niedziela, 29 grudnia 2013

Książka: Nathan Brackett "Legendarne Przeboje Rocka", G+J Książki, 2013

Nathan Brackett to amerykański dziennikarz muzyczny. Obecnie pełni funkcję zastępcy redaktora naczelnego magazynu Rolling Stone. Tworzył także stronę internetową czasopisma oraz redagował książkowe wydanie listy „500 Greatest Songs of All Time” magazynu Rolling Stone. Lista dostępna tutaj: 500 Greatest Songs.

Z racji, że autor związany jest z Rolling Stone, nie dziwi fakt, że we wstępie książki cytuje Jaya-Z, który napisał wstęp do „500 Greatest Songs”. Cała wypowiedź rapera dostępna tutaj: Jay-Z o przeboju, warto poczytać!

Na książkę składa się 80 utworów ułożonych chronologicznie, dzięki czemu czytelnik może prześledzić ewolucję rocka. Listę otwiera Bill Haley i jego „Rock Around the Clock” z 1954, a kończy grupa Coldplay i „Fix You” z 2005 roku. Wydawnictwo ma charakter albumowy, stąd też jego dość wysoka cena – 59,90 zł. Płacimy za twardą okładkę, wyklejkę, papier kredowy, za dobrze wykonaną pracę grafika i mnóstwo fotografii zachęcających do kupna książki. Zmieniłabym tylko okładkę. Gitara w płomieniach jest zbyt oczywista i mało przekonywująca, po prostu nijaka i właśnie taka typowo „albumowa”. Oczekiwałabym czegoś bardziej zaskakującego.

Utworom poświęcono od 2 do 4 stron. W każdym przypadku zawarto zdjęcie okładki albumu, z którego pochodzi nagranie, komentarz Nathana Bracketta oraz wypowiedzi znanych muzyków rockowych odnośnie omawianego utworu. Do tego kolorowe zdjęcia, a czasem również fragmenty tekstu utworu.

Nathan Brackett obiecuje, że „te osiemdziesiąt piosenek to najlepsze z najlepszych”. O gustach się nie dyskutuje, ale rzeczywiście przedstawione w publikacji utwory każdy fan rocka pewnie zna na pamięć. Dla mnie ten album jest interesujący, bo w jednym miejscu skupia mnóstwo ciekawostek o okolicznościach powstania wielkich przebojów. Sama nigdy nie pofatygowałabym się, aby szukać w necie niezwykłych historii, które inspirowały muzyków do napisania wybitnego tekstu. Teraz mam je wszystkie pod ręką. Często są to zabawne historie, a czasem okazuje się, że utwór stanowiący dziś wielki przebój, początkowo w ogóle nie miał być umieszczony na płycie.
          
Zastanawia mnie tylko, dlaczego autor umieścił w tym zestawieniu „Billy Jean” Michaela Jacksona, który był królem popu, a nie rocka. Jeszcze bardziej dziwi mnie obecność „Holiday” Madonny, na której zdjęcia z lat 80. nie mogę patrzeć (zresztą na żadne inne też nie). Słabiutki wokal i piosenka, która nigdy nie zaciągnęłaby mnie na parkiet dyskoteki. Utwór Madonny jest niczym i ginie wśród innych przedstawionych w książce numerów; choćby Deep Purple, The Velvet Underground czy Patti Smith. O ich utworach mogę czytać w nieskończoność!

Myślę, że sporo osób dostało tę książkę pod choinkę kilka dni temu. Może jakiś młody chłopak, początkujący gitarzysta. Może mama, która chętnie poczyta o Elvisie Presleyu. Może dzieciak, który wkracza na niebezpieczną ścieżkę słuchania popowej sieczki, i rodzice chcą go przed tym uchronić podarowując tę książkę. Każda możliwość jest dobra!

Książka bierze udział w WYZWANIU



Z racji, że niedługo sylwester, oto kilka utworów z „Legendarnych przebojów rocka”. Częstujcie się i sio na parkiet! Wszystkiego dobrego!


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Urodzin nie będzie! Będzie za to KONKURS! :)

Ostatnio moja kuzynka miała napisać wypracowanie na temat „Najważniejsze na świecie pytanie dla Ciebie, na które nie ma odpowiedzi”. Wymyśliła coś takiego: Dlaczego z wiekiem czas coraz szybciej ucieka? Koniec końców nie pisała o tym, bo coraz szybciej „lecący” czas można tłumaczyć zabieganiem, nadmiarem obowiązków itd. Rzeczywiście, będąc dzieckiem, miałam czas na nudzenie się. Teraz nawet nie mam czasu, aby pomyśleć o tym, czy mam czas się nudzić. Szkoda czasu, po prostu…

Dobra, konkrety:

Och, jak ten czas szybko leci, 
to już dwa lata od pojawienia się pierwszego wpisu 
na Chilloucie Arcyszaleńczym!

(bardzo nie lubię określenia „urodziny bloga”. Tak samo jak „urodziny Media Markt”, „urodziny Aquaparku”, „urodziny „Bolka i Lolka””. Urodziny może mieć człowiek. Np. Bolek. Lolek też. Ale „Bolek i Lolek” już niekoniecznie. Taka dygresja).

Tak czy inaczej, 9 grudnia jest dla mnie całkiem sympatyczną datą, i mimo nie-urodzin i nie-tortu, chcę jakoś uczcić tę rocznicę.

W tym miejscu planowałam trochę się rozpisać o tym, ile się zmieniło w ciągu dwóch lat, wymienić najfajniejsze wydarzenia, płyty i książki opisywane na blogu i w ogóle dokonać szeregu przedsięwzięć. Po krótkim namyśle stwierdzam, że przełożę to na koniec grudnia, czyli w sumie już niedługo. Będę miała wtedy więcej czasu (który, notabene, im jestem starsza, tym szybciej leci, czyż nie?). Pod koniec grudnia mam zamiar ostro zabrać się do pisania pracy magisterskiej, więc będzie jak znalazł. Mniemam, że wszystko będzie mnie wtedy zajmowało bardziej niż plik „Praca mgr.doc”, więc pewnie uskutecznię świąteczno-końcoworoczną notkę pełną przemyśleń, łez, podziękowań i postanowień.

Nie przedłużając, bo szanuję wasz czas (który, jak wiecie, im jesteście starsi, tym… wiadomo co):

DZIĘKUJĘ! 
Za każde przeczytanie, komentarz, udostępnienie, polubienie (i czekam na więcej, haha!). Mogę mówić, że piszę dla siebie, a nie dla kogoś. W pewnym stopniu tak jest, ale, ALE, ALEEE: nawet nie wiecie, jaką radość sprawia mi każdy komentarz, każdy znak, że ktoś tu zagląda i czyta. Zatem róbcie to dalej, a wszyscy będą zadowoleni :D


Teraz konkurs! Świętujemy!

Mam dla kogoś wyjątkowego „Na szczęście mleko…”. Na szczęście nie w butelce i nie prosto od krowy, a prosto od wydawnictwa Galeria Książki. Nowa książka Neila Gaimana z ilustracjami Chrisa Riddella, którą recenzowałam tutaj: Na szczęście mleko... - recenzja



Regulamin konkursu
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Chillout Arcyszaleńczy, a sponsorem nagrody jest Booksenso.
2. Nagrodą w konkursie jest książka „Na szczęście mleko…” Neila Gaimana, Wydawnictwo Galeria Książki, Kraków 2013.
3. Czas trwania konkursu: 9.12.2013 – 17.12.2013 (23:59).
4. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu chilluje.blogspot.com 18.12.2013 oraz na fanpage’u: https://www.facebook.com/ChilloutArcyszalenczy

5. Zadanie konkursowe:
W książce występuje Profesor Steg, który nazywa różne przedmioty według własnego widzimisię (czym rozbawia do łez). Przykłady:
Latający balon: Latająco-kulowy-transporter-osobowy
Kokosy:  Twardo-włochato-wilgotne-biało-chrupy
Guzik: Duży-czerwony-płaski-wciskalny-obiekt

Aby wygrać książkę „Na szczęście mleko…”, należy zabawić się w Profesora Stega i wymyślić nową nazwę dla pojęcia MUZYKA, KONCERT bądź KSIĄŻKA, na kształt wymienionych wyżej przykładów. 
6. Propozycje należy wysłać na adres han.kwasna@gmail.com, w tytule maila wpisując KONKURS, a w treści proponowaną nazwę i jakiś kontakt do siebie. Uznałam, że tak będzie lepiej, niż umieszczanie ich w komentarzach, bo a nuż ktoś by się za bardzo zainspirował czyimś pomysłem, podebrał słówko itp.
7. Zwycięzcą będzie autor wypowiedzi, która spodoba mi się najbardziej.
8. Uczestnik wyraża zgodę na publikację swojej propozycji na blogu oraz fanpage’u.
9. Jedna osoba może nadesłać tylko jedną propozycję nazwy dla terminu MUZYKA, KONCERT lub KSIĄŻKA.
10. Uczestnikiem konkursu może być każda osoba posiadająca adres korespondencyjny w Polsce.

Chyba wszystko jasne, ale wszelkie pytania i wątpliwości wysyłajcie na han.kwasna@gmail.com :)

Odnośnie punktu 7.: Wygra propozycja, która wywoła salwę śmiechu, wybałuszenie oczu lub choćby zmusi mnie do zbierania szczęki z podłogi. Będzie to wybór całkowicie subiektywny. Każdą propozycję zapiszę na osobnej kartce, i wraz z całą rodziną będziemy je odczytywać na głos zamiast oglądania kabaretów ;) Liczę na was, ma być zabawnie i pomysłowo!
Będzie mi miło, jeśli udostępnicie link do konkursu na Fb i polubicie fanpage.


Powodzenia!

Edit 18.12.2013

WYNIKI KONKURSU! 

Bez zbędnych słów i przedłużania, dziękuję wszystkim, którzy zainteresowali się konkursem. Książkę "Na szczęście mleko..." wygrywa Maciej, który zdefiniował KONCERT jako nieprzerwalny-stan-ponadczasowej-ekscytacji-euforyczno-motoryczno-sensorycznej. 

Gratulacje! 

Książka: Neil Gaiman "Na szczęście mleko...", Galeria Książki, 2013

Ludzie dzielą się na:

  • tych, którzy w dzieciństwie nienawidzili mleka, uciekali przed nim gdzie pieprz rośnie i jego picie uważali za zło konieczne

Pamiętam taką sytuację: 
1995 rok. Jemy z grupą śniadanie na stołówce w przedszkolu, każdy ma wypić też szklankę mleka. Jedna z dziewczynek na jego widok się rozpłakała
- Nie lubię mleka! Nie chcę pić mleka!
Jedna z kucharek mówi:
- Pij, bez dyskusji!
Na to druga kucharka, wybawczyni nieszczęśliwej dziewczynki, odzywa się do pierwszej kucharki:
- A ty co, chcesz, żeby dziecko potem zlizywało własne rzygowiny ze stołu?
Dziewczynka spojrzała z wdzięcznością na kucharkę nr 2. Od tej pory uważała ją za bohaterkę. Badum tsssssss, koniec historii.

  • tych, którzy w dzieciństwie przepadali za mlekiem

Pamiętam miliard takich sytuacji:
Lata 90. Ja, mój brat i kuzyn w każde wakacje bawiliśmy się na wsi w gospodarstwie u wujka i cioci. Traktory, siano, pies Oskar, i mleko… Prosto od krowy. Kiedy wujek wydoił krowy, ustawialiśmy się w kolejkę ze szklankami
- Ciociu, tylko nalej tak, żeby była pianka!
- Wow, jeszcze ciepłe…
- Ha ha ha, ale macie wąsy od mleka!
Badum tssssss, koniec historii.



Piszę o mleku, bo wczoraj przeczytałam „Na szczęście mleko…”. Niezbyt często sięgam po książki dla dzieci, ale ta mnie zachęciła, bo autorem jest Neil Gaiman ("Nigdziebądź", "Księga cmentarna"). Jakiś czas temu chciałam się wziąć za jego literaturę. Okazja przeczytania jego najnowszego dzieła to dobry moment.

Lepszego momentu i lepszego tytułu nie mogłam wybrać. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak chichotałam przy lekturze. Książka jest skierowana do dzieci, ale uwierzcie - cieszyłam się na myśl, że zaraz po przeczytaniu podrzucę ją mamie i polecę koleżankom. Problem wymyślania prezentu pod choinkę dla moich małych kuzynów mam z głowy – kupię im „Na szczęście mleko…”, i chętnie poczytam wspólnie z nimi.

Dzieciaki występujące w książce codziennie jedzą chrupki z mlekiem na śniadanie. Któregoś ranka okazuje się, że nie ma mleka… Tragedia! Tato wychodzi do sklepu, i się zaczyna…

Nie napiszę wiele o książce, którą przeczytałam w jakieś 40 minut. Powiem tylko, że to było 40 minut rozrywki na najwyższym poziomie, i powtórzę, że to rozrywka nie tylko dla dzieci. Fabuła nieźle pokręcona, postaci genialne (np. fioletowe krasnoludy z doniczkami na głowach) i pobudzające wyobraźnię, dowcip idealnie wpasował się w mój gust („Nie właź do smoły, skarbie, i tak się lepię do ciebie”). Do tego ilustracje Chrisa Riddella. Dam sobie rękę uciąć, że główny bohater – tato, to sam Neil Gaiman, spójrzcie tylko:

pl.wikipedia.org                                         ilustracja w książce
„Na szczęście mleko…” to gratka dla osób ceniących sobie dobre opracowanie graficzne. Jako dziecko nie potrafiłabym tego docenić, ale jako dorosły czytelnik, a na dodatek studentka edytorstwa, ślę pochwały.

Tytuł może wydawać się niejasny, ale niepozorny karton mleka odgrywa ważną rolę w przygodzie taty. Pomyślcie tylko, co ma w głowie facet, który w jednej książeczce umieszcza mleko, dinozaury i piratów!

„Na szczęście mleko...” do wygrania w konkursie, już dziś, już za chwilę!


Za książkę dziękuję Booksenso.

wtorek, 3 grudnia 2013

Płyta: "100 % po polsku", Sony Music, 2013

Ostatnio na portalu All About Music wygrałam płytę "100 % po polsku". Szczerze mówiąc, nie patrzyłam, co jest do wygrania. Był to konkurs z serii „kto pierwszy ten lepszy”, więc nawet się nie zastanawiając, odpowiedziałam szybko na pytanie konkursowe, i udało się – byłam pierwsza. 

źródło: www.empik.com


Pomyślałam sobie: 

Spoko, zorientuję się, co nowego w polskiej muzyce, może znajdę nową muzyczną miłość albo chociaż kogoś jako tako godnego uwagi.

Spostrzeżenia po przesłuchaniu płyty: 

Czasem lepiej wyłączyć mózg i nie myśleć.

Ale od początku. Kilka dni później odpakowałam kopertę i uśmiechnęłam się od ucha do ucha, widząc:



Fajny pomysł, prawda? Oprócz wysłania nagrody zwycięzca dostaje ręcznie napisane gratulacje. Od razu człowiek myśli: o, jacy oni sympatyczni.

Dobra, zerknęłam na tracklistę płyty „100 % po polsku” i… 
O szlag… 
Chyba się nie znam na stuprocentowej polskiej muzyce, bo trochę mnie zatkało, kiedy ujrzałam takich wokalistów jak: Olek, Klaudia, Ola, Marta Podulka, Radek Michalik. Kto to, kurde, jest? Co to, kurde, są? Hę?

Patrzę dalej, a tam: Red Lips, Jula, Doniu, Farba, Formacja Nieżywych Schabuff. Dobra, coś mi się obiło o uszy, nie jest źle. To znaczy, było źle, bo z miejsca odłożyłam płytę gdzieś na bok, zastanawiając się, czy kiedykolwiek rozpakuję ją z folii. Co jak co, mam ciekawsze rzeczy do roboty niż słuchanie Juli. Zastanawiałam się nawet, czy komuś nie podarować tej płyty, w końcu nówka sztuka, nieśmigana, ale halo… Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe, chyba nie chcę karmić kogokolwiek gów… Znaczy się, wyrobem muzykopodobnym. Wiadomo, że czekolada Lindt jest lepsza od Terravity…

W końcu zebrałam się w sobie i odpaliłam płytę. Ludzie, to jest tak słabe, że aż muszę o tym napisać. I nie ma to żadnego związku z portalem All About Music – jakiejś niechęci do niego czy co tam jeszcze. Chodzi tylko i wyłącznie o płytę. A nawet dwie, bo jest to wydanie dwupłytowe…

Może niektórych zniechęcą (bądź zachęcą?) tytuły utworów. „Gdy nie ma cię”, „Pełen słońca dzień”, „Ciebie nie ma”, „Ty i mój sen”, „Tonę i wiem”. Matko Bosko Kochano, kto wymyśla te tytuły?! I przede wszystkim, kto pisze te teksty?!

Pokrótce.

1. Red Lips – To co nam było
Red Lips kojarzę z Must be the Music. Ruda laska z zadziornym głosem wyglądała i brzmiała obiecująco. Wydali płytę, ponoć się dobrze sprzedaje (pewnie dlatego, że się sprzedali). „To co nam było” znałam już wcześniej, bo często jeżdżę autobusem, a kierowcy słuchają Eski. Nie lubię maniery wokalistki, powtarzanego miliard razy refrenu i nazwy zespołu.

2. Jula – Ślad
Niby rockowo… Ale wokal tak nijaki, że aż boli. Smutna Jula ma „takie same sny już od kilku lat”. Niech się cieszy, że w ogóle jej się coś śni, bo słyszałam, że brak snów jest objawem choroby psychicznej.

3. Mezo & Hania Stach – Na nowo
Hania występowała w Idolu. Pamiętam, że Elżbieta Zapendowska ją podziwiała. Ja nie podziwiam. Meza też nie.

4. Venya -Uwolnij sen
Tekst rodem z Disco Relax. Plus perkusja i gitary. Rymy częstochowskie. Straszne. Next, please...

5. Doniu – Okulary
Zaskoczenie. Pozytywne. Jeden z lepszych numerów na płycie. Znośny tekst i chyba modne od jakiegoś czasu gwizdanie w utworze. Posłuchałam dwa razy pod rząd, więc to musi coś znaczyć… Proszę, fragment:

Yoko Ono mimo lat, codziennie na fejsie
Przypomina innym co dla nas najważniejsze jest
Co dzień test, wielokrotne rozwiązanie
Kim jestem, co zrobię i kim przez to się stanę



6. Roby – Całuj mnie teraz
Sorry, przełączyłam po kilku sekundach, po wersie Całuj, wycałuj teraz o nic się nie martw, o nic się nie martw.

7. Rafał Radomski – Gdy nie ma cię
Chłopcze, jesteś tak młody, a tak wiele wiesz o życiu, uszanowanko. Gdy nie ma cię, wszystko traci sens. Piosenka idealna do puszczania na dyskotece w podstawówce. Każda wtedy marzy, żeby chłopiec poprosił ją do tańca. Khy khy.

8. Olek – Budzę się
Pierwszy wers rozpoczynam pustym słowem – to po co w ogóle rozpoczynasz? Przełączam po pierwszym wersie, rozpoczętym pustym słowem.

Podobnie przy numerach 9 (Robgitarnik & Tomek Orliński – Obrotowe drzwi), 10 (Mariusz Urbaniak – Wypadła mi z rąk), 11 (Gravitee – Pierwszy raz) – swoją drogą utwór „written by” cztery osoby. Szkoda czasu i pracy tych czterech osób, serio. Zastanawiam się, dlaczego w książeczce albumu „100 % po polsku” użyto zwrotu „written by”? Byłam dzielna, kilka pierwszych utworów przesłuchałam w całości, ale od numeru 9. do 12. wszystko jest szaleńczo słabe, na jedno kopyto. Nijakość. Teksty o niczym, albo o tym, jak jest źle bez ciebie, i jak bardzo ci nie wierzę, i jak daleko jesteś, i dlaczego, dlaczego?

Od 13. jest trochę lepiej. Na chwilę zatrzymałam się przy Farbie – wokalistka Joanna Kozak ma interesującą barwę głosu, muzycznie jest trochę lepiej niż w innych utworach, ale bez szału. Moją uwagę zwrócił także wokalista zespołu Niegrzeczni. Pamiętam, jak swego czasu śpiewał u Rubika i występował w Szansie na Sukces. Jego głos kojarzy mi się z tym powszechnie znanym utworem. By the way, to jeden z tych utworów, które wszyscy znają, a nikt nie wie, jak się nazywają. Ja również, aby go znaleźć, wpisałam w Google „Mm mm mm mm”. Znalazłam od razu :D Ty też go znasz, na 100 %. Enjoy!: 


Pośpiewane? ;)
Wokalista Niegrzecznych ma według mnie nieco podobną barwę:


Co jeszcze? Kasia Nowak – Ciebie nie ma. Fajny chillout, robi się całkiem przyjemnie i romantycznie.   

18. Hex – Bliżej słońca, 19. Radek Michalik – To co chcesz, 20. Ania Frontczak & Marco – Tylko w moich znach - w tych utworach wracamy do gatunku „na jedno kopyto, przełącz!”

21. Najlepszy Przekaz w Mieście – zasłużyli na osobną linijkę, bo dali radę w Must be The Music. Według mnie słabe, ale ja się na „rapach i hip-hopach” nie znam.

Uff, jakoś dotrwałam do ostatniego utworu na pierwszej płycie. 21 utworów. Dużo jak na jeden krążek. Przede mną jeszcze drugi, a tam takie perełki jak Aleksandra Dzwigała „Alex”, Ola, Kasia Gomoła i Marta Podulka. Wolę nie wiedzieć, czym mnie uraczą. Dziś nie dam rady. Może innym razem.

100 % po polsku. Czuję się trochę otumaniona. Potrzebuję teraz czegoś polskiego. Czegoś polskiego i dobrego. Nosowska, chodź do mnie! Kora, gdzie jesteś? Maleńczuk? Ratujcie polskość!


piątek, 29 listopada 2013

Koncert: One Love Sound Fest 2013, 23.11.2013, Wrocław

independent.pl
Line-up tegorocznego One Love Sound Fest nie zaskoczył. Beenie Man, Gentelman… To już było. Spodziewałam się, że na 10. edycję festiwalu organizatorzy zaproszą kogoś takiego, że wszystkim szczęki opadną. Choć wielu gigantów reggae odwiedziło już nasz kraj i można pomyśleć, że żadne nazwisko już fana reggae nie zaskoczy, to jednak uczynienie Gentelmana gwiazdą wieczoru było według mnie pójściem na łatwiznę. Cenię tego artystę, wiem, że na koncertach daje z siebie wszystko i ma świetny kontakt z polską publicznością. Skąd to wiem? Właśnie stąd, że już kilka razy miałam okazję się o tym przekonać. Zdarzało się, że artysta występował w naszym kraju nawet kilka razy w roku. Beenie Mana również witaliśmy w Bielawie rok temu, grał też we Wrocławiu.

Może mam zbyt wygórowane oczekiwania, może zbyt wiele koncertów reggae już widziałam. Wiem, że jest mnóstwo osób, które w tym roku na One Love były pierwszy raz, i takich, które Beenie Mana, Gentelmana, czy też naszego Ras Lutę czy Dancehall Masak-rah widzieli pierwszy raz. Dla nich festiwal na pewno był nie lada wydarzeniem. Dlatego nie podważam atrakcyjności One Love Sound Fest ani artystów występujących zarówno na scenie głównej, jak i soundsystemowej. Jednak ta edycja nie obudziła we mnie entuzjazmu. Może to przez śnieg i szaroburą zimową aurę.

Gentelman gra znakomite koncerty, daje pewność, że publiczność będzie się dobrze bawić. Świadczyć o tym mogą opinie tych, którzy w ankiecie prowadzonej na stronie festiwalu głosowali na najlepszy występ. Póki co pierwsze miejsce zajmuje Gentelman & The Evolution, i to zdecydowaną większością głosów. Drugie – Beenie Man, trzecie – Ras Luta. Choć Beenie Man ani mnie ziębi, ani parzy, a omijanie niektórych wersów i chwilami dość niechlujny śpiew mogą drażnić, to trzeba przyznać, że jego muzyka jest tak energetyczna, że nie sposób się nie pobujać przy dźwiękach wielkiego hitu „Gimmie Gimmie Gimmie”, czy „I’m Okay / Drinking Rum & Red Bull”. A Gentelman śpiewający częściowo do publiczności, częściowo do swojej żony Tamiki udzielającej się w chórkach, jest ujmujący, ciepły i serdeczny. Działa to w dwie strony – jego publiczność jest wyjątkowa. Wokalista pytał, które utwory chcemy usłyszeć, niektóre z nich śpiewał w nowych, ciekawych aranżacjach. Na koniec zaśpiewaliśmy wspólnie, bez towarzyszenia instrumentów, „Redemption Song”. Nie miało to dla mnie jednak dużej „siły rażenia”, bo odniosłam wrażenie, że zaczerpnął ten pomysł od Maxa Romeo, z którym w ten sam sposób zaśpiewaliśmy „Redemption Song” na One Love 2012. Choć z drugiej strony, może właśnie tworzy się pewna tradycja i za rok zaśpiewamy ten utwór z jeszcze innym artystą?



W tym roku zupełnie odpuściłam scenę soundsystemową. I wolę nie wiedzieć, czy jest czego żałować, bo pewnie jest…

Jak co roku, w przerwie między koncertami można było się najeść, napić się w namiocie piwnym, kupić biżuterię, koszulki i czego tam dusza zapragnie. Jak co roku były też gigantyczne kolejki do toalet i szatnia na żetony. Konferansjerem festiwalu był niezawodny Mirosław „Maken” Dzięciołowski. Trudno byłoby wybrać lepszą osobę na jego miejsce.

Więcej o Festiwalu na Independent.pl


środa, 13 listopada 2013

Muzyka, dużo muzyki :)

Dawno nic nie napisałam, oprócz relacji z koncertów… Nuda, nie? Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle kogokolwiek interesują moje pokoncertowe wynurzenia. Czy interesowałyby mnie? Bezpieczniej byłoby nie odpowiadać na to pytanie, ale… Tak, interesowałyby mnie w kilku przypadkach:

  • wtedy, gdy byłam na koncercie, aby porównać opinie i powspominać;
  • wtedy, gdy nie byłam na koncercie, choć planowałam / zastanawiałam się / chciałam ale nie miałam kasy / za daleko / kiepski dojazd / pierdylion innych;
  • wtedy, gdy zobaczyłabym, że ktoś jara się koncertem zespołu, którego nie znam – czysta ciekawość - co to za jedni i dlaczego ich nie znam.


Dzięki koncertom poznałam wielu niesamowitych artystów, i nie chodzi mi tylko o uścisk dłoni i wymienienie kilku słów po koncercie, ale o samą twórczość. Czasem szłam na koncert nie wiedząc, kto będzie supportował gwiazdę wieczoru, po czym okazywało się, że ten support zwalił mnie z nóg i wywołał wspomniane wyżej „dlaczego do tej pory ich nie poznałam?!”

Tak że… LUDZIE, ŁAŹCIE NA KONCERTY. Mogłam napisać tylko tyle, ale wiadomo, że potok słów sam popłynął.  
A chciałam o czymś innym przecież. 
Chciałam się muzyką podzielić.

Ostatnio wróciłam do albumu, który należy do ścisłej czołówki najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek słuchałam. Nie będę się rozpisywać, mam nadzieję, że taka rekomendacja kogoś zachęci do przesłuchania. Mad Season – Above. Jeden z tych albumów, które tak wbijają się słowem i dźwiękiem w umysł, że nic nie robisz, tylko leżysz i słuchasz. Ewentualnie siedzisz. Serio. Nie potrafiłabym np. myć naczyń lub odkurzać słuchając Mad Season.


A jeśli Mad Season, to również Mark Lanegan, który gościnnie śpiewał właśnie w Mad Season. Sprawdza się to, o czym pisałam przed chwilą. Idziesz na koncert ledwo znając twórczość artysty, a po koncercie okazuje się, że ten właśnie artysta stanie się jednym z tych, których ubóstwiasz. Rok temu ktoś zaproponował mi pójście na koncert Marka Lanegana we Wrocławiu (recenzja tutaj: Mark Lanegan - koncert), a ja nawet nie wiedziałam, że taki koncert ma być (słaba promocja itd.). Uwierzcie, że od tamtego czasu Lanegan śpiewa dla mnie przynajmniej raz w tygodniu. Początkowo słuchałam tylko płyty, którą promował w zeszłym roku, ale ostatnio poznałam więcej jego twórczości i… No cóż, znowu nasuwa się „dlaczego wcześniej tego nie znałam?!”. Album „I’ll Take Care of You” – przepiękny, i również jeden z tych, na których słuchaniu powinno się całkowicie skupić. Usiąść, myśleć, nie myć naczyń:

Znalazłam też świetny duet Moby’ego z Markiem Laneganem – o mój Boże, chyba nie muszę mówić, że ciary… Po prostu ciary (a może czary?):


A teraz coś z zupełnie innej beczki. Dość często ostatnio ćwiczę (już nie z Ewką Ch., bo kolana bolą), a jak ćwiczenia, to rozgrzewka. Przez długi czas (2 lata, może więcej), moim muzycznym numerem jeden, idealnym do rozgrzewki, był utwór Shantela „Disko Partizani”. Jeśli przepadacie za muzyką bałkańską i chcecie akurat przedsięwziąć kilka pajacyków i innych podskoków, proszę zapraszam, miłego pocenia:

Muzyka bałkańska idealna do rozgrzewki, naprawdę. Kolejny utwór Shantela, który nie schodzi z moich głośników od kilku dni:

Posłuchajcie tylko tego damskiego mlaskania, czy jak to nazwać. O, wiem: to jest melodyjne zastanawianie się na głos w rytm balkan valkan. Polecam szaleńczo.

Żeby nie było monotematycznie, oprócz pajacyków jakiś sprint też by się czasem przydał. A wtedy: Them Crooked Vultures. Poznane dzięki książce „Dave Grohl. Nirvana & Foo Fighters” (recenzja tutaj: Dave Grohl - recenzja). Ten sprint to dopiero w drugiej połowie utworu;):


Dzisiaj zupełnie przypadkiem w moich myślach pojawił się Boy George. A raczej jego muzyka, bo gdyby zjawił się w moich myślach jedynie jako mężczyzna, to trochę bym się przestraszyła. Muzycznie jest według mnie bardzo interesującą postacią. Co jak co, ale wszyscy na pewno pamiętają ten utwór, a wyglądem w nim bije na głowę wszystkie stylizacje Lady Gagi:

Jakiś czas temu Boy George przypomniał się w tym utworze, świetnym, idealnym do posłuchania właśnie teraz:


Na koniec Boy George po raz trzeci: kiedyś na zajęciach z Wiedzy o Kulturze prowadząca poleciła nam posłuchać Antony and The Johnsons. Ożesz, jaka wtedy się poczułam dumna, że już dawno miałam opanowaną większą część twórczości Antony’ego, i na pytanie „może ktoś z państwa o nim słyszał?”, mogłam powiedzieć „taaak!”. Boy George zaśpiewał piękną piosenkę z Antonym:

Ktoś czegoś posłuchał? Trzy osoby? Dwie? Anyone? Please!!!



niedziela, 3 listopada 2013

Koncert: Al Di Meola "Beatles and more", 28.10.2013, Wrocław, Hala RCTB

independent.pl
Al Di Meola ponownie zawitał do Polski. 28 października wirtuoz gitary dał koncert we Wrocławskim Centrum Kongresowym w ramach Ethno Jazz Festivalu. Koncert zapowiadał się bardzo ciekawie, gdyż podczas trwającej właśnie trasy artysta prezentuje swój album „All Your Life”, zainspirowany twórczością The Beatles. Album nagrany zresztą w Abbey Road Studios.



Gitarzyście towarzyszyli na scenie Kevin Seddiki (gitara), Peter Kaszas (perkusja) i Fausto Beccalossi (akordeon). Myślę, że po artyście tego formatu można spodziewać się spektakularnego występu. Do tego przyzwyczaili polską publiczność inni gitarzyści, odwiedzający kilkukrotnie nasz kraj, jak choćby Jesse Cook czy Tommy Emmanuel. Spodziewałam się, że utwory The Beatles będą dodatkowym atutem tego wydarzenia, w ogóle nie brałam pod uwagę, że wersje Ala Di Meoli mogą nie przypaść do gustu. Wprawdzie o gustach się nie dyskutuje, ale… Ten koncert nie należał do najlepszych gitarowych wystąpień, w jakich miałam przyjemność uczestniczyć.

To wcale nie kwestia tego, że utworów Beatlesów nie można „ruszać”, że same w sobie są genialne i artyści, biorąc je na warsztat, sami pod sobą dołki kopią. Serio byłam pewna, że kto jak kto, ale Al Di Meola wie, co robi. Wiadomo, że grał bardzo dobrze, to w ogóle nie podlega dyskusji. Jednak hasło reklamujące koncert, „Beatles & More”, sugerowało, że usłyszymy Beatlesów. Tymczasem usłyszeliśmy rozbudowane, interesujące bo interesujące, ale za bardzo odbiegające od oryginalnych wersji, ubarwione wirtuozerskimi popisami gitarzysty utwory. W haśle z plakatu i ulotki zamieniłabym „Beatles & More” na „More & Beatles”. Jakkolwiek beznadziejnie by to brzmiało, oddawałoby precyzyjniej klimat koncertu. W kilku utworach ciężko było się w ogóle zorientować, że to znany kawałek Beatlesów. Najbardziej przypadły mi do gustu „I will” i „And I love Her”, które podczas wykonania Ala Di Meoli, potrafiłam zanucić. Ktoś powie: „Halo, przecież to był koncert Ala Di Meoli, jak chcesz usłyszeć Beatlesów to odpal płytę!”. Wiem, wiem. Zaczęłam się  zastanawiać, czy to ja nie jestem zbyt krytyczna, ale kiedy rozejrzałam się po sali, żadna z osób, na którą spojrzałam, nie wydawała się rozentuzjazmowana. Co więcej, publiczność  przez cały czas była bardzo niemrawa. Nieśmiałe oklaski, pojedyncze okrzyki, czasem nawet niezręczna cisza, jakby cała sala bała się zacząć klaskać…

Al Di Meola próbował nawiązać kontakt z publicznością, opowiadał o kolejnych utworach, jednak bez większego odzewu. W drugiej połowie koncertu prawie całkowicie zrezygnował z opowieści i skupił się na grze. Do większego udziału w koncercie chciał zachęcić publiczność perkusista Peter Kaszas, wychodząc zza bębnów i klaskając. No dobrze, poklaskaliśmy z nim chwilę, ale jak tylko przestał, publiczność także zamilkła.

Co jeszcze stało za tym, że koncertowi zabrakło „tego czegoś”? Myślę, że mała liczba instrumentów. Mimo że akordeonista bardzo się wczuwał i na jego twarzy widać było emocje, czasem nawet coś podśpiewywał pod nosem i chyba nikomu nie uszła uwadze jego mimika twarzy, to jednak zabrakło mi po prostu dźwięków. Przesłuchałam kilku studyjnych utworów z płyty, usłyszałam w nich instrumenty smyczkowe, i myślę, że właśnie tego mi zabrakło.


Nie powiem, że koncert był zły, muzyka gitarowa na żywo zawsze jest przyjemna dla ucha, szczególnie jeśli jest grana przez cenionego na świecie muzyka. Myślę, że oddani fani Ala Di Meoli byli zadowoleni, jednak ci, którzy poszli na koncert bardziej ze względu na zachęcający repertuar Beatlesów, mogli czuć niedosyt. Dowodem tego były osoby (wcale nie pojedyncze przypadki), które wychodziły z sali od razu po pożegnaniu się artysty z publicznością, nie czekając na bis. 

Relacja napisana dla Independent.pl

poniedziałek, 28 października 2013

Koncert: Jose James, 22.10.2013, Wrocław Eter

Przejeżdżając dzień w dzień obok Radia i Telewizji, gdzie wisiały ogromne plakaty reklamujące koncert, codziennie odliczałam dni do tego wydarzenia. Jaka szkoda, że już po…

22 października we wrocławskim klubie Eter czas stanął w miejscu. Lokal wypełnił się nastrojowymi melodiami z pogranicza jazzu, r’n’b i soulu, które w połączeniu z niesamowicie uspakajającą barwą głosu Jose Jamesa, stworzyły hipnotyzującą całość. Muzyka uspokajająca, może skłaniająca do snu, ale za to jak dobrego snu… A z drugiej strony, budząca tyle emocji, że ciężko byłoby zasnąć!

Jose James wystąpił we Wrocławiu w ramach Muzycznej Strefy Radia RAM. Słuchaczom Radia artysty przedstawiać nie trzeba – w październiku jego utwory oraz wywiady można było usłyszeć na antenie bardzo często. Muzyk promuje obecnie swój album „No Beginning No End”, wydany w styczniu tego roku.

Eter był wypełniony po brzegi, zarówno parkiet, jak i miejsca siedzące na balkonie. Obok studentów trzymających w dłoni plastiki z piwem, zauważyć można było również osoby starsze.  Dowód, że piękno muzyki Jose Jamesa trafia do każdej grupy wiekowej. Wstępu pod samą scenę pilnowała ochrona – najlepsze miejsca były zarezerwowane dla fotografów, i to jedynie podczas pierwszych czterech utworów.

Jose i jego zespół wyglądali stylowo. Wokalista – jednocześnie elegancki (koszula) i wyluzowany (ciemne okulary i czapka z daszkiem). Nie lubię, gdy artysta skrywa oczy za okularami, na szczęście po kilku utworach Jose odłożył je. Chociaż, po klasie, którą pokazał swym występem, okulary nie grały już dla mnie żadnej roli, liczyła się tylko muzyka i jego aksamitny głos.

Utwory, które zaprezentowano na  żywo, były bardziej rozbudowane i zaskakujące, niż w wersjach studyjnych, a głos Jose okazał się dużo mocniejszy i wywołujący jeszcze więcej dreszczy. Na początku usłyszeliśmy „It’s All Over Your Body” – ponoć ulubiony utwór artysty. Nic dziwnego, że postanowił umieścić go na wstępie koncertowej tracklisty. Owacje publiczności potwierdziły, że był to dobry wybór, zresztą, na każdy kolejny utwór słuchacze reagowali entuzjastycznie. Największe oklaski zdobyła chyba wzruszająca ballada „Come To My Door” oraz „Trouble”. Większość utworów pochodziła z ostatniej płyty.



Jose James jest niesamowity. Jego improwizacje, skupienie i jednocześnie bijąca od niego serdeczność wyrażana uśmiechami stworzyły niepowtarzalny klimat. Jednak czymże byłby jego występ bez towarzyszących mu na scenie świetnych muzyków? Każdy z nich miał na scenie swoje pięć minut (a raczej dużo, dużo więcej). Jose James – barwa głosu niczym balsam dla duszy, japoński trębacz Takuya Kuroda,  młody, utalentowany Kris Bowers na klawiszach, basista Salomon Dorsey (który popisał się nie tylko grą, ale też śpiewem i oryginalną fryzurą) oraz Richard Spaven na perkusji – zestaw doskonały. Podczas tych solowych partii poszczególnych instrumentów Jose schodził ze sceny, pił wodę bądź zagadywał do członków zespołu, wyglądał na bardzo zrelaksowanego. Kiedy już wracał na scenę, to często tylko po, to aby wyśpiewać jeden wers i znowu zniknąć za kulisami. Idealnie dawkował napięcie, a kiedy w końcu zjawiał się na scenie na dłużej, oklaskom nie było końca. Podobnie było po utworach innych artystów, utworach-klasykach można by rzec, jak choćby „Ain’t No Sunshine” czy „Isn’t She Lovely”.


Jest radość ;) Dzięki Iza!
Dwugodzinny koncert zakończył się bisem, po tym, jak publiczność zachęcona przez Macieja Szabatowskiego z Radia RAM zaczęła nucić nieco zmieniony fragment tekstu „Come To My Door”. Podczas bisu, ale także po nim, Jose podpisywał płyty. Dosłownie kilka chwil po zakończeniu koncertu muzycy zeszli do publiczności, rozmawiali i chętnie pozowali do zdjęć z fanami. Oby więcej takich koncertów!

Relacja napisana dla Independent.pl

czwartek, 24 października 2013

Książka: Martin James "Dave Grohl. Nirvana & Foo Fighters", Anakonda, 2013

Czy życie każdego rockmana obfituje w ciągi alkoholowo-narkotykowe, przygodny seks i nieustające imprezy w trasach koncertowych? Przeczytałam kilka biografii muzyków, którzy rzeczywiście nie stronili od tego typu rozrywek;  są legendami, żyjącymi bądź już niestety nie. Wiecie… Można też inaczej! Można być gwiazdą rocka, szanującą swoją prywatność i unikającą skandali. Szaleńcem muzycznym, który nigdy nie był na odwyku, i który ponad libacje alkoholowe przedkłada życie rodzinne i ciężką pracę nad muzyką. Spójrzcie na tytuł wpisu. Jasne, że chodzi o Dave’a Grohla.


Przed lekturą „Dave Grohl. Nirvana & Foo Fighters” byłam jedną z wielu osób, które Dave’a kojarzą, jak wskazuje tytuł, z tych właśnie dwóch zespołów. Wiedziałam też, że kręcił coś z Queens of the Stone Age i z Lemmym z Motorhead. Za sprawą tego ostatniego osoba Dave’a zaciekawiła mnie na tyle, aby poczytać o jego twórczości ciut więcej. Dave pojawił się w tym oto filmie: Lemmy - Filmweb, o którym zresztą pisałam tutaj: Lemmy - recenzja. Poczucie humoru, śmiech i wypowiedzi Grohla w dokumencie tak mnie oczarowały, że sięgnęłam po książkę Wydawnictwa Anakonda.

Kilka kwestii w tej publikacji zwróciło moją szczególną uwagę. Pierwsza sprawa – jak tytuł odnosi się do treści? Myślę, że podtytuł „Nirvana & Foo Fighters” sporo wyjaśnia czytelnikowi, który spodziewa się biografii muzyka. Biografia to nie jest, poznamy jedynie ogólny zarys życia rodzinnego. Z drugiej strony, nie jest to jedynie opis Nirvany i Foo Fighters. Może są to główne kapele, z których Grohl jest znany, ale autor pisze o wszystkich wcześniejszych i późniejszych projektach muzycznych, a jest ich naprawdę sporo! W związku z tym tytuł jest nieco mylący. Wystarczy zresztą spojrzeć na tytuł oryginału, w którym zwrot „other misadventures” jest strzałem w dziesiątkę. Polskie wydanie też mogłoby zawierać podobny podtytuł.

Kolejna rzecz, która pewnie zachęci do lektury: kawały o perkusistach. Pierwszy z nich jest umieszczony na początku książki, gdzieś między wstępem a podziękowaniami. Myślałam, że jest to jednorazowa wstawka, nastrajająca pozytywnie do czytania, ale nie. Każdy rozdział rozpoczyna się dowcipem o perkusistach. Co za dystans, lepiej bym tego nie wymyśliła! Czasem musiałam się nieźle powstrzymywać, żeby nie opluć książki. Tym bardziej, że podczas czytania zawsze piję herbatę. Chwila niepowstrzymanego chichotu i herbaciane kleksy gotowe…

- Co powiesz perkusiście z bardzo znanego zespołu?
- Powtórz, jak się nazywasz?

Jeśli chodzi o Dave’a Grohla, książka potwierdziła moje wrażenia o nim: „walił w gary z wielką radością i energią, zarzucając włosy w każdym kierunku. Energia jego uderzeń równać się mogła jedynie z intensywnością szerokiego uśmiechu” (s. 63). Taki jego obraz zapamiętałam z filmu „Lemmy” i z teledysków Foo Fighters; jak się okazuje – obraz prawdziwy. Niezwykle uzdolnionego muzyka, który wcale nie ubiegał się o uzyskanie statusu gwiazdy rocka. Obraz faceta bardzo serdecznego, który zamiast przytykać kolegom po fachu (jak robi wielu muzyków), wypowiada się o nich ciepło. Uparłam się dzisiaj chyba na tego Lemmy’ego, ale proszę, przykład pierwszy z brzegu: „Lemmy. Co tu można w ogóle powiedzieć? On jest Bogiem” (s. 191).  I jeszcze jeden: „Moim największym bohaterem jest Neil Young. On żyje tak, jak mam nadzieję sam kiedyś żyć” (s. 211).

Autor Martin James, dziennikarz muzyczny, doktor dziennikarstwa piszący dla wielu magazynów, opisuje historie kolejnych zespołów, w których grał i śpiewał Dave. Dużo miejsca poświęca analizie konkretnych utworów, używając trafnych epitetów: „wyborne gitary”, „delikatna nuta”, „powściągliwa gra”, „uduchowiony refren” (s. 182). Jest przy tym obiektywny – jeśli jakiś album nie odniósł sukcesu, nie próbuje wmawiać czytelnikowi, że jest dobry. Dużo informacji, cytatów, postaci ze środowiska muzycznego (m.in. David Bowie, Slash, Jack Black), mnóstwo muzyki, którą możemy sobie puścić w tle.

Wszystko byłoby super, gdyby nie korekta. Czasem nawet odnosiłam wrażenie, że jej zupełny brak… Oto, co znalazłam: błędy w stylu „one” zamiast „on”, pisane kursywą niepełne tytuły piosenek, powtarzające się po sobie te same wyrazy, brak konsekwencji w używaniu cudzysłowów i mój największy „hit”: „Robert Taylor z Queen”. Szkoda.

Najbardziej cieszę się z tego, że dzięki książce poznałam zespół Them Crooked Vultures. Coś przepięknego. Z pełnym przekonaniem mówię, że to moje objawienie miesiąca. Warto posłuchać.


Koncert: Steel Pulse, 20.10.2013, Wrocław, Eter

O Steel Pulse usłyszałam zaledwie kilka miesięcy temu, kiedy natknęłam się na informację o nich w książce „Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae”. Kilka dni temu brytyjski zespół, który rozpoczynał karierę w latach 70., zagrał we Wrocławiu wspaniały koncert.

Z pierwotnego składu w grupie grają tylko dwie osoby – wokalista David „Dread” Hinds i klawiszowiec (także udzielający się wokalnie) Selwyn Brown. To oni są siłą napędową zespołu, nie ujmując oczywiście niczego pozostałym muzykom. Przesłanie muzyki Steel Pulse brzmi: „Bez miłości nie ma sprawiedliwości, a bez sprawiedliwości nie ma pokoju”. Ich misją, jak mówi wokalista, jest niesienie nadziei, że wszystko będzie lepsze, kiedy ludzie zjednoczą się w dobrej sprawie.

Obawiałam się trochę frekwencji na tym wydarzeniu. Stali bywalcy wrocławskich koncertów reggae pewnie pamiętają, że koncerty I Jah Mana Levi  czy Tarrusa Rileya w klubie Alibi nie cieszyły się sporym zainteresowaniem, i że w ogóle klubowe koncerty roots reggae organizowane są na granicy opłacalności. Tym razem koncert odbywał się w Eterze, który jest chyba większy niż Alibi, dlatego bałam się, że klub będzie świecił pustkami. Na szczęście myliłam się.

Już na występie Positive Thursdays in Dub było sporo osób, swoją drogą bardzo przyjemny support. Zanim Steel Pulse wyszli na scenę, słyszeliśmy przeróbki utworów innych legend reggae, np. Boba Marleya i Maxa Romeo.

O koncercie Steel Pulse mogę powiedzieć zasadniczo jedną rzecz: nie wiem kiedy zleciał ten czas, mam wrażenie, że koncert był za krótki, chociaż bisy oczywiście były. Muzycy grali raczej starsze utwory, z lat 80., np.  „Chant a Psalm”, „A Who Responsible?”, „Man no Sober”, „Roller Skates”, “Steppin’ out”. Usłyszeliśmy “Not King James Version” z płyty “Babilon The Bandit” z 1986 roku, która zdobyła wtedy nagrodę Grammy za najlepszy album reggae. Jednak w ostatnich minutach występu pokazali, że jako kompozytorzy nadal nie próżnują, i zagrali utwór z tegorocznego singla „Put Your Hoodies On”, którym zakończyli występ.


Wokalista i klawiszowiec, mimo że nie są już najmłodsi, świetnie wyglądali na scenie. David Hinds nieprzypadkowo ma ksywę „Dread”. Jego fantazyjnie ułożone, megagrube dready robią wrażenie. Ciężko uwierzyć, że już tyle lat działa na scenie, wygląda tak młodo… Choć szczerze mówiąc, bardziej podobały mi się momenty, kiedy za mikrofonem stał klawiszowiec Selwyn Brown, jego śpiew bardziej mnie przekonywał.

Czasem wynoszę różne rzeczy z koncertów :D Tym razem
udało się zdobyć tracklistę! 
Ze sceny płynęła pozytywna energia, jedynie saksofonista Jerry „Saxman” Johnson sprawiał wrażenie zmęczonego i nieco znudzonego. Rozglądał się po suficie, jednak kiedy zaczynał grać, robił to naprawdę dobrze. Nic dziwnego, że do współpracy zapraszali go tacy artyści jak Burning  Spear, Shaggy czy Ky-Mani Marley (chociaż i tak mistrzem saksofonu pozostaje dla mnie Dean Fraser, koncertujący m.in. z Tarrusem Rileyem). Udało mi się po koncercie porozmawiać z saksofonistą. Przyznał, że zmęczenie z powodu długiej trasy koncertowej powoli bierze nad nim górę. Dlatego też muzycy zaraz po koncercie pojechali do hotelu, wcześniej oczywiście robiąc sobie zdjęcia z fanami, rozdając autografy i podpisując płyty. W tłum poleciało także piórko do gry gitarzysty oraz tracklisty wrocławskiego koncertu. Najlepsze pamiątki!
Iza, Han i lekko zmęczony Jerry "Saxman" Johnson


Publiczność dopisała, myślę, że przyjechało sporo osób spoza Wrocławia, w końcu Steel Pulse zagrali w naszym kraju tylko jeden koncert. Dla fanów reggae słabą opcją byłoby przegapienie tego wydarzenia. 

Relacja napisana dla Independent.pl

sobota, 19 października 2013

Koncert: KaCeZet i Fundamenty, 18.10.2013, Łykend, Wrocław

KaCeZet, który twierdzi, że nie zna się na promocji, nieoczekiwanie stał się… Mistrzem promocji. Zaledwie dwa dni przed wrocławskim koncertem w sieci pojawił się utwór „Za darmo”, którym Kapitan KaCeZet namawiał do pojawienia się na koncercie. Link do utworu po kilku godzinach pojawił się na Demotywatorach z opisem „Prawdziwy artysta – stworzył coś w jeden dzień, a wy i tak będziecie się jarać Patty”. Nagranie w ciągu niecałego tygodnia zdobyło ponad 11 tysięcy wyświetleń na Youtube. Zasięg utworu w sieci okazał się spory, co niestety nie przełożyło się na frekwencję piątkowego koncertu.


W Łykendzie było nas „minimalnie mało”, jak zauważył KaCeZet, jednak muzycy i tak dali świetny koncert. Czy ważne są tłumy, skoro nawet garstka potrafi stworzyć fajny klimat? Szczególnie, że ta garstka zna teksty wielu piosenek na pamięć i śpiewa razem z zespołem!

Wrocławscy fani Piotra Kozieradzkiego i Fundamentów nauczyli się na błędzie, jaki popełnili w grudniu zeszłego roku, również w Łykendzie. Wtedy to Kapitan wyszedł na scenę i usiadł na niej, bo publiczność zamiast podejść pod scenę, siedziała przy stolikach i sączyła piwo. Tym razem było inaczej, już od pierwszych chwil bawiliśmy się pod niewielką klubową sceną. Akustycznym, energetycznym reggae muzycy zrekompensowali ponad godzinne opóźnienie. Promowali nową płytę „Dziennik Kapitana cz.1”. Przyznam bez bicia, że jeszcze jej nie posiadam, ale mistrzowski „Mistrz”, „Czasownik”, „Niech gadają” czy „Przebudzenie” zagrane na żywo, zachęciły do kupna płyty. Zresztą nie pierwszy raz, bo powyższe utwory grali na koncertach długo przed październikową premierą płyty.  Usłyszeliśmy też utwory z poprzedniego albumu, m. in. „Kocham swoje miasto”, „Fundament”, „Miłość pieprzy rację”.

Wokalnie pierwsze skrzypce grał KaCeZet, natomiast zabawianiem publiczności między utworami zajął się fantastyczny Dżeksong, którego okrzyki „Yeah!” i opowiastki wymyślone na poczekaniu zawsze wprawiają w dobry nastrój. Poza tym, serio nie wiem, skąd czerpie energię do ciągłego podskakiwania na scenie. Chociaż… To chyba jasne skąd – z muzyki!


Na scenie panował taki luz, że nawet delikatne potknięcia, jak choćby nierówne rozpoczęcie utworu, nikogo nie przejęły. Nie zabrakło smaczków w postaci genialnego solo na djembe, czy nagłego zjawienia się Johna Frusciante na scenie. Naprawdę, KaCeZet rozpuściwszy włos i przybrawszy odpowiednią minę oraz pozę, podczas gitarowej solówki przywiódł mi na myśl samego wirtuoza gitary znanego z Red Hot Chili Peppers.

Jakoś szybko zleciał czas. Ani się obejrzałam, jak Kapitan zapowiedział ostatni utwór. Na szczęście bis nie pozostawił niedosytu – usłyszeliśmy wspomniany na początku utwór „Za darmo” (który wciąż chodzi mi po głowie, na zmianę z „Mistrzem”) oraz piosenki „Sługa” i „Nadciąga”.

Nie jaram się Patty. Jaram się muzyką, dzięki której czuję się dobrze dziś, dziś czuję się jak mistrz! Jaram się artystami, z którymi można po koncercie porozmawiać jak z kumplami. Kocham swoje miasto za takie koncerty! :) 

Relacja opublikowana na Independent.pl i WSA.org.pl