środa, 26 listopada 2014

One Love Sound Fest 2014, 22 listopada, Wrocław, Hala Stulecia

Byłam na One Love Sound Fest. Nie poczułam w tym roku klimatu jamajskiego słońca w polski, pochmurny listopad. Nie poczułam klimatu jednej miłości, ale to pewnie ze względu na jakieś moje psychiczne pstro, a nie, że zły One Love.

Mellow Mood, sympatyczni zdreadowani bliźniacy z Włoch, jak zawsze dali przyjemny, pozytywny koncert. Piszę „jak zawsze”, bo to już ich trzeci (o ile się nie mylę) koncert w Polsce, i po tych kilku razach, no cóż, czym jeszcze mogą zaskoczyć? Może nowym materiałem, ale ten zbytnio nie odbiega od rytmów, które MM serwowali wcześniej. Niemniej, do bujania, skakania i wzdychania, że mają takie słodkie reggae love songi.

Najbardziej czekałam na koncert Patrice’a (jak się okazuje, nie tylko ja, bo z ankiety na onelove.pl wynika, że właśnie jego koncert podobał się najbardziej). Nie dość, że gościu wygląda jak milion dolarów, to jeszcze dzieli się taką pozytywną energią z publiką… Najgłośniej śpiewały i najwyżej skakały moje dwie towarzyszki, obie ciężarne. I dobrze, dzieciaczki pewnie też w brzuchach kręciły sobie dready, a za 20 lat będą się bawić na One Love Sound Fest - edycja 31. Podczas występu Patrice'a poczułam rzeczywiście przesłanie one love, że to nie są tylko czcze słowa, że dla niego serio wszyscy są równi i wszyscy są braćmi, których nie należy się obawiać, tylko do nich wychodzić. Bo Patrice wyszedł do publiczności i zmieszał się z tłumem ciągle coś podśpiewując do mikrofonu, a zrobił to tylko po to, żeby spojrzeć mi w oczy i przybić piątkę. Miło z jego strony, prawda?

Fragment jego utworu „Cry cry cry”, powinien nucić sobie każdy facet, który pozwala, aby jego dziewczyna przez niego płakała:
Never wanna see my girl
Cry cry cry again
I say woi woi woi
Rather I would wanna die”

Tak, drodzy. Szkoda, że zamiast tego, niejedna kobieta słyszy „woi woi woi, czemu znowu płaczesz, mała?”.

Nneka mnie zawiodła. Gdzieś czytałam opinie, że czysty mistycyzm, magia, rozwalony system itd. Rzeczywiście, Nneka tworzy muzykę dość zaangażowaną, ale jakoś nie wiem…
- trochę do spania, nie?
- no, do spania, do spania.
… takie komentarze wymieniałam z ludźmi. Jeśli ktoś ma inną opinię, to dobrze, i chętnie też wysłucham. Według mnie Nneka trochę przygwiazdorzyła, pośpiewała nie patrząc w publiczność, a w podłogę, nie nawiązała kontaktu ze słuchaczami, czego efektem była cisza między kolejnymi utworami. Nie, że nie było braw, ale entuzjastycznymi owacjami bym tego nie nazwała. Czułam między Nneką a publicznością mur nie do przeskoczenia i nic na to nie poradzę. Ale wokalistką jest bardzo zdolną.

Alpha Blondy to klasyk, proszę ja was, klasyk. Reggae’owcy starszej generacji mają ten niekwestionowany styl, po prostu potrafią to robić. Nawet „Wish you were here” Pink Floyd w wersji reggae, zagrane pod koniec, nie oburzyło mnie, a przecież mogło. Ponadto Alpha Blondy ma znakomitych gitarzystów, których nie powstydziłby się zespół grający rasowego rocka. No cóż, Alpha Blondy zapewne też się ich nie wstydzi!

One Love zakończyło się koncertem Juniorstressa. Ktoś chyba chciał, żeby Juniorstress szybciej zszedł ze sceny, bo w trakcie koncertu wysiadł prąd. Cisza na scenie, zaskoczenie zarówno muzyków, jak i publiczności. A! Jak fajnie, że sporo ludzi zostało na tym ostatnim występie, było już megapóźno, a pod sceną wciąż bujando i hulahopy. Juniorstress w całej tej dziwnej sytuacji („słuchajcie, dziwna sprawa, nie ma ekipy technicznej, nikt nie wie, gdzie się podziała…”) zachował się bardzo pozytywnie – zaczął śpiewać acapella, a niektórzy razem z nim. Potem jeszcze zatańczyliśmy kilka razy „wszyscy w prawooooooo, wszyscy w lewolewolewooo”, aż w końcu prąd wrócił i koncert został wznowiony.


Żetony do szatni – straszne zdzierstwo. Żarcie – zdzierstwo. Przeciągi w całej hali, widziałam niejednego zmarzniętego. Aby dotrzeć do sceny soundystemowej, też trzeba było wyjść na zewnątrz i zmarznąć. Namiot piwny – szaro od dymu, ale przynajmniej ciepło. Miłego dnia. 

niedziela, 14 września 2014

Książka: Daphne Barak "Ratując Amy. Historia bez happy endu"

Zmęczyłam tę książkę do końca tylko dlatego, że nie lubię niedoczytywać. Jest tak kiepska, że najchętniej zacytowałabym ją całą, abyście poczytali razem ze mną, a później wspólnie spuścilibyśmy na nią zasłonę milczenia. Milczałam o niej przez jakieś 2 miesiące, kiedy to skończyłam czytać, ale dziś, dziś! Przerwijmy milczenie, dlaczego sama mam cierpieć nad tą pomyłką wydawniczą? Pocierpcie i Wy! Amy przewraca się w grobie, mnie się flaki przewracają.

„Ratując Amy. Historia bez happy endu” jest jedną z tych książek, na których ma zarobić grubą kasę jak najwięcej osób z okazji śmierci głównego bohatera, w tym przypadku Amy Winehouse.

Pamiętam dzień, w którym Amy zmarła. Jechałam następnego dnia na wakacje, było mi trochę smutno. A potem, na wakacjach, cały tydzień padało. Niebo płakało nad śmiercią Amy Winehouse… Hm, na to zdanie też jakaś zasłonka milcząca mogłaby zjechać.

Daphne Barak „jest jedną z czołowych dziennikarek przeprowadzających studyjne wywiady z najwybitniejszymi osobistościami, głowami państw, politykami, gwiazdami Hollywood i muzykami”. Może rzeczywiście ma gadane, ale litości, niech nie przenosi swojej gadaniny na papier, bo efekt jest opłakany. Ona sama myśli, że efekt jest wspaniały, ba, wielokrotnie w trakcie pisania przypomina, z kim przeprowadzała wywiady, oraz że w wielu krajach jest popularniejsza od samej Amy Winehouse. Kurcze, to naprawdę takie łatwe? Jeśli też będę pisać teksty, w których w co drugim zdaniu użyję wyrażeń „z pewnością”, „jednakże”, „a także” i „lecz także”, stanę się popularniejsza od Amy? Z PEWNOŚCIĄ:



Dodajmy jeszcze do tego masło maślane, czyli powtórzenie tej samej myśli w narracji i dialogu:


… oraz niezrównoważenie czasoprzestrzeni:



... proszę bardzo, z takimi umiejętnościami możemy iść przeprowadzać wywiad z Johnnym Deppem.

Mam wrażenie, że to nie jest książka o Amy, czy też o jej ratowaniu, jak sugeruje tytuł. Autorka nie przeprowadziła wywiadu z Amy. Rozmawiała z nią na imprezach, pożyczała jej sukienki (!), ale nie sądzę, że miało to związek z tym, co wypisuje w książce. Większość tekstu to opis relacji Daphne Barak z ojcem Amy Winehouse, Mitchem oraz relacjach Mitch-Amy. Amy przedstawiona jest jako ciągle naćpana i pijana, zakochana w Blake’u artystka. Rany boskie, i bez tego wszyscy wiemy, co wykończyło Amy. Miałam nadzieję, że poczytam więcej o jej muzyce, jej utworach, cokolwiek… Nie na miejscu wydaje mi się też wybór fotografii do publikacji. Amy patrząca nieobecnym wzrokiem, z biustem na wierzchu, i podpis: „Amy wychodzi z ulubionego klubu” – serio? Poza tym, jeśli miała być to książka o Amy, to po co autorka publikuje w niej SWOJE zdjęcia? Tego nie wie nikt. Koniec gadki, lepiej słuchajmy Amy!


G+J Książki, Warszawa 2011

Biorę udział w WYZWANIU

czwartek, 11 września 2014

Potok słów: nowa jesień!

Czy ja dawałam znać, że nie będzie mnie tu już tak często? Kurcze, nie, a to z tego jednego względu, że moja nieobecność nie była planowana. Codziennie myślę sobie: „wypadałoby coś napisać.... ale może nie dziś?”. Nie wiem, co się stało. Chociaż… chyba po prostu życie mnie dopadło. Inaczej: życie mi się zmieniło. Z dnia na dzień, dosłownie. Trudno mi się przyznać przed samą sobą, że chyba już nie czuję potrzeby pisania recenzji. Przynajmniej nie w takiej formie, jak dotychczas. Chciałabym poskromić moją tendencję do rozpisywania się, bo książki trzeba czytać przede wszystkim, a o książkach można ewentualnie coś "podczytać".  

Nie pamiętam, kiedy byłam ostatnio na koncercie. JezuMario, dwa lata temu latałam na koncerty co najmniej raz w tygodniu, a zdarzało się, że częściej. Ale spoko, nie czuję, że przez moją malejącą frekwencję na wydarzeniach kulturalnych wdziera się w moje życie jakaś luka. Kiedy poczuję – pójdę na koncert. Po prostu czasem się nie chce, może dopadły mnie czasy, kiedy po pracy wolę wrócić do domu i odpocząć, zamiast iść na miasto. Ano właśnie, praca, już nie studia, i całe szczęście!

Chilluje, chilluje… Jak fajnie, że mnie nie ma, a Wy jesteście! Spojrzałam właśnie na statystyki i humor mi się poprawił. Pewnie będzie mnie mniej, ale będę. A kto wie, może nagle coś się przestawi i będę pisać codziennie.

[dopisane 4 godziny później: pierwszy krok przestawienia właśnie nastąpił: Wrocławskie Towarzystwo Gitarowe szuka wolontariuszy na Festiwal Gitara Plus. Współpracowałam jakiś czas temu z WTG, a w tym roku na Festiwalu wystąpi Jesse Cook, wspaniały, doskonały… Warto się zakręcić ;) Wrocławianie, polecam!]
  
Niezbyt często jestem czegoś stuprocentowo pewna, ale wiem na pewno: TO BYŁO DOBRE LATO. "Nigdy nie będzie takiego lata"... 


Z nieco mniejszą pewnością, ale nieustającą nadzieją mówię: to będzie dobra jesień. Przede mną nowy sezon bębniarski, nowe wyzwania, nowe sytuacje, nowe buty i starzy przyjaciele!

A moje wakacje… - Tfuuu, urlop! – wyglądał tak:



Właściwie moje życie wewnętrzne ostatnio wygląda właśnie tak... Mam nadzieję, że moje widoki na przyszłość również prezentują się podobnie. interpretacja dowolna, jak na mój gust – wspinanie się na szczyty (np. szczyty głupoty :D), poszerzanie horyzontów, bujanie w obłokach i… no właśnie, co jeszcze?

Jeśli macie chwilę, zajrzyjcie tutaj: http://odwaznik-kultury.blogspot.com/

Jeśli macie dwie chwile, upieczcie sernik dla mamy/przyjaciółki/ukochanej/ukochanego! :) 

niedziela, 10 sierpnia 2014

Książka: Matt McGinn "Coldplay. Życie w trasie"

www.empik.com
Zakładam, że każdy zna grupę Coldplay, a niejedna kobieta wzrusza się słuchając utworu „Fix you”. Jeśli nie, pora nadrobić zaległości, a przy okazji sięgnąć po książkę Matta McGinna „Coldplay. Życie w trasie”.

Mówi wam coś określenie roadie? Bycie roadie pozwala na uczestniczenie w niekończących się trasach koncertowych, przygotowywanie koncertów od strony technicznej, opiekę nad sprzętem muzycznym. Oznacza trudną, stresującą, odpowiedzialną pracę, ale jednocześnie serwuje niesamowitą, godną pozazdroszczenia przygodę, szczególnie dla fana muzyki rockowej. Matt McGinn pracuje jako roadie gitarzysty Coldplay, Jonny’ego Bucklanda, i postanowił napisać książkę o tym, jak wygląda życie w trasie z jednym z najpotężniejszych współczesnych zespołów: Coldplay.

Wyobraźcie sobie, jaki stres może odczuwać roadie podczas swojej pracy: wielki stadion, pod sceną tłumy podekscytowanych ludzi, Coldplay właśnie gra jeden ze swoich hitów, podczas którego gitara, zamiast pięknie wybrzmiewać, nie wydaje żadnego dźwięku. Publiczność zorientuje się dopiero po jakimś czasie, że coś nie halo, ale Matt zawsze musi być czujny i przygotowany na takie sytuacje, bo odpowiada za to, aby naprawić usterkę bądź podać muzykowi nową gitarę, jednocześnie będąc niezauważonym na scenie. Awaria sprzętu to tylko jedna z niespodzianek, jaka może się wydarzyć podczas koncertu.

Matt McGinn pracuje z Coldplay niemal od samego początku, w związku z czym sypie anegdotkami zza sceny i tourbusa jak z rękawa. Podoba mi się jego styl, taki od niechcenia. Sam z siebie się nabija, kilka razy powtarza, że ma beznadziejny dowcip, może czasem jest zbyt wyluzowany i nadużywa słowa „cholernie”. Wybitnym pisarzem nie jest, ale jego celem nie była walka o nagrody literackie. Chodziło raczej o zwrócenie uwagi wszystkich bywalców klubów muzycznych i stadionów, że sukces koncertu nie zależy wyłącznie od artysty, ale że pracują na niego dziesiątki ludzi, i to autorowi udało się w stu procentach. Ponadto Matt udziela kilku informacji o działaniu rynku muzycznego, produkcji, sprzęcie muzycznym itd. A że pracuje z Coldplay… no cóż, tym bardziej zainteresuje fanów zespołu swoją publikacją, z czego bardzo się cieszę. Ale uwaga – nie oczekujcie biografii zespołu Coldplay. Zdjęcie na okładce, przedstawiające wokalistę Chrisa Martina, może zmylić, jeśli zatem chcecie poczytać o prywatnych sprawach członków Coldplay – nie tędy, proszę.


Jestem z tych, którzy lubią wynosić pamiątki z koncertu. Kostka do gitary, setlista czy pałka perkusyjna – jeśli uda mi się zdobyć którąś z nich, jestem przeszczęśliwa. Czasem pomocni okazują się właśnie roadie, do których można się uśmiechnąć po koncercie i poprosić o leżącą na scenie, nikomu już niepotrzebną kartkę z wypisanymi tytułami utworów. McGinn w swojej książce udziela kilku cennych rad, jak widz nie powinien, lub właśnie powinien się zachowywać, jeśli chce zostać zauważony przez roadiego i obdarowany upragnionymi pamiątkami. To był jeden z moich ulubionych fragmentów, z którego wyciągnę wnioski, a do rad dostosuję się na najbliższych koncertach. Zacznę też z większą uwagą przyglądać się osobom, które w pocie czoła biegają przed koncertem po scenie rozstawiając sprzęt, a po nim zwijają kilometry kabli. Uwierzcie, że nie chodzi tylko o kable, chodzi o wiele więcej, o czym przekonacie się czytając „Coldplay. Życie w trasie”. 

Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Biorę udział w WYZWANIU

wtorek, 15 lipca 2014

Książka: Agnieszka Osiecka "Na początku był negatyw"

Agnieszka Osiecka – mistrzyni słowa, poetka, autorka piosenek i… fotografka.

Podczas oczekiwania na drugi tom „Dzienników” Agnieszki Osieckiej, Prószyński Media proponuje książkę, która umili ten czas, podsyci jeszcze bardziej ciekawość i nie pozwoli zapomnieć o tej wspaniałej kobiecie.

„Na początku był negatyw” to książka na jedno popołudnie, ale jakże dobre popołudnie! Z utworami Osieckiej w tle (polecam płytę Katarzyny Nosowskiej „Osiecka”) oraz jej tekstami i fotografiami w książce.

Osiecka pisze o swojej fascynacji fotografią. Wypowiada słowa, które po raz kolejny przekonują mnie, jaki miała dystans do siebie: „Prawdę mówiąc, ludzie w ogóle fotografują za dużo. W albumach i w szufladach poniewierają się stosy kolorowych obecnie zdjęć, które przedstawiają szwagrów, wczasowiczki, piosenkarki, pszczoły, grzyby, premiery i Bóg wie, co jeszcze”, a potem… sama pokazuje czytelnikowi serię fotografii przedstawiających owe „Bóg wie, co jeszcze”.

Marek Hłasko, Zbigniew Cybulski, Magda Umer, Daniel Olbrychski… W tej książce nie są aktorami, piosenkarzami, poetami, jakich znamy. Są przyjaciółmi Osieckiej, których fotografowała. Agata Passent nie jest tu dziennikarką, autorką felietonów, a bohaterką zdjęć, jakie robią mamusie swoim córeczkom: Agata-niemowlę, kilkuletni szkrab, dorastająca dziewczynka, studentka.  Wreszcie Agnieszka Osiecka – na wakacjach w Turcji, w Nowym Jorku, w Paryżu, Warszawie czy Gdyni.



Każde zdjęcie zamieszczone w książce jest podpisane: kto, co, kiedy; często są to bardzo zabawne anegdoty. Nawet poprzez te krótkie tekściki geniusz pisarski Osieckiej jest widoczny jak na dłoni.  Przeglądając kolejne strony, przypomniałam sobie, że moja mama również opisywała zdjęcia – na ich odwrocie bądź na wolnym skrawku w albumie. Najczęściej bardzo lakonicznie, np. „Lato 1976”, ale często były to historyjki jakby zostawione dla potomnych, mówiące „poznaj mnie, taka byłam!”. Odnoszę wrażenie, że podobna chęć kierowała Osiecką, kiedy przygotowywała tę książkę. Nie chodziło o pochwalenie się talentem do fotografowania, a raczej o przekazanie emocji, ukazania codzienności, bliskości.  To jakby rodzinny album Osieckiej.


Staram się systematycznie wywoływać zdjęcia. Podpisuję je, utrwalając wspomnienia, czasem nie starcza miejsca na moje bazgroły ;) Podejrzewam, że większość osób przechowuje na komputerze tysiące zdjęć. Polecam wywołać choćby część z nich. Papier jest niezwykle cierpliwy, jak mawia jeden z moich wykładowców. Polecam "Na początku był negatyw" sto razy bardziej niż przeglądanie na Facebooku fot oznaczonych #selfie.

Wydawnictwo Prószyński Media (we współpracy z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej)
Warszawa 2014

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Biorę udział w WYZWANIU

środa, 2 lipca 2014

Książka: Nigel Slater "Tost. Historia chłopięcego głodu"

źródło: Filmweb.pl
Lubię takie „smaczne” książki. Przyznaję bez bicia, że sięgnęłam po „Tost”, bo ujrzałam na okładce zdjęcie z ekranizacji: piękną Helenę Bonham Carter, i mniej pięknego, ale jakże zdolnego, Freddiego Highmore’a. 

W małym Freddiem zauroczyłam się, kiedy zobaczyłam 
go na kinowym ekranie w filmie „Marzyciel” u boku Johnny’ego Deppa. Od tamtej pory wszystkie filmy z jego udziałem, które widziałam, podobały mi się. Nawiasem mówiąc, chłopak już wcale nie jest taki mały, ma obecnie 22 lata.

Autorem jest Nigel Slater. Nie wiedziałam, że został on „okrzyknięty przez brytyjskie media skarbem narodowym”. Jeśli mam łączyć gotowanie z imieniem Nigel, to prędzej przyjdzie mi do głowy Nigella Lawson niż Nigel Slater. A tu proszę, nie przyszedł mi do głowy, ale przyszedł mi do książki!

„Tost. Historia chłopięcego głodu” to przesączona pysznym żarełkiem biografia dorastającego chłopca zakochanego w jedzeniu. Tytuł jest nieco mylący, bo Nigel raczej głodny nie chodził.

Książka składa się z krótkich rozdziałów, które nazwane są wyrafinowanie („Biszkopt królowej Wiktorii”), przyjemnie, jak np. „Truskawki ze śmietaną” (jakże aktualne, omnomnom, smacznego!:), a nieraz wręcz obrzydliwie, jak choćby „Kożuch z mleka” (fuuuu, przekleństwo dzieciństwa!). Zatrzymam się na chwilę przy kożuchu. Cytat z tego krótkiego rozdzialiku, który może was zachęcić do przeczytania książki:

 „Kożuch. Już samo słowo sprawia, że przechodzą mnie ciarki. Kożuch wygląda jak skóra po oparzeniu słonecznym albo po skaleczeniu (…). Nazwa brzmi tak, że automatycznie kojarzy mi się z czymś włochatym, gryzącym i śmierdzącym naftaliną. Więc z jakiej racji coś takiego pływa w moim kakao? Albo lubisz tę cienką pomarszczoną warstwę, która formuje się na gorącym mleku, albo jej nienawidzisz. Na ten temat nie można nie mieć zdania. To musi być albo miłość, albo kompletna odraza”

Piąteczka, Nigel! U mnie kożuch to zdecydowanie kompletna odraza. A jak jest u Was? Bardzo mnie ciekawi, czy ktokolwiek jest w stanie powiedzieć, że „to musi być miłość”! :D

Chyba tylko osoba zajmująca się zawodowo gotowaniem potrafi opisywać kożuch mleczny przez ¾ strony. Slater jest narratorem bardzo wyluzowanym, zaczyna zdania od „więc”, pisze o jedzeniu i opisuje koleje swego losu ot tak, jakby siedział przy piwku z kumplem i włączył mu się słowotok po kilku kuflach (a brytyjskie piwko jak najbardziej, smaczne i sprzyjające gadaniu). Mógłby jedynie darować sobie opisywanie kilku obrzydliwych scenek z życia dorastającego chłopca.  Mogą zrazić.

Jedna sprawa jest dla mnie kompletnie nie do zaakceptowania. Pierwszy raz widzę książkę, która posiada NIEWIDZIALNY SPIS TREŚCI. Czyli po prostu go nie ma. Nie wiem czyja to sprawka, niedopatrzenie bądź świadoma decyzja, ale przepraszam bardzo, jak mam teraz znaleźć rozdział o grillowanym grejpfrucie wśród prawie 300 stron?

Książka nie wywołała we mnie większych emocji, nie jest zła, ale mam nadzieję, że film bardziej przypadnie mi do gustu, bardzo chcę go wreszcie obejrzeć. Jeśli ktoś z was oglądał, proszę o podzielenie się opinią.

Z serii takich książek - smacznych kąsków, polecam „Herbaciarnię Madeline” Darien Gee, „Jak znaleźć przepis na szczęście” Barbary O’Neal, i nade wszystko „Gotuj z Julią. Niezbędne przepisy i porady mistrzyni kuchni” Julii Child!


Nigel Slater robi tosty:

A tu trailer ekranizacji:


Helena Bonham Carter! Freddie Highmore! 

Wydawnictwo Carta Blanca, 2011

niedziela, 8 czerwca 2014

Książka: Johnny Cash (współpraca Patrick Carr) "Cash. Autobiografia"

Czytałam biografię Johnny’ego autorstwa Michaela Streissgutha, oglądałam też film biograficzny "Spacer po linie"  (chyba jedyny film, w którym Reese Witherspoon nie jest blondynką :D). Sięgając po książkę „Cash. Autobiografia” wydawało mi się, że nic mnie w niej nie zaskoczy, przecież poznałam już koleje losu tego muzyka. Myliłam się. Wciągająca lektura! Johnny nie tylko pisał piękne piosenki. Potrafił także pisać o sobie, ale przede wszystkim o innych.

Nie jest to autobiografia w rozumieniu opisywania swojego życia rok po roku, relacjonowania wydarzeń na zasadzie przyczyna-skutek. Są to raczej wspomnienia z wybranych chwil, choć też nie do końca. Dziennik? Niekoniecznie. Luźne przemyślenia znanej osoby? Jakkolwiek by nazwać tę publikację, zawsze będzie czymś ponad klasyczną biografię.

Myślę, że Johnny Cash pozwolił się poznać, ale przede wszystkim chciał opowiedzieć o swoich najbliższych i dać świadectwo wiary. Wiara, miłość, wdzięczność, muzyka to fundamenty, którymi się kierował. Ostatecznie to one wyzwoliły piosenkarza z nałogu narkotykowego. Kilka razy jego opowieści wzruszyły mnie. To balsam dla duszy, kiedy człowiek jest wdzięczny za to, co dostał od losu i częściej dziękuje zamiast prosić. Taką właśnie lekcję zafundował mi Johnny Cash, chrześcijanin na piątkę z plusem (chociaż sam oceniał się dużo surowiej), muzyk na szóstkę w koronie, człowiek żyjący w drodze.

„Legendy i kłamstwa, głupcy i pijacy, starzy przyjaciele i anioły. Wszyscy oni mają swoje miejsce w tej książce” – pisze Johnny Cash. Nie określiłabym precyzyjniej tego wydawnictwa. Cash nawet pisząc własną autobiografię, nie skupia się na sobie. Opowiada o całej rodzinie Carterów, o przyjaciołach (np. Royu Orbisonie). Posługuje się prostym językiem, ma cięty dowcip, ale jednocześnie nie powie o nikim złego słowa. 

Dużym plusem są elementy dziennika. Cash rozpoczyna niektóre rozdziały opowiadając, gdzie się właśnie znajduje („Jestem w miłym hotelu w San Francisco, są lata dziewięćdziesiąte, patrzę na wybrzeże Pacyfiku”), co robił w ostatnich dniach („kręciłem reklamę dla Nissana”), mówi o pogodzie („Nastał nowy dzień w Tennessee, i to całkiem ładny”) lub po prostu dzieli się planami na  bieżący dzień („wsiadam do land rovera, żeby zrobić sobie przejażdżkę”). Zwykłość niezwykłego człowieka.


Z okładki patrzy srogi facet z rewolwerem w ręku, ale jego słowa przekonują, że za jego spojrzeniem kryje się człowiek o dobrym sercu i fenomenalnym głosie – Man in Black, Johnny Cash.

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014
Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl


Biorę udział w WYZWANIU