakończenie Guitar Day!


W ostatnich dniach słucham na zmianę płyt "Rumba foundation" Jesse Cooka i "Więcej niż słowa" Piotra Resteckiego. A moja gitara stoi w kącie i się kurzy, wiadomo. Po co po nią sięgać, kiedy grają mi mistrzowie? :)

czwartek, 7 lutego 2013

"Les Farforcles czyli Nasturcje i Ćwoki oraz Farfocle Namiętności", Marcin Szczygielski, Warszawa 2009.



Znowu mi się to zdarzyło. Zaczęłam czytać drugi tom jakiejś powieści, nie wiedząc, że istnieje pierwszy. Tym razem osiągnęłam szczyt durnoty, bo pierwszy tom stał na półce, i przecież dobrze wiedziałam, że go mam, ale nie wiem, jakieś zaćmienie czy co… Co jeszcze gorsze, chodziło o twórczość Marcina Szczygielskiego, o którym rozpowiadam wszem i wobec, że go uwielbiam. No dobra, grunt, że w połowie „Farfocli namiętności” zapaliła mi się we łbie żaróweczka, że „Les Farforcles”, które dostałam na Gwiazdkę, to połączone w jednej książce dwa tomy: „Nasturcje i ćwoki” i właśnie „Farfocle namiętności”. Zaczęłam czytać od początku, bo chyba należałoby jednak zacząć od pierwszego tomu! Brawa i owacje dla mnie za ogarnięcie się.

Chwała Bogu, że wróciłam do odpowiedniej kolejności. Czytając drugi tom, czyli „Farfocle namiętności”, fabuła wydawała mi się dość prymitywna, a niezliczone literówki drażniły. Na szczęście wydane w 2009 roku „Les Farfocles” przeszły chyba porządną korektę, bo literówki owszem są, ale jest ich zdecydowanie mniej.

Zosia jest stylistką w magazynie modowym „Stylle”. Jest najmądrzejsza, najpiękniejsza, świetnie się ubiera, zawsze ma rację. Problem w tym, że… tylko ona tak myśli. Egoistka do potęgi, najczęściej wypowiadanym przez nią słowem jest „ja”. Zosia ma przyjaciółkę Agnieszkę – szarą myszę, niezbyt błyskotliwą, która sama z siebie do niczego by w życiu nie doszła, gdyby nie Zosia – tak twierdzi Zosia. Prawda jest jednak taka, że Agnieszka częściej niż Zosia wpada na fajne pomysły, odnosi sukcesy i ma bardziej poukładane życie: chłopaka, mieszkanie, samochód. Agnieszka jest asystentką Zosi i przyjaciółką z dzieciństwa. Chociaż ta przyjaźń polega na tym, że kiedy Aga wymyśli coś kreatywnego, Zosia natychmiast sprowadza ją na ziemię mówiąc, że pomysł jest beznadziejne. Często przemyślenia głównej bohaterki kończą się słowami: "Dlaczego właściwie JA wcześniej na to nie wpadłam?”, „Dlaczego właściwie JA nie mam jeszcze samochodu/mieszkania/faceta?” itd.

Pierwsza z książek, czyli „Nasturcje i ćwoki” to ponoć kryminał romantyczny. Według mnie z kryminałem nie ma nic wspólnego. Jest to raczej opowieść o dwóch babeczkach i ich perypetiach zawodowych i prywatnych. W jednej z recenzji przeczytałam, że fabuła w tej książce jest najmniej ważna, i tu mam ochotę zapytać niczym Zosia: „Dlaczego właściwie ja wcześniej na to nie wpadłam?”. Bo rzeczywiście, fabuła nie jest wymyślna, ale Szczygielski pisze w tak zabawny sposób, że wszystko inne schodzi na boczny tor. Poza tym, odnoszę już kolejny raz wrażenie, że autor zna kobiety bardzo dobrze, mimo że sam gustuje w mężczyznach. A może właśnie nie „mimo”, ale „dlatego”? Na dodatek jest świetnym obserwatorem kobiecych zachowań.

W drugiej powieści, która opowiada dalsze losy Zosi i Agnieszki, głównym wątkiem są problemy sercowe Zosi. Okazuje się, że jej chłopak spędza godziny na portalu randkowym. Łatwo się domyślić, jak reaguje Zosia: „Właściwie dlaczego JA nie mogę mieć romansu?!”. No, i się zaczyna… ;).

Szczygielski wprowadził świetnych bohaterów drugoplanowych. W pierwszym tomie jest to mama Zosi, z którą rozmowy telefoniczne kończą się najczęściej słowami „Oj, zmieniłaś się, kiedyś taka nie byłaś…”. Jeśli myślicie, że są przez to przewidywalne, to oj, mylicie się. W „Farfoclach namiętności” taką postacią jest babunia, którą Zosia musi się zaopiekować. Jej zachowanie i sposób mówienia gwarantuje wybuchy śmiechu.

Zazwyczaj czytając książkę w domu, piję herbatę. Tak było i tym razem. Niestety wzięłam łyka herbaty w nieodpowiednim momencie... Wybuchy śmiechu mają to do siebie, że są niekontrolowane. A ja strasznie chciałam go opóźnić, aby herbata nie wylądowała na książce. Chciałam najpierw ją połknąć, a potem się roześmiać, ale średnio mi się to udało, no i lekko się poddusiłam. W każdym razie, uśmiałam się niemiłosiernie, bardzo lubię poczucie humoru Szczygielskiego. Przykład - fragment opowieści Agnieszki o jej umiejętnościach jako kierowcy samochodu. Niestety, mam podobnie, jeśli chodzi o ronda: 

„Ronda to największa zaraza. Wczoraj wpakowałam się na rondo Babka i zrobiłam czternaście okrążeń. Prawie się popłakałam, bo mnie nie chcieli wypuścić, i zaczęłam się bać, że mi zabraknie benzyny, bo się lampka zaświeciła. O, nie! Ronda – nigdy. Chyba że w nocy”.

I jeszcze jeden:

„[Mówi, że] nie wyobraża sobie związku z kimś, kto uważa, że eutanazja to program przesiedlania starych ludzi z Europy do Azji. Kiwam głową i uśmiecham się z wyższością, wyraźnie dając do zrozumienia, że ja dokładnie wiem, co to jest eutanazja. Zresztą sama mam taką sukienkę w szafie, ale nie noszę jej, bo nie lubię sztucznych materiałów”.

No, to już wiecie dlaczego należy uważać z herbatą przy czytaniu Szczygielskiego.

Ach, zapomniałabym. Książka ma świetną oprawę graficzną. Pasujące do treści ilustracje z polskich pism modowych lat 40. i 50. są świetnym rozwiązaniem. Po raz kolejny jestem zadowolona po przeczytaniu powieści Szczygielskiego. Ogłaszam wszem i wobec: uwielbiam go!

sobota, 2 lutego 2013

Zapowiedź: Guitar Day, 8.02.2012, Wrocław

Moi drodzy! Pozwolę sobie zapowiedzieć fajną imprezę dla wrocławskich (i nie tylko) gitarzystów!




GUITAR DAY
8.02.2013, piątek, 17:00 - 22:00 
Impart, Mazowiecka 17
Bilety na koncerty: 15*/30 PLN
* uczniowie akademii i szkół muzycznych
Bilety do nabycia w kasie Impartu, salonach EMPIK, Media Markt, Saturn oraz na www.eventim.pl, www.biletin.pl, www.ekobilet.pl
Wstęp na Targi Gitarowe bezpłatny.


Guitar Day to połączenie koncertów z mini targami, którego ideą jest zaprezentowanie różnorodności muzyki gitarowej. To doskonały pretekst do spotkania fanów gitary, melomanów oraz praktyków - profesjonalnych gitarzystów i amatorów. To ponadto możliwość uzyskania wiedzy na temat możliwości rozpoczęcia nauki gry na tym instrumencie.


Program Guitar Day:
17:00 - 20:00 Targi Gitarowe:
prezentacje sklepów, akcesoriów gitarowych, szkół muzycznych państwowych i prywatnych, wydawnictw płytowych i nutowych, festiwali, konkursów i innych imprez tematycznych
Sala Kameralna - koncerty:
18:00 - 18:45 laureaci konkursów gitarowych
(classic) :
Karolina Drozd, Jakub Lisowski, Kacper Mroczek, Filip Optołowicz, Antoni Tomaszewski
19:00 - 19:45 Robert Horna & Krzysztof Pełech
(jazz/classic/latin)
20:00 - 20:45 Kamil Bartnik, Bartłomiej Helwing & Urszula Żebrowska-Kacprzak
(flamenco)
21:00 - 21:45 Leszek Cichoński
(blues-rock)


Więcej na gitara.wroclaw.pl

Przybywajcie! 

czwartek, 24 stycznia 2013

"Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać", Mark Blake, Sine Qua Non, 2012.



Kiedy byłam chyba w pierwszej klasie liceum (7 lat temu, hohoho!), poszłam do kina, żeby zobaczyć na dużym ekranie koncert Pink Floyd z 1994 r. (Pulse). Pamiętam, że tato, który Pink Floyd bardzo lubi, mówił wtedy: Pink Floyd… Potęga! Ale wiesz, możesz się trochę wynudzić… Skąd! Pink Floyd nie wszystkim przypadli do gustu, bo Zanim oni się rozkręcą… itd., ale ja… Ja nie mogę bez tej muzyki, po prostu! Do niedawna była to tylko muzyka. Teraz, po przeczytaniu książki Marka Blake’a, znam już całą historię zespołu i wiem, o czym są utwory.

Właściwie byłam pewna, że to będzie wartościowa książka. Polecana przez radiową Trójkę, z rekomendacją i posłowiem Piotra Metza (który jest też jednym z redaktorów), autorem, który był redaktorem brytyjskiego magazynu muzycznego MOJO. Objętość książki też sugerowała, że jest to kompletna historia Pink Floyd. Plus przeurocza świnia Algie (tak, jej imię również poznałam dzięki książce) na okładce. Tło nie mogło być inne, niż to z okładki The Wall, co jest według mnie dobrym pomysłem. Ucieszyły mnie też kolorowe zdjęcia.

Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać zaczyna się dość nietypowo, bo od opisu koncertu (a właściwie tylko krótkiego występu) z 2005 r. Nie powinno się zdradzać końca książki, ale w przypadku biografii jest on oczywisty - są to najmniej zakurzone wydarzenia związane z zespołem, czyli w przypadku Pink Floyd, koncert Live 8 z 2005 r. można do nich zaliczyć. Zyskujemy opowieść, która rozpoczyna się i kończy tym samym wydarzeniem, a pomiędzy nimi otrzymujemy wszystko to, co chcielibyśmy wiedzieć o zespole. Bardzo ciekawa konstrukcja. W kilku rozdziałach autor na chwilę odbiega od wydarzeń z przeszłości, nawiązując do tych nowszych. Takie celowe zaburzenie chronologii jest ok, bo można odnieść np. dawne wypowiedzi muzyków do tego, co się dzieje obecnie. Oprócz tego każdy rozdział rozpoczyna się cytatem, najczęściej Gilmoura lub Watersa, a tytuły rozdziałów często są fragmentami piosenek. Podziwiam autora, myślę, że dość trudno było wynaleźć odpowiednie tytuły, aby jeszcze pasowały do treści rozdziału. Jeszcze trudniej było napisać całą tę książkę w ogóle, bo Floydzi przez większość swojej działalności stronili od publicznego wypowiadania się.

Książka o najbardziej leniwym zespole na świecie (słowa Gilmoura, s. 213) spełniła wszystkie moje oczekiwana. Jeśli autor ma wątpliwości, czy coś jest jedynie domysłem/legendą, czy faktem, podkreśla, że informacje niekoniecznie są prawdą. Oczywiście faktów jest znacznie więcej niż domysłów! Poznamy sylwetki członków Pink Floyd, ich życie prywatne, ale z umiarem. Informacji, o co kłócą się z partnerkami, czy je zdradzają i innych niezwykłych sensacji na szczęście nie znajdziemy, bo autor skupił się przede wszystkim na muzyce, i bardzo dobrze! Miłe jest też to, że nie odpuścił sobie wspominania o dalszych losach Syda Barretta, kiedy ten już opuścił zespół.

Przeglądam notatki, które robiłam podczas czytania, i naprawdę trudno mi znaleźć rzecz, której brakuje w biografii. Może trochę mało tu anegdotek z życia zespołu, ale na tę okoliczność autor przygotował mi odpowiedź: trzeba przeczytać Pink Floyd: moje wspomnienia perkusisty zespołu, Nicka Masona, tam ponoć jest ich mnóstwo. Nie zabrakło momentów, w których zrobiło mi się wesoło, jak choćby wspomnienie o recenzencie, który w relacji koncertu napisał o wyglądzie Davida Gilmoura: Jego włosy wyglądały na zaniedbane, zwisały pod ciężarem zbyt dużej ilości tłuszczu, rozdwajając się na wysokości ramion (s.292). No cóż, dziennikarz musiał mieć bardzo dobry wzrok, skoro zauważył te karygodnie rozdwajające się końcówki! Ale najbardziej ze wszystkiego rozbawiły mnie chyba słowa Rogera Watersa, koncertującego wówczas z zaproszonym przez siebie Erikiem Claptonem. Powiem tylko, że tę historyjkę opowiadam teraz znajomym, i zawsze robią wielkie oczy. Nie napiszę, co też powiedział Waters, przeczytajcie sami.
Prędzej świnie zaczną latać warto przeczytać nie tylko dla tych kilku fragmentów, ale dla wszystkich, ponad pięciuset stron. Oprócz opisania kolejnych albumów, tras koncertowych, konfliktów i w końcu rozpadu zespołu, dowiedziałam się jak powstawały wszystkie nieokreślone dźwięki między innymi z Echoes, ale też z wielu innych piosenek, zawierających specyficzne odgłosy (lub głosy, np. fragmenty rozmów). Uwierzcie mi, że słucham teraz Pink Floyd z jeszcze większą uwagą i zainteresowaniem. A jeśli nie wiedziałam, o czym jest dany utwór (biorąc pod uwagę teksty Rogera Watersa czasem ciężko odgadnąć jego intencje), no to… Teraz już wiem.

Z ciekawostek dodam jeszcze, że znajdzie się kilka polskich smaczków – pojawi się m.in. Roman Polański i opis koncertu Dave’a Gilmoura z Gdańska.

Stylowi Marka Blake’a nie mogę nic narzucić. W moim przypadku lektura trwała dość długo, ale nie przez nieudolność autora, tylko m.in. przez wypisywanie tytułów piosenek, których jeszcze nie słyszałam. Znalazłam kilka literówek i błędów interpunkcyjnych, ale jest ich mało, zważywszy że książka liczy ponad pięćset stron. Ze względu na objętość radzę nabyć wersję w twardej okładce, będzie się lepiej czytało.

Kilka tygodni temu bardzo się ucieszyłam na wieść, że basista Roger Waters przyjeżdża do Polski z The Wall. Teraz, po jego bliższym poznaniu dzięki książce Marka Blake’a, zastanawiam się, czy warto kupować bilet. Wprawdzie ten starszy pan już nie pluje na fanów i może jest mniej opryskliwy, ale…

Chyba rozwlekłam tę recenzję tak jak Floydzi pozwalali swoim utworom rozwlec się i trwać dwa razy dłużej niż powinny (s.292), dlatego mówię, co następuje: jeśli jesteś fanem Pink Floyd, to idziesz do księgarni bądź molocha na literę E., spoglądasz na regał TOP 10, a tam na pewno znajdziesz Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać. Przynajmniej tydzień temu tam była ;)



piątek, 11 stycznia 2013

"Mick. Szalone życie i geniusz Jaggera", Christopher Andersen, Insignis, 2012.



Noo, wreszcie udało mi się przeczytać pierwszą książkę w tym roku! Nie mam ostatnio kiedy czytać. Studia, praca... Wiecie co, przy różnych okazjach życzymy sobie zdrowia, niby wyświechtany banał, ale ono jest najważniejsze. Kiedy zacznie szwankować, nie ważne, jak wspaniale układają nam się wszystkie sfery życia. Kiedy stracimy zdrowie, tracimy również radość i chęci do czegokolwiek. Przynajmniej ja. Może też z tego względu ostatnio czytam mniej, ale trzeba się pozbierać, cyc do przodu i będzie dooobrze! To tak na marginesie.

Pierwsza przeczytana w tym roku książka - biografia Micka Jaggera. Nieprzypadkowo sporo na moim blogu recenzji biografii. Prawdopodobnie będę pisać pracę magisterską związaną z biografami muzyków rockowych. Jeśli ktoś z was ma czasem jakąś na zbyciu, do wymiany bądź do sprzedania w bardzo atrakcyjnej cenie, będę wdzięczna za informację na moim profilu na portalu LubimyCzytać.pl - klik w link. Jeśli nie tam, to na Fb: Chillout Arcyszaleńczy, albo gdziekolwiek bądź. No to teraz recenzja :)

Mick Jagger: zakochany na zabój w Keicie Richardsie, czy we wszystkich kobietach świata?

Co takiego w nim jest, że mając bruzdy na twarzy, obwisłą skórę i, no cóż, podeszły wiek, wciąż przyciąga dużo młodsze od siebie kobiety? Dlaczego Micka Jaggera, który nie ma urody typowego macho i nie jest specjalnie przystojny, nazywamy symbolem seksu? Czy znajdzie się drugi wokalista, który od 50 lat nieprzerwanie występuje, a bilety na koncerty jego zespołu, uważanego za najlepszy zespół rockowy na świecie, zawsze są wyprzedane do ostatniego miejsca? Jak to się stało, że od przeszło roku wszyscy nucimy „I’ve got the moves like Jagger”?

Właśnie skończyłam czytać biografię lidera Rolling Stonesów autorstwa Christophera Andersena. Czy znalazłam odpowiedź na zadane wyżej pytania? Po części tak, ale tylko jedno wiem na pewno: z całym szacunkiem do twórczości Jaggera, nie chciałabym mieć takiego ojca, faceta, brata. Chociaż kto wie, w końcu tysiące groupies nie mogło się mylić. Ale kiedy dobry seks i notoryczne zdrady to jedyne, co mężczyzna potrafi zaoferować w życiu prywatnym, to ja podziękuję. Dlaczego piszę tylko o tej sferze życia Jaggera? Bo właśnie na tym skupia się autor biografii.

Już sama okładka wskazuje na to, że będzie dość komercyjnie: „Szalone życie”, „niewiarygodne wyczyny seksualne”, „skandaliczna prawda” – tego typu zwroty kojarzą mi się z nastawieniem wydawnictwa na jak największą sprzedaż książki i wzbudzenie sensacji. Jakby nie dość wystarczającą sensacją było to, że The Rolling Stones obchodzą właśnie 50-lecie swojej działalności artystycznej. Ale nie czepiajmy się szczegółów, liczy się treść. I tutaj chronologicznie wszystko jest jak należy, poznajemy dzieciństwo Micka, początki kariery, samą karierę, ale najwięcej miejsca zajmują w książce właśnie owe „niewiarygodne wyczyny seksualne”. Nie mogę winić autora, że właśnie seksu jest w tym wszystkim najwięcej – biegu życia Jaggera nie zmienimy. Wolałabym jednak, żeby wszystkie zagadnienia były wypośrodkowane – przecież tak samo wiele Andersen mógłby napisać o muzyce Stonesów, inspiracjach, procesie twórczym. Nie mówię, że brakuje tych informacji, ale jest ich według mnie za mało. Poznajemy Micka, seksualnego stwora z talentem do tańczenia, śpiewania i komponowania, a nie na odwrót: Micka – artystę, który przy okazji jest seksoholikiem. Przynajmniej takie są moje odczucia.

Utwierdza mnie w nich styl Christophera Andersena. Miałam wrażenie, że czytam bardzo obszerny artykuł w czasopiśmie, a nie wydanie książkowe. Kartki szybko się przewracają, czyta się przyjemnie, jednak zabrakło mi tej pewności, że czytam rzetelną biografię tego wielkiego muzyka. Brakowało mi cytatów Jaggera, najczęściej wypowiadającymi się osobami były kochanki muzyka, niektóre anonimowe. Dlatego też trudno stwierdzić, czy książka jest w stu procentach wiarygodna. Sam autor podkreślił, że sporą część źródeł stanowiły artykuły z czasopism, wzbudza to moją podejrzliwość co do prawdziwości niektórych opisanych wydarzeń.

Nie mogę zarzucić autorowi zupełnego gonienia za sensacją, bo w biografii Jaggera nie zabrakło tytułów kolejnych płyt, perypetii związanych z trasami koncertowymi, narkotycznych odlotów,  przyjaźni i kłótni Micka z Keithem Richardsem i narodzin dzieci artysty. Jednak, mimo wszystko: za mało muzyki, za dużo opisywania czasem dość żenującego podrywania kobiet (ja rozumiem, że Angelina Jolie nikt z łóżka by nie wyrzucił, ale żeby nękać ją telefonami przez kilka lat!?). Co nie zmienia faktu, że Stonesów uwielbiam!

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl.


Może mało kto wie, że w teledysku do tego znanego utworu wystąpiła niemalże łysa Angelina Jolie. Podoba mi się w tym wydaniu, prawie tak, jak w filmie "Przerwana lekcja muzyki".

piątek, 4 stycznia 2013

Płyta: The Baseballs “Good ol’ Christmas”, Warner Music Group, 2012.

Mimo że Święta już za nami, chętnie wracam do tej płyty. Dlatego też dzielę się z Wami opinią o niej.


Jakiś czas temu świat zawojowało trzech przystojniaków śpiewających współczesne popowe hity, nadając im smaczek lat 60. „Hot’n’cold” i „Umbrella” w ich wykonaniu porywają do tańca skuteczniej niż oryginalne wykonania Katy Perry i Rihanny. The Baseballs idą za ciosem i wydają płytę z utworami świątecznymi.

Album „Good Ol’ Christmas” już od pierwszych chwil wprowadza ciepły nastrój i przywołuje uśmiech. Nieważne, czy właśnie ścierasz kurze, pieczesz pierniczki czy cieszysz się już kolacją wigilijną i odpoczynkiem. Wszystkie czynności stały się przyjemniejsze, kiedy śpiewali mi niemieccy wokaliści o głosach skradzionych chyba samemu Elvisowi Presleyowi.

Kolędy i utwory w ich wykonaniu nie są ckliwe ani przesłodzone, jak to często bywa. Słodkość oddajmy świątecznym smakołykom, a płycie przypiszmy tę zaletę, która sprawia, że mam ochotę uśmiechać się do siebie i do wszystkich wkoło. Nie wiem jak to nazwać, może pozostanę przy tym, że jest po prostu czarująca.

Jak przystało na świąteczne utwory, jest dużo skrzypiec i dzwoneczków, wszystkiego tego, co sprawia, że utwory nazywamy właśnie świątecznymi. Przyjemne jest to, że możemy nucić razem z The Baseballs – wszyscy znamy „Let it Snow”, „Driving home for Christmas” i „Rocking Around The Christmas Tree”. Pierwsze dwa utwory są spokojne, ale już przy trzecim słychać ten rock and roll, którego się spodziewałam, i w którym specjalizują się mężczyźni z The Baseballs. Fajnie mi się tańczyło i piekło ciasteczka przy „Little Drummer Boy”, „Rocking around the Christmas Tree” i „Ring Ring”. Nie zabrakło też nastrojowych kolęd, które były wspaniałym tłem do wieczerzy wigilijnej. Dawno nie słyszałam tak pięknego wykonania „Silent Night”, ubogiego w intrumentalia, ale bogatego w głosy, które wzruszają. Tak samo piękne są utwory „Father to a Child”, tradycyjna pieśń „O Holy Night” oraz „Dry Your Tears”, który według mnie nie jest piosenką świąteczną, a typowo miłosną. Końcówka płyty wyrywa z zadumy i znów nastraja do szybszego tupania nogą. Wszyscy kojarzymy polską wersję „Holidays are doming” („Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta” dzięki reklamie telewizyjnej nuci co roku cała Polska…). The Baseballs żegnają się ze słuchaczami radosną piosenką o Reniferze Rudolfie.

Dołączona do płyty książeczka z tekstami utworów umożliwia śpiewanie z całą rodziną. Świetna alternatywa dla Kevina (nie mam nic przeciwko przygodom tego dzieciaka, ale ileż można?!) i dla nudnawych kolędowych propozycji telewizyjnych.

Ach, jakże czasem chciałabym się przenieść w lata 60., kiedy królowała taka muzyka… Dobrze, że mamy The Baseballs! Dzięki nim przenoszę się na tak długo, jak tylko chcę. Polecam tę płytę nie tylko na Święta, według mnie można jej słuchać w każdy czas.

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl