czwartek, 30 kwietnia 2015

Książka: Ismet Prcić „Odłamki”

Pięć lat temu przejeżdżałam przez Serbię (miejsce docelowe: Grecja). Zatrzymaliśmy się na cały dzień w miejscowości Valjevo. Mieszkała tam polska rodzina, która wyjechała do Serbii na misje szerzyć katolicyzm (większość mieszkańców Valjeva to prawosławni).

Serbia graniczy między innymi z Bośnią i Hercegowiną, jednak będąc stosunkowo blisko granicy serbsko-bośniackiej, wcale nie myślałam o tym, co wydarzyło się tam w latach 90. Myślałam tylko o tym, jak dobrze jest rozprostować nogi po 15-godzinnej podróży autokarem, dobrze zjeść i zwiedzić miasto, a wieczorem usiąść z przyjaciółmi i grać na gitarach. Gdzieżbym myślała o wojnie w Bośni, no gdzież.

Co się odwlecze, to nie uciecze. „Odłamki” kazały mi się przeczytać. Mimo że tematyka wojenna nie jest moją ulubioną, to coś mi mówiło, że muszę sięgnąć po tę książkę. Przecież to było tak niedawno. Co innego czytać powieść, której akcja toczy się w czasach I lub II wojny światowej, a co innego o wojnie domowej, która trwała, kiedy byłam radosną pięciolatką. Myślę, że taką wojnę można „poczuć” jeszcze bardziej.

Ismet Prcić w swoim debiucie literackim pokazuje, jak bardzo może udręczyć człowieka wojna. Choć na dobrą sprawę nie powinien narzekać, bo koniec końców wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, to jednak wnętrze ma poharatane. Co się naoglądał i co przeżył, to jego, jak mówią. Jak bardzo się natrudził, aby wyemigrować, ilu bliskich zostawił, jakie wątpliwości musiał zdusić w sobie, to jego.

Ta autobiograficzna powieść nie ma ustalonej chronologii. Czytamy fragmenty, swego rodzaju „odłamki” z dzienników Ismeta Prcicia z różnych lat: 1995, 1999, 2000. Przez to książka jest trudna w odbiorze, można się pogubić. Można się pogubić i przerazić, czytając jedno zdanie zajmujące ponad stronę, bo i tak obszerne potrafią być majaki połamanego wojną człowieka. Stylistycznie – autor skacze z poziomu bardzo potocznego, brutalnego i wulgarnego, na niemal poetycki. Dlatego są fragmenty, które czytało się szybko, ale i takie, które męczą i sprawiają, że nasuwa się myśl, czy to wciąż ta sama książka, ten sam bohater. Jeśli chodzi o bohaterów, zapamiętacie Mustafę (do końca nie odgadłam, czy to wytwór wyobraźni Prcicia, czy realna postać) oraz pewnego psa.

Jedna uwaga: Ismet Prcić nie opowiada o przebiegu wojny. „Odłamki” to raczej element jego terapii i być może pogodzenia się z tym, co było, ale na pewno nie poznamy dzięki tej lekturze większości aspektów wojny domowej w Bośni. Poznamy udręczonego nią młodego człowieka o duszy artysty, ale nie wojnę. Choć kilka brutalnych akcji rzeczywiście w niej jest.

„Odłamki” to bardzo sugestywny tytuł. Ismet Prcić jest pełen odłamków wojny. Ale nie tylko. Jest pełen odłamków złamanego serca, pełen odłamków depresji matki, pełen odłamków zdrady ojca. To mnie dotknęło bardzo mocno, chyba bardziej niż sam fakt, że Ismet Prcić musiał przeżywać ucieczkę przed wojną, być niepewnym jutra uchodźcą (choć tak naprawdę nie wiadomo, ile jest fikcji w opisanej historii). Przejmujące jest to, że w każdym w nas tkwią odłamki. Odłamki osobistej historii, która rzutuje na nasz stan psychiczny w późniejszym życiu. Odłamki brudu, odłamki rozwodu, odłamki samobójstwa przyjaciela, odłamki nałogu alkoholowego, odłamki utraty zaufania, odłamki depresji. Albo depresja jako wynik zbioru odłamków. Tkwią w człowieku niczym drzazgi, nie dające się usunąć spod skóry, wciąż widoczne i drażniące. Niczym brud za paznokciem, paproch w oku. „Odłamki” przypominają, że nie da się zapomnieć niektórych rzeczy. Można wybaczyć, ale nie można zapomnieć. Nie można usunąć odłamków. Tak jak nie można zapomnieć „Odłamków”.

Trudna książka. Nie sięgnę po nią ponownie, i to nie dlatego, że oczekuję jedynie lekkich i przyjemnych lektur. Po prostu ten sposób opowiedzenia o wojnie nie podobał mi się. Podobał mi się wątek o kryzysie w rodzinie, o dorastaniu i pierwszych zauroczeniach. Ale równie dobrze można o tym pisać nie na tle państwa dotkniętego wojną. Może się podobać. Skądś te nagrody literackie się posypały. Ale ja już chyba wolę do Valjeva.


Wydawnictwo Sine Qua Non, 2015

PS 
W "Odłamkach" skrytykowano Green Day. 


piątek, 24 kwietnia 2015

Książka: Sara Leiss "Klinika Pana B."

Czytałam kilka recenzji tej książki. Jeśli moje słowa przeczytają inni recenzenci, być może się teraz na mnie zdenerwują, ale zaryzykuję.

Jeden recenzent zastanawiał się, czy „Klinika Pana B.” to debiut literacki, czy może autor książki ukrywa się pod pseudonimem i jest to już książka któraś z kolei. Inny główkował, kim jest autorka – czy ma coś do czynienia z podejmowanym w powieści tematem psychologii uzależnień, czy po prostu zrobiła dobry research. Poza tym, Sara Leiss? „A czy to polskie nazwisko?”.
Kochani! Zamiast rozmyślać, warto zrobić własny research i spróbować się dowiedzieć, czyją książkę czytasz. Intryguje cię nazwisko autora, którego nigdy wcześniej nie czytałeś? Zastanawiasz się, czy jest fizjoterapeutą, bo tak szczegółowo opisał kontuzję nogi głównego bohatera? Czy lubi skoki ze spadochronem, bo przecież ten bohater też skacze…? Weź się dowiedz, kim jest ta osoba! Chyba, że wolisz przeczytać książkę i nacieszyć się interesującą opowieścią, a kwestię debiutu/researchu/pseudonimu odłożyć na półkę razem z lekturą. Polecam jednak bardziej się zainteresować. Zajrzeć na strony autorskie, poszukać nazwiska na portalach społecznościowych, cokolwiek. I nagle rozwiązanie zagadki staje się proste, kiedy czytasz jedno zdanie, z którego jasno wynika, że „Klinika Pana B.” to debiut literacki, w związku z którym autorka Sara Leiss ma „niezłego stracha”.
Po przeczytaniu tej książki również mam niezłego stracha… przed dentystami i uzależnieniami! Oraz przed tym, że tak naprawdę wszyscy mamy źle w głowach i bardzo, bardzo boimy się życia, przed którym uciekamy właśnie w uzależnienia.
Główną postacią w tej powieści jest M. – lekko znerwicowany stomatolog z Wrocławia, po godzinach pracy skaczący ze spadochronem z wieżowców. Ma dziewczynę, której nie szanuje, bo częściej rozmyśla o piersiach i pośladkach swoich pacjentek, niż o niej. Ma kota, którym się nie interesuje, a także, dziwnym zrządzeniem losu, ma obowiązek przejść terapię w klinice usytuowanej gdzieś w górach (zachodzę w głowę, dlaczego dopiero pod koniec książki autorka zdradziła nazwę miejscowości?).
Dyrektorem kliniki jest P.B. i jednocześnie terapeuta M. Pobyt M. w klinice okazuje się czystą abstrakcją pełną dziwnych, niefortunnych zdarzeń. W klinice poznajemy szereg postaci, począwszy od personelu, poprzez uzależnionych pacjentów, aż po osoby „z zewnątrz”. Czytelnik obserwuje więc przebieg terapii indywidualnej i grupowej.
Nie nazwałabym „Kliniki Pana B.” jedynie powieścią psychologiczną, ponieważ stężenie wydarzeń dziwnych i zalatujących fantastyką jest zbyt wysokie, nawet jak na opowieść osadzoną w domu wariatów. Przykładowo, rozmowy M. z zamieszkującym jego łazienkę pająkiem przypominały mi nieco „Chłopaków Anansiego” Neila Gaimana oraz dowcipy o pająkach. Również bohaterowie, jak P.B. oraz M.N. mogą na końcu okazać się kimś innym, niż tylko terapeutami lub mieszkańcami pobliskiego lasu.
Będzie kolejna część „Kliniki Pana B.”. Czy na nią czekam? Trudno stwierdzić. Z jednej strony jestem ciekawa, jak potoczą się losy M. Z drugiej, nie powiedziałabym, że książka jest tak dowcipna, jak obiecuje notka na okładce. Nie jest też według mnie kontrowersyjna. Zgodzę się natomiast, że jest to powieść na pograniczu kilku gatunków, dlatego każdy może w niej znaleźć coś dla siebie. Polecam nie tylko studentom psychologii i fanom fantastyki. Uważasz się za normalnego? Przeczytaj. Uważasz się za nienormalnego? Przeczytaj tym bardziej! 
 
Wydawnictwo Novae Res, 2015
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl
 

sobota, 28 marca 2015

Koncert: Garou w Hali Stulecia we Wrocławiu, 21 marca 2015

źródło: www.halastulecia.pl
Koncert Garou we Wrocławiu był dla mnie zaskoczeniem i spontanem. Moja kuzynka wygrała bilety i dzień przed koncertem dostałam smsa, czy chcę iść na ten koncert. I wtedy przypomniałam sobie…

2002 rok. Koncert Garou w Sopocie (13 lat temu jeśli dobrze liczę, jak ten czas leci… miałam 12 lat!). Właśnie wtedy Garou stał się w Polsce megagwiazdą, a moja mama i ja oszalałyśmy na jego punkcie, zarażając tą fascynacją także ciocie i kuzynki. Byłyśmy razem na dwóch koncertach Garou, we Wrocławiu i w Katowicach. Drukowałyśmy plakaty, nosiłyśmy koszulki z podobizną Garou, kupowałyśmy kubki z Garou, o płytach nie wspomnę. Na koncertach darłyśmy się w niebogłosy… Fanki pełną gębą. Nie znałam ani trochę francuskiego, więc zapisywałam na kartkach orientacyjnie, jak się wymawia słowa poszczególnych utworów, i śpiewałam… żeby wam to unaocznić i poprawić nastrój – wyglądało to mniej więcej tak: „tał de fła żipąse, galetusie le ze tła” oraz „że natą deke wuuuu” i moje ulubione „że pe sząże leku dimą, pądą ku me szewe pus”. Teraz z moim francuskim nie jest wcale lepiej, ale przynajmniej umiem go mniej więcej czytać, nie muszę już zapisywać ze słuchu :D

Z biegiem czasu moja fascynacja Garou minęła. Nie przestałam go lubić, ale nie słucham od dawna. W przeciwieństwie do mojej mamy, która ma wszystkie płyty i od miesiąca chodziła i gadała „idę na Garouuuu, idę na Garou!”.

Już pewnie się domyślacie, co odpisałam kuzynce. „Mogę iść”.

Bawiłam się wspaniale! Okazało się, że mój sentyment do Garou jest tak znaczny, że wzruszyłam się, gdy tylko wyszedł na scenę, przywoływany brawami. Na płycie Hali Stulecia rozstawione były krzesła – numerowane miejsca siedzące. Nietrudno się domyślić, że długo tego miejsca nie zagrzałam, tak samo jak większość osób. Po kilkunastu minutach koncertu byłam już pod sceną. Chciałabym zwrócić uwagę na wielką kulturę fanów Garou. Nie było przepychania się, krzywych spojrzeń i tych wszystkich „pan tu nie stał!”. Przeciwnie, wszyscy pod sceną uśmiechali się do siebie, nie robili kłopotu, kiedy chciało się podejść bliżej. Fanki robiły sobie nawzajem zdjęcia ze śpiewającym na drugim planie Garou (tak! Było tak blisko od artysty, na wyciągnięcie ręki dosłownie!). Ujęło mnie też to, że około 4 metry od sceny siedział starszy pan na wózku inwalidzkim. I wiecie, że publiczność ustawiała się tak, aby nie zasłaniać widoku temu panu? Swoją drogą, facet cieszył się jak dziecko, robił zdjęcia, próbował nawet wstawać na chwilę z wózka i podpierał się kulami. Publiczność pierwsza klasa. Trochę śpiewająca, trochę udająca, że śpiewa i zna francuski (jak ja), ale jestem pewna, że Garou uznał tę naszą niezdarność za uroczą.

Garou jest wokalistą niezwykle chwytającym za serce. Śpiewa całym sobą, całym sercem. Naprawdę można się wzruszyć. Jego uśmiech rozbraja, a wygląd? Cóż, jest bardzo atrakcyjnym mężczyzną, co niekoniecznie dostrzegałam w 2002 roku ;), no ale z wiekiem zaczyna się zauważać różne rzeczy, prawda? ;)

Garou jest w świetnej komitywie ze swoim zespołem, równie atrakcyjnym. Jeśli dobrze zrozumiałam jego słowa, to ma nowego perkusistę. Cieszyły się buźki wszystkim muzykom na scenie. Muszę wspomnieć, że ekipa to niewielka. Z tego co pamiętam, na poprzednich koncertach Garou występował z kobiecym chórkiem, teraz go nie ma. Ale nie szkodzi. Garou śpiewający, grający na gitarze, pianinie i harmonijce w zupełności mi wystarcza.

Repertuar? Wymarzony. Śpiewał nowsze i starsze kawałki, które wzbudzają u mnie taki sentyment. Było zatem „Seul”, „Gitan”, przepiękne „Belle” z musicalu „Notre Dame de Paris”, utwory z nowszych i starszych płyt oraz covery. Zaskoczeniem był dla mnie utwór Leonarda Cohena „Everybody knows” – uwielbiam go! Oprócz tego Garou śpiewał Alicię Keys i Elvisa Presleya (cudo!). Piosenkarz wprawdzie nie skoczył ze sceny w tłum, ale kulturalnie z niej zszedł i przez kilka minut śpiewał otoczony ze wszystkich stron fanami.



Ten wieczór poprawił mi nastrój. Nadal lubię Garou, jak fajnie to wiedzieć! A Garou lubi koncertować w Polsce. W obecnej trasie koncertowej zatrzymał się u nas wyjątkowo długo. Spędzi w Polsce nawet Święta Wielkanocne – w Wielkanocny Poniedziałek wystąpi w Bydgoszczy. Czyli razem da u nas 7 koncertów na przełomie marca i kwietnia. Fani czują się dopieszczeni, nie ma innej opcji.



Zdaje się, że zaraz po bisach Garou poleciał na spotkanie z polskim fanclubem, dlatego ci, którzy czekali pod sceną z nadzieją na zamienienie kilku słów z artystą, nie doczekali się. Doczekaliśmy się za to równie serdecznego gitarzysty. Długo rozmawiał z fanami kanadyjskiego piosenkarza (po francusku), podpisywał płyty. Jako że rozmawiać po francusku nie umiem, skupiłam się na mojej ulubionej czynności pokoncertowej, czyli łypaniu okiem na scenę w poszukiwaniu koncertowych pamiątek. I udało się :) Zdobyłam teksty utworów, które były przyklejone na podłodze (ech, ten Garou, czyżby już mu pamięć szwankowała?). A potem, kiedy skończyły się rozmówki francuskie z gitarzystą (o ile się nie mylę, był to Danny Ranallo), poprosiłam go uprzejmie o kostkę od gitary. „Of course!” – uśmiechnął się i podarował mi kostkę. Można? Można :)




Dobry wieczór! Tylko głupia ja, że nie wzięłam aparatu. Miałam Garou na wyciągnięcie ręki!

niedziela, 22 marca 2015

Książka: Dorota Gąsiorowska "Obietnica Łucji"

Niejedna pisarka udowodniła, że można zadebiutować w wieku 40 +. Debiutancka powieść Doroty Gąsiorowskiej to kolejny przykład tego, że nigdy nie jest za późno, żeby spełniać marzenia. Z pewnością powieść „Obietnica Łucji” jest spełnionym marzeniem Doroty Gąsiorowskiej.

W „Obietnicy Łucji” mamy do czynienia z typową dość sytuacją, której każdy na jakimś etapie życia doświadczył w mniejszym bądź większym stopniu. Ucieczka. Chęć ucieczki bierze się z poczucia pustki, nietolerowania własnej, osobistej historii, niepogodzenia z własnym losem. Ze smutku, zranionego serca, zawiedzionych nadziei, niespełnionych marzeń, traumy z dzieciństwa, braku miłości i akceptacji. Jedni uciekną w alkohol, inni na kozetkę psychologa, a Łucja? Łucja wybiera to, na co decyduje się wiele kobiet (również autorka powieści): ucieka z miasta na wieś, gdzie będzie musiała zastąpić kozaczki na obcasach ciepłymi śniegowcami.

W Różanym Gaju, wsi położonej gdzieś na Podkarpaciu, Łucja – serdeczna, uprzejma, ale nieco wycofana i pogubiona - zaczyna pracę jako nauczycielka w miejscowej szkole. I zaczyna się opowieść, która w polskiej rzeczywistości raczej nie miałaby miejsca. Wszystko jest zbyt bajkowe, w tej opowieści nie ma problemów „natury technicznej”. Zostać prawnym opiekunem osieroconej dziewczynki, mimo że nie jest się z nią spokrewnionym? Nic prostszego. Dostać posadę nauczycielki mimo braku doświadczenia w zawodzie? Dlaczego nie. Zamieszkać ze swoją uczennicą? Proszę, choćby jutro. Zakochać się w mężczyźnie, choć nie było się z nim na ani jednej randce? Też można.

Niemniej jednak po niektóre książki sięga się właśnie po to, aby oderwać się na chwilę od szarej codzienności, prawda? Jeśli spojrzeć na „Obietnicę Łucji” z tej strony, to nie mam nic do zarzucenia. Mnie skutecznie oderwała od głowy nabitej w ostatnich dniach przeprowadzką. Historia Łucji, jej stopniowe odnajdywanie się w małej mieścinie, pobudzający wyobraźnię wątek zabytkowego pałacu Kreiwetsów, zacieśniająca się relacja między Łucją a jej uczennicą Anią… Czytałam z przyjemnością i skupieniem, mimo że łatwo było przewidzieć kolejne wydarzenia i zbiegi okoliczności. Tym bardziej, że tytuł każdego rozdziału jasno mówi, jak potoczą się dalsze losy bohaterów książki. Można mieć także zastrzeżenia odnośnie do kreowania niektórych bohaterów, w szczególności Ani, która prawie zupełnie została pozbawiona dziewczęcego wdzięku. Jest dziewczynką nad wyrost dojrzałą, tak dojrzałą, że czytając dialogi między Łucją a Anią miałam wrażenie, że przysłuchuję się rozmowie dwóch dorosłych kobiet, a nie kobiety i uczennicy podstawówki.


Wszystkie te mankamenty mogą irytować, ale warto odpuścić i uznać, że jest to ot taka powieść obyczajowa o poszukiwaniu miłości, dotrzymywaniu tajemnic i mijaniu się z prawdą, wewnętrznej przemianie. Wtedy lektura stanie się przyjemna. Trochę wyciskacz łez, trochę lukier i miód. Do przeczytania w weekend idealna. Dorota Gąsiorowska w moim odczuciu pisze nieco podobnie do Anny Ficner-Ogonowskiej, autorki „Alibi na szczęście”, „Kroku do szczęścia” i „Zgody na szczęście”. Ficner-Ogonowska ma wiele oddanych czytelniczek. Czy Gąsiorowska również odniesie sukces? To się okaże :) 

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o muzyce pojawiającej się w opowieści. Dzięki autorce książki poznałam subtelną muzykę zespołu Simplefields. Fortepian i męski wokal w roli głównej, polecam ;) 

Wydawnictwo Znak (Między Słowami), Kraków 2015

sobota, 14 marca 2015

Koncert: Tau. 5 marca w Fabryce Gwoździ, Wrocław

Swego czasu pisałam, że „najlepszą muzyką, jaka mi się przydarzyła w 2014 roku, (…) jest płyta Tau” (tutaj).
Dzisiaj piszę: najlepszym koncertem, jaki mi się przydarzył w 2015 roku (jak do tej pory), był koncert Tau.


Piszę o tym koncercie z dość mocnym poślizgiem. Wybaczam to sobie, bo naprawdę dopiero dziś mam czas, aby usiąść i spokojnie napisać kilka, a znając mnie, dużo więcej niż kilka, słów o tym koncercie, i w ogóle o twórczości Tau. Nie mam czasu, bo Wielki Post. Bo rekolekcje.

Ostatnio koleżanka ze studiów przypomniała mi sytuację, która miała miejsce któregoś dnia na uczelni, również podczas Wielkiego Postu, pewnie ze 3 lata temu. Jeden ze studentów, zapytany, czy ma projekt/zadanie domowe, odarł wykładowcy: „No nie mam zadania, bo przecież rekolekcje!”. No więc, parafrazując tego człowieka, mówię: no mało mnie ostatnio na blogu, bo rekolekcje! Nie mam czasu pisać, bo rekolekcje. Nie mam czasu czytać, bo rekolekcje. Serio. Ostatnio jechałam taksówką do kościoła, żeby zdążyć. Trochę było mi szkoda kasy, ale tylko przez 3 sekundy. Powiedziałam sobie: Hanka, post, jałmużna, nie proś nawet o resztę… Dobra, koniec żartów.



Piszę o koncercie, choć od wydarzenia upłynął już ponad tydzień. Nie szkodzi. Tau koncertuje po całej Polsce od lutego; trasa Remedium Tour potrwa aż do maja. Wobec tego może zachęcę choć kilka osób do zapoznania się z Tau, a być może do pójścia na jego koncert!

Kto to ten Tau, czyli Piotr Kowalczyk? Krótko mówiąc, chrześcijański raper, wcześniej znany jako Medium, jakiś czas temu nawrócony. W grudniu 2014 roku wydał płytę „Remedium”, i właśnie o niej pisałam w pierwszym akapicie. Wiecie, na rapie się nie znam, ale czytałam kilkanaście recenzji „Remedium”, same pozytywne. No dobra, jedną negatywną, ale nie była merytoryczna, a jej autor pisał po polsku w stylu „kali jeść, kali pić, Tau rapować”. Nie ma sensu się o nią spierać. 



Łatwo się domyślić, że Tau na płycie rapuje o Bogu i na chwałę Boga, ale nie nachalnie. Wszyscy ludzie poszukujący Boga powinni się zapoznać z tym albumem. I w ogóle WSZYSCY. Jego teksty, jego postawa, ratują mi życie od grudnia. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale uwierzcie mi, że tak właśnie jest.




Teraz zasadnicza część relacji z koncertu, czyli 3 zdania na krzyż, ale kogo to. Grunt, żebyście poznali, posłuchali, poszli na koncert.

5 marca muzyk zawitał do Wrocławia. Pierwszy raz byłam w klubie Fabryka Gwoździ. Całkiem tam przyjemnie, na parkiecie zmieści się jakieś 150 osób, jeżeli mnie wyobraźnia nie myli. Scena mała, ale artysta – wielki. Tau wyszedł na scenę około godziny 22, wcześniej były supporty, o których nie będę więcej pisać, bo nie podobały mi się, i prawdę mówiąc, podczas nich siedziałam gdzieś na uboczu i walczyłam z bólem brzucha. Wyleciałam nawet na 10 minut do apteki, aby walka była skuteczniejsza. Na szczęście kiedy pojawił się Tau, samopoczucie od razu poszybowało w górę, a ból brzucha zamienił się w nicość.

Udało mi się zdobyć plakat! Wiecie, czyje miejsce zastąpił na mojej jakże modnej boazerii?
Elvisa Presleya i Jima Morrisona. Sorry, chłopaki.
Już dawno chciałam ściągnąć ich plakaty. Nie są dla mnie autorytetami. 


Słuchajcie, jaka była zróżnicowana publiczność: szesnastolatki, studenciaki, młodzi mężczyźni w bluzach z napisem „Bóg, Honor, Ojczyzna”, ja w koszulce Luxtorpedy, księża, facet w koszulce z młodym Grzegorzem Ciechowskim, no po prostu… sami fajni, dobrze wyglądający ludzie, to była moja pierwsza myśl. Potem było tylko lepiej, kiedy okazało się, że wszyscy zagadują do siebie nawzajem, pytają „od kiedy słuchasz Tau?”, lub, moje ulubione „fajna koszulka!”, a po koncercie dzielą się wrażeniami. Czułam się świetnie będąc wśród nich. Nikt tam nie był przypadkiem. Wszyscy znali teksty, darli się wniebogłosy, a Tau, co tu dużo mówić, już w pierwszych chwilach wywołał uśmiech na twarzach ludzi zapełniających parkiet. To jest tak radosny człowiek, tak przepełniony wdzięcznością, z niesamowitą charyzmą i błyskiem w oku, i przede wszystkim z misją dzielenia się miłością. Rapował utwory z płyty Remedium (między innymi „Logo land”, „BHO”, „Magiczne słowa”, „List motywacyjny”, „Nawigator”). Zaprosił też na scenę Agnieszkę Musiał, z którą zaśpiewał „Ostatni raz” i „Puk puk”. Było także kilka utworów z czasów Medium.

Po koncercie. Plakaty Tau zdobiły Wrocław ;)


Po bisach Tau podpisywał płyty, rozmawiał z fanami, pozował do zdjęć. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Udało mi się powiedzieć do niego 4 bardzo ważne dla mnie słowa (choć nie były to magiczne słowa;)), a to, jak zareagował, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie wchodząc w szczegóły, wyszłam z tego koncertu żywsza. Bo bywam trupem, jak każdy czasem, wiecie. Wyszłam żywsza i z mocnym postanowieniem, że zrobię wszystko, żeby zjawić się na jeszcze jednym koncercie Remedium Tour. Tau zagra między innymi w Koszalinie, Gdańsku, Radomiu, Poznaniu, Zielonej Górze, Częstochowie… Chodźcie ze mną! Szukam kompana! 

Mój osobisty egzemplarz "Remedium" zyskał jeszcze większą wartość - autograf!


Tau jest artystą absolutnie niesamowitym… Tyle słońca wprowadził, tyle uśmiechu wywołał! Słuchajcie go, bo ten człowiek robi wiele dobrego, ma dużo do powiedzenia, warto też poznać jego historię. Niezapomniany wieczór. Polecam jego „Raporty z wojny o duszę”, są na Youtube.





wtorek, 17 lutego 2015

Koncert: Marika i L.U.C, trasa koncertowa "Spragnieni lata", 30 stycznia, Wrocław

Pani Naczelnik, czyli Marika, po ostatnim koncercie we Wrocławiu, który odbył się 30 stycznia w Starym Klasztorze, na swoim profilu FB napisała tak:

"chciałam tylko powiedzieć: ALE BYŁO TURBO-E-K-S-T-R-A !!!!! tańczyliśmy do 4, rozbiłam telefon, pobrudziłam białe trampesie, KOCHAM WROCŁAW!!!!!♥"

Byłam na tym koncercie! Do tej pory zbieram szczękę z podłogi, chociaż minęło już sporo czasu od koncertu. Nie rozbiłam telefonu, ale zgubiłam plakat z koncertu. Dostałam go od Anioła, który zjawił się nie wiadomo skąd, podszedł do mnie i powiedział: „Słuchaj, słyszałem, że chcesz plakat, a w klubie nie było… Ja mam, weź, proszę”. Anioł okazał się nie byle kim, bo muzykiem, który gra z L.U.C. em. Jeśli jeszcze raz kiedykolwiek powiem, że nie doświadczam megazaskakujących i pozytywnych sytuacji w życiu, to sama siebie stłukę na kwaśne jabłko. Będzie Hania Kwaśna do potęgi. No i właśnie, jak ja mogłam zgubić ten plakat? Ech… ale to wszystko przez emocje. Nie miałam białych trampesiów, ale miałam brązowe bucisze, i tak, pobrudziłam! Kocham Wrocław, kiedy Marika gra w tym mieście!

Zaczęłam pisać o Marice, ale muszę zaznaczyć, że najpierw na scenie w Starym Klasztorze zjawił się L.U.C, bo koncert odbył się w ramach ich wspólnej trasy koncertowej „Spragnieni lata”. Trochę żałuję, że przyszłam chwilę po 20, kiedy klub był już cały zapełniony i nie było innej opcji, niż stać na szarym końcu, mało co widzieć i słyszeć na pewno nie tak dobrze, jak pod sceną. L.U.C jest geniuszem, którego twórczość niestety za mało znam (nadrobię!), żebym potrafiła wiele napisać. A nawet gdybym wiedziała wiele, to pewnie bym stwierdziła, że i tak najlepiej będzie zostawić Was z jego muzyką, tak jak robię to teraz:


Marika. Marika! Chodząca cudowność! Byłam kilka razy na jej koncercie, za każdym razem było świetnie, ale ten koncert 30 stycznia… O rany.  Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale Marika w wydaniu mniej reggae’owym podoba mi się chyba bardziej! Poza tym… Śpiewa po prostu lepiej, niż 3 lata temu. Jest królową sceny. Robi na niej, co tylko chce: wzrusza się, tańczy, wskakuje na wzmacniacze, jest spontaniczna, bije od niej taka dziecięca aż radość i dziewczęcy wdzięk, a jednocześnie niesamowity seksapil. Ale stop! W tym przypadku też już kończę gadać. Zobaczcie po prostu, co się wydarzało na tej scenie! Posłuchajcie tego wokalu, poczujcie to discooooo i przyznajcie, że jeśli nigdy nie byliście na koncercie Mariki, to niedługo będziecie! Jakość nagrania średnia, ale wystarczająca, aby zobaczyć, jak kończą się imprezy z Mariką! (a właściwie zaczynają, bo gdzie się kończy koncert, tam zaczyna się afterparty! :D)

W marcu Marika znów zaśpiewa we Wrocławiu, choć koncert będzie miał zupełnie inny klimat. Marika jest jedną z wokalistek, która wzięła udział w projekcie muzycznym „Panny Wyklęte” i właśnie Panny Wyklęte – „Wygnane” wystąpią z zespołem Darka Malejonka 3 marca we Wrocławiu. Spotkajmy się wszyscy na tym koncercie!






poniedziałek, 9 lutego 2015

Koncert: RAM Session. Janek Samołyk z zespołem, 29 stycznia w Studio Słuchowiskowym Radia RAM we Wrocławiu

Nie tak dawno pisałam o koncercie Muzyki Końca Lata i Janka Samołyka w Starym Klasztorze. Dzisiaj napiszę o koncercie Janka drugi raz. Z tym, że ten drugi koncert miał nieco inny charakter.

Radio RAM to stacja, dzięki której poznałam mnóstwo dobrej muzyki (Jose James! Jose James!).

Radio RAM regularnie organizuje Ram Session, czyli koncerty, które można usłyszeć na żywo ze Studia Słuchowiskowego, kameralnego pomieszczenia mieszczącego się w gmachu Radia przy Alei Karkonoskiej we Wrocławiu. Czyli patrzcie: zespół gra sobie na żywo kameralny koncert z udziałem publiczności (ok. 30 osób), a jednocześnie słuchacze Radia RAM (oraz Radia Wrocław Kultura) słuchają tego samego koncertu w swoich domach.

29 stycznia redaktor Maciek Przestalski zaprosił słuchaczy oraz szczęśliwych posiadaczy wejściówek na koncert Janka Samołyka. Miałam przyjemność tam być! Do Studia Słuchowiskowego w budynku Radia prowadzą kręte ścieżki, schody i labirynty. Fajnie było się tam znaleźć; miałam ochotę zerwać wszystkie wiszące na drzwiach koncertowe plakaty i je sobie wziąć :D Ale nie, nie.

Studio jest kameralne, a atmosfera od razu zrobiła się bardzo wyluzowana, bo po tym jak zajęte zostały wszystkie krzesła, których było niewiele, pozostałe osoby siadały na podłodze, na schodach, pod drzwiami, gdzie popadnie. Fajnie!

Ram Session rozpoczęło się rozmową Macieja Przestalskiego z Jankiem Samołykiem i pozostałymi członkami zespołu (swoją drogą, super było „zobaczyć” głos, który umila mi weekendowe przedpołudnia w pracy dobrą muzyką:). A potem to już czyste poezje i rockandrolle, bo, jak przyznał Janek, wszyscy w zespole są starymi punkowcami. Jeśli czytaliście relację z poprzedniego koncertu, to wiecie, że muzyka Janka bardzo mi leży i polecam wszystkim zapoznanie się z jego płytami.

W studio ten koncert brzmiał znakomicie i podejrzewam, że słuchacze Radia RAM i Radia Wrocław Kultura odnieśli takie samo wrażenie. Świetna sprawa być na takim koncercie… Wejściówki można wygrać na kilka dni przed koncertem, albo zdobyć innymi tajemnymi sposobami, polecam!

Janek Samołyk to wrocławski gitarzysta, wokalista oraz autor piosenek. Tworzy i śpiewa zarówno po angielsku, jak i w ojczystym języku. Jego muzykę najczęściej opisuje się jako mieszankę brytyjskiego rocka i polskiej poezji śpiewanej. Wśród inspiracji wymienia on takich wykonawców jak m.in. The Beatles, Beach Boys, The Smiths, Blur, Grzegorz Ciechowski czy Marek Jałowiecki /informacja prasowa/.

Zdjęć z RAM Session nie mam, ale mam RAMisia swojego własnego. Fajnie?



Do zdjęć z koncertu odsyłam TUTAJ, a do muzyki Janka – klik poniżej :)