Jestem
w tyle. Z czytaniem, z recenzjami, ze wszystkim. Nie pamiętam, kiedy byłam na
koncercie! Nie recenzuję i nie chodzę na koncerty, zatem moja aktywność na
blogu jest znikoma. Przyczyny są dwie, a nawet sto:
więcej
pracuję. „Kariera” copywritera jest bardzo
czasochłonna, ale spełniam się ;)
zaliczenia
na studiach – gdyby tylko InDesign otwierał się
w mniej niż 10 minut i chodził sprawniej, zakochałabym się w tym
programie! Ale i tak jestem nim zauroczona. Jeszcze ponad miesiąc temu
płakałam, że coś mi nie wychodzi, że nie dam rady zrobić czasopisma na
zaliczenie. Po kilku dniach zaczęłam włączać program z coraz większą
przyjemnością. Wystarczyło przywyknąć do tego, że klikam w ikonkę,
następnie idę sobie zrobić herbatę, potem kilka przysiadów, ogarniam
bałagan na biurku, włączam Fantana Mojaha i śpiewam, i potem z nadzieją
zerkam w ekran, czy program był łaskaw się wreszcie włączyć. Cierpliwość
się opłaciła. Po usłyszeniu, że odwaliłam "kawał dobrej roboty"
z dumą spoglądam na stolik, gdzie leży moje pierwsze większe dziecko
spłodzone z InDesignem. Oto i ono [werble...] czasopismo
muzyKULTURY! [owacje]:
Kiedyś znajdziecie je w sklepach, a póki co tylko
prototyp :D Nie zliczę godzin, które spędziłam wpatrując się w ekran, aby
wszystko dopucować, i żeby jakoś to wyglądało. Po całym dniu siedzenia nad
tym zwyczajnie nie miałam ochoty na blogowanie
Ćwiczę
z Chodakowską! – serio, serio. Wszystkie
skalpelomaniaczki i killeromaniaczki wiedzą, że na ćwiczenia trzeba
poświęcić trochę czasu
Organizm
się zbuntował – jeśli od sześciu miesięcy twój
grafik zapełniają kolejne wizyty u lekarzy, a jedyne co od nich słyszysz
to „no, dziwna sprawa”, „trzeba dalej badać”, „szczerze mówiąc to ja nie
wiem co to jest”, to uwierz, że chęć podniecania się fabułą książki i
ochota na wyjście na koncert spadają do zera
dodałabym
do tego jeszcze pracę magisterską, ale kogo ja chcę oszukać, przecież
nawet nie zaczęłam jej pisać
Ot
taka prywata dzisiaj. Jutro wracam do recenzowania, bo mi tego brakuje,
nawet jeśli nikt nie czyta. Ale Ty czytasz, c'nie? Więc jest dobrze.
Trochę się w ostatnim czasie ulotniłam stąd, a to z powodu
dwóch skrajności: pracy oraz lenistwa. W ciągu ostatnich trzech dni osiągnęłam
już chyba szczyt tego drugiego. Taka majówka zimna, chmurna, durna i ponura, że
nosa się nie chce za drzwi wystawiać. Do tego nerwicodepresja i gotowe – Hania
cały dzień leży i ogląda serial, zaglądając od czasu do czasu do książek.
Bynajmniej nie są to książki pomocne do napisania pracy magisterskiej, którą
już kilka dni temu powinnam zacząć tworzyć.
Niedawno przeczytałam jedną z najzabawniejszych biografii
ever, a była to biografia Paula Newmana autorstwa Shawna Levy’ego. Dlaczego
najzabawniejsza? Bo Paul Newman był niesamowitym żartownisiem! Moją recenzję
można przeczytać w Gazecie Młodych, również w wersji elektronicznej. Jeśli ktoś
ma ochotę, zapraszam, polecam po stokroć tę książkę, nie tylko fanom aktora: Paul Newman - Gazeta Młodych
Majówkowe lenistwo próbuję przezwyciężyć aktywnością
fizyczną. Od kilku miesięcy co chwilę obijało mi się o uszy nazwisko pewnej
osoby, dzięki której ponoć można odmienić swoje życie. Tak, tak, to Ewa Chodakowska.
No to odmieniam swoje życie z Ewą od czterech dni. Pocę się, serce wali,
zakwasy męczą, ale satysfakcja jak stąd do Laosu! Tego lata zaliczam dwa
wesela, więc kilka centymetrów mniej w pasie będzie jak znalazł. Dodatkową
motywacją jest książka. Tym razem nie Ewy Chodakowskiej, ale Katarzyny
Bosackiej.
„Kasia Bosacka cudnie chudnie. Żegnaj pulpecie” to książka
na jeden wieczór. Jedna z wielu, które mają zmotywować do odchudzania się, albo
chociaż prowadzenia zdrowego stylu życia. Można obok niej przejść obojętnie,
albo w końcu wziąć się w garść, aby za kilka tygodni lub miesięcy spojrzeć w
lustro i krzyknąć: „O ja, to ja?!”. Właśnie tak mam zamiar zrobić.
Katarzyna Bosacka jest dziennikarką prasową i telewizyjną,
autorką programów propagujących zdrowie. Kiedyś natknęłam się na jeden z
odcinków, i od tej pory kupuję ketchupy składające się z pomidorów, a nie
koncentratu pomidorowego. O niebo lepsze i zdrowsze. Moi znajomi już wiedzą, że
gdy zaprasza się Hanię do domu, w lodówce trzeba mieć dobry ketchup, bo jestem ketchupożercą.
Kasia Bosacka na wstępie funduje czytelniczkom zastrzyk
motywacji, przedstawiając tradycyjne wymówki: „nie mam czasu”, „nie stać mnie
na to” i oczywiście „geny”. Srutki tutki Moje Drogie, to nie geny sprawiają, że
pożeramy ciasta! Dziennikarka podpowiada, jak zacząć, proponuje zdrowe nawyki i
opowiedzenie całemu światu, że od dzisiaj zamiast coli pijemy wodę. Namawia na
dietę garstkową i aktywność fizyczną, dla motywacji opisując swój własny
trening. Kto by pomyślał, że w tego typu książce poznam życiorys… Oprah
Winfrey?! Po chwili nie miałam wątpliwości: przecież Ameryka chudnie i
tyje z Oprah. Myślę, że autorka opisała diety znanej dziennikarki ku
przestrodze – nie tykaj się „cudownych diet”! Przeczytamy także rady, jaki
chleb, kasze, makaron, owoce, wodę czy mięso kupować. Słowem – wszystko, co w
twojej lodówce powinno się znaleźć. Jest także rozdział „Herbata nie odchudza”.
Jasne, że sama w sobie nie odchudza, ale nikt nie przekona mnie, zagorzałej
fanki zielonej herbaty, że nie ma ona dobrego wpływu na przemianę materii. Sprawdziłam na sobie i polecam wszystkim, oczywiście zwykłą zieloną
herbatę liściastą, a nie żadną „odchudzającą”, lub, o zgrozo, przeczyszczającą.
Bardzo się cieszę z przepisów zamieszczonych na końcu książki. Nie są
wyszukane, za to proste i szybkie do zrobienia, a składniki znajdziemy w każdym
sklepie spożywczym. Mój ulubiony łosoś i filet z kurczaka będzie teraz mniej
kaloryczny, jest radość :)
Niby w tej książce nie ma nic odkrywczego, ale sposób
pisania Bosackiej (przy pomocy trzech redaktorek) bardzo mi odpowiada. Cięty
język, dystans do siebie („jestem pulpetem”), opisywanie własnych
treningów i złości do trenera – to serio motywuje. Wiadomo jak jest – kiedy
czytamy książkę autorstwa kobiety, którą kojarzymy z telewizji jako panią przy
kości, a nie wysportowaną sportsmenkę, na której widok mamy ochotę tylko
westchnąć „rany… nigdy taka nie będę”, zaczynamy wierzyć, że wszystko jest
możliwe. Czytamy książkę pulpeta i anonimowego żarłoka, który na własnym przykładzie pokazuje, że
warto wziąć się za siebie. Szkoda tylko, że w książce nie ma żadnego zdjęcia
Katarzyny Bosackiej, ale z ciekawości któregoś dnia włączę telewizor i zobaczę,
czy rzeczywiście tak „cudnie schudła”.
To, co mnie lekko odstraszyło, to opracowanie graficzne
publikacji. Pstrokata okładka, a w środku grafiki, które według mnie są mało
konsekwentne i nie pasują do siebie – raz są to wysokiej jakości zdjęcia
pożywienia, raz komiksowe „pulpety”. Nie zauważyłam za to błędów stylistycznych czy ortograficznych, co często zdarza się w tego typu publikacjach.
Napisałam na wstępie, że to książka na jeden wieczór. Małe
sprostowanie: przeczytasz w jeden wieczór, a będziesz do niej wracać kiedy
tylko zechcesz – po przepisy lub aby sprawdzić, ile kalorii ma dane warzywo czy owoc.
Nie jestem fanką Sistars ani
Natalii i Pauliny Przybysz, wokalistek tworzących ten zespół. Ale za to bardzo,
bardzo lubię muzykę Janis Joplin. Zaraz, skąd tu nagle Janis? Ano stąd, że Natu,
czyli Natalia Przybysz, wzięła na warsztat twórczość legendarnej wokalistki i taki
właśnie repertuar zaprezentowała kilka dni temu we wrocławskim klubie Alibi.
Natalia Przybysz jeździła po
festiwalach z projektem „Kozmic Blues” już w zeszłym roku. Skoro występuje
nadal – znaczy, że recenzje były pozytywne, i że Natu w repertuarze Janis
Joplin została zaakceptowana zarówno przez fanów swoich, jak i fanów Janis.
Przyznajcie, że trzeba mieć sporo odwagi, aby śpiewać utwory legendarnej
artystki. Sporo talentu również!
Kilka lat temu cechą
charakterystyczną Natalii Przybysz były krótko ścięte włosy. Obecnie jej
fryzura przypomina… fryzurę Janis Joplin. Także ubiorem wokalistka nawiązywała
do dzieci kwiatów – luźna bluzka, szerokie spodnie, i zwoje sznurów na szyi,
które ciężko nazwać naszyjnikiem.
Nie wiedziałam, czego dokładnie
się spodziewać. Zastanawiałam się, czy piosenki będą przearanżowane na R&B,
czy będą nowocześniejsze, a może zupełnie inne? Przypuszczałam, że Natu
„udziwni” na swój sposób przynajmniej kilka utworów.
Tymczasem wykonania Natalii
Przybysz były zbliżone do znanych wszystkim wersji śpiewanych przez Janis
Joplin. Może to i lepiej, bo ludzie lubią, to co znają. Wersje eksperymentalne
mogłyby się okazać nieodpowiednie, ktoś mógłby wspomnieć o bezczeszczeniu
klasyki. Ciężko jest porównywać te dwie wokalistki, nie zamierzam tego robić.
Wyrażenia „lepiej” czy „gorzej” niezbyt w tym przypadku pasują; Natalia ma
zupełnie inną barwę głosu, bez tego „żelastwa” typowego dla Janis.
Utworów „Try”, „Tell Mamma”, „One
night stand”, „Move over” i wielu innych słuchało się bardzo przyjemnie, ale
już przy „Piece of My Heart” czegoś mi zabrakło, może z tego względu, że jest
to wielki hit, i przyjmuję do wiadomości tylko jedną – oryginalną – wersję. Po
niecałej godzinie koncertu Natu zapowiedziała ostatnią piosenkę, na szczęście
po niej nastąpił bardzo długi bis, ze świetnym, megarozwleczonym, ale i
megaenergetycznym „I can’t stand the
rain” (w Sieci przeczytałam, że są wątpliwości, czy Janis kiedykolwiek nagrała
ten utwór).
Cały zespół był świetny: sekcja
dęta - Tomasz Dworakowski (puzon), Marcin Gańko (saksofon) i Rafał Gańko
(trąbka), gitary, perkusja i instrumenty klawiszowe – wszystko brzmiało jak
należy. W tym miejscu muszę wspomnieć o Tomaszu Dworakowskim, który tak
tańczył, że w pewnej chwili myślałam, że odłoży instrument i zejdzie do
publiczności, aby ją nieco rozruszać.
Natu zachowywała się dosyć
oryginalnie. Widziałam w niej nieśmiałą kobietę, która chciałaby zagadać do
publiczności, ale nie za bardzo wie jak (oczywiście nieśmiałość mijała, kiedy
tylko Natalia zaczynała śpiewać). Sama przyznała, że zazwyczaj nic nie mówi w
przerwach między utworami. Skomentowała również swoje szczere i dość wymyślne
ruchy, mówiąc: „Jeśli jest tu jakiś reżyser, czy choreograf, to wiecie, ja
bardzo chętnie skorzystam z pomocy specjalisty” (nie jest to dosłowny cytat,
ale znaczenie takie samo), po czym wygięła się do tyłu, jakby ćwicząc jakąś
pozycję jogi. Spytała publiczności, czy ma ochotę usłyszeć jakiś konkretny
utwór. Ktoś zawołał „Mercedes Benz”, na co wokalistka odrzekła „nie, nie,
wszyscy o to proszą, więc nie”. O samym projekcie „Kozmic Blues” powiedziała,
że śpiewanie piosenek Janis wznosi ją na tak wysoki poziom euforii, że nie umie
nic powiedzieć. Jednak chodziło przecież o muzykę, a nie o gadanie. A w tej
kwestii nie mam Natalii nic do zarzucenia! Hołd złożony Janis w pięknym stylu.
Zainteresowałam się nową płytą
Josha Grobana, ponieważ wygląda on jak grzeczniejszy brat Serja Tankiana z
System of a Down. Tylko zamiast diabelskiego błysku, w oczach Grobana widzę
spokój. Drugim powodem był soundtrack filmu „Once”. Jest tam taka piękna
piosenka, nazywa się „Falling Slowly”, zaśpiewana przez Glena Hansarda i
Marketę Irglovą. Josh Groban zaśpiewał ją na swoim albumie.
Album „All That Echoes” zawiera
12 piosenek, a „Falling Slowly” nie jest jedynym coverem. Utwór ten, trzeci w
kolejności, przykuł moją uwagę. Piękna melodia, ale w wykonaniu Grobana stracił
swoją magię, może zbyt przyzwyczaiłam się do delikatności kobiecego wokalu
Irglovej. Z planu filmowego przenosimy się do Irlandii. „She Moved Through the
Fair” to irlandzki utwór folkowy. Może tradycyjne pieśni są ważne, ale do mnie
nie przemówiło granie na dudach. Utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że
słucham płyty bardzo zróżnicowanej, i zastanawiałam się, czym zaskoczy mnie
kolejny utwór. Na szczęście„Below the
line” zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, swoją radością. Ale co z tego, kiedy po
kilku minutach Josh Groban w duecie z Laurą Pausini częstuje słuchaczy mdłym,
rozwleczonym, miłosnym gniotem, nadającym się idalnie jako tło dla najbardziej kiepskich
telenoweli. Dużo lepiej niż duet Groban & Pausini, wypada
duet Groban & Sandoval. Panowie mają tak podobne barwy głosu, że w
pierwszej chwili nie rozróżniłam w utworze dwóch mężczyzn. Dopiero przeglądając
książeczkę z tekstami, przysłuchałam się uważniej. Klimat utworu „Un Alma Mas”
tworzą przede wszystkim instrumenty smyczkowe, trąbka i akustyczny bas.
Z
lepszych piosenek należy zwrócić uwagę na „Hollow talk” – utwór przykuwający
uwagę od samego początku, kiedy słyszymy jedynie pojedyncze dźwięki pianina.
Budzi niepokój, w warstwie tekstowej i muzycznej. Wydawał mi się dziwnie
znajomy, i przeczucie mnie nie myliło. To utwór pochodzącego z Kopenhagi muzyka
Jannisa Noya Makrigiannisa. Jannis jest twórcą projektu Choir of Young Believers.Posłuchałam „Hollow Talk” w ich wykonaniu, i ponownie oryginał spodobał mi się
bardziej niż wykonanie Josha Grobana. Zastanawiam się, skąd się to u mnie
bierze, przecież Grobanowi wokalnie nie można nic zarzucić. Może to właśnie jego
wokalna perfekcja nie jest tym, co mnie w muzyce porusza najbardziej.
Zwolennikom klasyki spodoba się
„Sincera”, utwór stworzony do grania z orkiestrą. Ze wszystkich na płycie
właśnie ten jest najbardziej zwrócony ku klasycznemu śpiewaniu. Słychać, że
wokalista dobrze czuje się w takim repertuarze. Choć tak naprawdę, Josh Groban
wypada bardzo profesjonalnie zarówno śpiewając pop, utwory folkowe, jak i
klasyczne.
Ostatnia piosenka "I believe (When I Fall In love it
will be forever)” Steviego Wondera jest według mnie najlepszym coverem na tej
płycie. Połowę sukcesu stanowi dobry tekst, sporo zdziałał także chór.Słuchając
tego utworu stwierdziłam, że na całej płycie zabrakło mi właśnie chórków.
Josh Groban pochodzi z USA i tam jego płyty
pokrywają się platyną. Ponoć uwielbia go Nelly Furtado. Jeśli chcecie znać moje
zdanie, nie jestem bardzo podekscytowana albumem „All That Echoes”.
Umiejętności wokalne Grobana(tenor to,
czy baryton? – krytycy muzyczni nie są zgodni) i jego szczerość są ujmujące,
ale chciałabym, aby było więcej Josha Grobana w Joshu Grobanie. Mniej coverów,
więcej autorskiej muzyki. Dlatego muszę się zapoznać z jego wcześniejszymi
albumami, bo pierwsze spotkanie z jego twórczością zaledwie delikatnie mnie
zaintrygowało. Zauważam i doceniam zdolność łączenia klasycznego śpiewu z
popem, folkiem, chwilami nawet muzyką rockową. Ale Josh, ja nadal nie wiem, kim
ty jesteś?
Czytałam kiedyś „Pielgrzyma”
Paolo Coelho. W książce nie zabrakło jego pseudopsychologicznych wywodów. Jeśli
ktoś ma ochotę poczytać o pielgrzymowaniu w nieco prostszym wydaniu, polecam
sięgnąć po książkę Rachel Joyce „Niezwykła wędrówka Harolda Fry”.
Tytułowy bohater to starszy
człowiek, mąż i ojciec, mający sobie wiele do zarzucenia. Jego życie rodzinne
nie poukładało się tak jak trzeba, ale teraz, kiedy jest już na emeryturze,
raczej nie zmieni losu i nie sprawi, że żona spojrzy na niego przychylniejszym
okiem, a on pozbędzie się wyrzutów sumienia.
Któregoś dnia Harold otrzymuje od
swojej znajomej z przeszłości list, z którego dowiaduje się, że Queenie umiera
na raka. Co można odpowiedzieć na taką wiadomość? Harold pisze kilka słów i
wychodzi z domu z listem w kieszeni. Mija kolejne skrzynki pocztowe, jednak do
żadnej z nich nie wrzuca listu, bo wciąż czuje, że słowa, które napisał, są
niewystarczające. Popołudniowy spacer na pocztę zmienia się w wielotygodniową
wędrówkę do hospicjum w Berwick, w którym leży Queenie.
Większość pomyśli: głupota.
Starzec, który do tej pory wszędzie jeździł samochodem, chce przejść ponad 600 mil w żeglarskich
butach, bez zapasów żywności? A jednak Harold idzie. Po drodze spotyka wiele osób
opowiadających mu historię swego życia, wspierających go, dających schronienie
nocą. Nie jest to wędrówka łatwa, ale Harold wierzy, że dopóki będzie szedł,
Queenie będzie żyła. Kolejna głupota, czy ogromna wiara?
Wiadomo, że pieszej, samotnej
wędrówce towarzyszą liczne wspomnienia, przemyślenia. Rachel Joyce opowiada
historię pielgrzymowania Harolda bez filozofowania. Harold przypomina sobie
wydarzenia z przeszłości, jednak ostateczne przemyślenia i interpretacja
pozostawione są czytelnikowi.
Harolda można traktować jak
kumpla Forresta Gumpa. Znakiem rozpoznawczym Forresta były buty do biegania,
natomiast Harolda – buty żeglarskie. Obaj zapuścili brody, zniszczyli obuwie,
ale sens ich wędrówki dostrzegło mnóstwo osób. Pamiętacie, jaki tłum biegł za
Gumpem w filmie? Forrest początkowo uciekał przed złośliwymi kolegami, którzy
śmiali się z jego szyn na nogach. Decyzja o podróży Harolda również była
spontaniczna, po prostu wyszedł z domu, nie myśląc o tym, co będzie dalej. Całe
to „dalej” tworzy powieść o tęsknocie, przebaczeniu, wytrwałości, pokorze, o
życiu razem, a jednak osobno.
Nadmieniam, że nie jest to
powieść skupiająca się na pielgrzymowaniu w wymiarze religijnym, główny bohater
nie wierzy w Boga. Jednak podróż Harolda można porównać do drogi krzyżowej –
zwątpienia, upadki. Dopiero co była Wielkanoc, więc myślę, że jest to lektura
odpowiednia do przeczytania właśnie teraz. Daje do myślenia. DlaLejdis.pl
Zespół Lao Che kilka dni temu w Alibi zafundował publiczności muzyczną podróż po wszystkich wydanych dotychczas płytach. Ludzi było mnóstwo, za dużo jak na ten klub. Koncert został przeniesiony z Eteru do Alibi, ze względu na remont w tym pierwszym. Trochę to przeszkadzało, ale z drugiej strony, czy jest dla artysty coś lepszego, niż widok wypełnionego po brzegi parkietu? Mimo że Lao Che w trasie koncertowej promują właśnie najnowszą płytę „Soundtrack”, to zaczęli od utworów z albumu „Gospel”, który ukochałam sobie najbardziej, w związku z czym już po kilku minutach stwierdziłam, że jestem na bardzo dobrym koncercie! „Hydropiekłowstąpienie” i „Czarne kowboje” przypomniały mi koncert z Juwenaliów w 2008 roku. Wtedy chyba było jeszcze lepiej, bo tańczyło się na świeżym powietrzu, a słońce świeciło, nie to co teraz… Tak czy inaczej, te dwa utwory plus „Urodziła mnie ciotka” z płyty „Prąd stały / Prąd zmienny” stanowiły bardzo energetyczny początek koncertu.
Wokalista Hubert „Spięty” Dobaczewski rzeczywiście na wstępie był trochę spięty, niezbyt komunikował się z publicznością, ale kiedy zobaczył, że znamy teksty większości utworów, powiedział: „Wrocław… Długo czekaliśmy na spotkanie!”. Ktoś z widowni odkrzyknął „My też!” i momentalnie atmosfera zrobiła się świetna. Spięty wychylał się ze sceny podstawiając słuchaczom mikrofon pod nos, aby śpiewali. Mariusz Denst grający na samplerze wprawił mnie w dobry humor swoim tańcem, był tak wyluzowany, jakby w ogóle nie brał pod uwagę, że kilka setek ludzi na niego patrzy. Widać, że świetnie się bawi na scenie. Zresztą cały zespół jest zgrany. Utwory z płyty „Powstanie Warszawskie” ze względu na zaangażowane teksty skłoniły do przemyśleń, ale i do pogo pod sceną. Z najnowszej płyty „Soundtrack” w wersji live najbardziej zapadły mi w pamięć „Zombi!” oraz hip-hopowe „Jestem psem”, chyba najlepsze wykonanie tego wieczoru. Tym bardziej, że zaraz po nim basista zaczął robić fikołki na scenie :D Każda kolejna płyta trzyma wysoki poziom, a występy live – pełen profesjonalizm, ale i luz sceniczny. Bawią się słowem, bawią się tym, co robią. A publiczność chłonie i bawi się równie dobrze. Świadczyć o tym mogą komentarze, które słyszałam gdzieś za sobą: „Dobrze grają, nie?!”. Dawno nie widziałam, żeby publiczność znała tekst każdej piosenki, a trzeba zaznaczyć, że teksty Spiętego nie są proste. Mam nadzieję, że na kolejny koncert Lao Che Wrocław nie będzie musiał długo czekać.
Często macie dosyć słuchania w kółko tego samego? A może
wcale wam to nie przeszkadza? Może macie kilka ulubionych zespołów, których
możecie słuchać, przepraszam za wyrażenie, do wyrzygania? Przyznaję, że kiedyś
tak miałam, ale chyba już z tego wyrosłam. Dawniej potrafiłam słuchać dzień w
dzień Boba Marleya na zmianę z Led Zeppelin czy Metallicą, i w zupełności mi to
wystarczało. Mało tego, czułam się bardzo fajna, słuchając takiej muzyki.
Jakieś 10 lat temu, rozmowa w szkole na przerwie między
„matmą” a „biolą”:
- Czego słuchasz? – pyta moja rówieśniczka
- No, wiesz, Boba Marleya, starego rocka… – odpowiadam z
wyższością w głosie, bo wiem, że dalsza część konwersacji zabrzmi:
- Aha, nie znam. Ja słucham Britney Spears, ona śpiewa
taką piosenkę „I can’t get no satisfaction”
- To nie jest jej piosenka tylko Stonesów. Jak nie wierzysz
to spytaj mojego taty – jestem z siebie tak dumna, że chyba zaraz pęknę. Co z
tego, że wrócę do domu i włączę przegraną od koleżanki kasetę Britney.
- Ta yhy… Stonesów... Już to widzę, jesteś u pani!
Rozmowa jest zmyślona, ale przecież mogło tak być ;)
Piszę o tym, ponieważ właśnie przeglądam (po raz n-ty)
świetną rzecz! „1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej” sprawi,
że już nigdy nie będę się długo głowić nad wyborem płyty do posłuchania.
Wystarczy otworzyć książkę na dowolnej stronie, i już wiem, czego będę słuchać
wieczorem!
Dzisiaj padło na:
Jeśli nie przemawia do was
sam tytuł (1001 albumów), to wyobraźcie sobie, że ta książka waży ze dwa kilo,
na co składa się 960 stron i druk w całości na papierze kredowym. Ktoś może
pomyśleć: po co papier kredowy, przecież przez to cena idzie w górę? Zgadza
się, jednak wraz z ceną w górę pnie się jakość. Tej książki nie przeczytasz od
deski do deski i nie odłożysz na półkę. Jeśli masz zamiar tak zrobić, to lepiej
w ogóle jej nie kupuj. To jest książka do ciągłego wertowania. Skaczesz z
początku na koniec, przeglądasz fotografie, szukasz czegoś w indeksie. Dobry
papier nie sprawi, że po miesiącu kartki się powyginają na rogach lub nawet
podrą. A jeśli już zupełnie się przełączam na „ględzenie bibliotekary”, to
wspomnę jeszcze, że publikacja jest szyta oraz klejona, a nie tylko klejona,
dzięki czemu unikniemy złamania grzbietu, co wygląda bardzo nieestetycznie. OK,
bibliotekarka sobie poszła, wraca zwykła czytelniczka:)
Może ktoś z was już słyszał o omawianej książce? „1001
albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej” pierwszy raz ukazała się w
Polsce w 2008 roku, teraz wydawnictwo Elipsa (Publicat) postanowiło rozpieścić
fanów muzyki wydaniem zaktualizowanym. Zmieniono okładkę. Według mnie dużo
lepiej prezentuje się na niej warholowski „Banan”, niż zdjęcie koncertowe
Rolling Stones z poprzedniego wydania. Uzupełniono publikację o albumy muzyczne
z ostatnich lat. W rezultacie poznamy najważniejsze płyty z lat 1955-2010.
Już we wstępie redaktor prowadzący Robert Dimery zaznacza,
że wybór opisywanych albumów jest subiektywny. Dlatego też nie traktujmy tego
wydawnictwa jak encyklopedię, „prawdziwą” historię muzyki rozrywkowej, bo na
przykład nie znajdziemy tu choćby kilku słów o Britney Spears (ależ się dzisiaj
uwzięłam), a przecież nazywana jest ona jakąś tam księżniczką popu. Jednak
albumy Madonny i Mariah Carey zostały uwzględnione, więc niektórzy mogą
zachodzić w głowę, o co tu chodzi. Według mnie sprawa jest prosta – tworzący
hasła dziennikarze muzyczni nie widzieli sensu opowiadania o syfie, którego w
muzyce jest sporo. Bardzo mnie to cieszy, bo kiedy pokażę książkę dużo młodszej
kuzynce, będę spokojna, że dzięki niej pozna płytę Björk, a nie Britney
(nieszczęsna!).
Właściwa część książki, czyli lista albumów muzycznych,
podzielona jest na sześć części. Jest to podział chronologiczny na dekady:
1950-1959, 1960-1969 itd. Każda część poprzedzona jest skrótem najważniejszych
informacji ze świata w danym okresie czasu. Trzeba je traktować z przymrużeniem
oka, bo obok informacji o narodzeniu się pierwszego dziecka z probówki, jest
wzmianka o powstaniu kostki Rubika, zatem są one zaczerpnięte z wielu bardzo
odległych od siebie szuflad.
Czego dowiemy się o każdym albumie muzycznym przedstawianym
w książce? Znajdziemy podstawowe informacje (wytwórnia, producent, kierownictwo
artystyczne, kraj, czas trwania), zdjęcie przedstawiające okładkę, spis
utworów, cytat wokalisty bądź innego członka zespołu oraz opis albumu,
zajmujący najwięcej miejsca na stronie. Znów powtórzę: to nie jest
encyklopedia! Nie znajdziemy tu informacji typu „X urodził się wtedy i wtedy,
nagrał tę płytę wtedy, sprzedała się w ogromnych ilościach”. Powiedziałabym
raczej, że są to opisy rzeczowe, ale bardzo na luzie, subiektywne, ale i
konkretne. Z racji, że sporo jest autorów haseł, różnią się one nieco
zawartością – nieraz dziennikarz skupia się na tym, że riffy wpadają w ucho, a
teksty są nasycone żalem, a nieraz na bardziej ogólnych stwierdzeniach, że
płyta jest „błyskotliwie krwistym kawałem surowego rocka”. Prawda, że świetne
określenie? Co ważne, autorzy nie skupiają się jedynie na rewelacyjnych płytach.
Książka jest przejrzyście zaprojektowana graficznie – łatwo
znaleźć niezbędne informacje, lista utworów z każdego albumu wraz z czasem ich
trwania imitująca komputerową playlistę – świetny pomysł! Mnóstwo zdjęć: piękna
Erykah Badu, Lauryn Hill, równie piękny (jeszcze) Axl Rose, nieco mniej
urodziwy Marilyn Manson, i wiele, wiele innych. Dziwi mnie tylko umieszczenie
indeksu albumów na początku książki, a indeksu wykonawców – na końcu. Według
mnie wszystkie indeksy powinny być obok siebie, na końcu książki. Zastanawiam
się też, czy „1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej” to
publikacja, na którą przeciętny czytelnik jest w stanie wydać 99 zł (cena taka widnieje na ostatniej stronie okładki, w księgarni internetowej jest taniej). Jest warta
swojej ceny, ale myślę, że w księgarni raczej wybierzemy powieść za 30 zł, a
tego typu publikację kupimy raczej komuś na prezent. Obdarowana nią osoba na
pewno się ucieszy, szczególnie jeśli jest fanem muzyki rozrywkowej :)
Nie wiem, ile czasu potrzebuję, aby poznać wszystkie albumy.
Mam nadzieję, że życia mi starczy zarówno na nie, jak i na kilka fajnych
książek!
Na koniec cytat z książki:
„Moim przeznaczeniem było zostać bibliotekarką” Dusty
Springfield