środa, 4 lutego 2015

Książka: Marek Piekarczyk "Zwierzenia kontestatora" (rozmawiał Leszek Gnoiński)

Coraz częściej mam ochotę ściągnąć ze ściany w moim pokoju dwa plakaty przedstawiające Elvisa Presleya i Jima Morrisona. Elvis – portret z początków kariery, powłóczyste spojrzenie. Jim – nagi, ręce rozłożone jak do ukrzyżowania. Obaj w jakiś sposób piękni, ale nie chcę już na nich patrzeć, bo nie są dla mnie żadnymi autorytetami. Życie w sidłach jakiegokolwiek nałogu nigdy nie będzie dla mnie autorytetem. Życie skończone poniekąd z własnej woli przecież - never ever autorytet.
Co w zamian? Trzeba chłopaków kimś, albo czymś, zastąpić. Pokażcie mi faceta, gwiazdę rocka, który nie dał się nałogom, nigdy nie gwiazdorzył, zawsze pozostawał sobą, miał godny podziwu, choć prosty (i jednocześnie niestety coraz rzadziej spotykany) system wartości, dał setki koncertów, pisze wspaniałą muzykę i teksty… i który nadal ŻYJE i robi swoje. Bo taką osobę, proszę ja was, mogę już nazwać jakimś autorytetem. Nie muszę nawet daleko szukać. Może na ścianie zawieszę jeden z tekstów piosenek autorstwa Marka Piekarczyka.

Przeczytałam wywiad-rzekę z Markiem Piekarczykiem, przeprowadzony przez Leszka Gnoińskiego. Jeśli mam w kilku słowach określić, jakiego pana Marka poznałam dzięki „Zwierzeniom kontestatora” i stworzyć hasło „Marek Piekarczyk” w słowniku who is who, to napisałabym coś w stylu:

Normalny, dobry, honorowy mężczyzna, który potrafi zagrać Jezusa, potrafi zaśpiewać tak, że z podziwu wzdychasz „O, Jezu”, i który jest prawdziwy tak, że Jezus może być o niego spokojny, bo zwycięstwo zaczyna się od prawdy.

Normalny, dobry, honorowy – przecież to są określenia tak wyświechtane, że w ogóle po co o nich mówić? Może lepiej nawijać o TSA i wszystkich muzycznych sukcesach? Oj, jestem pewna, że fani TSA mają większą wiedzę na temat sukcesów i porażek muzycznych Marka Piekarczyka, niż ja. Wolę się więc skupić na tej normalności i honorze. Mówię o tym, wiedząc, że są to słowa-banały, a jednak wydaje mi się, że są to cechy coraz bardziej deficytowe. Brakuje w dzisiejszym świecie artystów z prawdziwego zdarzenia, którzy pozostają dobrzy, honorowi, NORMALNI. A Marek Piekarczyk taki jest, w tej książce nie ma żadnej ściemy. To nie jest autobiografia, którą mógł pisać zastanawiając się milion razy nad każdym słowem i koloryzując przeżyte historie wedle potrzeb. To były rozmowy z cenionym dziennikarzem muzycznym (i podejrzewam, że serdecznym kumplem Piekarczyka), w których nie było miejsca na mijanie się z prawdą.

Przypuszczałam, że to będzie interesująca rozmowa. Pytający Gnoiński (o rocku wiedzący bardzo wiele) i odpowiadający Piekarczyk (rockman) – wspaniały duet na rozmowę. Nazwisko Leszka Gnoińskiego nie jest mi obce; „Encyklopedia Polskiego Rocka”, której jest współautorem, stoi w moim pokoju na półce, a film „Beats of Freedom – zew wolności” (współreżyser) – zachęcam do obejrzenia.


Panowie rozmawiają. Piekarczyk o(d)powiada o swoim dzieciństwie, rodzicach, dorastaniu, nauce, o tym, ilu prac w życiu się imał, ile koncertów zagrał, o depresji, o „Jesus Christ Superstar”, o swoich dzieciach, wegetarianizmie, Nowym Jorku, o pisaniu tekstów, o kolegach z TSA i o innych kolegach, o honorze, Jezusie Chrystusie i Biblii Gutenberga (jako bibliotekara nie mogłam tego faktu pominąć :D Jeśli kto ciekaw, niech przeczyta fragment wypowiedzi MP o tejże na końcu recenzji). O „The Voice of Poland” i kulisach programu również trochę się znajdzie.

Bardzo polecam „Zwierzenia kontestatora” wszystkim fanom TSA i po prostu tym, którzy są ciekawi Marka Piekarczyka. Jestem pewna, że takich osób nie brakuje, bo przecież jeśli ktoś pojawia się w tv jako juror talent show, to od razu ludzie są nim bardziej zainteresowani. W tym przypadku – bardzo dobrze! Interesujcie się i sprawdzajcie dorobek artystyczny Piekarczyka!

W książce wszystko gra (oprócz kilku literówek), jest dużo zdjęć z prywatnego archiwum Marka Piekarczyka, niepublikowane teksty piosenek i wiersze oraz kalendarium i dyskografia.







"Kiedyś oglądałem film – niestety nie pamiętam tytułu – o tym, jak zamarzł Nowy Jork, i tam w Bibliotece Narodowej siedzieli przy kominku kolesie i palili Biblię Gutenberga. Do dziś ta scena nie daje mi spokoju, po prostu nie mogę się pogodzić z tym, że ktoś może grzać się przy płonącej Biblii Gutenberga!!!Jeden z najważniejszych zabytków ludzkości, pierwsza książka! Nawet na wojnę bym poszedł, aby jej bronić. Przecież mogli stół spalić, krzesła, ale, k****, Biblię Gutenberga?!"
(Zwierzenia kontestatora, s. 137)


Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014



piątek, 23 stycznia 2015

Film: Whiplash, reż. Damien Chazelle, 2014

Są filmy, na które trzeba wybrać się do kina, i te, których premierę kinową można odpuścić, uskutecznić piractwo albo poczekać na premierę telewizyjną. Jak tylko przeczytałam w prasie o "Whiplash", od razu na drugi dzień poszłam do kina. Musiałam zobaczyć ten film, nie było innej możliwości. I wiecie co? Z chęcią wybiorę się na "Whiplash" drugi raz. Jestem pewna, że na dużym ekranie, z dobrą jakością dźwięku, tego rodzaju produkcję ogląda się dużo lepiej, niż na laptopie. Poza tym, nie ściągam filmów.

Czy film o nauczycielu jazzu i jego uczniu może się spodobać osobie, która o jazzie nie ma pojęcia (czyli mnie)? Może. Według mnie ten film jest fenomenalny. To bardzo wyświechtane słowo, ale chętnie je powtórzę: fenomenalny! I chyba pierwszy film muzyczny, który trzyma w napięciu jak film akcji. Nie ma w nim żadnej płytkiej wesołości. Jest praca, manipulacja, okrucieństwo, bezczelność, pot, krew i łzy.





J.K. Simmons, czyli filmowy Fletcher, surowy nauczyciel grupy, świetnie oddaje emocje: zawziętość, chamstwo wobec podopiecznych, plucie jadem, drwienie i kolokwialnie mówiąc, gnojenie swoich uczniów.

Grający ucznia Fletchera Miles Teller również jest tak autentyczny, że płakać mi się chciało, kiedy patrzyłam na jego łzy i wysiłek, jaki wiązał się z odegraniem roli Andrew. Pomijam fakt, że gdyby przyszło mi usiąść za zestawem perkusyjnym, powiedziałabym sobie "Nie mam pojęcia, co tu robię. Zbieram się stąd". Szczególnie gdybym od nauczyciela usłyszała, że jestem ciotą, oberwałabym w twarz albo ledwo uchyliłabym się przed lecącym w moją stronę krzesłem. A Teller nie dość, że pokazuje niezwykłe, jak sądzę, umiejętności muzyczne, to jeszcze jako postać filmowa potrafi przeobrazić się z nieśmiałego, wycofanego chłopca w świadomego swego talentu muzyka.

Czytałam gdzieś, że podczas nagrywania jednej ze scen aktorzy-perkusiści byli już bardzo wykończeni i wyzywali reżysera (Damien Chazelle), od wariatów - tyle wysiłku wymagała owa scena. Jeśli pójdziecie do kina (albo już byliście), to na pewno doskonale rozpoznacie, o którą scenę chodzi. Tym bardziej zarówno Tellerowi, jak i pozostałym aktorom należą się oklaski, a do J.K. Simmonsa powinien powędrować ślicznie wyrzeźbiony Oscar.



Pracuję w bibliotece. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy na półce z działem "Ortopedia" znalazłam książkę "Whiplash. Metoda badania i terapii ukierunkowana na pacjenta". Długo zastanawiałam się, czy ma to jakiś związek z filmem, i oczywiście doszukałam się różnych powiązań, które pewnie i ktoś z Was dostrzeże.


Chętnie poczytam Wasze opinie na temat filmu! A kto jeszcze nie był w kinie, to szybciej, szybciej!

środa, 21 stycznia 2015

Koncert: Mamatucada i Dj Siwy and D-Rum Orchestra, 16 stycznia 2015, Wrocław, Stary Klasztor

Życie sobie ze mną pogrywa, a ja czasem grywam na djembe. Kiedy zaczynałam grać na bębnach dwa lata temu, nie bardzo przemawiało do mnie słuchanie bębniarskich "szamanów". Oczywiście grać lubiłam od samego początku, przynosiło mi to niesamowitą frajdę i energię. Z biegiem czasu, im więcej rozumiałam i umiałam, coraz bardziej przekonywałam się również do słuchania, a na koncertach Tiriby i Foliby tańczyłam jak szaleniec.

Szczęśliwym trafem 16 stycznia wzięłam udział w karnawale brazylijskim w Starym Klasztorze we Wrocławiu. I tam odkryłam, że bębny afrykańskie są super i w ogóle, ale nie ma się co ograniczać. Bo, uwaga, w Starym Klasztorze po raz pierwszy usłyszałam na żywo grę na bębnach brazylijskich... i przepadłam. Słuchajcie, 10 czy 11 pięknych babeczek grających na bębnach takich jak repinique i surdo oraz innych instrumentach dały taki show, że publika długo nie chciała ich wypuścić ze sceny. Mamatucada - zapamiętajcie tę nazwę! Nie zdawałam sobie sprawy, że to jest taki power, taka moc, tyle talentu, umiejętności i wdzięku jednocześnie.

Tego wieczoru na scenie prezentował się także projekt didżejsko-bębniarski Dj Siwy & D-Rum Orchestra. Chłopakom z zespołu należą się oklaski za interesujące muzyczne połączenie. Wiem, że w moich opiniach jestem mało obiektywna, bo gdzie pojawiają się bębny, tam u mnie od razu ocena na piątkę z plusem. Ale jeśli mam porównywać, kto tego wieczoru całkowicie zawojował klub i namówił wszystkich do tańca w rytmie samby, to były to dziewczyny z Mamatucada. Posłuchajcie nagrania poniżej, z pewnością załapiecie, o co mi chodzi. Siła, moc, energia!


Potok słów: Jakoś tak wyszło, że zwyciężyłam w Wyzwaniu Muzycznym :)

Zdjęcie adekwatne - Hania i książki muzyczne
Na początku zeszłego roku na blogu Pożeracz słów znalazłam Wyzwanie muzyczne. Chodziło o to, aby w ciągu roku przeczytać jak najwięcej książek związanych z muzyką (np. biografie artystów). Weszłam dzisiaj na ten blog, patrzę - notka z podsumowaniem Wyzwania, a w niej nazwisko zwycięzcy, czyli osoby, która ze wszystkich zgłoszonych uczestników, przeczytała najwięcej książek muzycznych. Czyje to nazwisko? Moje! Jak super! Wprawdzie wynik nie jest oszałamiający, bo 10 książek to nie jakaś kosmiczna liczba. Teraz tak sobie myślę, że wcale nie spinałam się tym wyzwaniem, nie starałam się czytać jak najwięcej biografii, jakoś tak wyszło po prostu... mimochodem :) Jest mi szalenie miło. 

Skoro już w ciągu zeszłego roku przeczytałam i zrecenzowałam na blogu kilka książek muzycznych, to chciałabym Wam o nich przypomnieć, bo niektóre naprawdę są warte przeczytania (a niektóre mniej;). 




Proszę, oto linki:
1. D. Barack Ratując Amy. Historia bez happy endu
2. N. Brackett Legendarne przeboje rocka
3. J. Cash Cash. Autobiografia
4. J. Hopkins. Elvis. Król rock'n'rolla
5. E. John Miłość jest lekarstwem. O życiu, pomaganiu i stracie
6. P. Kowieski, P. Jurek W pogoni za Metalliką
7. P. Kaczkowski 42 rozmowy
8. M. McGinn Coldplay. Życie w trasie
9. Agnieszka Osiecka. Dzienniki 1945-1950
10. A. Osiecka Na początku był negatyw



Według mnie nie można przejść obojętnie obok dzienników Osieckiej i zbioru wywiadów Piotra Kaczkowskiego (42 rozmowy). Za to można przejść totalnie obojętnie, albo nawet z niechęcią i lekką kpiną obok nieudolnej próby ratowania Amy. 

Autorce bloga Pożeracz słów dziękuję za fajne wyzwanie!:)

środa, 7 stycznia 2015

Koncert: Janek Samołyk i Muzyka Końca Lata, 4 stycznia 2014, Wrocław, Stary Klasztor

Muzyka Końca Lata to zespół, którego słuchałam, zanim skończyło się lato! I to nie ostanie, ani nawet nie przedostatnie.

Kilka lat temu zbierałam wczesnojesienne jabłka w ogrodzie nucąc „tylko przyjdź i podaj mi ręce, zatańczymy jak, jak w tej piosence, tylko przyjdź!”. Bywały wtedy też Pustki („męczęsiękiedy męczęsiękiedy”). Słuchałam całe lato, jesień, a może i lata. Potem zapomniałam na dłuższą chwilę.



Na szczęście kilka dni temu Wroclive.pl mi przypomniało, że Muzyka Końca Lata istnieje, i że zagra w Starym Klasztorze we Wrocławiu. Oprócz MKL miał zagrać także Janek Samołyk. Wstyd, że ja z okolic Wrocławia, a nie znałam człowieka. Ale wystarczyło posłuchać jednej, drugiej i ósmej piosenki, żeby się przekonać, że muszę być na tym koncercie, bo inaczej żałowałabym i nuciła „smutno mi, dzidziu”.

Janek Samołyk i Muzyka Końca Lata zagrali 4 stycznia w Starym Klasztorze.

To był najfajniejszy koncertowy początek roku!

Przyszłam na koncert prawie spóźniona, a złapałam najlepsze miejsce (zaraz pod sceną). Byłam pozytywnie nastawiona i pierwszy raz od dawna miałam naprawdę dobry nastrój. Strasznie się cieszyłam, że po kilku latach znowu wpadłam na Muzykę Końca Lata, i chyba jeszcze bardziej się cieszyłam, że dzięki temu trafiłam też na Janka Samołyka, bo jestem spragniona nowej, dobrej, polskiej muzyki. A że z Wrocławia? No proszę ja Was, nie mam więcej pytań!:)

To był naprawdę dobry wieczór. Muzyka Końca Lata jest uroczo-big bitowo-radosno-uśmiechająco-punkowa (to ostatnie ze względu na okrzyki wokalisty i gitarzysty Bartosza Chmielewskiego: „CZADUUU!” wplecione pomiędzy częściej występujące „lalalaaaa”. Poza tym, nawet Artur Andrus jest punkowcem. No, jest. Słyszeliście kiedyś jego „Glanki i pacyfki”?

Uroczo przede wszystkim ze względu na teksty. Urocze. Ładne. Proste. Patrzcie: 

„Chłopaki… wieczorem… wracają od dziewczyn!”
„Czasem jeszcze się przyśnisz i ciężko potem z łóżka wstać”
„Z czekolady serce mam, weź je proszę na pół złam”

Ależ ja za nimi przepadam!

Big bitowo, gitarowo, wiadomo skąd – z gitar między innymi.
Radosno-uśmiechająco – z atmosfery na scenie i na widowni. Z podrygiwania wokalisty, z jego luzu scenicznego, z ciemnych okularów, z wyznań miłosnych i z „teraz będzie piosenka… następna”. Radośnie też było, kiedy przypomniała mi się Winona Ryder z „Soku z żuka”, w scenie, kiedy unosiła się nad podłogą tańcząc do „Shake Senora”. Na koncercie śpiewaliśmy wprawdzie „Shake banana”, ale było równie porywająco, a nawet bardziej!

Janek Samołyk (i jego fenomenalny zespół) jest moim styczniowym odkryciem! Kilka miesięcy temu wydał płytę „Na prezent”. Nie pierwszą zresztą. Nie wiem, gdzie ja byłam, chyba po prostu za rzadko słucham Trójki, bo tam jego utwory usłyszeć można już od dawna. Cóż, nadrobiłam zaległości, muzykę Janka sobie ukochałam, i zaczynam wierzyć, że „Już nie jest jak dawniej, jest całkiem inaczej, MOŻE I LEPIEJ”, z naciskiem na „lepiej”.

Muzyka to gdzieś na granicy poezji śpiewanej i rockowego grania. Przebojowe „Złe czasy”, melancholijna „Samotność jest jak C i F”, wpadający w ucho „Problem z wiernością”… Trochę trudno mi jednoznacznie określić, z czym właściwie mamy do czynienia, bo kiedy już myślę, że to w większości poezja śpiewana, to trach, przypominam sobie utwór „Fan Elvisa” i myślę – no way, nie ma szufladkowania. I dobrze! Nie ma co gadać, posłuchajcie sami: 


Mówiąc nawiasem (i niewyraźnie) na początku koncertu miałam wrażenie, że pierwsze skrzypce w zespole (dosłownie i w przenośni) gra Patrycja Stefanowska. Co za kobieta! Skrzypce, gitara, śpiew, tamburyn, co tylko! Do tej pory uważałam, że z tamburynem dobrze wygląda tylko Ian Gillan z Deep Purple. Teraz uważam, że Ian Gillan oraz Patrycja Stefanowska. Rzeczywiście, trudno oderwać od niej wzrok, niezwykle charyzmatyczna i utalentowana osoba. Czuję się taka żadna z tym swoim graniem na djembe i kilkoma opanowanymi akordami na gitarze (C i F, haha!), kiedy pomyślę, że niektórzy są znakomitymi multiinstrumentalistami. Ale to tylko przez chwilkę, bo uwielbiam na takich ludzi patrzeć i ich słuchać!

źródło: disney.wikia.com
Janek Samołyk – cudny głos, cudny uśmiech dookoła głowy. Uśmiech Janka z „Czterech pancernych” przegrywa po stokroć z uśmiechem Janka Samołyka. Przypomina mi uśmiech Fozziego z Muppet Show! Uderzające podobieństwo! Nawet ten kapelutek... 

Dobra, żarty żartami… jest 2:33 w nocy i już nie wiem co piszę, ale tak to jest, kiedy bezsenność jest i „samotność jest”.






Muzykę po prostu polecam sprawdzić, bo jak już wspomniałam, niezmiernie się cieszę z tych nowości w moich uszach, więc cieszcie się i Wy:



Załapałam się nawet na zdjęcie z Wroclive! Siedziałam na krześle, w ręce książęce, w głowie „jak fajnie, ja cię kręcę!”… 2:56, dobranoc.

źródło: www.wroclive.pl

Sprawdźcie więcej zdjęć z koncertu tutaj: Wroclive - MKL i Janek Samołyk

Wymyślę coś ładnego.






piątek, 2 stycznia 2015

2014/2015

Rok 2014 mogę podsumować jednym słowem: KONIEC.

Koniec studiów.
Koniec miłości.
Koniec radości.
Koniec złudzeń.

Rok 2015 chciałabym ogłosić rokiem KOŃCA KOŃCÓW.

Koniec końców. Nie wiem, czego dla mnie chce „największy Producent serc we wszechświecie”*. Na pewno przyda mi się cierpliwość. Strasznie chcę ufać, że już teraz doświadczam początków początku. Początku, który jest bardzo, bardzo dobry, mimo że teraz wydaje mi się przerażający i w ogóle nie rozumiem nic i nie chcę tego znosić.

Powinnam jakieś podsumowanie książkowe i muzyczne roku ubiegłego zaserwować. Oceniałam tu sobie, polecałam lub odradzałam, niezbyt często, ale coś się czasem zjawiało na tym blogu. Było kilka fajnych książek, trochę muzyki...

Zapominam o tym wszystkim, bo dziś bez dwóch zdań mówię głośno, że najlepszą muzyką, jaka mi się przydarzyła w 2014 roku, i to stosunkowo niedawno, bo premiera albumu była 3. grudnia, jest płyta Tau. „Remedium”. O, Boże! Tylko tyle i AŻ tyle! O, Boże! Nie spać, słuchać!

„Następne w kolejce jest twoje szczęście, tylko wypłacz je wreszcie!”**



A książka? Robert „Litza” Friedrich i Adam Szustak OP, „Wilki dwa”.


„Człowiekowi, który żyje sam, nie jest łatwo, ale to jest stan, do którego można się przyzwyczaić. Jednak kiedy codziennie widzi się twarze ludzi, którzy mieli kochać, a mają cię gdzieś, to boli najbardziej”***.

Lepszego roku, drodzy. 

* Tau - Made in serce
** Tau - Łzy
*** o. Adam Szustak - Wilki Dwa, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014, s. 58.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Książka: Elton John "Miłość jest lekarstwem. O życiu, pomaganiu i stracie"

Obchodzimy dzisiaj Światowy AIDS. Co ma z tym wspólnego Elton John? Bardzo dużo, o czym sama dowiedziałam się dopiero jakiś czas temu, kiedy sięgnęłam po jego książkę wydaną przez Wydawnictwo Sine Qua Non „Miłość jest lekarstwem. O życiu, pomaganiu i stracie”. Ostatnio bardzo potrzebowałam „lekarstwa na życie”, słowo „strata” stało się mi bardzo bliskie, właściwie zagościło w mojej głowie i chyba nie ma zamiaru wyjść, tak samo jak słowo „miłość”. Tytuł książki idealnie się zgrał z tym, czego potrzebowałam, więc wiedziałam, że muszę wreszcie to przeczytać, teraz, już, natychmiast.

W moim domu nigdy nie słuchało się Eltona Johna. Tak samo jak George’a Michaela i Boya Georga. Niektórzy mogą pomyśleć, że wynika to z jednej tylko przyczyny, ale nie, nic z tych rzeczy, bo wiecie, Freddiego Mercury’ego  (którego 23 lata temu wyniszczyło AIDS!) słuchało się, słucha i będzie się słuchało w tym domu zawsze. Ricky Martin też spoko, szczególnie w duecie z Santaną.

Dostałam kiedyś kasetę Eltona Johna, tę z piosenkami z „Króla Lwa”. Nadal lubię ten album, a dzięki książce słucham Eltona coraz częściej. Przyszła mi na myśl taka refleksja, że zazwyczaj najpierw słucha się czyjejś muzyki, ona wpada w ucho, podoba się, uwielbiamy jej dźwięki, więc zaczynamy się dowiadywać czegoś o życiu danego artysty, interesuje nas nie tylko jego muzyka, ale i prywatna sfera życia. W przypadku Eltona Johna stało się inaczej – najpierw przeczytałam „Miłość jest lekarstwem”, i właśnie to skłoniło mnie do zapoznania się z tekstami jego utworów i jego muzyką w ogóle. Tak samo miałam z polskim raperem Tau – najpierw życie, potem muzyka - ale to już zupełnie inna historia, nie na teraz.

Pierwszy rzut oka na książkę wskazuje na to, że jest to autobiografia sir Eltona Johna. NIE. Spytacie „Jak to? Przecież na okładce jest jego portret?”. No, jest. Notka na okładce również na to wskazuje: „Bardzo osobista historia życia wspaniałego artysty i po prostu dobrego człowieka”. Warto jednak spojrzeć niżej i doczytać, że „to jedna z najlepszych książek o AIDS”, jak przekonuje Jolanta Kwaśniewska. Tym tropem idźmy dalej i poznajmy oryginalny tytuł książki: „Love is the cure. On life, loss, and the end of AIDS”, i wszystko staje się jasne – to książka o stracie wszystkich osób, które zmarły na AIDS. To książka o AIDS, napisana przez wybitnego artystę, jednego z najbardziej rozpoznawalnych muzyków na świecie, w której mimochodem opowiada o sobie, ale przede wszystkim o innych.

Czytałam i z każdą stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że to publikacja bardzo potrzebna! Jeśli nazwisko i popularność Eltona Johna skłoni polskich czytelników do sięgnięcia po książkę, to bardzo dobrze! Nie przypominam sobie, abym w szkole podstawowej, gimnazjum czy liceum miała jakieś pogadanki na temat AIDS. Nie przypominam sobie, aby ktoś mi o tym zbyt wiele opowiadał. Nie przypominam sobie, abym trafiała na artykuły na ten temat, ale z drugiej strony – pewnie nie trafiałam, bo sama nie interesowałam się tematem. Ostatnio o AIDS słyszałam chyba na Regałowisku w 2012 roku, gdzie stoisko miała jakaś organizacja non-profit. Zaryzykuję stwierdzenie, że w Polsce nie mówi się głośno o AIDS. Mówi się o nowotworach, mówi się o eboli, mówi się o „Rodzić po ludzku”, mówi się o przeszczepach (Religa), ale AIDS? Albo się nie mówi, albo to ja jestem głucha.

Wreszcie ktoś przemówił, i to nie byle kto, tylko sir Elton. Dzięki niemu nadrabiam zaległości informacji o AIDS, choć sam gwiazdor nie uważa siebie za eksperta w tej dziedzinie. Elton John w 1992 roku założył EJAF (Elton John AIDS Foundation - www.ejaf.org). Opowiada w książce o działalności tej oraz innych organizacji walczących z AIDS. Opowiada o swoich przyjaciołach, którzy zmarli na AIDS. O tym, jak wielki wpływ na walkę z tą chorobą mają rządy, przemysł farmaceutyczny i Kościół. Mówi o tym, jak wiele już zrobiono, ale jak wiele jeszcze jest do zrobienia. Przybliża historie z życia wzięte, które uświadamiają czytelnikowi, w jak wielkim odosobnieniu muszą żyć osoby mające HIV i AIDS, oraz jak potężny i wciąż aktualny jest ten problem. Elton John mówi o tym wszystkim bez gwiazdorstwa, bez takiego odczucia, że jest kolejną gwiazdą, która założyła lub wspiera jakąś fundację „bo tak wypada”, i po prostu wykłada pieniążki, żeby świat zobaczył, jak pomocnym jest człowiekiem. Nic z tych rzeczy. Przez tego artystę przemawia wewnętrzna potrzeba misji – on naprawdę wiele robi, nie tylko mówi. Przemawia przez niego wdzięczność, bo przecież w przeszłości, jako człowiek uzależniony od narkotyków i często zmieniający partnerów seksualnych, był w gronie największego ryzyka zakażenia, a jednak jest zdrowy. Co więcej, on żałuje, że stracił tyle czasu na nałóg, zamiast już wtedy działać. Jest wdzięczny, że ktoś wyciągnął do niego pomocną dłoń, dzięki czemu on teraz może pomóc komuś innemu. Dobro rodzi dobro, a miłość jest lekarstwem.

Elton John nie szczędzi słów krytyki rządom poszczególnych krajów oraz Kościołowi katolickiemu. Pisze o Ukrainie, o USA, o krajach afrykańskich. Ciekawa byłam, czy wspomni coś o Polsce, ale jedyną wzmianką okazały się słowa krytyki wobec papieża: „Choć przyjęło się na całym świecie obdarzać papieża Jana Pawła II miłością i adoracją, ja nie potrafię mu wybaczyć braku konkretnych działań w kwestii AIDS”.

Książkę Eltona Johna czyta się tak, że czytelnik ma ochotę zawołać „jest problem!”. Wcale mi nie przeszkadzało, że te 250 stron stanowi jego ciągły monolog o tej samej tematyce. Jak widać, o AIDS można napisać wiele i poruszyć przy tym serce czytającego. Good job, sir Elton. Ale jeszcze nie mission completed. Misją jest miłość i współczucie. Nieustające.


Ważna książka. 

Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014

Biorę udział w WYZWANIU