niedziela, 7 lipca 2013

Maria Nurowska "Sergiusz, Czesław, Jadwiga", 2013

Trzeba być odważnym, aby pisać o Czesławie Miłoszu. I to pisać krytycznie, a jednocześnie bardzo dobrze i wciągająco.


Stopniowo poznaję literaturę Marii Nurowskiej. Sięgam po powieści najnowsze, jak i te starsze. Ani razu się jeszcze nie zawiodłam, lubię jej charakterystyczny styl, smutek i emocje, które przemyca na karty książki. Dotychczas czytałam powieści, w których głównymi bohaterkami były kobiety. „Sergiusz, Czesław, Jadwiga” nieco się różni od tamtych, bo oprócz kobiety, najważniejszymi osobami są mężczyźni. Mężczyźni nieprzypadkowi, a przynajmniej jeden z nich znany jest każdemu Polakowi. Chodzi o Czesława Miłosza i Sergiusza Piaseckiego.

Narratorką jest Anna, którą poznajemy jako studentkę polonistyki. Los sprawia, że poznaje osobiście Sergiusza Piaseckiego, i postanawia zostać jego biografką. Spotyka się z nim, zapisuje i nagrywa rozmowy. Jest w jakiś sposób zafascynowana pisarzem, ale ich relacje wcale nie wyglądają nieskazitelnie. Dyskusjom i różnicom zdań nie ma końca. Głównym wątkiem, który zaprząta głowę biografki, jest relacja Sergiusza Piaseckiego z Czesławem Miłoszem, która również do najlepszych nie należała. Delikatnie mówiąc, mężczyźni nie przepadali za sobą, a przyczyną tego była między innymi kobieta – Jadwiga Waszkiewicz. Anna całe serce i czas wkłada w to, aby poznać i wyjaśnić historię tego tajemniczego trójkąta miłosnego. Poświęca na to kawał swojego życia – pod koniec książki nie jest już studentką polonistyki, ale szanowanym w środowisku pracownikiem uczelni. Niewiele o niej wiemy, ale nie ma takiej potrzeby, bo Anna nie jest w tej książce najważniejsza. Musiała jednak zostać wprowadzona jej postać, aby nie była to typowa biografia pisarza. Jest sporo przypisów i fragmentów literatury Piaseckiego i Miłosza, ale ciągle czyta się ją jak wciągającą opowieść a nie zbiór faktów.

Podziwiam ogrom pracy, jaki Maria Nurowska włożyła w powstanie powieści „Sergiusz, Czesław, Jadwiga”. Miłe jest to, że znana i uznana pisarka swoją powieścią popularyzuje sylwetki i literaturę innych literatów, mimo że wcale nie przedstawia ich jako ludzi godnych naśladowania. Mnie zachęciła do sięgnięcia po słowo Miłosza (po raz kolejny) i po słowo Piaseckiego (po raz pierwszy). O tym, że sięgnę po kolejne książki Nurowskiej, chyba nie muszę wspominać.

Recenzja opublikowana na dlaLejdis.pl

czwartek, 4 lipca 2013

Koncert: OdraNocka - Artur Andrus i Maria Czubaszek, 2 lipca 2013, Arsenał, Wrocław

Tytułem wstępu: UWIELBIAM WROCŁAW! Mimo że ostatnio było spore zamieszanie związane z organizacją jakiegoś maratonu, to generalnie bardzo cenię to miasto od strony proponowanych imprez kulturalnych. Jest Wrocław, jest impreza!

Na brak imprez kulturalnych nie można narzekać, wciąż pojawiają się także nowe. Jednym z nich jest OdraNocka Art Festiwal. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, o co chodzi i z czym to się je. Festiwal trwa od 29 czerwca do 13 lipca, koncerty odbywają się na dziedzińcu Arsenału. Zaproszeni artyści? Bardzo proszę: Grzegorz Turnau, Artur Andrus, Maria Czubaszek, Kayah, Marcin Wyrostek (akordeon), Mafalda Arnauth (fado), Teatr STU z Krakowa oraz najbardziej HOT nazwisko tego lata: Dawid Podsiadło. Pięknie i różnorodnie!

Raz dwa, raz dwa, szybko przemyślałam, na którym koncercie mogę się zjawić, i padło na 2 lipca: koncert Artura Andrusa.

www.odranocka.pl
Jak to jest między mną a Arturem Andrusem? No cóż, wystarczy, że pan Artur powie tylko „Dobry wieczór państwu”, lub choćby „Proszę państwa…”, a ja już się uśmiecham. Wyobraźcie sobie zatem, jak wysoko latałam na skrzydłach miłości po dwóch godzinach koncertu.

Artur Andrus prezentował utwory ze swojej najnowszej płyty „Myśliwiecka” (pewnie, że mam!), raczył publiczność wierszykami swojego autorstwa, a choreografię sceniczną miał taką, że ho ho! Totalnym szaleństwem z jego strony okazało się spektakularne wywijanie kablem od mikrofonu. Wykonując „Glanki i pacyfki”, swoim blaskiem i rockową duszą przyćmił wszystkie żyjące i nieżyjące legendy rocka. Zaśpiewał swój największy hit „Piłem w Spale, spałem w Pile”, twierdząc, że jest to jego jedyny przebój. Według mnie „Królowa nadbałtyckich raf” również pretenduje do miana superprzeboju. Jednak absolutnym zaskoczeniem i powodem mojego największego wybuchu śmiechu był utwór „Cyniczne córy Zurychu”.

Kto choć raz widział Artura Andrusa w akcji, dobrze wie, że ten przesympatyczny pan sypie rymowanymi wierszykami własnego autorstwa jak z rękawa. Ich ilość przewyższa chyba twórczość niejednego wieszcza. Zastanawiam się, ile pomysłów i rymów może się kryć w jednej głowie. Słuchając Pana Artura, wnioskuję, że bardzo, bardzo wiele, a czasem odnoszę wrażenie, że wymyśla je na poczekaniu. Chciałabym zapamiętać niektóre z nich, jednak uwierzcie, że nie da się! Ledwie skończy się jedna rymowanka, już leci kolejna. Ledwie zdążę zapisać pierwsze zdanie, a już słyszę następny wiersz i zaśmiewam się. No po prostu kurcze, no nie! Jeden zapamiętałam: 

Czerwone korale włożyła na szyję
Wczoraj jeszcze żyła
Dzisiaj już nie żyje!

Gościem specjalnym była pani Maria Czubaszek, z którą Artur Andrus przeprowadził rozmowę. Zarzekał się, że wcześniej się do tej rozmowy nie przygotował, bo pani Maria ponoć sama lubi sobie zadawać pytania i na nie odpowiadać. Wyszło tak, że mieli nie rozmawiać o polityce i seksie, a rozmawiali o… polityce i seksie ;) I było mi bardzo miło, że mogłam przysłuchiwać się tej rozmowie.

Widzicie, chyba nikt nie powie, że Artur Andrus ma fenomenalny wokal i jest zwierzęciem scenicznym. Nadrabia jednak poczuciem humoru, talentem do wymyślania zabawnych tekstów, gadatliwością, żartowaniem z samego siebie. To sprawiło, że prawie wszystkie miejsca pod sceną były zajęte. Siedząc w jednym z ostatnich rzędów, widziałam przed sobą zatrzęsienie trzęsących się ze śmiechu ramion, a moje ramiona też brały w tym udział. Fajnie było, po prostu!

Po koncercie Artur Andrus i Maria Czubaszek podpisywali książki i płyty. Nawet gdyby miałby mi zwiać ostatni autobus, czekałabym cierpliwie na swoją kolej. Doczekałam się, warto było:
Hani - ani ani ;)
Też Hani :D 


Autobus mi nie zwiał ;)


PS W koncercie brałam udział dzięki Wrocławskiemu Towarzystwu Gitarowemu, gdzie jestem wolontariuszem. Jeśli ktoś chce zdobyć doświadczenie w organizacji koncertów i mieć możliwość uczestniczenia w wielu z nich w zamian za zaangażowanie i poświęcenie swojego czasu – sprawdźcie ofertę: WTG wolontariat, albo skontaktujcie się ze mną. 

środa, 26 czerwca 2013

Wakacyjny rozkład jazdy, czyli co Hania będzie robiła latem!

Muszę uporządkować plany wakacyjno-koncertowe, bo jeszcze coś mi ucieknie i przegapię! Mam nadzieję, że starczy czasu i hajsu żeby zjawić się we wszystkich zaplanowanych miejscach, a lista i tak jest dość okrojona. Zrezygnowałam na przykład z koncertu Leonarda Cohena w Łodzi, a serce boli, bo to pewnie ostatnia okazja, żeby usłyszeć i zobaczyć go na żywo…

Ale!

www.odranocka.pl
2 lipca:  OdraNocka: Artur Andrus i Maria Czubaszek, Arsenał, Wrocław

Już całkiem niedługo będę miała okazję uścisnąć rękę panu Arturowi. Nie spocznę dopóki nie zdobędę autografu na książce, płycie i gdzie tam jeszcze mnie się zechce :) 







www.facebook.com/ReggaelandPlockFestival

12-14 lipca: Reggaeland 2013, Płock

Pierwszy raz jadę na ten festiwal. Będzie najlepszy na świecie, bo jedziemy tam z dziewczynami i robimy regałowy wieczór panieński w otoczce plażowania i słuchania reggae. Cudownie! Przygrywał nam będzie Shaggy, życzenia będą składać bliźniacy z Mellow Mood, którzy są tak nieprzystojni, że aż seksowni. Interesuje mnie też Jahcoustix, przystojniejszy niż chłopcy z MM, i równie utalentowany. Myślę, że Reggaeland ma w tym roku bardzo, bardzo dobry line up, artyści świetni, a cena za trzydniowy karnet zachęcająco niska: 40 zł wraz z polem namiotowym. Opłaca się wielce, ta cena jest wspaniała. Dałabym te cztery dychy za usłyszenie samego śmiechu Shaggy’ego. Ilokrotnie go słyszę, uśmiecham się szeroko. A teraz usłyszę na żywo. I ten okrzyk: "SHAGGYYY! HA HA HA!" Oj, będzie pięknie.



www.rockville.pl
30 lipca: Deep Purple, Hala Stulecia, Wrocław

Tego chyba nie muszę tłumaczyć. Słucham od dziecięcia i fascynuję się non stop. Nie znam jeszcze nowej płyty, bo jakoś cały czas wystarcza mi In Rock ;D Byli już kilka razy we Wrocławiu, jednak nie dane mi było uczestniczenie w tych koncertach. Tym razem nie mam zamiaru płakać następnego dnia po koncercie, że nie byłam, oglądając filmiki w necie. Tym razem będę wyć z emocji podczas koncertu! 










www.facebook.com/RegalowiskoBielawa

22-24 sierpnia: Regałowisko Bielawa Reggae Festiwal, Bielawa

Znów festiwal reggae? Dlaczego nie! Niecałe dwie godziny jazdy samochodem i Bielawo witaj, witajcie góry i plażo! Przede wszystkim chcę zobaczyć Alborosie, Israel Vibration (zespół z ciekawą historią), wysokiego na dwa metry Ras Lutę z dreadami do kolan i kilku innych panów.





31 sierpnia: wRock for freedom – Goran Bregovic, Wrocław

www.ethnojazz.pl
Wisienka na torcie na koniec. Jego koncertowi poświęciłam jedną z pierwszych notek na tym blogu. A może i pierwszą? Koncert był wspaniały, energią naładował na bardzo długo, ale od tego czasu energia już opadła, więc bardzo dobrze, że znów przyjeżdża. Nie odpuszczę na 100 %. Jeśli ktoś lubi bałkańskie rytmy, to koniecznie proszę maszerować na koncert Gorana do Wrocławia! Nogi będą bolały, i jestem pewna, że wszyscy po tym koncercie zarażą się bałkańskimi rytmami i będą im wierni na zawsze. 


Czy kogoś z czytelników (halo, jest tu ktoś?!) spotkam na wyżej wymienionych wydarzeniach, które będę z uśmiechem wspominać długo, długo? :) Pozdrawiam wakacyjnie, ostatni egzamin za mną! 

piątek, 21 czerwca 2013

"Życie po (życiu z facetem)" Lynda Curnyn, 2006.

www.lubimyczytac.pl
Hejże! Wszyscy już mają wakacje lub zaplanowany urlop? Pojechałabym do Międzygórza, chodzi mi to po głowie od września, kiedy to byłam tam ostatni raz. Uwielbiam tam być, uwielbiam widok ze Śnieżnika! Trzeba będzie o tym pomyśleć, w końcu do Sudetów mam całkiem blisko.

Pamiętacie serię „Literatura w spódnicy”? Te superkobiece książki za 9,90, ponoć bestsellery. Skończyłam wczoraj czytać jedną z książek z tej serii. W sam raz na raz ;) Na wyluzowanie się po egzaminie.

„Życie po (życiu z facetem)” wcale nie musi być takie złe, wiemy to nawet bez przeczytania książki! Ale tytuł spodobał mi się na tyle, że chciałam sprawdzić, co się za nim kryje.

Właściwie nie co, ale kto. Kryje się Emma, której facet po dwóch latach związku dał nogę za granicę aby spełniać swoje marzenia. Emma w płacz, i w wir pracy. I w alkohol, i w ramiona przyjaciółek. Ach, zapomniałabym: w lody. Pudełka czterolitrowe. Taa… i właściwie to tyle. Wiecie, może nie jest to literatura najwyższych lotów, ale podobała mi się. Czytając czułam się jakbym oglądała serial „Przyjaciółki”, bo właśnie one trwały przy biednej Emmie, kiedy ta przyzwyczajała się do życia w pojedynkę. Sympatyczne, wyraziste bohaterki, problemy zawodowe, uczuciowe oczywiście też - to wystarczyło aby stworzyć przyjemną powieść, jedną z tych, które można przeczytać, ale drugi raz się do nich nie wróci, bo po co. Fabułę też się zapomni zaraz po odłożeniu na półkę.


Zastanawiam się tylko, czy w Nowym Jorku, gdzie toczy się akcja książki, rzeczywiście po ulicach i barach chodzą tylko i wyłącznie przystojni, wysocy, seksowni mężczyźni o pięknych dłoniach i gęstych rzęsach? Z tej powieści tak wynika, a jeśli ktoś jest zbyt niski i łysieje, w dodatku nie zarobił jeszcze pierwszego miliona, to niech przepadnie. Trochę nie moja rzeczywistość. Szkoda czasu żebym jechała to sprawdzić osobiście. Wolę skoczyć do Międzygórza, gdzie miejscowych facetów jest zdecydowany deficyt, ale przecież turyści, turyści… ;) Może nawet z Nowego Jorku ktoś wpadnie? 

Jest i Międzygórze :) Prawda, że urokliwe miejsce?

wtorek, 11 czerwca 2013

Hiromi Kawakami „Sensei i miłość", 2013

Hiromi Kawakami w Japonii zdobywa wiele literackich nagród. Okładka wydanej w tym roku w Polsce powieści „Sensei i miłość” zachęca do lektury słowami: „Książka jak lekcja szczęścia”. Nagradzana pisarka chce mnie nauczyć szczęścia? Skoro tak, szybko sięgam po książkę.

Sięgam i… kilka dni po jej przeczytaniu wciąż mam mieszane uczucia. Nie wiem, czy zachwalać, czy odłożyć na półkę i zapomnieć.

Tsukiko jest samotną kobietą dobiegającą czterdziestki. Sądzi, że z biegiem lat dziecinnieje. Gdzieś pracuje, ale gdzie? Tego się nie dowiedziałam, chyba że coś przeoczyłam. Wolny czas przeznacza na siedzenie w barze i upijanie się. I to by było na tyle. Na początek te informacje o głównej bohaterce i zarazem narratorce muszą czytelnikowi wystarczyć.

Któregoś dnia Tsukiko spotyka w barze kolejnego stałego klienta tego miejsca – swojego nauczyciela z podstawówki, Sensei Harutsuna Matsumoto. Mężczyzna pod siedemdziesiątkę, ale kondycję fizyczną ma dużo lepszą niż Tsukiko. Oczytany dżentelmen piszący haiku.

Tsukiko i Sensei nie umawiają się ze sobą, po prostu spotykają się przypadkiem w barze czy na ulicy. Czasem się tylko pozdrawiają, czasem piją sake do późnych godzin wieczornych w barze pana Satoru.

Na tych spotkaniach opiera się cała książka, i właśnie tutaj chciałabym powiedzieć więcej o moich wahaniach w ocenie powieści. Dwa słowa, którymi mogłabym opisać styl Hiromi Kawakami, to delikatność i minimalizm. Mało wiemy o bohaterach, dialogi między Tsukiko i Senseiem często ograniczają się do wymiany krótkich zdań, nie wyrażają emocji. A z drugiej strony, są tak delikatne, że miałam poczucie, jakbym podsłuchiwała czyjąś bardzo intymną rozmowę, mimo że nie dotyczyła tematów tabu

Zadałam sobie jednak pytanie, gdzie kończy się styl autorki, a gdzie zaczyna nuda? Dla przykładu, treść jednego dialogu:

Tsukiko: Ech, lato się już kończy.
Sensei: Tak, lato się już kończy.

Kolejny:

Sensei: Może zahaczymy jeszcze o bar pana Satoru?
Tsukiko: Hm, może zahaczymy?
Sensei: A nie jesteś jutro z kimś umówiona?
Tsukiko:  Aa, wszystko jedno.
Sensei: Ach tak?
Tsukiko: Tak.

Takich powtórzeń tych samych myśli jest mnóstwo. Dialogów, w których najdłuższymi wyrażeniami są „acha”, „hm”, „ok”, „tak” jest zatrzęsienie. Nie wiem o co chodzi. Kiedy z wypowiedzi bohaterów tworzy się masło maślane, a kolejne zwroty nic nie znaczą, to czy nie szkoda papieru? A może chodzi o to, żeby się szybko czytało? Minimalistyczny jest też świat przedstawiony, większość rozmów odbywa się w barze lub na spacerze.

Na początku irytowała mnie też mało wyrazista okładka. Ujęcie profilu kobiety, widać jej usta, ale nie widać oczu. Później stwierdziłam, że pasuje do treści - usta mogą odzwierciedlać rozmowy, a brak oczu tę tajemniczość, delikatność, ograniczenie w wyrażaniu emocji.


Kilka trafnych przemyśleń, opis specyficznej relacji, ale przyznanie tej powieści miana „lekcji szczęścia” jest według mnie lekkim nadużyciem. Niemniej jednak chętnie przeczytam inną powieść Hiromi Kawakami, aby się przekonać, czy „Sensei i miłość” to jej „typowa” książka, czy nieco „inna”. 

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl
Ulubione cytaty:

Zadziwiająco duża ilość żywych stworzeń mnie otacza i wszystkie brzęczą. I naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego idę tą drogą. (s. 73)

Stałam przed zlewem, płakałam i jadłam – tyle do zrobienia naraz (s. 82)

Ludzie dorośli nie powinni mówić tego, co sprawia kłopot innym. Nie powinni beztrosko wypowiadać słów, przez które następnego ranka nie będą mogli z uśmiechem  przywitać się ze swoim rozmówcą (s. 152)

W środku nocy wystarczy pozostawić jakieś uczucie samemu sobie, a rozrasta się przesadnie.

Taka jest właśnie miłość – mówiła babcia. Jeśli to jest ważne dla nas uczucie, należy koniecznie o nie dbać, nie szczędząc wysiłku, tak samo jak o posadzone drzewko: dać mu nawozu czy zabezpieczyć gałęzie, żeby się nie połamały pod ciężarem śniegu. A jeśli to niezbyt ważna miłostka, można spokojnie zostawić odłogiem i poczekać, aż sama uschnie. Jeśliby pójść tym tropem, wystarczy, że przez dłuższy czas nie będę spotykać Senseia, a moje uczucia do niego uschną. I dlatego właśnie ostatnio unikam Senseia

niedziela, 2 czerwca 2013

Koncert: The Colonists, 31.05.2013, Ząbkowice Śląskie

Każda okazja jest dobra, aby odwiedzić Ząbkowice Śląskie. To miasto kojarzy mi się z rodziną, między innymi z wujkiem – kolekcjonerem wszystkiego, od zegarów do starych żelazek. Choć prawdę mówiąc, jest to trochę oszukany kolekcjoner, bo wiele swoich „zdobyczy” rozdaje z radością członkom rodziny. Lubię nutkę tajemniczości miasta, które prawdopodobnie (mocno w to wierzę) było inspiracją powieści o Frankensteinie. Przecież zbieżność nazwy miasta z tytułem książki nie może być przypadkowa :D 




Lubię spacerować wokół ruin zamku. Nie wiem kiedy dokładnie zostały w dużym stopniu ogrodzone i opatrzone informacjami „GROZI WYPADKIEM”, ale pamiętam, że jako dziecko docierałam do wielu zakątków ruin. Lubię Krzywą wieżę, chociaż jeszcze nigdy nie udało mi się zrobić przy niej fajnego zdjęcia. Lubię Rynek, kawiarnię (nie pamiętam nazwy!), a od kilku dni także pizzerię (wyrażenie „ja nie dam rady zjeść!?” nabrało nowego znaczenia) oraz Ogródki Piwne.

Staroć z 2011 r. 
Han i Jutub spalają pizzę






















kawałek krzywej wieży od złej strony, bo rura ;)
Strażnik ruin. Ząbkowicki Kiciak





















No to teraz retrospekcja. W marcu byłam na koncercie Ukeje we wrocławskim klubie Puzzle. Damian był świetny, ale na jego występ byłam przygotowana. Prawdziwym objawieniem tamtego dnia byli The Colonists, supportujący Ukeje. Łoo Jezusie w Betlejem, nie znałam ich wcześniej, ale podczas koncertu wymieniałam porozumiewawcze spojrzenia z koleżanką wyrażające nic innego niż… no właśnie: „Łoo Jezusie w Betlejem, dobrzy są!”.

Ruszcie głową i skojarzcie te dwie nazwy: Ząbkowice Śląskie i The Colonists.

Rozmowa z Jutubem wyglądała mniej więcej tak:
J: Patrz, Koloniści grają. A nieee, to nie we Wrocławiu, w Ząbkowicach…
Han: No i co? To niedaleko. Może samochód nie zgaśnie po drodze [co zwykł robić od jakiegoś czasu w najmniej spodziewanych momentach]

Nie zgasł! 50 km przejechane bez szwanku, z Alice in Chains w głośnikach.

The Colonists grają już prawie 4 lata. Nie wiem, czy wypada ich zakwalifikować do zespołów grających rocka, jakich mnóstwo, znanych tylko w swoim mieście i okolicach. Powiedziałabym raczej, że jeszcze rok czy dwa, i wskoczą z półki supportowania Iry czy Ukeje na półkę grania przed zagranicznymi artystami przyjeżdżającymi do Polski. Według mnie Litza powinien się nimi zainteresować. Nie wiem po co, bo pewnie wcale go nie potrzebują do wybicia się, ale powinien, bo mam wrażenie, że czego się Friedrich nie dotknie, wszystko przemienia w złoto.

Nie, nie umiem robić lepszych zdjęć :D

The Colonists zagrali w swoim mieście charytatywnie. Tego dnia zbierano pieniądze na leczenie małego dzieciaczka chorego na białaczkę, o ile dobrze pamiętam. Koncert miał zacząć się około 20, ale był spory poślizg, co nie było fajne biorąc pod uwagę pogodę (koncert był na Rynku). Scena dość prowizoryczna, ale Colonists zaprezentowali się bezbłędnie – długie strojenie, oświetlenie, mikrofon z logo zespołu (ciekawe, ile kosztuje taki gadżet?), koszulki z logo. Perkusista pożyczył cylinder od Slasha, gitarzysta zdjął okulary i rozpuścił długie włosy i stał się innym człowiekiem (nie tylko faceci są wzrokowcami!). Zaczęło się przedstawienie o nazwie magnetyzm. Nieważne, że ledwo pomieścili się na scenie, i że pijacka śmietanka Ząbkowic pod sceną mogła rozpraszać wokalistę. Muzycy uzbroili się w miecze i tarcze, dali dobry koncert grając utwory z pierwszej płyty „Emotikona”, covery „Ona jest ze snu” Iry i „Zapal świeczkę” Dżemu zagrane z akcentem osobistym, dedykowane zmarłemu koledze, oraz nowszy materiał, np. „Tytani walczą”. A przy okazji, teledysk, żebyście mogli zobaczyć o czym mowa:

Na koncert wpadli członkowie równie ciekawego zespołu z Ząbkowic Śląskich – FairyTaleShow, finaliści ostatniej edycji Must Be The Music. Widziałam ich występ w zeszłym roku na Nowym Brzmieniu Kultu we Wrocławiu. Warto na nich zwrócić uwagę. Facebook mówi, że "data urodzenia" FTS to 14 lipca 2011, toż to niemowlęta przecież.

Po koncercie, bardzo zmarznięte, zabrałyśmy The Colonists do samochodu. W postaci płyty CD ;) Dostałyśmy ją w zamian za datek na leczenie Wiktorka. Layne Staley poszedł na chwilę w odstawkę, przyszedł Bolek i Lolek i podziwialiśmy "wiosenne ćwierkanie mew i szum wody w toalecie".


wtorek, 28 maja 2013

Książka: Marcin Szczygielski „Furie i inne groteski”, 2011

Szczygielskiego mogę czytać dzień w dzień, książka po książce; nie sądzę, żeby mi się znudził. Wprawdzie w każdej jego dotychczas przeczytanej przeze mnie książce pojawia się wątek homoseksualny, ale idzie się do tego przyzwyczaić. Zastanawiam się tylko, czy praktykuje to też w książkach dla dzieci i młodzieży… Muszę sprawdzić, mam nadzieję, że niedługo będę miała ku temu okazję.

„Furie i inne groteski” to trzy scenariusze. Dotąd czytałam tylko powieści Szczygielskiego, więc miałam szansę sprawdzić, czy w książkach stanowiących jedynie dialogi, autor jest równie dobry. Nie mam wątpliwości, jest świetny. Jeśli we Wrocławiu będą grali „Furie”, „Wydmuszkę” bądź „Berek czyli Upiór w moherze”, to kupuję bilety do teatru w ilości osiem i zabieram ze sobą przyjaciół.

Ten zbiór powinien się według mnie nazywać „Berek i inne groteski” lub „Wydmuszka i inne groteski”. Według mnie „Furie” to najsłabszy z tych trzech scenariusz. Tzn. słaby i tak nie jest, bo wszystko, co pisze Szczygielski jest według mnie dobre, ale w porównaniu z rewelacyjnym „Berkiem” i prześmieszną „Wydmuszką” jest trochę nijaki.

„Berek, czyli Upiór w moherze” został napisany na podstawie książki „Berek”. Było to moje pierwsze spotkanie z literaturą tego autora, i to właśnie podczas tej lektury zauroczyłam się bezpośredniością i poczuciem humoru pisarza. Książka jest według mnie świetna, a przeczytanie jej w formie scenariusza jeszcze bardziej obudziło wodze fantazji, bo wyobraziłam sobie, że siedzę w teatrze i patrzę na Pawła Małaszyńskiego, który w „Berku” gra głównego bohatera. Kurcze, no niechże zagrają to we Wrocławiu! Jeśli chodzi o „Berek”, recenzowałam już tę powieść TUTAJ, jeśli ktoś ma ochotę poznać więcej szczegółów.

„Wydmuszka” z kolei jest bardzo bliska mojemu sercu, ponieważ akcja toczy się w bibliotece, a bohaterką jest bibliotekarka Halina – szara myszka (czyli zupełne przeciwieństwo mnie;). Pracuje w bibliotece, do której pies z kulawą nogą nie zagląda (zupełne przeciwieństwo mojego miejsca pracy :D). Jedyną osobą, z którą rozmawia, jest jej mama, z którą mieszka. To, że widzą się codziennie po pracy, nie znaczy, że nie kontaktują się ze sobą w ciągu dnia. Halina co chwilę podnosi słuchawkę telefonu w bibliotece, mówiąc „tak, mama?”. Rozmowy Haliny z mamą są tak groteskowe, że… ach, przeczytajcie fragment: 

„Tak, mama. Jak to skąd? Nikt inny tu nie dzwoni. Jadłam. Ciepło. Zapięta. Będę. Uważam. Dobrze się czuję. Nie, nie otwieram okna. Tak, wiem, że przeciągi. Nie, nie chodziłam po deszczu. Tak, wiem, że pada. Muszę kończyć. Nie, nie lekceważę cię. Bardzo mnie interesuje, co masz do powiedzenia. Tak, kocham cię. Tak, przejmuję się tobą. Nie, na pewno cię nie zostawię. Zadzwonię. Całuję. Pa. Pa, pa. No, odłóż słuchawkę. Nie, ty pierwsza odłóż”

I tak dalej, i tak dalej. Dla mnie fenomenalne! Pewnego dnia do biblioteki przychodzi Roksana. W sztuce gra ją m. in. Joanna Liszowska, więc wyobraźcie sobie, jaka temperamentna babka. Rozpoczyna się fascynująca znajomość Haliny i Roksany, ich rozmowy nie raz doprowadziły mnie do śmiechu.

Szczygielski w swojej literaturze pod postacią zabawnych sytuacji przemyca nieraz brutalną rzeczywistość, mówi o „polactwie”, o relacjach międzyludzkich. Jego bohaterowie są często przerysowani – skrajna katoliczka, skrajnie nudna bibliotekarka, wszyscy „skrajni”. Nie wszystkim może się podobać, że kreuje bohaterów homoseksualnych. Nie wszystkim może się podobać, że jego książki wydawane są przez jego partnera – Tomasza Raczka. A mnie się to wszystko podoba : )

„Furie i inne groteski” dostałam w prezencie urodzinowym od Izy – dzięki babko!