poniedziałek, 13 lutego 2017

Potok słów: przemyślenia szpitalne

Ostatni tydzień spędziłam w szpitalu.

Przeczytane książki: 0
Przeczytane strony: 0.

Zdjęta bólem nieraz nie mogłam zasnąć. Nie mogłam czytać książek. Nie wychodziłam na spacerki po korytarzu, bo dział zakaźny, a po co mi kolejne choróbsko. No i jeszcze… nie wiem czy tylko na tym oddziale tak jest, czy na wszystkich – drzwi do sali chorych pootwierane. Niby nie chce się patrzeć na innych chorych leżących w łóżkach, ale ciekawość jest silniejsza i nieraz gdzieś tam oko (jedno, bo jedno, ale zawsze, bo drugie  chore) łypnęło. I zobaczyło to, czego nie chciało zobaczyć, czyli nieszczęścia ludzkie w białej pościeli.

Najłatwiej będzie napisać w punktach.

1. Może to karmienie próżności, ale w granicach normy. Już nigdy nie pomyślę, że jestem brzydka, że powinnam mieć dłuższe nogi, dłuższe rzęsy, większe oczy, gęstsze włosy czy cokolwiek innego. Jestem ładna, taka jaka jestem, i wszyscy jesteśmy właśnie tacy, jacy powinniśmy być. Odpowiedni. Czasem można źle wyglądać czy być zaniedbanym, ale każdy jest odpowiedni. Przez ostatni tydzień połowa mojej twarzy była tak zeszpecona, że trudno było spojrzeć w lustro. Taki Quazimodo, albo bokser po nokaucie. Swoje zdjęcie miałam odwagę wysłać tylko najbliższym przyjaciołom. 

Dopiero gdy na własnej skórze poczułam (i zobaczyłam!) jak choroba może zeszpecić wygląd człowieka, doszłam do wniosku, jakie to są pierdoły przejmować się, że np. nie zdążyłam się pomalować przed pracą, czy że paznokcie wymagają natychmiastowego piłowania. Dbanie o siebie – pewnie że tak. Ale przy braku narzekania co do własnego wyglądu, który tak naprawdę jest dobry. Zazwyczaj szczupłe dziewczyny mawiają „ale jestem gruba”, sama nieraz łapałam się na jakichś „jestem szczupła, ale mam brzuszek” albo chciałam mieć bielsze zęby. Bez sensu. Jestem ładna i już, i wszyscy jesteśmy ładni.

2. Inni pacjenci
Mimo że byłam w dwuosobowej sali, gdzieś z oddali dochodziły głosy nieszczęść.
Wspomniane wyżej oko nieraz łypnęło na kobiecinę anorektyczkę. Zza drzwi widać było jedynie nogi – czyli w zasadzie same kości – pieluchę i cewnik moczowy (tak to się nazywa?). Któregoś dnia słyszałam jak woła do pielęgniarki: „nie dość, że jestem gruba, to jeszcze (…)”. Płakać się chce.
Z tej samej sali szpitalnej dochodziło od kilku dni rzężenie. Okazało się, że to nie jakieś zwykłe inhalacje, tylko drenaż opłucnej. Wystarczy zobaczyć w google, jaką grubą rurę wbijają pacjentowi w płuco. Ciarki przechodzą.

3. Sala
Pani, z którą leżałam na sali, ma 74 lata, leczy się na boreliozę. To kobieta, która pokazała mi czym jest zwykła, bezinteresowna pomoc drugiemu człowiekowi oraz pokora, a także cierpliwość i pasja. Było mi głupio i wymagało dużej pokory, aby prosić ją o pomoc; bo ta starsza pani była w tej chwili zdrowsza ode mnie i bardziej „na chodzie”. Podawała jedzenie i przynosiła herbatę, kiedy byłam przykuta do łóżka kolejnymi kroplówkami. Nie skarżyła się na ból i całe dnie dziergała na szydełku przepiękne róże, od rana do wieczora! Silna kobieta!

4. Babcia Zosia
Chciałam ją poznać, od kiedy usłyszałam gdzieś z oddali jej wołanie: „Ja jestem babcia! Ja mam 91 lat!”. Nigdy nie widziałam pani Zosi, za to słychać ją było na całym oddziale, tak głośno opowiadała. O wszystkim i o niczym, czasami mając słuchaczy (rodzina) a czasem nie. W zasadzie chyba obie opcje jej odpowiadały. Pani leżąca, starowinka, a jednak o donośnym głosie i niezwykłej pogodzie ducha. Czasem jedną nogą była już w „tamtym świecie”, np. kiedy zmieniano jej opatrunki na nogach, nie wiedziała, że w ogóle ma jakieś rany. Kiedy pielęgniarka jej to uświadomiła, babcia rzekła: „Aaa… to kotki mnie pogryzły! Raz, dwa, trzy!”. Czasem wykrzykiwała „Chodźcie do mnie wszyscy!” albo „kiciusiu… kici kici, no chodź, kici kici!”. Opowiadała o swoim życiu. Kilka razy dziennie rozpoczynała różne historie: o swoich siostrach, o hitlerowcach, o jakichś majorach, często o wojnie. W nocy chciała wstawać, mimo że pewnie od wielu miesięcy nie zrobiła ani kroku. Harcowała do 4 rano opowiadając historie. Codziennie odwiedzała ją rodzina. Niesamowicie pogodni, cierpliwi ludzie. Babcia Zosia wyglądała na szczęśliwą. Pozazdrościć tak silnego organizmu. Została wypisana do domu szybciej niż ja.

5. Odwiedziny
Zastanawiałam się, czy na oddziale zakaźnym można odwiedzać pacjentów. Okazało się, że nie ma żadnego problemu, można siedzieć nawet do 22-giej. Dziękuję wszystkim, którzy przezwyciężyli obawy i odwiedzili. Dziękuję tym, którzy w ten dziwny czas byli przy mnie myślą, mową, modlitwą, obecnością. Jakoś łatwiej było to przetrwać… Dziękuję tym, którzy czytali na głos książkę!

6. Posiłki w szpitalach
Fuj. Fuj. Dziękuję wszystkim, którzy dokarmiali mnie z zewnątrz!

7. Szacunek dla pielęgniarek całego świata! Babki robią taką robotę, że głowa mała!

8.  Dbanie o zdrowie

Lekarze i pielęgniarki byli zaskoczeni, że półpasiec dopadł akurat twarz! Radzę wam, dbajcie o zdrowie, nie ignorujcie przeziębień, przedłużającego się kaszlu, ale także chronicznego zmęczenia. Jest taki moment, kiedy organizm mówi STOP, zwolnij. Najwyraźniej przegapiłam ten znak. Nie dbałam o siebie, zerowa odporność, stresy, smutki… No to teraz mam. Możliwe, że zaatakowane oko będzie teraz gorzej widzieć, a ból utrzymywać się 2 lata. Dbajcie o siebie, naprawdę nie jesteśmy robotami! 

Życzę zdrowia i pozdrawiam zimowo - widok z okna :) 

piątek, 10 lutego 2017

Książka: Marie Kondo "Magia sprzątania"

Najbardziej oryginalnym prezentem, a przy okazji najbardziej praktycznym, jaki dostałam na urodziny, był… Kosz na śmieci! Serio, kiedyś wyrzuciłam stary kubeł i przez kilka miesięcy nie kupiłam nowego… Kochani przyjaciele sprawili mi kosz, i to nie byle jaki, tylko taki WOW:


Przed Bożym Narodzeniem ciocia pożyczyła mi książkę „Magia sprzątania” Marie Kondo.
Nie jestem bałaganiarą, naprawdę! To wszystko czysty przypadek!

Podchodzę z dystansem do poradników japońskich autorów; myślę, że tam żyje się zupełnie inaczej i polscy czytelnicy mogą się nie odnaleźć w tej książce, bo u nas to raczej ten… „Chujowa pani domu” (nie czytałam wydania książkowego) ;).

Bywa, że sprzątanie relaksuje i lubię od czasu do czasu pobiegać ze szmatką i segregować różne rzeczy, ale np. układanie ciuchów to prawdziwa zmora… Teraz już wiem, że to nie lenistwo, tylko źle zorganizowane szafy są tego przyczyną.

"Magia sprzątania" i kosz na śmieci.
Wszystko pasuje
Marie Kondo jest fanatyczką sprzątania, to jej sens życia i na tym też zarabia – prowadzi kursy na ten temat dla swoich klientek, pomagając im odgruzować domy, no i pisze książki.
W „Magii sprzątania” Marie Kondo opowiada, że sprzątanie może zmienić życie i po zastosowaniu jej rad już nigdy nie wrócimy do stanu pierwotnego, czyli bałaganu w domu. Póki nie wprowadzę w życie warunków autorki, nie będę z tym dyskutowała…

W wielkim skrócie pomysłem Marie Kondo na efektywność w porządkowaniu jest wyrzucanie wszystkiego według kategorii, np. znajdujemy wszystkie podkoszulki znajdujące się w całym domu i wyrzucamy je, zostawiając tylko te najpotrzebniejsze. Nie wolno zaczynać sprzątania, dopóki nie ma pewności, że wszystko, co trzeba, zostało wyrzucone. Potem dopiero zaczyna się wielkie porządkowanie. Ma to wszystko sens, jednak Marie mówi również, aby wyrzucanym ubraniom i innym rzeczom „dziękować za posługę”, aby czuły się lepiej – to już są właśnie te japońskie fanaberie, które trzeba odbierać z przymrużeniem oka. Poleca także, aby zrobić czystkę wśród książek – to chyba najbardziej kontrowersyjna sprawa, także wśród czytelników bloga! Zastanawiałam się, czy autorka chce, aby jej książkę również wyrzucono. Znalazłam odpowiedź – owszem, chce, aby się jej pozbyć, jeśli tylko nie sprawia czytelnikowi radości.

Bogatsza o ciekawe triki i pełna zapału do wyrzucania, oddam książkę cioci. Naprawdę można się zmobilizować. Aż człowiek zaczyna łazić po domu i węszyć, co by tu jeszcze wyrzucić. Coś w tym jest, skoro dostępna jest już kontynuacja „Magii sprzątania”: „Tokimeki. Magia sprzątania w praktyce”. Właśnie praktyki brakuje w pierwszej części. Jasne, że przeczytam drugą!

Gdybym tylko nie była chora, zaraz bym wszystko wysprzątała... :) 

Wydawnictwo Muza, 2016




piątek, 16 grudnia 2016

Robert Janowski "Przypadki"

W dzieciństwie oglądałam programy muzyczne: Szansę na sukces, 30 ton – lista, lista przebojów, Disco Relax (phyyyy yyy, nie nie, wróć :P), Wideotekę Dorosłego Człowieka (choć byłam jeszcze mocno niedorosła). W którymś momencie pojawił się także długowłosy Robert Janowski i Jaka to melodia?. Trochę bardziej komercyjna, trochę bardziej kiczowata, ale miło się oglądało i słuchało. W ostatnich latach Melodię widuję już tylko przerywnikiem podczas odwiedzin u dziadków. Niemniej sentyment pozostał, bo wokal i charyzma Roberta Janowskiego wciąż mi się podobają, a jego wiedza muzyczna imponuje.

Wśród nowości książkowych ostatniego miesiąca można znaleźć wywiad-rzekę z Robertem Janowskim, zatytułowaną Przypadki. Raczej bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie kolejny sentyment – osobą rozmawiającą z Janowskim jest Maria Szabłowska, którą można pamiętać między innymi ze wspomnianej wyżej Wideoteki….

Sporo miał przypadków w życiu pan Robert. Choć przecież nic nie dzieje się przypadkiem. Każde zdarzenie z życia doprowadziło go do momentu, w którym jest teraz. A jak wynika z książki, jest szczęśliwy, więc… błogosławione przypadki :)

Świetnie się czyta tę rozmowę, między innymi dlatego, że między Marią Szabłowską a Robertem Janowskim wyczuwa się luz i koleżeńskość. Dziennikarka nie nagabuje swojego rozmówcy, nie zadaje pytań bez pardonu. Po prostu rozmowa na poziomie. Okazuje się, że nie zniżając się do stylu brukowcowego, można wiele informacji wyciągnąć z człowieka.

Nieprzypadkowo wspominam o brukowcach. Robert Janowski wraz ze swoją obecną partnerką padli ofiarą „dziennikarzy”, którzy napsuli im sporo życia. Dobrze, że znana osoba mówi o tym głośno. Mówiła już o tym Anna Przybylska i wiele innych osób. Trudno uwierzyć, jak bardzo potrafi zszargać czyjąś opinię niezbyt przychylny artykuł w gazecie, na dodatek wyssany z palca.

Ale Przypadki nie są jedynie nagonką na papparazich. Janowski opowiada o studiach weterynarii, o początkach swojej kariery w musicalu Metro i właściwie ten temat stanowi największą część publikacji. Oprócz tego Szabłowska pyta o program Jaka to melodia?, o miłość i plan B na przyszłość.

Moja babcia co jakiś czas przypomina: "Powinnaś wziąć udział w Jaka to melodia?!". Po przeczytaniu Przypadków czuję się zachęcona, bo pan Robert bardzo przychylnie wypowiada się o programie i jego uczestnikach. Może w końcu zgłoszę się na casting… :) A babcia znajdzie "Przypadki" pod choinką!

Wydawnictwo Znak literanova, 2016


poniedziałek, 4 lipca 2016

Książka: "Prawo Przyciągania"

Nie tak dawno recenzowałam film Sekret. Ostatnio sięgnęłam z czystej ciekawości po książkę o tejże tematyce: Prawo Przyciągania Esther i Jerry Hicks. Kiedyś dostałam ją w prezencie, ale nigdy nie przeczytałam, bo troszkę mi z astropsychologią nie po drodze.

Foto własne
Książka jest napisana bardzo źle. Znajdują się w niej wszystkie wyrażenia, które mają dodać publikacji charakteru naukowego, jednak niegłupi czytelnik uzna to raczej za pseudopsychologiczny bełkot. Zawsze miło wspominam promotorkę mojej pracy magisterskiej – zabawną, bardzo inteligentną panią profesor – która nieraz podpowiadała, jakich zwrotów nie wolno używać. W Prawie Przyciągania znalazłam wiele z nich, które sprawiły, że przewracałam oczami i wzdychałam. Nie, to nie ja jestem taka zarozumiała… To autorzy tak bardzo nie potrafią pisać, serio. Podejrzewam, że to nie jest wina tłumacza, bo zazwyczaj w podobnych publikacjach autorzy chętnie posługują się tak „górnolotnym” słownictwem.

Prawo przyciągania obfituje w zdania rozpoczynające się w następujący sposób:

Cóż za zadziwiająca…
Z tego też powodu…
Jednak ponieważ...
Zatem ponieważ...
Jednakże ponieważ...
Z największą chęcią pomożemy wam…
Zatem kiedy…
Lecz kiedy...


Prawda, że można traktować te zwroty jako superkrótki poradnik Jak nie pisać?

Ponadto, tekst Wygląda mniej więcej Tak, ponieważ jest Mnóstwo pogrubień, kursywy i Pisania z Dużej Litery, aby UWYDATNIĆ arcyważne pojęcia, takie jak Prawo Przyciągania, Afirmacje, Istota Wewnętrzna, Celowe Tworzenie i wiele, wiele innych.

Trudno jest przebrnąć przez książkę, szczególnie że jest to przykład masła maślanego. Wystarczy przeczytać kilkanaście stron, aby dowiedzieć się (lub przypomnieć sobie), że podobne przyciąga podobne, a pozytywne myślenie i wiara we własne możliwości mogą dużo zdziałać. 

Nie przemawiają do mnie autorzy zapewniający, że poprzez nich wypowiada się sam Abraham, na dodatek w liczbie mnogiej. Niechętnie czytałam o tym, że posiadam Istotę Wewnętrzną i Zewnętrzną (jak na mój gust, to po prostu mam duszę i ciało) oraz o tym, że jako Istota Przyzwalająca urodziłam się, ponieważ bardzo tego pragnęłam. Plus reinkarnacja, medytacja itd. Zdecydowanie nie moja działka.

Esther i Jerry Hicks twierdzą, że każdy może wzbogacić się, nie pracując przy tym zbyt ciężko. Wystarczy myśleć o bogactwie, a hajs sam będzie się zgadzał. Idąc tym tropem, autorzy dorobili się milionów dolarów tworząc bzdetną książkę, dzięki której z jakichś powodów zostali uznani za odkrywców Prawa Przyciągania i przekazują tę ideę całemu światu. Oj, oj. Jeśli prawo przyciągania przyciągnęło do mnie tę książkę, to w moim przypadku coś ono szwankuje ;)


Studio Astropsychologii, Wydanie III (!), Białystok 2011

sobota, 11 czerwca 2016

Książka: Jacek Cygan "Przeznaczenie, traf, przypadek"

Znam teksty piosenek autorstwa Jacka Cygana. Między innymi jego teksty śpiewa Maryla Rodowicz, Edyta Górniak czy Ryszard Rynkowski. Wszyscy także pamiętamy piękną balladę Dumka na dwa serca, promującą ekranizację Ogniem i mieczem. Przez ostatnie kilka miesięcy (tak, miesięcy, niestety…) miałam okazję poznać zgoła inny rodzaj twórczości tego autora – opowiadania. Eh, gdybym tylko miała więcej czasu, a oczy nie zamykałyby mi się wieczorem ze zmęczenia, chętnie połknęłabym Przeznaczenie, traf, przypadek jednym tchem.
Ten zbiór 26 opowiadań określiłabym jednym słowem: życiówka. Bohaterami opowiadań są zwykli ludzie, ich życie. Czasem opisywana jest jedna sytuacja, jeden dzień, innym razem akcja toczy się na przestrzeni kilku miesięcy czy lat. Nieraz w tych pozornie zwyczajnych sytuacjach Jacek Cygan trafia w samo sedno problemów przeżywanych przez wiele osób. Czytamy zatem o zdradzie, o przemijaniu, życiu w małżeństwie, ale też o światku teatralnym. W codzienne sytuacje autor wplata treść, która nakłania do refleksji i dostrzeżenia małych rzeczy. Bo przecież tak często nie dostrzegamy codzienności i piękna chwili, żyjąc marzeniami i planami na jutro. Jutro, jutro, jutro. A gdzie jest dzisiaj? No właśnie. Albo nie dostrzegamy tej krótkiej chwili, dzięki której życie może się całkowicie odmienić. Czasem warto skupić na moment myśli i zastanowić się, jak obecny dzień wpłynął na twoje życie. Na związek przyczynowo-skutkowy, na zauważenie, że nic nie dzieje się przypadkiem.
Mówiąc życiówka mam na myśli, że każdy czytelnik może odnieść opowiadanie do swojego życia. Mam na to swój osobisty przykład.
Pojechałam do mojego P. na weekend. Mieliśmy spędzić całe dwa dni razem, co niestety w sobotę się nie udało ze względu na jego zobowiązania zawodowo-hobbystyczne. Było mi bardzo przykro, czułam, że on ani na mnie nie patrzy, ani mnie nie dostrzega, że mimo obietnic nie ma dla mnie czasu. Ze względu na moje skłonności do depresji czułam się przez to bardzo źle. Nie chciało mi się nawet otwierać książki, ale ostatecznie nie miałam nic innego do roboty.
Mówcie co chcecie – że to przeznaczenie, traf, przypadek – otworzyłam książkę Jacka Cygana i przeczytałam początek opowiadania Trzy listki:

Stał w korku, bo wyjechał później niż zwykle. Żona zrobiła mu idiotyczną awanturę o to, że ją zaniedbuje. To nie nowość, ale samo wysłuchanie jej zajęło chyba z kwadrans. Jeszcze teraz w uszach huczały mu jej słowa: „Nie mam własnego życia. Zanim za ciebie wyszłam, byłam kimś, teraz jestem nikim. Poświęciłam się dla ciebie, dla twojej kariery!"
Znał to na pamięć. Ale dzisiaj doszedł nowy element. Żona powiedziała, że jest dla niego jak ze szkła, że w ogóle jej nie zauważa. Bardzo go to zabolało.

Słowa idealne wpasowane w moją sytuację, i pewnie nie tylko moją. Ten fragment bardzo mnie uspokoił, szczególnie ostatnie zdanie. Trochę też rozbawił bo… właściwie dlaczego ja jęczę i się smucę? Mam faceta, który ma pracę i pasję, i zamiast to docenić, udaję jęczącą księżniczkę. Czy ja nie potrafię sobie zorganizować czasu bez faceta obok? Czy czuję się dobrze jedynie wtedy, gdy jest obok, a gdy zostaję sama, to spadam w otchłań rozpaczy? NO CHYBA NIE.

Dzięki tej książce uniknęłam bezsensownego awanturowania się. Przeczytałam powyższy fragment jemu następnego dnia, kiedy leniuchowaliśmy nad jeziorem i poświęcaliśmy całą uwagę sobie nawzajem. „Przecież wiesz, że wcale tak nie jest”. Wiem.


Panie Jacku, dziękuję za biblioterapię! Ma się rozumieć, że polecam lekturę.

Znak literanova
Kraków 2016

środa, 13 kwietnia 2016

Koncert: TSA, 9 kwietnia 2016, Dzierżoniów (Dzierżoniowski Ośrodek Kultury)

Właśnie takiego koncertu mi brakowało, abym mogła z radością powrócić do relacjonowania i recenzowania na blogu!

Skupienie :)

Marek Piekarczyk dużo lepiej brzmi na żywo, niż w utworach studyjnych. Nie dziwię się, dlaczego w „Zwierzeniach kontestatora” (odsyłam do recenzji TUTAJ) pisał, że Trzy zapałki dopiero na koncercie naprawdę BRZMIĄ. To prawda!
Piękni Panowie

Na koncert jechałam samochodem przez ponad godzinę we mgle i deszczu, a na dodatek w podłym nastroju. Naprawdę okropnym. W aucie puściłam sobie płytę TSA Proceder. Ujęło mnie to, że muzyka TSA jest ciężka i mocna, a teksty… podnoszące na duchu, proste i dające nadzieję. Słowo „szansa” w utworach zespołu pojawia się niezwykle często. Rany, ależ mi pomogły te słowa Piekarczyka akurat w tamtym momencie:

Popatrz
Jak pięknie jest! 
Spróbuj jeszcze raz! 
Nie mów: „to już koniec!"


Nie trzeba skomplikowanych, poetyckich słów, aby dotrzeć do słuchacza.

Choć nie zawsze zdarza się,
Że los łaskawy jest
Musisz zawsze czujnym być,
Lepiej nie przegap jej
Tej Twojej szansy raz na sto
Gdy wreszcie pojawi się,
By otworzyć Ci Wszystkie drzwi
I zmienić na lepsze Twój czas...

Proste. I trafia.

Nie byłam pewna, czy TSA na koncertach nadal „dają radę”. Teraz, po koncercie, jestem pewna, że jeszcze przez wiele lat będą dawali z siebie wszystko. Marek Piekarczyk wciąż ma świeży głos, kapitalnie wyciąga góry, a śpiewa tak, jakby nie był to dla niego żaden wysiłek. Ba, nie tylko śpiewa, ale też biega po scenie, skacze, łapie wzrokowy kontakt z publicznością. Cechuje go jakieś takie ciepło i brak gwiazdorzenia. Uśmiecha się i robi swoje. A kiedy się nie uśmiecha, poważnieje i śpiewa 51. Wzruszające wykonanie.

Ogromne wrażenie wywarł na mnie gitarzysta Andrzej Nowak. Facet w wieku mojej mamy, a wciąż bije od niego męski seksapil. I to nie taki w stylu „jestem gitarzystą, patrzcie na mnie, bo jestem boski”. Chodzi raczej o jego opanowanie, pewność siebie na scenie, zawziętą minę, brak jakichś udziwnień i zachowań, jakimi nieraz charakteryzują się gitarzyści. Na koncercie 9 kwietnia świętowaliśmy jego urodziny. Był tort, odśpiewane Sto lat i przemówienie. Nowak mówił o Polsce. Bardzo mądre, patriotyczne przemówienie.

Andrzej Nowak

To był genialny koncert. Niedługo (22 kwietnia) TSA zagra we Wrocławiu. Fanów nie muszę chyba zachęcać. Warto się zjawić na tej imprezie, bo panowie na scenie są fantastyczni. Po koncercie chętnie podpisują płyty i robią zdjęcia z fanami. To są ludzie, z którymi chce się rozmawiać, chce się ich słuchać. Idźcie wszyscy na TSA, poważnie! Wciąż robią swoje, są prawdziwi, mądrzy i dobrzy.

Na uwagę zasługuje także zespół 1One, który supportował TSA. Utalentowana Agnieszka Malicka za klawiszami i jej nie mniej zdolni koledzy. Dobry hard rock :) Odsyłam do ich Fb: KLIK 


Radość...

... i jeszcze więcej radości :)


Zdjęcia są moje i proszę ich nie kraść!

sobota, 13 lutego 2016

Książka: Serge Bloch "Wielka historia małej kreski"

Dostałam ostatnio kilka miłych wiadomości, które zmotywowały mnie do podzielenia się nową recenzją. Miło, że ktoś tu zagląda, mimo że ja - niezbyt często ;) 

Nietypowa książka dla dzieci. Choć, według mnie, dla dorosłych też. 

Wielka historia małej kreski Serge’a Blocha to jedna z tych książek, których przeczytanie (a w tym przypadku raczej obejrzenie) nie zajmie więcej niż 15 minut. Uwierzcie, że warto poświęcić tę chwilę, aby zapoznać się z jego kreską i z… kreską.

Serge Bloch to francuski ilustrator książek dla dzieci i twórca rysunków prasowych. Należy do europejskiego stowarzyszenia rysunku humorystycznego. Jego najnowsza książka, wydana przez Wydawnictwo Zakamarki, na pewno zainteresuje grafików, rysowników, ilustratorów i wszystkich z „rysunkowego” fachu. Choć koniec końców, publikacja skierowana jest do dzieci, ponieważ powyższe wydawnictwo specjalizuje się w wydawaniu książek dla dzieci szwedzkich i francuskich autorów.

Gdybym była dzieckiem, długo głowiłabym się nad tym, o co chodzi w Wielkiej historii małej kreski, a ilustracje w niej zawarte raczej by nie rozbudziły mojej młodziutkiej wyobraźni. Ta publikacja jest zupełnie inna niż „typowe” książeczki dla dzieci, z wielobarwnymi ilustracjami, wesołymi zwierzątkami, uśmiechniętymi buziami itd., w których dziecko bez problemu rozpozna historyjkę i będzie próbowało oznaczyć kolory. Nie tutaj takie bajery. W Wielkiej historii małej kreski rysunki są minimalistyczne, a Serge Bloch używa w nich tylko trzech kolorów: czerni, czerwieni i niebieskiego. Przedstawiają chłopca, który pewnego dnia znajduje niepozorną, czerwoną kreskę, która towarzyszy mu w dorastaniu i dorosłym życiu, przeżywając z nim życie raz burzliwe, innym razem spokojne, czasem słodkie, czasem gorzkie. Pojawia się pytanie, o co chodzi z tą kreską? Jak tę historię zinterpretuje najmłodszy czytelnik, kiedy jako dorosła osoba, sama musiałam się dłużej zastanowić, co takiego ma do powiedzenia autor poprzez swoje rysunki. Odpowiedź wydaje mi się niejednoznaczna. Z jednej strony kreska sama w sobie kojarzy się z rysowaniem. Być może chodzi o to, że kreska towarzyszy rysownikowi przez całe życie i jest jego pasją. Wobec tego nasuwa się myśl, że tytułowa kreska jest talentem, który człowiek musi w sobie najpierw odnaleźć, a potem pielęgnować i rozwijać. Takie są moje refleksje, i z chęcią poznałabym opinie najmłodszych czytelników. Mniemam, że niektórym z nich ilustracje mogą się kojarzyć z obrazkami Jeana-Jacquesa Sempé z osławionego Mikołajka.


Bardzo przyjemnie obcuje się z Wielką historią małej kreski. Uwielbiam porządnie wydane książki, a ta w stu procentach do takich należy. Nietypowy format, nietypowa, bardzo gruba i solidna okładka. Idąc dalej – nietypowa historia i nietypowe ilustracje. Czyli mój typ, choć może nie dla wszystkich dzieci. Na pewno dla tych ambitnych!

Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2015
Recenzja opublikowana na dlaLejdis.pl