piątek, 20 września 2013

Książka: Chris Salewicz "Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae", Sine Qua Non, 2013

Trzeba przyznać, że o tej książce było głośno. Mówiono o niej w radiu, odbywały się konferencje prasowe, wywiady… Więc także u mnie – kilka słów o książce Chrisa Salewicza „Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae”, przełożonej na język polski, w stanie transcendencji, przez Macieja „Magurę” Góralskiego.

Chris Salewicz pisał między innymi na łamach „Mojo”, „The Independent”, „Q”, jest autorem biografii Joe Strummera (The Clash), sprawdził się też jako narrator w filmie „Zew Wolności”, mówiącym o tym, jak polski rock and roll walczył z komunizmem.






Ciekawi mnie, czy w tytule książki celowo nie umieszczono słowa „biografia”. Miałabym pewne opory przed nazwaniem tej publikacji typową muzyczną biografią, bo znajdziemy w niej nie tylko opis życia króla reggae.  Oczywiście, sylwetka Boba Marleya jest w niej najważniejsza, ale sporo miejsca poświęcono też takim wątkom jak Rastafari, wydarzenia polityczne i krótka historia Jamajki. Sporo miejsca autor poświęcił także Wailersom - Bunny’emu Wailerowi i Peterowi Toshowi; dzięki temu zaczęłam interesować się ich solową twórczością i losami (szczególnie tego ostatniego, który miał nieźle poprzewracane w głowie). Znajdą się też napomknienia o takich wokalistach jak Dennis Brown czy Max Romeo. Salewicz opisuje także najstarsze jamajskie sound systemy oraz narodziny muzyki reggae, wskazuje różnice między reggae jamajskim a np. brytyjskim, przedstawia najważniejszych twórców. Jak widzicie, jest to wydawnictwo wielowątkowe, co działa na jego korzyść.

Jeśli kot z psem żyją w zgodzie, dlaczego nie możemy żyć w miłości?

Wróćmy do Nesty Roberta Marleya, który gra tu pierwsze skrzypce. Poznajemy go jako wiejskiego chłopaka, kochającego piłkę nożną i grę w cieniu drzewa na prowizorycznej gitarze. Chris Salewicz serwuje czytelnikowi całą muzyczną drogę Marleya, począwszy właśnie od puszek i bambusów imitujących gitarę, po lata międzynarodowej sławy, która była efektem talentu, ciężkiej pracy, konsekwencji i niestrudzonego dążenia do celu Boba Marleya.

Autor opisał kolejne albumy Boba Marleya i Wailersów, zwracając uwagę na różnice między nimi, a co za tym idzie, na ewolucję, jaka na przestrzeni lat dokonała się w twórczości Boba. Od początków z czasów utworu Judge Not do bardziej komercyjnego brzmienia końca lat 70. Właśnie dzięki temu ta książka jest dla mnie tak cenna – sama teraz widzę wyraźnie różnice między płytami, słyszę podwójnie tę „zdumiewającą przejrzystość” w Concrete Jungle (s.196),  mogę także posłuchać utworów, które wcześniej gdzieś mi umknęły.

Świetnie, że autor poruszył temat dzieciństwa Boba, jego bezradność i wycofanie związane ze swoim pochodzeniem (Bob miał jaśniejszą skórę niż jego koledzy). Oprócz tego znajdziemy wszystko, co w biografii Marleya być powinno: coraz poważniejsze zagłębianie się w Rastafari, sprawy rodzinne, historię choroby. Chociaż o tej ostatniej jest niewiele, bo nawet będąc już u kresu sił, Bob Marley wciąż koncertował. Dzięki książce w końcu zapamiętałam, które dzieci Bob ma z żoną Ritą, a które z innymi kobietami (fani na pewno wiedzą, że tych kobiet trochę było). Utrwalił się także w moich myślach obraz Marleya skrytego za chmurą jointowego dymu.

Czyta się bardzo szybko i przyjemnie (jeszcze przyjemniej z muzyką Boba w tle). To, czego mi zabrakło, to cytaty. Jest ich niewiele, a myślę, że świetnie uzupełniłyby tekst. Rekompensatą braku cytatów mogą być kolorowe zdjęcia oraz skany różnych dokumentów, np. formularz pozwolenia na pracę Boba Marleya, czy zaświadczenie o grypie Petera Tosha. Szkoda tylko, że niektóre z nich nie są przetłumaczone na język polski ani nawet opisane.

Jeśli chcesz poznać "Boba prywatnego i Boba publicznego" (s. 205), przeczytaj tę książkę. 

środa, 11 września 2013

„Dziewczyny Atomowe. Nieznana historia kobiet, które pomogły wygrać II wojnę światową” Denise Kiernan, Wydawnictwo Otwarte, 2013

Niby jestem humanistką, ale za historią nie przepadam. Jednocześnie twierdzę, że jakieś ogólne pojęcie o niej trzeba mieć. Jak mówił Marcus Garvey, „A people without the knowledge of their past history, origin and culture is like a tree without roots”.

Dlaczego zatem sięgnęłam po książkę, która w podtytule ma słowa „historia” oraz „II wojna światowa”? Czytałam o tej książce w "Wysokich Obcasach". A że "WO" często poruszają interesujące mnie tematy, pomyślałam, że ta publikacja również do nich należy.

Denise Kiernan, autorka tej wciągającej opowieści o kobietach zaangażowanych w powstanie bomby atomowej, to pisarka i dziennikarka publikująca między innymi w „The New York Times”. Jest też osobą, dzięki której chyba zacznę częściej sięgać po literaturę non-fiction. Bo „Dziewczyny Atomowe” są niewiarygodne.

Wyobraź sobie, że któregoś dnia ktoś każe ci się wyprowadzić z domu, który następnie zostanie zburzony, by na jego terenie wybudowano placówkę mającą służyć tajemniczemu przedsięwzięciu. Wyobraź sobie, że ktoś oferuje ci duże pieniądze i pewną pracę, pod warunkiem, że z nikim nie podzielisz się informacją, na czym twoja praca polega, i sam nie będziesz dopytywał, jaki jest ostateczny cel twojego wysiłku. Buzia na kłódkę. Cicho sza. O pracy nie porozmawiasz nawet z mężem czy z przyjaciółką, która pracuje nad czymś równie ważnym i równie tajemniczym. Zachętą – oprócz sporych zarobków – jest zapewnienie, że dzięki twojej pracy wojna światowa szybko się skończy.

Denise Kiernan opisała losy kilku kobiet z Oak Ridge – miasta zamieszkanego przez osoby zatrudnione przy tworzeniu Projektu. Każda z nich przyjechała tu „za pracą”, rozpoczynając nowy etap w życiu, często z dala od swoich rodzin. Warunki w jakich żyły, atmosfera tajemniczości, zagadki, zamknięcie, zakaz wstępu bez odpowiednich przepustek, brak możliwości rozmowy na temat pracy – to wszystko sprawia, że tę opowieść non-fiction czyta się jak jakieś science-fiction. Niebywałe, że ludzie żyjący w takiej niewiedzy, zwyczajnie nie sfiksowali, mówiąc kolokwialnie. Choć psychiatra był stale obecny w tym tworze zwanym Oak Ridge. Zamiast tego zaczęły nawiązywać się przyjaźnie, miłości… i rozchodziły się coraz to nowe plotki.

„Mieszkańcy Oak Ridge zdołali dochować najbardziej zdumiewającej tajemnicy w dziejach świata” (s. 331).


Ta tajemnica w ostatnich dniach zawładnęła moimi myślami. Losy Celii, Toni czy Kattie nie wyróżniały się niczym szczególnym – praca, sen, trochę rozrywki. Wystarczy jednak dodać do ich życiorysu jedno słowo – Gadżet, aby ich historie nabrały rumieńców. Ukłony w stronę autorki, która tak dawkowała wątki dotyczące kobiet, procesów chemicznych i spraw politycznych, że nawet mnie – osobie, która w liceum była wiecznie zagrożona z fizyki i chemii, i która w politykę mieszać się nie lubi – książkę czytało się z nieustającym zaciekawieniem. Niewiarygodna i wiarygodna jednocześnie historia, o czym świadczy mnogość przypisów i osób, które pomagały w powstaniu książki. 

poniedziałek, 9 września 2013

Koncert: Nowe Brzmienie Hey, 7 września 2013, Wrocław, Wyspa Słodowa

Porządnej relacji z Nowego Brzmienia Hey nie będzie, bo nie byłam na tym koncercie. Uściślając, nie byłam pod sceną, nie byłam wśród tłumu, nie byłam nawet na terenie Wyspy Słodowej, ale… słyszałam i tak! Widziałam i tak! Trochę niewyraźnie, ale wystarczyło, aby odczuć klimat i miłość do zespołu Hey. Ci, którzy nie mieli biletów na koncert, siedzieli w pewnym miejscu nad Odrą, z którego jest w miarę dobry widok na scenę. Dźwięk jest trochę przytłumiony, ale i tak jest bardzo klimatycznie. Wieczór, szum wody i wiatru, widocznie w oddali światła sceny i telebim. Bardzo przydatny, aby cokolwiek zobaczyć z takiej odległości, czyli od drugiej strony rzeki.

Przyszłam tylko na koncert Hey. Występy poprzednich zespołów, grających tego dnia utwory Hey we własnych aranżacjach, też na pewno były interesujące, ale tego dnia miałam ochotę usłyszeć tylko Kasię, śpiewającą własne utwory. Myślę jednak, że Nosowska i pozostali członkowie zespołu musieli być bardzo wzruszeni słysząc swoje piosenki w wykonaniu innych kapel. Co jak co, ale wydaje mi się, że Kasia Nosowska należy do osób łatwo wzruszających się, co pokazuje zresztą na każdym koncercie.

Zawsze na koncertach Hey chce mi się płakać. Teksty tak do mnie przemawiają… Nieraz metaforyczne, nieraz do bólu proste, ale zawsze tak prawdziwe, tak dla mnie zrozumiałe, że czasem się dziwię, dlaczego sama ich nie wymyśliłam. Chociaż… właściwie nie ma co się dziwić, talent Kasi Nosowskiej ma tylko Kasia Nosowska!

Nie zapoznałam się jeszcze z całym najnowszym albumem zespołu Hey, dlatego miałam nadzieję, że ten wieczór nie ma na celu promowania „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan”, ale raczej zaprezentowania ogółu twórczości zespołu. Nie zawiodłam się. Usłyszeliśmy utwory z czasów Kasi Czerwonowłosej, Kasi Zdreadowanej, Kasi Łysej, Kasi Długowłosej, Kasi Brunetki, Kasi Blondynki. Tyle Kaś, a ciągle jedna i ta sama, przepiękna : )



Największe wzruszenie? Kiedy śpiewała:

Jesteś cenny tak jak ja
Jesteś piękna tak jak ja 
Jestem dzielna tak jak wy

Nie wiem, co autorka miała na myśli pisząc te słowa, ale ja ich bardzo potrzebowałam, i wytężając wzrok żeby zobaczyć Kasię na telebimie, byłam szaleńczo wdzięczna za te słowa. A poza tym? To, że 90 % utworów Nosowska kończy nieśmiałym „No… Dziękujemy bardzo…Naprawdę…”, jakby chciała przeprosić za to, że w ogóle się zjawiła na scenie… To jest takie urocze! Ten jej niepewny uśmiech, spuszczanie wzroku, jakby tylko czekała, aż zabrzmią pierwsze dźwięki kolejnej piosenki, żeby na powrót mogła zająć się śpiewaniem, a nie konferansjerką… Kasia stojąca non stop przy mikrofonie, bite dwie godziny, nie zmieniając swojej postawy, żadnego kiwania się w rytm muzyki, żadnego namawiania publiczności do klaskania… Urocze, po prostu. I znów przypomniała, jak ważny jest Wrocław zarówno dla niej, jak i dla całego zespołu Hey. Sporo się tu wydarzyło, lubią tu grać. Nie rzucają słów na wiatr - grają chyba każdego roku, za każdym razem gromadząc rzesze fanów pod sceną. Pięknie!

środa, 4 września 2013

Koncert: wRock For Freedom (Goran Bregovic i inni), Wrocław, 31.08.2013

Independent.pl
Jak dobrze, że Goran Bregović regularnie przyjeżdża do Polski! Jest to chyba jedyny artysta, którego koncert poleciłabym każdemu bez wyjątku, niezależnie jakiej muzyki ktoś słucha, i czy zna choćby jeden utwór tego znakomitego muzyka. Sama prawie dwa lata temu wybrałam się na jego koncert we wrocławskiej Hali Stulecia, i wtedy postanowiłam, że jeśli tylko znów przyjedzie do Polski, na pewno zjawię się na koncercie. Okazję ku temu miałam w zeszłą sobotę, dzięki koncertowi wRock For Freedom. Impreza odbywa się co roku na terenie zajezdni autobusowej przy ulicy Grabiszyńskiej na pamiątkę sierpnia 1980.

Pamiętacie hit „Bo jo cie kochom”? Wrocławianie mieli okazję usłyszeć go w sobotę na żywo, ponieważ oprócz Bregovića tego dnia na scenie zagrał także zespół De Press. W ogóle, jeśli miałabym jednym zdaniem opisać tegoroczny wRock For Freedom, rzekłabym: magia folkloru! Bo przecież i De Press, i grający później Zakopower, oraz wisienka na torcie w postaci Gorana Bregovića wraz z Wedding & Funeral Band, to przedstawiciele muzyki, która z mainstreamem ma niewiele wspólnego. Tego dnia we Wrocławiu królował folklor, muzyka bałkańska i góralska z rockowym zacięciem. Jak się okazało, Wrocławianie taką muzykę kochają! I nie tylko Wrocławianie, w tłumie dało się zauważyć i usłyszeć również sporo obcokrajowców.

De Press i Zakopower zagrali koncerty na najwyższym poziomie. Jeśli ktoś myśli, że Zakopower trudni się jedynie pisaniem piosenek do reklam banku, to jest w błędzie. Już drugi raz byłam na ich koncercie i powiem krótko: pełen profesjonalizm. Niezwykle charyzmatyczny Sebastian Karpiel-Bułecka, świetnie dogadujący się ze sobą muzycy i przede wszystkim sama muzyka sprawiła, że publiczność bawiła się świetnie, śpiewała refreny i długo klaskała. Góralskie rytmy z rockowym zacięciem były świetną przystawką przed gwiazdą wieczoru. Zresztą nie tylko z rockowym, w ich muzyce słychać przecież także i pop, i reggae, nieraz punk. Zakopower zaprezentowali własne utwory oraz kilka coverów. Usłyszeliśmy „Obławę” Jacka Kaczmarskiego (wersję idealną do pogowania pod sceną!), „Dzikie wino” Marka Grechuty (przepiękne wykonanie), i „Dziewczynę o perłowych włosach” węgierskiego składu Omega. Zakopower ponownie zaskoczyli mnie kreatywnością. Pamiętam, jak dwa lata temu we Wrocławiu zagrali własną wersję lambady. Wtedy kupiłam ich totalnie, ale nie wiedziałam, że na wRock For Freedom ponownie mnie czymś zaskoczą. A jednak! W jeden ze swoich hitów, piosenkę „Udomowieni”, sprytnie wpletli znany motyw „Woo-hoo!” z „Song 2” zespołu Blur, dzięki czemu utwór nabrał nowej mocy, a uradowana publika tak się zaangażowała, że wołała „Woo-hoo” nawet wtedy, kiedy nie było trzeba ;). Oprócz takich kawałków jak fenomenalne „Boso” czy „Galop”, na uwagę zasługuje także utwór „Kac”, bardzo mi zapadł w pamięć na tym koncercie. Nie żeby odzwierciedlał mój stan, ale myślę, że wielu Polaków mogłoby sobie często tę piosenkę nucić aby odegnać ból głowy. Entuzjastycznie przyjęci przez publiczność muzycy Zakopower skończyli grać, i nastąpiła kilkuminutowa przerwa, podczas której pod sceną zaczęło robić się coraz ciaśniej, a tłum napierał do przodu.


Chwilę przed 21 przywoływany przez publiczność Goran Bregović wyszedł na scenę. Ubrany cały na biało, z szelmowskim uśmiechem i pełną luzu postawą chwycił gitarę… i się zaczęło! Dawno nie widziałam, żeby już od pierwszych minut koncertu publiczność tak się wczuła w klimat. Wszyscy wyglądali, jakby tylko czekali na pierwsze bałkańskie brzmienia! Nie było osoby, której nie porwałaby ta bomba energetyczna o nazwie „Goran Bregović and Wedding & Funeral Band”. Ci mniej aktywni jedynie lekko podrygiwali, ale większość kompletnie oddała się koncertowemu wariactwu: skakanie, machanie głowami i głośne owacje kiedy Goran grał swoje największe hity – to wszystko miało miejsce nieprzerwanie podczas trwania koncertu. Bałkańskie rytmy zawładnęły każdym bez wyjątku. Dwie Bułgarki w ludowych strojach czarowały swoim śpiewem, cały zespół był świetny, ale to Goran przykuwał najwięcej uwagi. Usłyszeliśmy takie hity jak „Kalashnikov”,  „Gas Gas”, „Opa Cupa”, „Ederlezi”, czy nowsze „Presidente” i „Balkaneros”, które w wersji studyjnej jest nagrane w duecie z Gipsy Kings. Miałam wielką nadzieję, że usłyszę „Balkaneros” na żywo, bo jest to utwór który ostatnio szczególnie wpadł mi w ucho, nie da się przy nim nie tańczyć. Marzenia się spełniają, polecam każdemu posłuchać tego utworu. Nie zabrakło ukłonu w stronę polskich fanów – Bregović zaśpiewał po polsku refren „Prawy do lewego”, wołał wraz z publicznością „Do boju!”, jednym słowem – cieszył się z tego koncertu tak samo jak kilkutysięczny tłum zgromadzony pod sceną. O bis nie dał się długo prosić. Wspólnie zaśpiewane „In the death car” oraz okrzyk „If you don’t go crazy, you’re not normal!” zapamiętam na długo… Aż do następnego koncertu Gorana w Polsce. 

Relacja napisana dla Independent.pl

wtorek, 27 sierpnia 2013

Koncert: Regałowisko Bielawa Reggae Festiwal, 22-24.08 2013

Są w Polsce dwa miejsca, które śmiało uznaję za magiczne. Międzygórze i Bielawa.  Nie tylko dlatego, że ukochałam sobie Sudety. Międzygórze rzeczywiście jest wyjątkowe ze względu na krajobrazy, ale Bielawa, oprócz pięknych widoków, ma w sobie coś jeszcze: co roku pod koniec sierpnia świeci tam jamajskie słońce, rozbrzmiewa jamajska muzyka, a po okolicy kręci się mnóstwo osób w dreadach. REGAŁOWISKO, i wszystko jasne!

Kilka dni przed Regałowiskiem złapało mnie lekkie przeziębienie. Nos zatkany, uszy zatkane, gardło drapiące. Co w tej sytuacji zrobić? Jechać czy nie jechać na festiwal? Wybór byłby łatwiejszy, gdyby nie fakt, że noce są już chłodne, a spać trzeba pod namiotem… Pamiętacie notkę z początku wakacji? Wymieniłam w niej koncerty i festiwale, na których chciałam zjawić się w ciągu lata. Regałowisko Bielawa Reggae Festiwal również tam był, a że do tej pory wszystkie punkty udało mi się zaliczyć, szkoda zawalić sprawę i nie pojechać na Regałowisko przez głupi ból gardła… Jeszcze w piątek  rano wahałam się. W końcu pomyślałam: Hanka, do Bielawy masz godzinę autobusem, będziesz się źle czuła to wrócisz, proste. Uff, jak dobrze, że się zdecydowałam!

Trochę ciężko było trafić do Bielawy z Wrocławia ze względu na objazdy, ale po kilku nadrobionych kilometrach wreszcie ujrzeliśmy tabliczkę z nazwą miejscowości. Niestety Bielawa była dość słabo oznakowana (albo to my jesteśmy ślepi), był tylko jeden drogowskaz na parking, zero wskazówek na teren festiwalu. Na szczęście mieszkańcy Bielawy są bardzo uprzejmi, o czym przekonaliśmy się także w trakcie dwóch dni festiwalu. 

Znaleźliśmy skrawek wolnego miejsca na polu namiotowym, rozstawiliśmy naszą hacjendę i… Regałowanie czas zacząć!

Szczerze przyznam, że nie znałam wszystkich wykonawców tegorocznej edycji. Niektórych zaczęłam słuchać zaledwie tydzień temu, żeby wiedzieć mniej więcej, co mnie czeka. Ale to jest właśnie fajne w festiwalach, że nie musisz znać na pamięć utworów artystów, a i tak świetnie się bawisz, bo oprócz skakania pod sceną jest sporo alternatywnych możliwości spędzania czasu. Nie mam na myśli jedynie zwiedzania sklepów monopolowych :D Nie sposób być też na wszystkich koncertach, bo zwyczajnie ogłuchniesz, jeśli nie masz stoperów w uszach. Inna sprawa, że były dwie sceny: główna i soundsystemowa. Dlatego pokrótce napiszę,  na czyich koncertach udało mi się być i które zapamiętam do końca życia.


Piątek

Przede wszystkim Alborosie! Nie sposób go nie zapamiętać, już choćby ze względu na wygląd wokalisty. Dready do kolan, megagrube i cieńsze. Gdyby Alborosie je ściął, byłby kilka kilogramów lżejszy. Podczas koncertu bawił się dreadami celując niczym karabinem w publiczność, imitując lasso i co tam jeszcze. Włoski muzyk zrobił fantastyczne show.
Alborosie, fot. Izabela Brodziak
 
Na scenie szaleje Mesajah, ale spójrzcie jakie fajne piłki!
Na scenie głównej tego dnia zagrali też The Whiff (roots rodem z Wrocławia), Pentateuch, Maleo Reggae Rockers (Maleo jak zawsze w formie, nie starzeje się!), Israel Vibration i Mesajah (energia i radość jak zawsze plus piękne chórki I Grades). 

Koncerty na scenie głównej się skończyły, poszliśmy zatem bawić się pod namiotem soundsystem. Dancehall Masak-Rah – i wszystko jasne. Najwytrwalsi zostali chyba do 6 rano? Kto choć raz ich widział, ten na słowa „Zostaw mnie!” oraz „Wszyscy w prawo prawo prawo, w lewo w lewo w lewo!” na pewno się uśmiechnie i przypomni sobie zakwasy w nogach następnego dnia;)

Muzyka nie ucichła ani na chwilę, grała non stop całą noc, do samego rana. Może niektórym ciężko było przez to zasnąć pod namiotami, ale kto by tam spał na Regałowisku! 


Sobota 

Festiwalowiczów przywitało piękne słońce, niektórych pewnie też kac morderca. A na kaca? Zimny prysznic za symboliczne dwa złote. Koncerty zaczynały się dopiero o 18, trzeba było zorganizować sobie jakoś czas, albo zregenerować siły drzemką w namiocie. 

W sobotę na scenie królowali Capleton i Protoje. Capleton, ubrany w kolorowy strój przypominający szaty króla skakał jak szalony po scenie, przekazując publiczności niesamowitą energię. Mnóstwo rąk w górze, flagi… Mimo późnej pory zebrał mnóstwo ludzi pod sceną. Czekałam bardzo na ten koncert i nie zawiodłam się. Protoje, muzyk o chłopięcej urodzie, na tegorocznej trasie promuje swój nowy album „The 8 year affair”. Bez wątpienia zjednał sobie polską publiczność, zszedł nawet ze sceny aby przez chwilę być bliżej fanów. Ma świetny zespół i uzdolnione chórki.
Protoje, fot. Izabela Brodziak
Z polskiej sceny reggae tego dnia zobaczyliśmy Marikę ze Spokoarmią. Marika jak zawsze piękna i uśmiechnięta, mimo zmęczenia również zeszła do rozradowanej publiczności, dała z siebie wszystko. Na nią zawsze można liczyć;) Wcześniej występowali też Vavamuffin, a na zakończenie Paprika Korps

Festiwal powoli się kończył, więc trzeba było wykorzystać ostatki sił i energii i bawić się do rana pod sceną soundsystemową. Randy Valentine był dobry, ale według mnie największe oklaski należą się Sentinel Sound. Na stronie www.regalowisko.pl napisano, że soundsystem dostarcza „rozrywki na najwyższym poziomie”… Chyba nie mam nic więcej do dodania w temacie. Mimo że zbliżało się rano, namiot był wypełniony po brzegi i zabawa trwała w najlepsze do samego rana. 


Niedziela 
 
Na wstępie chciałabym pozdrowić ekipę, która o 6 lub 7 rano w niedzielę na polu namiotowym krzyczała „EEEEOOOO, eeeeeoooo! Wstawać, nie ma spania!” – czy tylko ja się z tego śmiałam na głos zamiast wkurzać? ;)

Niedziela… Czyli koniec Regałowiska. Skończyło się szybko, ale może to i dobrze, kolejnego dnia imprezy mój organizm by nie wytrzymał. Wróciłam do domu i od razu dosłownie zwaliło mnie z nóg, wreszcie mogłam nafaszerować się gripexem, położyć do łóżka i wspominać oglądając zdjęcia.
Bawmy się!
 
Jeszcze bardziej się bawmy!



A tu znowu rano!

Pink Floyd też byli na Regałowisku!

Jeszcze kilka słów o organizacji: już w piątek nie było miejsc na parkingu przy terenie festiwalu, trzeba było się cofać i szukać drugiego parkingu albo parkować pod czyimś domem. Na szczęście, jak już wspomniałam, mieszkańcy Bielawy są bardzo serdeczni i nie robili z tego problemu. Prysznice zimne, ale za to żarcie jakie dobre! Szczególnie makaronowe kubełki, niebo w gębie! Jamajskie jedzenie, oklepane zapiekanki, a na śniadanie parówki w „Barze Sudety”. Sporo stoisk z koszulkami, biżuterią itd. Toi toi’e po pewnym czasie już tylko dla odważnych, a dla bogatych – toalety z prawdziwego zdarzenia za złocisza. Ładowanie telefonu również za złocisza. 
No tak, za wiele rzeczy trzeba płacić, ale za atmosferę, jaka panowała na festiwalu, na szczęście nie. Gdyby wszędzie było tak sympatycznie jak na Regałowisku, ludziom żyłoby się lepiej! Z uśmiechem wspominam wiele spontanicznych i radosnych sytuacji, jak na przykład tę, kiedy ze znajomymi zaczepialiśmy przypadkowych ludzi i robiliśmy sobie z nimi zdjęcia. Na jednym z nich jest jakieś 20 osób, zresztą spójrzcie:


Dziękuję za milion uśmiechów i mnóstwo radości! Wiadomo, że przybywam za rok! Za zdjęcia dziękuję Izabeli Brodziak :)

wtorek, 20 sierpnia 2013

"Kochanowo i okolice" Przemek Jurek, Wydawnictwo Anakonda, 2013.

Proszę państwa :) Jakieś 1,5 roku temu przeczytałam pewną książkę, którą nabyłam w taniej książce za marne grosze. Za jej wyborem przemówiła notka na okładce. Miałam pewne obawy, bo wydawnictwo Grass Hopper nic mi nie mówiło, ale nie zawiodłam się. Zastanawiałam się tylko, co się stało z tym wydawnictwem? Któregoś dnia na stronie fb Wydawnictwa Anakonda zobaczyłam w jednym poście dobrze zapamiętany przeze mnie tytuł: "Kochanowo i okolice". Radość, ulga, owacje na stojąco! - pomyślałam. Jak super, że ktoś sobie przypomniał o tej książce i postanowił ponownie ją wydać! W związku z tym, znów polecam gorąco. Ciężko znaleźć pierwsze wydanie, z wrocławskiego Dedalusa dziabnęłam chyba przedostatni egzemplarz. Ale teraz to nie problem, bo Anakondziaki mają Kochanowa pod dostatkiem!

Kochanowo to wieś gdzieś niedaleko Kłodzka. Kilka sklepów, dom kultury, kościół. Sarnia Góra, Śnieżnik, agroturystyka. Blisko do mojego ukochanego Międzygórza :) Właśnie tutaj mieszka Marcyś, Lizzy, Makar i Koczis, niespełnieni artystycznie faceci, deathmetalowcy. Jeszcze w podstawówce założyli zespół, czym zyskali sobie fascynację u koleżanek ze szkoły. A teraz są już po trzydziestce, założyli rodziny, zarabiają w sposób sprzeczny z ich młodzieńczymi marzeniami. Zamiast koncertować u boku największych deathmetalowych kapel, jak to sobie założyli w przeszłości, siedzą za ladą w sklepie lub za biurkiem w bibliotece. Rock and roll pełną gębą!

Jednak kiedy tylko mogą, spotykają się w sali prób, chwytają za gitary, bębnią w perkusję, zapalają jointa, piją piwo, cieszą się wspólnym graniem dla przyjemności, rozmowami i nade wszystko cenią sobie święty spokój.

Marcyś, narrator opowieści, od dziecka jest (a raczej był) fanem Kombi. W dzieciństwie robił wszystko, aby zdobyć płytę czy jakiś dziadowski magnetofon (co w czasach komuny nie było łatwym zadaniem). W jego muzycznej fascynacji wspierała go niezawodna ciotka Halinka, która co rusz przysyłała mu płyty zakupione w Katowicach, gdzie istniało już coś takiego jak Empik, a nie tylko miejsce górnolotnie zwane księgarnią, gdzie rzadko kiedy można było dostać coś wartościowego. Kombi ze Skawińskim na czele zajmowało Marcysiowi całą przestrzeń życiową. Z wypiekami na twarzy słuchał nowych piosenek, wyczekiwał ich w liście przebojów Niedźwieckiego, czekał na teledyski w tv. Zbierał wycinki z gazet, wymieniając się za plakaty Smolarka i puszki po piwie.

Kochanowo = wieś = widział ktoś wieś bez dożynek?
Los sprawia, że Exterminator, deathemetalowy zespół rodem z Kochanowa, ma zagrać na dożynkach support przed… Kombii. Powinno być super, prawda? Zagrać na scenie u boku swojego idola sprzed lat… No właśnie: sprzed lat. Bo Kombii to już nie to samo Kombi, co kiedyś. Nigdy za nimi nie przepadałam, utwór Słodkiego, miłego życia budzi moją odrazę, inne zresztą też (żeby nie było, że wypowiadam się znając tylko jeden utwór – znam cztery albo nawet osiem :D)… No, może nie jest to zupełne obrzydzenie, ale parsknięcie śmiechem i poczucie nudy. Naprawdę próbowałam się przekonać do Kombi przy czytaniu tej książki. Ale nawet moje dobre chęci nie pomogły, bo gdy usłyszałam komentarze w stylu "Co ty z tym Kombi, koszmarne, mydlana muzyka!" (mama), "A idź, jak patrzę na tego gościa z łysą pałą, to nie mogę na niego patrzeć" (brat)… No cóż, nie mogłam nas dłużej katować. A Kombii z dwoma „i” na końcu to już w ogóle pomyłka, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. Mniejsza o to, przecież każdy miał jakieś ulubione zespoły od których zaczęła się jego przygoda z muzyką, a o gustach się chyba nie dyskutuje.

W każdym razie Marcyś dobrze już o tym wie, że dzisiejsze Kombii to chała i ten dożynkowy support będzie kompletną kompromitacją. Ale niestety zanim nadejdą dożynki, po drodze wydarzy się seria koncertów, o których Exterminator najchętniej chciałby zapomnieć. Do głosu dojdzie polityka i zobowiązania.

Wydarzenia bieżące, tj. przygotowania do nieszczęsnego koncertu przeplatają się tu z wydarzeniami z dzieciństwa i dojrzewania chłopaków z Exterminatora. Oczywiście najważniejszy jest ich rozwój muzyczny, który początkowo u każdego z nich jest odmienny. Po wielu dyskusjach i kłótniach na temat Republiki, Motorhead, Maanamu, Slayera i oczywiście Kombi, jako nastoletni chłopcy dochodzą do wniosku, że w duszach gra im metal.

Poznajemy historię kapeli, jakich jest przecież wiele. W każdej miejscowości znajdą się jakieś dzieciaki, które będą nazywane przez mieszkańców satanistami, szarpidrutami i brudasami. A jeśli się mieszka na wsi, mogą być na językach wszystkich. I tak właśnie deathmetalowcy, którym nie udało się wybić w czasach ich świetności i młodości, powracają aby trochę się poniżyć na scenie, ale czym to się skończy, dowiesz się jak przeczytasz.

Przemek Jurek jest dziennikarzem i satyrykiem. Jego poczucie humoru bardzo mi odpowiada. Prosty język bez żadnego filozofowania również. Autor wykazał się godną pozazdroszczenia wiedzą muzyczną, którą też bym chciała kiedyś posiąść, ale to chyba niedoczekanie, póki co mogę się „kształcić” czytając tego typu książki. "Kochanowo i okolice" dostaje ode mnie naprawdę sporo punktów i uśmiech jako bonus. Mimo że nie lubię Kombi, z zaciekawieniem czytałam o ich kolejnych sukcesach, płytach, wywiadach i upadku. Zaznaczam, że Kombi to nie jedyny zespół, o jakim można się dowiedzieć z lektury. Będą Scorpionsi, Def Leppard, Van Halen, Metallica, TSA.

Może banalny, ale trafny cytat: "Otwórzcie się na muzykę, nie zamykajcie się w tym, co wciska wam radio. Nie dajcie się ogłupić, myślcie samodzielnie! Świat pełen jest doskonałych dźwięków. Wybierzcie z nich to, co najbardziej wam odpowiada. Nie namawiam was wcale do metalu, punka, reggae, popu, rapu i czego tam jeszcze – ale niech to będzie wybór świadomy!"

Polecam nie tylko fanom Kombi czy cięższego grania. Jest to po prostu dobra rozrywka z muzyką w tle, ale też z przyjaźnią, rodziną, polityką, i z tym wiejskim (ale nie wieśniackim) klimatem Kotliny Kłodzkiej.

piątek, 16 sierpnia 2013

Jedziesz na festiwal? Spakuj się!

Póki co zrealizowałam wszystkie wakacyjne plany festiwalowo-koncertowe. Reggaeland w Płocku, Deep Purple we Wrocławiu... Za tydzień, jeśli się uda, Regałowisko w Bielawie. W związku z ostatnim sporządziłam listę rzeczy, które należy ze sobą zabrać na festiwal muzyczny trwający kilka dni. Nie tylko reggae ;) Sezon festiwalów plenerowych powoli się kończy, ale może komuś się jeszcze przydadzą te wskazówki:

Co bierzesz na festiwal (oprócz dragów): 

  1. Mapa miejscowości, w której odbędzie się festiwal. Chyba, że jest to Twoje miasto lub znasz je tak dobrze, jak swoje ;)
  2. Pieniądze (zapiekanka 8 zł, kiełbaska z grilla 10 zł, piwo 7 zł, wiadomka)
  3. Płyty muzyków, których będziesz miał okazję poprosić o autograf. Niekoniecznie zaraz po koncercie. Artyści także są festiwalowiczami i często można ich spotkać wśród publiczności
  4. W związku z powyższym przydałoby się też coś do pisania, najlepiej porządny marker lub specjalne coś do podpisywania płyt…
  5. Oraz odświeżenie umiejętności komunikowania się w języku angielskim. Jak zagadasz do zagranicznego piosenkarza, kiedy zabraknie Ci języka w gębie i jedyne co wydukasz w przypływie emocji to „Jur osom!”? Z doświadczenia wiem, że warto sobie przygotować jakąś gadkę, nawiązującą do kariery artysty, ostatniej płyty, jego poprzedniej wizyty w Polsce, no i w ogóle, czy mogę sobie z tobą zrobić zdjęcie itd. Słowotoczek lekki się przyda.
  6. Latarka. Najlepiej dwie. Przydatne szczególnie w namiocie i w toi toi.
  7. Płaszcz przeciwdeszczowy i kalosze. Nawet jeśli jest środek lata. Nie wiesz kiedy ulewa Cię zaskoczy. A pogoda w Polsce jest tak chamska, że potrafi cały festiwal lać. Bieganie w rozpaczy po centrach handlowych w poszukiwaniu suchych ciuchów i butów jest bardzo, bardzo złe. Niszczy humor niesamowicie, tracisz kasę i nie masz za co pić. Tzn. jeść.
  8. Scyzoryk
  9. Najczęściej na terenie festiwalu wyrabiasz sobie kontakty i… są kontakty, więc możesz wziąć czajnik elektryczny, ładowarki do telefonów i co tam chcesz. Tylko pamiętaj: mimo że festiwalowicze to kochani ludzie, pole namiotowe skłania do kradzieży.
  10. Towarzystwo. Weź ze sobą kogoś, kogo lubisz, i kto jest podobnie jak Ty zafascynowany wizją kilkudniowego koncertowania. Jeśli nie masz z kim jechać, przejrzyj forum festiwalu, na pewno znajdziesz kogoś, kto przyłączy się do Ciebie, lub nawet zaoferuje dojazd samochodem. Jeśli już stanie się tak, że jedziesz sam, kup tanią koszulkę i markerem napisz na niej „stawiam piwo”, a chętnych do imprezowania z Tobą nie zabraknie. Sprawdzają się także tabliczki „free hugs” lub po prostu urok osobisty, czyli uśmiechaj się jak najwięcej.
  11. Biletów nie zapomnij! W końcu kupowałeś je 3 miesiące temu, kiedy były jeszcze tańsze :D Pewnie kurzą się gdzieś w szufladzie.


Macie jeszcze jakieś pomysły?