sobota, 2 marca 2013

Koncert: Matisyahu, Wrocław, Hala Stulecia, 28.02.2013.

Independent.pl
Nie zasnę dzisiaj, nie zasnę z emocji! – powtarzałyśmy na zmianę z koleżanką po zakończeniu koncertu Matisyahu. Kilka dni po wydarzeniu wciąż jestem rozemocjonowana!

Trzeba przyznać, że koncert był bardzo dobrze wypromowany. Plakaty na przystankach, tablicach ogłoszeniowych, tramwaj z wizerunkiem Matisyahu – Wrocław od dwóch miesięcy przygotowywał fanów na występ artysty.

Supportem był rootsowy zespół Jafia Namuel, powstały prawie 20 lat temu. Mam mieszane uczucia co do ich występu. Grupa postawiła na samą muzykę, nie decydując się na zbytnią komunikację z publicznością, a przecież wiadomo, że sukces koncertu w dużej mierze zależy od tego, jak go odbiera publiczność. W związku z tym odniosłam wrażenie, że Jafia Namuel sobie, a publika sobie. W czasie dłuższych przerw między utworami słychać było rozmowy zamiast braw. Zagrali kilka utworów Boba Marleya, kilka swoich. Pod koniec ludzie trochę się ożywili, ale nie na tyle, aby grupa mogła zagrać bis. Ciągle nie mogłam od siebie odsunąć myśli, że muzycy Jafia Namuel powinni grać rocka. Może zasugerowałam się koszulkami muzyków, przedstawiającymi Jima Morrisona i Jimiego Hendrixa.

Po przerwie technicznej konferansjer zapowiedział gwiazdę wieczoru. Muszę wspomnieć, że wypowiedzi prowadzącego były najsłabszym punktem imprezy. Już zapowiadając Jafia Namuel, określił ich jako najbardziej „jamajski” zespół z Polski, po czym dodał: „Jeśli są fani, to może mnie poprawią, jeśli źle mówię…”. O Matisyahu powiedział, że wygląda jak chasyd. Rzeczywiście, gdybyśmy się cofnęli ponad rok wstecz, jego informacja byłaby aktualna. Zastanawiam się, czy pan konferansjer w ogóle wiedział, kogo zapowiada, i czy spotkał się wcześniej w garderobie z Matisyahu, który już od pewnego czasu nie nosi chasydzkiej brody i pejsów. Ponarzekałam, teraz pora na relację najważniejszej części.

Po dość długim wstępie, gdzie prym wiodły syntezatory i dochodzące nie wiadomo skąd modlitewne szepty Matisyahu, artysta wyszedł na scenę. Za duży płaszcz, ciemne okulary i czapka z daszkiem – nie wierzyłam, że w takiej stylizacji będzie nam śpiewał. Jak to tak, żebyśmy nie widzieli oczu piosenkarza? Po kilku minutach Matisyahu odłożył okulary i ściągał kolejne elementy garderoby, aż został w jeansach i T-shirt’cie.

Reggae, rock, pop, rap, modlitewne zaśpiewy, beatbox, a nawet lekka psychodelia połączona z grą świateł – Matisyahu nie ograniczał się do grania na jedno kopyto. W każdej odsłonie był bardzo dobry, a co najważniejsze, był sobą, i roztaczał wokół przekonanie, że właśnie uczestniczymy w czymś niezwykłym. Ciężko to opisać, u mnie przejawiło się tym, że na początku denerwowałam się, bo nie udało mi się stanąć w pierwszym rzędzie, że przede mną stali dwumetrowi faceci i musiałam stawać na palcach, aby cokolwiek zobaczyć – najczęściej załapywałam się na czubek głowy artysty. Po kilku utworach spłynęła na mnie fala błogości i radości, dryblasy ustąpili miejsca przed sobą, basy czuło się całym sobą, ba! Całą muzykę czuło się od stóp do głów! Nie wiem jak Matisyahu to robił, że publiczność była tak euforyczna, przecież między utworami nie mówił zbyt wiele. Wystarczyła muzyka, przekaz, uśmiech i autentyczność, a wszyscy poszliśmy za nim. Każdy, kto twierdzi, że Matisyahu na żywo to więcej niż odegranie kilkunastu piosenek na żywo, ma rację!

Matisyahu śpiewał utwory ze wszystkich swoich płyt, także z najnowszej „Spark Seeker”, która z reggae ma raczej mało wspólnego. Zaśpiewał hity „One Day”, „Jerusalem”, „Sunshine”. W zależności od utworu artysta stał w miejscu, lekko się kołysał, najczęściej jednak biegał i skakał z jednego końca sceny na drugi, a dam głowę, że gdyby scena była dwa razy większa, również wykorzystałby każdy jej skrawek na swój taniec. Niesamowite pokłady energii!

Na bis czekaliśmy długo. Podłoga Hali Stulecia trzęsła się od tupania nogami. Po chwili wyszedł gitarzysta, ale najwyraźniej zrezygnował, bo odłożył gitarę i zszedł ze sceny. Ale wrócił, wraz z całym zespołem i z Matisyahu, aby pokazać wrocławskiej publiczności, czym jest bis pełną gębą. Matisyahu ku uciesze wszystkich rzucił się w tłum, który uniósł go na rękach. Pierwszy raz widziałam coś takiego. Co innego, gdy ktoś z publiczności „pływa”, ale skoku ze sceny jeszcze nie widziałam. Jest to dla mnie wyraz zaufania do publiczności i potwierdzenia, że artysta cieszy się z koncertu tak samo jak widzowie. Piękne! Matisyahu popływał sobie na naszych rękach, usiłował nawet wstać, uśmiechał się, rzucił buty na scenę. Spodnie prawie mu spadły, ale co z tego. Myślę, że fani nie mogli sobie zażyczyć lepszego zwieńczenia koncertu. Matisyahu powrócił na scenę, aby po chwili zaprosić na nią publiczność. Kolejne emocje, pchanie się pod scenę, aby podać dłoń artyście. I wspólnie zaśpiewane „One Day”. Po tym wszystkim Matisyahu skromnie się ukłonił i zszedł ze sceny, pozostawiając na parkiecie publiczność krzyczącą „Dziękujemy!”. Jego uśmiech również zdawał się mówić „dziękuję”.

Koncertem rozpoczęto świętowanie setnych urodzin Hali Stulecia. Życzę Hali, aby wciąż była miejscem, w którym przeżywa się wspaniałe, niezapomniane muzyczne chwile.

Myślę, że Matisyahu świetnie się czuł na tym koncercie i jeszcze do nas wróci!

Recenzja opublikowana na WSA.org.pl oraz Independent.pl

piątek, 1 marca 2013

N. M. Kelby, „Białe trufle”, Znak Litera Nova, 2013.



Morele w koniaku czy flaki z olejem?

Lubię powieści, w które w sprytny sposób wplątano wątek kulinarny. Często jest to miejsce akcji, np. kuchnia restauracji lub zawód któregoś z bohaterów. Dzięki temu książka pachnie nie tylko tuszem i papierem, ale też przedstawionymi w niej potrawami. Sprawa się komplikuje, kiedy oprócz wymieniania sposobu wykonania kolejnych potraw, autor nie ma nic więcej do zaoferowania.

Do przeczytania „Białych trufli” skusił mnie tytuł i obiecująca notka na okładce, oraz to, że głównym bohaterem jest Auguste Escoffier – francuski szef kuchni, żyjący na przełomie XIX i XX w. 

Escoffier był niskim mężczyzną (wzrost korygował butami na koturnie), ale kto by się tym przejmował, skoro potrafił przyrządzić jajka na ponad sześćset sposobów?! Trudno się oprzeć mężczyźnie, który raczy kobietę potrawami-afrodyzjakami. W związku z tym zaskoczyło mnie, że swoją żonę poślubił w wyniku zakładu, a nie z miłości. Miłość oczywiście przyszła wraz z pierwszym spotkaniem w kuchni, ale było to uczucie, które napotkało wiele przeszkód.

„Białe trufle” opowiadają historię małżeństwa Escoffiera z Delphine. Małżeństwa, które istniało, a tak naprawdę wcale go nie było… Dla szefa kuchni miłością największą pozostało gotowanie. Z powodu pracy w hotelu Savoy mieszkał z dala od żony, odwiedzając ją i dzieci jedynie od święta. Escoffier przygotowywał jedzenie dla aktorów, polityków, wielkich sław. Dzisiaj można by powiedzieć, że kręcił się w celebryckim światku. Nic dziwnego, że przedstawicielki tego świata były także jego kochankami. N. M. Kelby opisuje fascynację Escoffiera aktorką Sarah Bernhardt, z którą miał romans. Oprócz tego przeczytamy o potrawach, które były nazywane przez Escoffiera imionami osób, dla których były gotowane. Jest ich dużo i są bardzo rozbudowane, często wymieniane są wszystkie składniki, sposób przyrządzenia, rodzaj garnków, w których mają być przygotowywane itd. Nieraz miałam wrażenie, że czytam przepis z książki kucharskiej, a nie powieść. Opisów umiejętności kulinarnych jest aż nadto, natomiast cierpi przez to fabuła. Autorka skupiła się na kulinariach, a sama fabuła w ogóle mnie nie wciągnęła, może przez narrację, która według mnie nie jest zajmująca. Urozmaiceniem są fragmenty „pamiętnika pisanego potrawami”, gdzie narratorem staje się sam Escoffier, ale są one mdłe, w przeciwieństwie do potraw mistrza kuchni francuskiej.

Uważam, że życie Escoffiera było fascynujące, ale sposób, w jaki podała je N. M. Kelby, nie oddaje tego w pełni. Książka nie jest biografią, a jedynie powieścią opartą na faktach, nie wiem ile w niej prawdziwych zdarzeń, a ile zmyślonych przez pisarkę. W każdym razie, zapowiadane „namiętności skąpane w smakach i zapachach” nie poruszyły mnie. Nie nazwałabym tej książki wykwintną wśród innych powieści. Ani nawet wisienką na torcie. Pozostańmy więc przy „Białych truflach”.

Z całej książki zapadł mi w pamięć tylko jeden cytat: „Ciesz się z zawodów miłosnych, póki możesz. Wkrótce pojawi się jakaś kobieta i zestarzejesz się jako mąż, ze zbyt dużą ilością dzieci i zbyt małą ilością snu”. Muszę też wypróbować przepis na aligot – ziemniaków w tak wykwintnej postaci jeszcze nie widzieliście!

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Reggae Live Shows: Michael Rose, Ras Luta & Riddim Band, Jahmmi Youth, klub Alibi, 25.02.2013.

Pierwszy koncert z serii Reggae Live Shows w tym roku uważam za udany! Jeśli następne będą trzymały taki poziom i frekwencję, to mniemam, że 2013 będzie lepszy niż rok poprzedni, i że kluby nie będą świeciły pustkami, jak było np. na koncercie IJahmana Levi w Alibi w zeszłym roku. Obiecujący start!

Jako pierwszy zaprezentował się Jahmmi Youth. Bułgarskiego reggae jeszcze nie słyszałam, ale po jego występie wnioskuję, że jamajska muzyka w Bułgarii ma się dobrze. Wokalnie wspierała go Bibi Youth, mała kobietka o wielkim głosie. Niestety w którymś momencie jej mikrofon przestał działać i bezradnie rozłożyła ręce, ale usterka została szybko naprawiona. Jahmmi Youth w swojej twórczości do klasycznego reggae przemyca hip-hop, da się zauważyć inspiracje np. Damianem Marleyem. Muzyka świetna, a mimo to publika nie dopisała. Pod sceną cztery osoby, mimo licznych nawoływań wokalisty większość siedziała przy barze i stolikach. Trochę to przykre, chociaż Jahmmi Youth wciąż się uśmiechał, skakał po scenie, mówił, że cieszy się z występu w Polsce. Dopiero utwór „Wha do dem”, bardzo energetyczny i skłaniający do skakania zwabił trochę więcej słuchaczy, ale kiedy mówimy o około dziesięciu osobach na parkiecie, to… w zasadzie nie ma o czym mówić. Może dobrym pomysłem byłaby zmiana kolejności artystów: Ras Luta na początek, potem Jahmmi Youth i na końcu Michael Rose. Wtedy osoby, których w mgnieniu oka znacznie przybyło pod sceną kiedy pojawił się Ras Luta, być może zostałyby na miejscach podczas występu bułgarskiego artysty.

Ale tego wieczoru chyba wszyscy przygotowali się na koncert Ras Luty. Ile to było sekund, może piętnaście? Tylko tyle wystarczyło od wyjścia Luty na scenę, aby pod nią zrobiło się tłoczno. Jednak zanim wyszedł wokalista, jego zespół Riddim Band zaczął już grać, a przy mikrofonach ustawiły się dziewczyny z I Grades – chyba najbardziej znane i utalentowane chórzystki reggae w Polsce, a może i za granicą, bo koncertują m.in. z Michaelem Rose. Gdybym nie wiedziała, jaką muzykę tworzy Ras Luta, pomyślałabym, że właśnie szykuje się jakiś koncert rockowy. Było mocno i głośno, ale chyba nie bez powodu – wychował się na muzyce punkowej. Luta przyciąga uwagę. Dready sięgające już chyba do kolan, imponujący wzrost, kraciasta koszula, pełny luz i porządne reggae – oto i on! Śpiewał utwory z najnowszej płyty „Uratuj siebie”, która będzie miała premierę w marcu, ale starszych też nie zabrakło. „Znowu nie mam hajsu, o co za pech, w kielni pajęczyny a w portfelu rośnie mech” – który student tego nie zna? Rozbujaliśmy się, a po końcówce równie rockowej jak początek występu, Luta niestety nie bisował, co jest zrozumiałe, bo nikt go do tego nie namawiał…

Mykal Rose. Black Uhuru. Reggae, dancehall. Znak rozpoznawczy: ciemne okulary i rastaczapka. Myślę, że zadowolił miłośników powolnego kołysania, jak i tych nastawionych na skakanie. Jego maniera śpiewania na dłuższą metę nie do końca mi odpowiada, ale właśnie dzięki niej jest jedyny w swoim rodzaju. Pozytywnie zaskoczyła mnie publiczność, która krzyczała tak, że w uszach brzęczało. W dodatku było nas całkiem sporo. Zdziwiło mnie to, ponieważ nie tak dawno organizatorzy informowali na Facebooku, że zastanawiają się nad odwołaniem koncertu z powodu niskiej sprzedaży biletów. Może pomogły „odezwy” internautów, abyśmy nauczyli się tekstów piosenek, bo wiadomo, że sukces koncertu w dużej mierze zależy od interakcji artysty ze słuchaczami. A może podziałała po prostu sama muzyka na żywo i charyzma Michaela. Wspólnie zaśpiewane „Guess Who’s Coming to Dinner”, okrzyki „Kiedy ja mówię Michael, wy mówicie Rose!” itd. sprawiły, że koncert skończył się dużo później, niż planowano. Dziewczyny z I Grades jeżdżą teraz z Mykalem po świecie. W pewnym momencie zauważyłam, że zaczęły się częściej uśmiechać, zupełnie jakby odetchnęły z ulgą, że grając „u siebie”, widzą uradowaną publikę i pomagają stworzyć świetny koncert. A może mi się tylko wydawało. Tak czy inaczej, podziwiam I Grades – ich ruchy na scenie są idealnie zsynchronizowane, są nawet takiego samego wzrostu. O talencie i urodzie chyba nie muszę wspominać ;)

Recenzja opublikowana na WSA.org.pl

wtorek, 26 lutego 2013

Film: „Sugar Man”, reż. Malik Bendjelloul, Szwecja, Wielka Brytania, 2012.


www.wsa.org.pl

Rodriguez pojawił się w moim życiu kilka dni temu. Najpierw zobaczyłam wpis u dziennikarza Hirka Wrony na Facebooku, że „Sugar Man to najlepszy dokument muzyczny jaki do tej pory widział”. Potem przeczytałam artykuł w „Wysokich Obcasach”. Ostatnio obejrzałam „Sugar Man” w kinie, w niedzielę film zdobył Oscara za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny, a teraz... Teraz to już tylko muzyka Sixto Rodrigueza w moich uszach. I naiwna nadzieja, że facet sprzedający winyle przy Oławskiej we Wrocławiu, ma w swoich zbiorach płytę Rodrigueza. Chociaż to mało prawdopodobne.

I've played faggot bars, hooker bars, motorcycle funerals

Sixto Rodriguez, muzyk z Detroit, grywał w latach 70. w miejscowych pubach. Nagrał dwa albumy, które powinny odnieść sukces, jednak przepadły bez echa. Może dlatego, że miał hiszpańskie nazwisko, a przecież wtedy muzyka latynoska nie istniała. Nieoczekiwanie płyta odniosła sukces w RPA. Wszyscy znali tekst utworu „Sugar Man”. Album znajdował się w każdym domu, w którym były jakiekolwiek płyty. Wyniki sprzedaży zostawiły w tyle takie zespoły jak Rolling Stones.  Nieświadomy niczego Rodriguez po muzycznej klapie w Stanach zajął się ciężką pracą fizyczną, a środowisko muzyczne i fani zza granicy uznali go za zmarłego, przypisując mu śmierć samobójczą, jak na gwiazdę przystało.

Well, just climb up on my music,
And my songs will set you free

W filmie dokumentalnym w reżyserii Malika Bandjelloula wypowiadają się dziennikarze muzyczni, pracownicy wytwórni płytowych, a nawet murarz, pamiętający Rodrigueza z młodości. Najważniejsze są jednak dwie osoby, które postanowiły poznać losy Rodrigueza i wyjaśnić jego zagadkową śmierć.

Wielkie jest ich zaskoczenie, kiedy dowiadują się, że śmierć muzyka jest tylko legendą. Tu zaczyna się część filmu, która wyciska łzy, dodaje otuchy, ale wywołuje też uczucie niesprawiedliwości, dlaczego Rodriguez przez tyle lat nie dowiedział się, że w RPA bije rekordy popularności?!

Don't sit and wait
Don't sit and dream
Put on a smile
Go find a scene
I'm sure you'd meet
Someone who would really love you

Chwila, w której Rodriguez pojawia się w filmie już w czasach obecnych podczas kręcenia dokumentu, wcale nie pokazuje gwiazdy muzyki. Rodriguez nieśmiało zagląda przez okno, skrywa się za ciemnymi okularami, ruchy ma niepewne i nie wie, co odpowiadać na pytania. Jednocześnie wystarczy spojrzeć na jego uśmiech, aby stwierdzić, że jest niezwykle ciepły, ujmujący. Jedyne co przypomina, że jest muzykiem, to długie włosy i gitara. Może właśnie brak siły przebicia i nieśmiałość uniemożliwiły mu zdobycie sławy w Stanach?

Hello only ends in goodbye

Teoretycznie po odkryciu miejsca zamieszkania Rodrigueza nic nie stało na przeszkodzie, aby stał się gwiazdą na całym świecie. Łatwo się domyślić, że fani w RPA oszaleli na wieść, że ich idol z lat 70. nie popełnił samobójstwa. Chciałabym napisać wiele o tym człowieku, ale nie o to chodzi. Po prostu, jeśli będziecie mieli okazję, obejrzyjcie ten film. Dokument o mężczyźnie, który w Południowej Afryce witany jest entuzjastycznie niczym papież (wiem co mówię). Film ogląda się z napięciem i wzruszeniem, bo nawet wypowiadające się osoby ronią łzy. Choć z drugiej strony – wszystko z umiarem, nie jest to ckliwa historia z serii „dlaczego ja?”. Rodriguez o nic nie pyta, ujmuje pokorą. Przy napisach końcowych zwróciłam uwagę, że w kolejności występowania osób, Sixto Rodriguez jest prawie na końcu. Było to dla mnie kolejnym dowodem, że nawet w filmie o sobie samym, muzyk nie zabiega o uwagę i usuwa się w cień, tak jak to zrobił w latach 70. Tłem filmu, i jednocześnie jego bardzo ważną częścią jest muzyka Rodrigueza. Ujrzymy też krajobrazy Detroit oraz RPA, np. Kapsztadu.



Po obejrzeniu „Sugar Mana” Rodriguez nadal pozostaje dla mnie człowiekiem nieodgadnionym. Nie znam jego poglądów, mimo że znam teksty jego piosenek. Znam jego pokorę, skromność. I to mi wystarczy, mimo że nie są to cechy dzisiejszych idolów. A może właśnie z tego powodu uznaję go za kogoś wielkiego. Najlepsze scenariusze pisze życie, więc warto zarezerwować sobie jeden wieczór na poznanie historii Rodrigueza. Natomiast z jego muzyką warto pozostać na dużo dłużej.

Zastanawia mnie, ilu jeszcze jest na świecie genialnych muzyków, o których nikt nigdy nie usłyszy… Nie wiem, czy cokolwiek lub ktokolwiek jest w stanie to zmienić. Obejrzałam „Sugar Mana” w Multikinie. Cieszę się, że są ludzie, którzy zamiast projekcji 3D wybiorą film dokumentalny o mało znanym muzyku. Nie zdziwię się, jeśli za chwilę usłyszymy w radiowych stacjach muzykę Rodrigueza (w Trójce już jest). Fajne jest to, że w kinie mogę obejrzeć film, koncert czy dokument muzyczny. W marcu planuję obejrzeć w Multikinie film dokumentalny „Lemmy” o wokaliście i basiście m.in. Motörhead.

Teksty pisane kursywą to fragmenty utworów Rodrigueza. 
Recenzja opublikowana na WSA.org.pl

wtorek, 12 lutego 2013

Koncert: Guitar Day, 8.02.2013, Wrocław, Impart

8 lutego Wrocław po raz kolejny udowodnił, że jest polską stolicą muzyki gitarowej. Wrocławskie Towarzystwo Gitarowe i Biuro Festiwalowe Impart 2016 zorganizowały Guitar Day – minitargi gitarowe i koncerty gitarzystów prezentujących różne style muzyczne.

Piszę o tym z lekkim opóźnieniem, bo czekałam na zdjęcia, które miałam dostać od jednego pana, ale póki co nie doczekałam się. Jeśli na dniach je dostanę, to pewnie wrzucę na fb :)

Dla mnie był to wieczór wyjątkowy. Przysporzył mnóstwo stresu, ale i radości, miałam możliwość sprawdzenia się w zupełnie nowych dla mnie okolicznościach, w nowej roli. Eh, piszę strasznie oficjalnie, a mam ochotę wykrzyczeć po prostu: Boże, co to był za dzień! Ekscytowałam się każdą chwilą, każdym usłyszanym dźwiękiem, słowem, choć przez większość czasu nie ogarniałam, co się dzieje. Chyba wciąż nikt nie wie, o co chodzi. Już wyjaśniam! Choć pewnie i tak na nikim to nie zrobi wrażenia ;D Jako że współpracuję z WTG, miałam możliwość poprowadzenia tej imprezy, tj. zapowiadania artystów na scenie. Trochę mnie to wszystko zaskoczyło, bo nigdy nie byłam konferansjerem. Adrenalina była, wychodziłam na scenę i schodziłam z niej nieco automatycznie. Ludzie wierzą we mnie bardziej niż ja sama… i jest to szalenie miłe!

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś poprowadzę jakiś koncert, ale przebywanie z muzykami w garderobie i przysłuchiwanie się próbom i przygotowaniom… taką przyszłością nie pogardzę! Sama możliwość porozmawiania z gitarzystami, nagradzanymi w wielu konkursach gitarowych, była dla mnie czymś szczególnym. W jednym pomieszczeniu zebrało się kilku znakomitych gitarzystów, i wszyscy naraz grali. Nie wiedziałam, którym uchem i kogo mam słuchać, bo chciałoby się wszystkich naraz, tyle pięknych dźwięków! Oglądanie występów zza sceny, z innej perspektywy – ciekawe doświadczenie.  Wieczór do zapamiętania!

Recenzji jako takiej nie będzie, bo koncerty obserwowałam zza sceny lub z garderoby, gdzie występów nie było słychać. Jedynie kilka zdań, bo przecież muszę, inaczej się uduszę ;) Lubię piosenki, i różne inne dźwięki, badum tsss.

Na scenie zaprezentowali się najzdolniejsi gitarzyści dolnośląskich szkół muzycznych. Po nich przyszedł czas na profesjonalistów.

Krzysztof Pełech, którego miałam okazję już usłyszeć na Wrocławskim Festiwalu Gitarowym podczas koncertu Tommy’ego Emanuela w zeszłym roku, tym razem zagrał w duecie z Robertem Horną.
 


Następnie zaprezentował się duet Kamil Bartnik & Bartłomiej Helwing w stylu flamenco, a towarzyszyła im wspaniała tancerka Urszula Żebrowska-Kacprzak. Kobieta w ciągu niecałej godziny przebierała się w 3 różne stroje, tupała nogami tak, że aż za sceną, w garderobie zapanowało stłumione dudnienie. Niesamowita energia!

Jako ostatni miał występować Leszek Cichoński, znany wrocławianom z Thanks Jimi Festival. Jednak rozchorował się, i w zamian na scenie Impartu zagrał Piotr Restecki. I wiecie co? Ta zmiana mnie ucieszyła, bo widziałam już jego występ na wspomnianym wyżej koncercie Tommy’ego Emmanuela, i wiedziałam, że ten facet jest znakomity. Impreza nie straciła na jakości, a może nawet zyskała? Pewnie większość kojarzy Piotra Resteckiego z finału „Must Be the Music”.  Uwierzcie, że warto się zapoznać z całą płytą „Więcej niż słowa”, wydaną w zeszłym roku. Ja swój egzemplarz już mam, dostałam od samego Artysty, nawet z autografem :) Rockandrollowy przytup i poczucie humoru gitarzysty sprawiają, że myślisz: „co za charyzma, co za talent!”. Obserwując ukradkiem zza sceny miny publiczności, zauważyłam, że… są takie jak moje, czyli uśmiech od ucha do ucha plus zsynchronizowane kiwanie głową i tupanie nogami w rytm muzyki. Był to jedyny koncert, który obejrzałam w całości, bo trema już ze mnie zeszła, mogłam odetchnąć i wreszcie w całości chłonąć gitarowe brzmienia.  A było co chłonąć. Spokojne, romantyczne „As you are”, kilka mocniejszych kawałków i świetny bis: połączenie znanych utworów w jedno. Wyobrażacie sobie „Stairway to heaven” w jednym utworze z zorbą i „Jump” Van Halena!? Wyszło świetnie, znakomite zakończenie Guitar Day!


W ostatnich dniach słucham na zmianę płyt "Rumba foundation" Jesse Cooka i "Więcej niż słowa" Piotra Resteckiego. A moja gitara stoi w kącie i się kurzy, wiadomo. Po co po nią sięgać, kiedy grają mi mistrzowie? :)

czwartek, 7 lutego 2013

"Les Farforcles czyli Nasturcje i Ćwoki oraz Farfocle Namiętności", Marcin Szczygielski, Warszawa 2009.



Znowu mi się to zdarzyło. Zaczęłam czytać drugi tom jakiejś powieści, nie wiedząc, że istnieje pierwszy. Tym razem osiągnęłam szczyt durnoty, bo pierwszy tom stał na półce, i przecież dobrze wiedziałam, że go mam, ale nie wiem, jakieś zaćmienie czy co… Co jeszcze gorsze, chodziło o twórczość Marcina Szczygielskiego, o którym rozpowiadam wszem i wobec, że go uwielbiam. No dobra, grunt, że w połowie „Farfocli namiętności” zapaliła mi się we łbie żaróweczka, że „Les Farforcles”, które dostałam na Gwiazdkę, to połączone w jednej książce dwa tomy: „Nasturcje i ćwoki” i właśnie „Farfocle namiętności”. Zaczęłam czytać od początku, bo chyba należałoby jednak zacząć od pierwszego tomu! Brawa i owacje dla mnie za ogarnięcie się.

Chwała Bogu, że wróciłam do odpowiedniej kolejności. Czytając drugi tom, czyli „Farfocle namiętności”, fabuła wydawała mi się dość prymitywna, a niezliczone literówki drażniły. Na szczęście wydane w 2009 roku „Les Farfocles” przeszły chyba porządną korektę, bo literówki owszem są, ale jest ich zdecydowanie mniej.

Zosia jest stylistką w magazynie modowym „Stylle”. Jest najmądrzejsza, najpiękniejsza, świetnie się ubiera, zawsze ma rację. Problem w tym, że… tylko ona tak myśli. Egoistka do potęgi, najczęściej wypowiadanym przez nią słowem jest „ja”. Zosia ma przyjaciółkę Agnieszkę – szarą myszę, niezbyt błyskotliwą, która sama z siebie do niczego by w życiu nie doszła, gdyby nie Zosia – tak twierdzi Zosia. Prawda jest jednak taka, że Agnieszka częściej niż Zosia wpada na fajne pomysły, odnosi sukcesy i ma bardziej poukładane życie: chłopaka, mieszkanie, samochód. Agnieszka jest asystentką Zosi i przyjaciółką z dzieciństwa. Chociaż ta przyjaźń polega na tym, że kiedy Aga wymyśli coś kreatywnego, Zosia natychmiast sprowadza ją na ziemię mówiąc, że pomysł jest beznadziejne. Często przemyślenia głównej bohaterki kończą się słowami: "Dlaczego właściwie JA wcześniej na to nie wpadłam?”, „Dlaczego właściwie JA nie mam jeszcze samochodu/mieszkania/faceta?” itd.

Pierwsza z książek, czyli „Nasturcje i ćwoki” to ponoć kryminał romantyczny. Według mnie z kryminałem nie ma nic wspólnego. Jest to raczej opowieść o dwóch babeczkach i ich perypetiach zawodowych i prywatnych. W jednej z recenzji przeczytałam, że fabuła w tej książce jest najmniej ważna, i tu mam ochotę zapytać niczym Zosia: „Dlaczego właściwie ja wcześniej na to nie wpadłam?”. Bo rzeczywiście, fabuła nie jest wymyślna, ale Szczygielski pisze w tak zabawny sposób, że wszystko inne schodzi na boczny tor. Poza tym, odnoszę już kolejny raz wrażenie, że autor zna kobiety bardzo dobrze, mimo że sam gustuje w mężczyznach. A może właśnie nie „mimo”, ale „dlatego”? Na dodatek jest świetnym obserwatorem kobiecych zachowań.

W drugiej powieści, która opowiada dalsze losy Zosi i Agnieszki, głównym wątkiem są problemy sercowe Zosi. Okazuje się, że jej chłopak spędza godziny na portalu randkowym. Łatwo się domyślić, jak reaguje Zosia: „Właściwie dlaczego JA nie mogę mieć romansu?!”. No, i się zaczyna… ;).

Szczygielski wprowadził świetnych bohaterów drugoplanowych. W pierwszym tomie jest to mama Zosi, z którą rozmowy telefoniczne kończą się najczęściej słowami „Oj, zmieniłaś się, kiedyś taka nie byłaś…”. Jeśli myślicie, że są przez to przewidywalne, to oj, mylicie się. W „Farfoclach namiętności” taką postacią jest babunia, którą Zosia musi się zaopiekować. Jej zachowanie i sposób mówienia gwarantuje wybuchy śmiechu.

Zazwyczaj czytając książkę w domu, piję herbatę. Tak było i tym razem. Niestety wzięłam łyka herbaty w nieodpowiednim momencie... Wybuchy śmiechu mają to do siebie, że są niekontrolowane. A ja strasznie chciałam go opóźnić, aby herbata nie wylądowała na książce. Chciałam najpierw ją połknąć, a potem się roześmiać, ale średnio mi się to udało, no i lekko się poddusiłam. W każdym razie, uśmiałam się niemiłosiernie, bardzo lubię poczucie humoru Szczygielskiego. Przykład - fragment opowieści Agnieszki o jej umiejętnościach jako kierowcy samochodu. Niestety, mam podobnie, jeśli chodzi o ronda: 

„Ronda to największa zaraza. Wczoraj wpakowałam się na rondo Babka i zrobiłam czternaście okrążeń. Prawie się popłakałam, bo mnie nie chcieli wypuścić, i zaczęłam się bać, że mi zabraknie benzyny, bo się lampka zaświeciła. O, nie! Ronda – nigdy. Chyba że w nocy”.

I jeszcze jeden:

„[Mówi, że] nie wyobraża sobie związku z kimś, kto uważa, że eutanazja to program przesiedlania starych ludzi z Europy do Azji. Kiwam głową i uśmiecham się z wyższością, wyraźnie dając do zrozumienia, że ja dokładnie wiem, co to jest eutanazja. Zresztą sama mam taką sukienkę w szafie, ale nie noszę jej, bo nie lubię sztucznych materiałów”.

No, to już wiecie dlaczego należy uważać z herbatą przy czytaniu Szczygielskiego.

Ach, zapomniałabym. Książka ma świetną oprawę graficzną. Pasujące do treści ilustracje z polskich pism modowych lat 40. i 50. są świetnym rozwiązaniem. Po raz kolejny jestem zadowolona po przeczytaniu powieści Szczygielskiego. Ogłaszam wszem i wobec: uwielbiam go!

sobota, 2 lutego 2013

Zapowiedź: Guitar Day, 8.02.2012, Wrocław

Moi drodzy! Pozwolę sobie zapowiedzieć fajną imprezę dla wrocławskich (i nie tylko) gitarzystów!




GUITAR DAY
8.02.2013, piątek, 17:00 - 22:00 
Impart, Mazowiecka 17
Bilety na koncerty: 15*/30 PLN
* uczniowie akademii i szkół muzycznych
Bilety do nabycia w kasie Impartu, salonach EMPIK, Media Markt, Saturn oraz na www.eventim.pl, www.biletin.pl, www.ekobilet.pl
Wstęp na Targi Gitarowe bezpłatny.


Guitar Day to połączenie koncertów z mini targami, którego ideą jest zaprezentowanie różnorodności muzyki gitarowej. To doskonały pretekst do spotkania fanów gitary, melomanów oraz praktyków - profesjonalnych gitarzystów i amatorów. To ponadto możliwość uzyskania wiedzy na temat możliwości rozpoczęcia nauki gry na tym instrumencie.


Program Guitar Day:
17:00 - 20:00 Targi Gitarowe:
prezentacje sklepów, akcesoriów gitarowych, szkół muzycznych państwowych i prywatnych, wydawnictw płytowych i nutowych, festiwali, konkursów i innych imprez tematycznych
Sala Kameralna - koncerty:
18:00 - 18:45 laureaci konkursów gitarowych
(classic) :
Karolina Drozd, Jakub Lisowski, Kacper Mroczek, Filip Optołowicz, Antoni Tomaszewski
19:00 - 19:45 Robert Horna & Krzysztof Pełech
(jazz/classic/latin)
20:00 - 20:45 Kamil Bartnik, Bartłomiej Helwing & Urszula Żebrowska-Kacprzak
(flamenco)
21:00 - 21:45 Leszek Cichoński
(blues-rock)


Więcej na gitara.wroclaw.pl

Przybywajcie!