sobota, 11 czerwca 2016

Książka: Jacek Cygan "Przeznaczenie, traf, przypadek"

Znam teksty piosenek autorstwa Jacka Cygana. Między innymi jego teksty śpiewa Maryla Rodowicz, Edyta Górniak czy Ryszard Rynkowski. Wszyscy także pamiętamy piękną balladę Dumka na dwa serca, promującą ekranizację Ogniem i mieczem. Przez ostatnie kilka miesięcy (tak, miesięcy, niestety…) miałam okazję poznać zgoła inny rodzaj twórczości tego autora – opowiadania. Eh, gdybym tylko miała więcej czasu, a oczy nie zamykałyby mi się wieczorem ze zmęczenia, chętnie połknęłabym Przeznaczenie, traf, przypadek jednym tchem.
Ten zbiór 26 opowiadań określiłabym jednym słowem: życiówka. Bohaterami opowiadań są zwykli ludzie, ich życie. Czasem opisywana jest jedna sytuacja, jeden dzień, innym razem akcja toczy się na przestrzeni kilku miesięcy czy lat. Nieraz w tych pozornie zwyczajnych sytuacjach Jacek Cygan trafia w samo sedno problemów przeżywanych przez wiele osób. Czytamy zatem o zdradzie, o przemijaniu, życiu w małżeństwie, ale też o światku teatralnym. W codzienne sytuacje autor wplata treść, która nakłania do refleksji i dostrzeżenia małych rzeczy. Bo przecież tak często nie dostrzegamy codzienności i piękna chwili, żyjąc marzeniami i planami na jutro. Jutro, jutro, jutro. A gdzie jest dzisiaj? No właśnie. Albo nie dostrzegamy tej krótkiej chwili, dzięki której życie może się całkowicie odmienić. Czasem warto skupić na moment myśli i zastanowić się, jak obecny dzień wpłynął na twoje życie. Na związek przyczynowo-skutkowy, na zauważenie, że nic nie dzieje się przypadkiem.
Mówiąc życiówka mam na myśli, że każdy czytelnik może odnieść opowiadanie do swojego życia. Mam na to swój osobisty przykład.
Pojechałam do mojego P. na weekend. Mieliśmy spędzić całe dwa dni razem, co niestety w sobotę się nie udało ze względu na jego zobowiązania zawodowo-hobbystyczne. Było mi bardzo przykro, czułam, że on ani na mnie nie patrzy, ani mnie nie dostrzega, że mimo obietnic nie ma dla mnie czasu. Ze względu na moje skłonności do depresji czułam się przez to bardzo źle. Nie chciało mi się nawet otwierać książki, ale ostatecznie nie miałam nic innego do roboty.
Mówcie co chcecie – że to przeznaczenie, traf, przypadek – otworzyłam książkę Jacka Cygana i przeczytałam początek opowiadania Trzy listki:

Stał w korku, bo wyjechał później niż zwykle. Żona zrobiła mu idiotyczną awanturę o to, że ją zaniedbuje. To nie nowość, ale samo wysłuchanie jej zajęło chyba z kwadrans. Jeszcze teraz w uszach huczały mu jej słowa: „Nie mam własnego życia. Zanim za ciebie wyszłam, byłam kimś, teraz jestem nikim. Poświęciłam się dla ciebie, dla twojej kariery!"
Znał to na pamięć. Ale dzisiaj doszedł nowy element. Żona powiedziała, że jest dla niego jak ze szkła, że w ogóle jej nie zauważa. Bardzo go to zabolało.

Słowa idealne wpasowane w moją sytuację, i pewnie nie tylko moją. Ten fragment bardzo mnie uspokoił, szczególnie ostatnie zdanie. Trochę też rozbawił bo… właściwie dlaczego ja jęczę i się smucę? Mam faceta, który ma pracę i pasję, i zamiast to docenić, udaję jęczącą księżniczkę. Czy ja nie potrafię sobie zorganizować czasu bez faceta obok? Czy czuję się dobrze jedynie wtedy, gdy jest obok, a gdy zostaję sama, to spadam w otchłań rozpaczy? NO CHYBA NIE.

Dzięki tej książce uniknęłam bezsensownego awanturowania się. Przeczytałam powyższy fragment jemu następnego dnia, kiedy leniuchowaliśmy nad jeziorem i poświęcaliśmy całą uwagę sobie nawzajem. „Przecież wiesz, że wcale tak nie jest”. Wiem.


Panie Jacku, dziękuję za biblioterapię! Ma się rozumieć, że polecam lekturę.

Znak literanova
Kraków 2016

środa, 13 kwietnia 2016

Koncert: TSA, 9 kwietnia 2016, Dzierżoniów (Dzierżoniowski Ośrodek Kultury)

Właśnie takiego koncertu mi brakowało, abym mogła z radością powrócić do relacjonowania i recenzowania na blogu!

Skupienie :)

Marek Piekarczyk dużo lepiej brzmi na żywo, niż w utworach studyjnych. Nie dziwię się, dlaczego w „Zwierzeniach kontestatora” (odsyłam do recenzji TUTAJ) pisał, że Trzy zapałki dopiero na koncercie naprawdę BRZMIĄ. To prawda!
Piękni Panowie

Na koncert jechałam samochodem przez ponad godzinę we mgle i deszczu, a na dodatek w podłym nastroju. Naprawdę okropnym. W aucie puściłam sobie płytę TSA Proceder. Ujęło mnie to, że muzyka TSA jest ciężka i mocna, a teksty… podnoszące na duchu, proste i dające nadzieję. Słowo „szansa” w utworach zespołu pojawia się niezwykle często. Rany, ależ mi pomogły te słowa Piekarczyka akurat w tamtym momencie:

Popatrz
Jak pięknie jest! 
Spróbuj jeszcze raz! 
Nie mów: „to już koniec!"


Nie trzeba skomplikowanych, poetyckich słów, aby dotrzeć do słuchacza.

Choć nie zawsze zdarza się,
Że los łaskawy jest
Musisz zawsze czujnym być,
Lepiej nie przegap jej
Tej Twojej szansy raz na sto
Gdy wreszcie pojawi się,
By otworzyć Ci Wszystkie drzwi
I zmienić na lepsze Twój czas...

Proste. I trafia.

Nie byłam pewna, czy TSA na koncertach nadal „dają radę”. Teraz, po koncercie, jestem pewna, że jeszcze przez wiele lat będą dawali z siebie wszystko. Marek Piekarczyk wciąż ma świeży głos, kapitalnie wyciąga góry, a śpiewa tak, jakby nie był to dla niego żaden wysiłek. Ba, nie tylko śpiewa, ale też biega po scenie, skacze, łapie wzrokowy kontakt z publicznością. Cechuje go jakieś takie ciepło i brak gwiazdorzenia. Uśmiecha się i robi swoje. A kiedy się nie uśmiecha, poważnieje i śpiewa 51. Wzruszające wykonanie.

Ogromne wrażenie wywarł na mnie gitarzysta Andrzej Nowak. Facet w wieku mojej mamy, a wciąż bije od niego męski seksapil. I to nie taki w stylu „jestem gitarzystą, patrzcie na mnie, bo jestem boski”. Chodzi raczej o jego opanowanie, pewność siebie na scenie, zawziętą minę, brak jakichś udziwnień i zachowań, jakimi nieraz charakteryzują się gitarzyści. Na koncercie 9 kwietnia świętowaliśmy jego urodziny. Był tort, odśpiewane Sto lat i przemówienie. Nowak mówił o Polsce. Bardzo mądre, patriotyczne przemówienie.

Andrzej Nowak

To był genialny koncert. Niedługo (22 kwietnia) TSA zagra we Wrocławiu. Fanów nie muszę chyba zachęcać. Warto się zjawić na tej imprezie, bo panowie na scenie są fantastyczni. Po koncercie chętnie podpisują płyty i robią zdjęcia z fanami. To są ludzie, z którymi chce się rozmawiać, chce się ich słuchać. Idźcie wszyscy na TSA, poważnie! Wciąż robią swoje, są prawdziwi, mądrzy i dobrzy.

Na uwagę zasługuje także zespół 1One, który supportował TSA. Utalentowana Agnieszka Malicka za klawiszami i jej nie mniej zdolni koledzy. Dobry hard rock :) Odsyłam do ich Fb: KLIK 


Radość...

... i jeszcze więcej radości :)


Zdjęcia są moje i proszę ich nie kraść!

sobota, 13 lutego 2016

Książka: Serge Bloch "Wielka historia małej kreski"

Dostałam ostatnio kilka miłych wiadomości, które zmotywowały mnie do podzielenia się nową recenzją. Miło, że ktoś tu zagląda, mimo że ja - niezbyt często ;) 

Nietypowa książka dla dzieci. Choć, według mnie, dla dorosłych też. 

Wielka historia małej kreski Serge’a Blocha to jedna z tych książek, których przeczytanie (a w tym przypadku raczej obejrzenie) nie zajmie więcej niż 15 minut. Uwierzcie, że warto poświęcić tę chwilę, aby zapoznać się z jego kreską i z… kreską.

Serge Bloch to francuski ilustrator książek dla dzieci i twórca rysunków prasowych. Należy do europejskiego stowarzyszenia rysunku humorystycznego. Jego najnowsza książka, wydana przez Wydawnictwo Zakamarki, na pewno zainteresuje grafików, rysowników, ilustratorów i wszystkich z „rysunkowego” fachu. Choć koniec końców, publikacja skierowana jest do dzieci, ponieważ powyższe wydawnictwo specjalizuje się w wydawaniu książek dla dzieci szwedzkich i francuskich autorów.

Gdybym była dzieckiem, długo głowiłabym się nad tym, o co chodzi w Wielkiej historii małej kreski, a ilustracje w niej zawarte raczej by nie rozbudziły mojej młodziutkiej wyobraźni. Ta publikacja jest zupełnie inna niż „typowe” książeczki dla dzieci, z wielobarwnymi ilustracjami, wesołymi zwierzątkami, uśmiechniętymi buziami itd., w których dziecko bez problemu rozpozna historyjkę i będzie próbowało oznaczyć kolory. Nie tutaj takie bajery. W Wielkiej historii małej kreski rysunki są minimalistyczne, a Serge Bloch używa w nich tylko trzech kolorów: czerni, czerwieni i niebieskiego. Przedstawiają chłopca, który pewnego dnia znajduje niepozorną, czerwoną kreskę, która towarzyszy mu w dorastaniu i dorosłym życiu, przeżywając z nim życie raz burzliwe, innym razem spokojne, czasem słodkie, czasem gorzkie. Pojawia się pytanie, o co chodzi z tą kreską? Jak tę historię zinterpretuje najmłodszy czytelnik, kiedy jako dorosła osoba, sama musiałam się dłużej zastanowić, co takiego ma do powiedzenia autor poprzez swoje rysunki. Odpowiedź wydaje mi się niejednoznaczna. Z jednej strony kreska sama w sobie kojarzy się z rysowaniem. Być może chodzi o to, że kreska towarzyszy rysownikowi przez całe życie i jest jego pasją. Wobec tego nasuwa się myśl, że tytułowa kreska jest talentem, który człowiek musi w sobie najpierw odnaleźć, a potem pielęgnować i rozwijać. Takie są moje refleksje, i z chęcią poznałabym opinie najmłodszych czytelników. Mniemam, że niektórym z nich ilustracje mogą się kojarzyć z obrazkami Jeana-Jacquesa Sempé z osławionego Mikołajka.


Bardzo przyjemnie obcuje się z Wielką historią małej kreski. Uwielbiam porządnie wydane książki, a ta w stu procentach do takich należy. Nietypowy format, nietypowa, bardzo gruba i solidna okładka. Idąc dalej – nietypowa historia i nietypowe ilustracje. Czyli mój typ, choć może nie dla wszystkich dzieci. Na pewno dla tych ambitnych!

Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2015
Recenzja opublikowana na dlaLejdis.pl

środa, 13 stycznia 2016

Film: Sekret, reż. Drew Heriot, 2006

źródło: filmweb.pl
Obejrzałam „Sekret”. Kiedyś też przeczytałam książkę o tym samym tytule. To było dawno i zapamiętałam z niej historyjkę o kobiecie, która wygrała z rakiem piersi nie leczeniem farmaceutycznym, ale siłą pozytywnego myślenia. W filmie ta zdrowa i szczęśliwa kobieta wypowiada się o tym, jak w 3 miesiące całkowicie wyzdrowiała. 

„Sekret” to film dokumentalny. Oprócz wyżej wspomnianej, wypowiadają się w nim twórcy owej teorii, metafizycy, wizjonerzy, fizycy, filozofowie i różni inni ludzie, bajkowo sugerujący, że to, o czym myślę, stanie się rzeczywistością. Zabawne, w jak rozbuchany i górnolotny sposób mówią o tym, co tak naprawdę wszyscy już wiedzą. Niby odkrywają przed odbiorcą niesamowity SEKRET, o którym wiedzieli jedynie wielcy uczeni (np. Albert Einstein), i zapewniają, że od tej pory ja również mogę posiąść tę niesamowitą wiedzę i zmienić swoje życie. Czyli mogę być jak Einstein. Łał.

Ów sekret sprowadza się do tego, aby myśleć pozytywnie. Przez 1,5 h „wielcy” filozofowie, metafizycy i wizjonerzy z kurwikami i innymi błyskami w oczach, nadmierną gestykulacją i pseudopsychologicznymi wyrażeniami mówią o tym, żebym WRESZCIE ZROZUMIAŁA I POSIADŁA TĘ NIESAMOWITĄ WIEDZĘ, że wszechświat mi sprzyja. Chcę mieć pieniądze? Powinnam sobie powiesić banknot nad łóżkiem i codziennie myśleć o tym, że jestem bogata. Chcę nowy samochód? Powinnam zamknąć oczy i zacisnąć dłonie na wyimaginowanej kierownicy tejże bryki. Masz raka a chcesz być zdrowy? Codziennie dziękuj wszechświatowi za uzdrowienie. Co z tego, że łysiejesz i znikasz w oczach z dnia na dzień. Prawo przyciągania.

Na nieszczęście oglądałam „Sekret” w polskiej wersji językowej. Film dokumentalny z dubbingiem – gorzej być nie może. Czy naprawdę trzeba było w wypowiedziach zawrzeć każde „yyyy”, „hmmm”, „em...” itp.? Wyszło trochę jak bajka dla dzieci, a nie wypowiedzi profesjonalistów.

Żeby było jasne: nie neguję wartości pozytywnego myślenia! Zgadzam się z powtarzanym na okrągło w „Sekrecie” stwierdzeniem, że optymistyczne podejście do życia sprzyja szczęściu i sukcesom. Jednocześnie wkurzam się, bo niektórzy mogą pomyśleć, że w „Sekrecie” rzeczywiście ujawnia się jakąś niesamowitą prawdę, która może zmienić życie. Bo tak naprawdę wszystko sprowadza się do tej głównej myśli: BĘDZIE DOBRZE, tylko w to uwierz i weź się w garść. 

Już w trakcie oglądania tego dokumentu uznałam, że gdyby „Sekret” trochę przeinaczyć, stanowiłby całkiem dobre rekolekcje. Jeśli w miejsce każdorazowego użycia słowa „Wszechświat” wstawić Boga
czyli

zamiast „bądź wdzięczny wszechświatowi”, po prostu „bądź wdzięczny Panu Bogu”;

zamiast „daj znać wszechświatowi, czego pragniesz”, po prostu „módl się do Boga o to, czego pragniesz

- pewnie oglądałoby się przyjemniej. Tyle że każdy już to wszystko wie. W „Sekrecie” radzą na przykład, żeby rozpoczynać dzień od słów „jestem wdzięczny wszechświatowi”. Znacie Johnny'ego Casha? Zaiste powiadam wam, że „Sekretu” na pewno nie czytał i nie oglądał, a zaczynał swój każdy dzień od słów „Dzięki Ci, Boże”. I wielu ludzi tak robi. Czy to znaczy, że „trzymają w ręku wielki sekret wszechświata”? Nie sądzę :)

Naprawdę wystarczy wiedzieć, jak wielką siłę ma wdzięczność, pozytywne nastawienie, ale też pokora i wiara.

Napisano o tym wiele piosenek:

Don't worry, be happy – Bobby McFerrin

Three little birds – Bob Marley


Bawię się świetnie – Ania Dąbrowska

Pozytywne Myślenie - Voo Voo i Jafia Namuel
Halo! To utwór przewodni WOŚP – tak, tak! Te trąbki, które słyszymy, to tylko intro, a cały utwór ma świetny tekst i poprawia nastrój, polecam sprawdzić!


I powiedziano wiele mądrych słów: 

Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie (Mt 6,7-8) Proście, a będzie wam dane (Mt 7, 7) – ot cały sekret!
Co jest u ludzi niemożliwe, u Boga jest możliwe – O. A. Szustak OP, Wilki dwa

Nie ma żadnego innego sekretu. :)

Czy w 2006 roku (data premiery filmu) istniał już coaching? Przepraszam za ignorancję… Jeśli nie, to „Sekret” można uznać za taki marny początek coachingu. Jeśli o mnie chodzi, polecam stronę fb:  Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty

A jeśli chcecie sekretów, obejrzyjcie film "Sekretne okno" ;) Dobrych dni!

środa, 6 stycznia 2016

Zapowiedź: album "Leopold" zespołu Sibiga

SIBIGA
młody krakowski zespół
alternatywa
dziwno-elektroniczne dźwięki
męski wokal
może być interesująco!

Dla niedotykalskich i nie tylko, polecam na dziś singiel 
"Nie dotykaj mnie" z płyty, której premiera w lutym :) 




PS Wszystkiego dobrego w Nowym Roku! Musi być dobry, starajcie się, wymodlajcie, bierzcie się w garść itd. :)

wtorek, 29 grudnia 2015

Płyta: Peter J. Birch, The Shore up in the Sky

Peter J. Birch to taki pan, który w gęstej brodzie nosi jelenia i ptasie gniazdo, jak sugeruje okładka jego nowego albumu „The Shore Up In The Sky”, mającego premierę pod koniec 2015 roku. Na okładce jest tyle wszystkiego, że nie zdziwiłabym się, gdyby wśród przedstawionych tu latających ryb, słońca-cytryny, kwiatków-oczu i kolorowej rzeki z piór przechadzałyby się Słonie Salvadora Dalego. Grafika jak najbardziej na plus.

Peter. J. Birch, czyli Piotr Brzeziński pochodzący z Wołowa (dolnośląskie), oprócz brody ma także gitarę i charakterystyczny, bardzo męski wokal. „The Shore Up In The Sky” to jego trzecia płyta, którą nagrał z muzykami z zespołu Two Timer. Nagrali na setkę, czyli że wszyscy muzycy grają jednocześnie w studio. Wydaje mi się, że jest to trudne, wymaga niesamowitego zgrania i uwagi, ale efekt końcowy i klimat jest nie do przecenienia.

Opisując krótko klimat albumu „The Shore Up In The Sky”, można rzucić trzy hasła: rock,  troszkę folku, country. Na płytę składa się 11 utworów.

Otwierające Wake up Louisiana! – żywiołowy rock’n’roll, mocny wstęp, ale już, już zaraz zwolnimy tempo przy…

Gallants – spokojnej balladzie z przyjemnie rzężącą gitarą i pięknymi, pięknymi chórkowymi górami! Plus za bardzo przyjemny klip przedstawiający relację Piotra Brzezińskiego z chyba jego najlepszym przyjacielem – własnym bratem. Polecam sprawdzić.

Self-Identity State of Mind – coś dla fanów Arctic Monkeys. Nawet wokal Brzezińskiego brzmi w tym utworze podobnie do AM, choć końcówka utworu to już trochę Foo Fighters, Pearl Jam itd. Co nie znaczy, że źle. Dobrze!

Memphis Blues – w tej balladzie country pierwsze skrzypce gra harmonijka ustna. Do nucenia. Memphis… oh oh oh, Memhis… hey hey hey!

Black Tombstone – wyobraźcie sobie Johnny’ego Casha i Carter Family. Dodajcie brodę wokaliście i odejmijcie czarny garnitur. Macie Petera J. Bircha w piosence Black Tombstone!

New Prince – ballada-tło do romantycznej kolacji i takichże spojrzeń w oczy

Old Fashioned Hollywood – patrz: Black Tombstone + urocze chórki choo-wop, choo-wop i sentymentalna wstawka smyczkowa

I’ve got this train – wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda w starszych westernach. Gdyby znał wtedy Petera J. Bircha, na pewno nuciłby sobie ten utwór, alby się wkręcić w klimat filmu. Ciekawe, czy autor komponując miał na uwadze Ride this train J. Casha? Albo nawet Folsom Prison Blues, zaczynający się słowami „I hear the train a comin'”?

Everyday Chances – i znów harmonijka

Ownbackyard – a tu także spojrzeniowo-romantycznie

The Shore Up In The Sky – tytułowy utwór. Szkoda, że umieszczony na samym końcu, bo jak dla mnie najlepszy. Całą jesień słuchałam go w samochodzie. Jakoś tak pasuje mi do podróżowania. Nastrojowy, spokojny, współgra z szarugą za oknem samochodu. Z czerwnononiebieskim zachodem słońca podczas powrotu z pracy też. Kwintesencja dobrego smaku, delikatności i dowód, że wystarczy gitara akustyczna i umiejętności wokalne, żeby wzbudzić ogromne emocje. Bo ten utwór nieraz mnie wzruszył, co zresztą za kółkiem nie jest zbyt bezpieczne, ale olać. Po tych kilku minutach muzycznej błogości następuje chwila ciszy, a potem zaczyna się kończące płytę łubu-dubu, czyli taka dodatkowa instrumentalna wstawka, trochę niespójna z resztą płyty, ale niech będzie.


The Shore Up In The Sky to moja płyta numer jeden na jesień 2015. Pewnie wciąż by tkwiła w odtwarzaczu CD w moim aucie, gdyby nie fakt, że auto musiałam odstawić na warsztat, gdyż z końcem roku odmówiło posługi. Jeszcze by mi mechanik dziabnął płytkę i potem utrzymywał, że „żadnej płyty nie było!”. Hoho, hehe, nie. Chociaż… może dobrze by było. Zawsze to jedna owieczka więcej w stadzie fanów Petera J Których jak najwięcej powinno być.

Peter J. Birch, The Shore Up in the Sky, Borówka Music / Gusstaff Records, 2015

poniedziałek, 30 listopada 2015

Książka: Gayle Forman "Byłam tu"

Nie wierzyłam w literaturę young adult. Zraziłam się po przeczytaniu jednej z książek tego typu jakiś czas temu, która była dość płytka i kiepsko napisana. Zdecydowałam się jednak sięgnąć po kolejną powieść dla „młodych dorosłych”, głównie ze względu na autorkę – Gayle Forman – bo tytuły jej książek często są przywoływane na różnych portalach literackich. No i co z tego wyszło? Niebo a ziemia! „Byłam tu” – najnowsza powieść autorki „Zostań, jeśli kochasz” i „Wróć, jeśli pamiętasz” przywróciła mi wiarę w dobre pisarstwo dla osób wkraczających w dorosłość, a nawet starszych.

Może jeszcze nie wszyscy wiedzą, czym charakteryzują się powieści young adult? Z tego co zauważyłam i wyczytałam, książki tego typu są tworzone na podstawie ogólnego schematu. Bohaterem jest osoba w wieku około 18-20 lat, mająca w swoim życiu już sporo trudnych doświadczeń i przechodząca problemy. Stałym elementem fabuły jest tajemnica i dość dramatyczne sytuacje, tematyka przyjaźni, miłości. Young adult różni się od powieści młodzieżowych tym, że są w nich sceny erotyczne, a nie tylko pocałunki i młodzieńcze, grzeczne zakochanie.

Bohaterką „Byłam tu” jest Cody Reynolds, która cierpi po samobójstwie swojej najbliższej przyjaciółki. Jak można dopuścić do samobójstwa przyjaciela? Jak można nie wiedzieć, że najbliższa ci osoba zmaga się z takim zamiarem? Na te i podobne pytania musi odpowiedzieć sobie Cody, choć historia jest tak zawiła, że tych pytań długo pozostających bez odpowiedzi jest całe mnóstwo.

Jest w tej powieści moment, który troszkę mnie zmroził, i już zaczęłam myśleć, że nie polecę „Byłam tu” żadnej młodej osobie. Chodzi o motyw działalności grup zajmujących się wsparciem samobójstw, tzn. namawianiem ludzi do zabicia się. Obawiałam się, że można w to za bardzo wsiąknąć i „zacząć się interesować”, ale niekoniecznie, bo według mnie ważniejszym, obecnym w książce zagadnieniem jest przebaczenie. Zawsze jestem także za kreowaniem bohaterów chorych na depresję, bo o tej chorobie wciąż wie się za mało i często się jej nie dostrzega, a przecież nieleczona może okazać się tragiczna w skutkach. Na pytanie „leczyć się czy nie?” wciąż zbyt wiele osób wybiera odpowiedź przeczącą.

„Byłam tu” to książka zapadająca w pamięć, wzruszająca i zmuszająca do refleksji nad tym, jaką moc ma przebaczenie, jak okropną i destrukcyjną chorobą jest depresja, jak ważna jest relacja z mamą i z tatą i co zrobić, kiedy od dzieciństwa nie jest ona taka, jak wszyscy by chcieli. Mocno polecam, nie tylko młodym dorosłym, ale i starszym. Dodatkowy plus za dużo muzyki w tle i fenomenalne tłumaczenie. Można napisać dobre young adult? Można!

Wydawnictwo Bukowy Las, 2015
Recenzja opublikowana na dlaLejdis.pl

Muzyka z książki: