piątek, 1 marca 2013

N. M. Kelby, „Białe trufle”, Znak Litera Nova, 2013.



Morele w koniaku czy flaki z olejem?

Lubię powieści, w które w sprytny sposób wplątano wątek kulinarny. Często jest to miejsce akcji, np. kuchnia restauracji lub zawód któregoś z bohaterów. Dzięki temu książka pachnie nie tylko tuszem i papierem, ale też przedstawionymi w niej potrawami. Sprawa się komplikuje, kiedy oprócz wymieniania sposobu wykonania kolejnych potraw, autor nie ma nic więcej do zaoferowania.

Do przeczytania „Białych trufli” skusił mnie tytuł i obiecująca notka na okładce, oraz to, że głównym bohaterem jest Auguste Escoffier – francuski szef kuchni, żyjący na przełomie XIX i XX w. 

Escoffier był niskim mężczyzną (wzrost korygował butami na koturnie), ale kto by się tym przejmował, skoro potrafił przyrządzić jajka na ponad sześćset sposobów?! Trudno się oprzeć mężczyźnie, który raczy kobietę potrawami-afrodyzjakami. W związku z tym zaskoczyło mnie, że swoją żonę poślubił w wyniku zakładu, a nie z miłości. Miłość oczywiście przyszła wraz z pierwszym spotkaniem w kuchni, ale było to uczucie, które napotkało wiele przeszkód.

„Białe trufle” opowiadają historię małżeństwa Escoffiera z Delphine. Małżeństwa, które istniało, a tak naprawdę wcale go nie było… Dla szefa kuchni miłością największą pozostało gotowanie. Z powodu pracy w hotelu Savoy mieszkał z dala od żony, odwiedzając ją i dzieci jedynie od święta. Escoffier przygotowywał jedzenie dla aktorów, polityków, wielkich sław. Dzisiaj można by powiedzieć, że kręcił się w celebryckim światku. Nic dziwnego, że przedstawicielki tego świata były także jego kochankami. N. M. Kelby opisuje fascynację Escoffiera aktorką Sarah Bernhardt, z którą miał romans. Oprócz tego przeczytamy o potrawach, które były nazywane przez Escoffiera imionami osób, dla których były gotowane. Jest ich dużo i są bardzo rozbudowane, często wymieniane są wszystkie składniki, sposób przyrządzenia, rodzaj garnków, w których mają być przygotowywane itd. Nieraz miałam wrażenie, że czytam przepis z książki kucharskiej, a nie powieść. Opisów umiejętności kulinarnych jest aż nadto, natomiast cierpi przez to fabuła. Autorka skupiła się na kulinariach, a sama fabuła w ogóle mnie nie wciągnęła, może przez narrację, która według mnie nie jest zajmująca. Urozmaiceniem są fragmenty „pamiętnika pisanego potrawami”, gdzie narratorem staje się sam Escoffier, ale są one mdłe, w przeciwieństwie do potraw mistrza kuchni francuskiej.

Uważam, że życie Escoffiera było fascynujące, ale sposób, w jaki podała je N. M. Kelby, nie oddaje tego w pełni. Książka nie jest biografią, a jedynie powieścią opartą na faktach, nie wiem ile w niej prawdziwych zdarzeń, a ile zmyślonych przez pisarkę. W każdym razie, zapowiadane „namiętności skąpane w smakach i zapachach” nie poruszyły mnie. Nie nazwałabym tej książki wykwintną wśród innych powieści. Ani nawet wisienką na torcie. Pozostańmy więc przy „Białych truflach”.

Z całej książki zapadł mi w pamięć tylko jeden cytat: „Ciesz się z zawodów miłosnych, póki możesz. Wkrótce pojawi się jakaś kobieta i zestarzejesz się jako mąż, ze zbyt dużą ilością dzieci i zbyt małą ilością snu”. Muszę też wypróbować przepis na aligot – ziemniaków w tak wykwintnej postaci jeszcze nie widzieliście!

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz