piątek, 28 września 2012

Koncert: Jesse Cook, The Blue Guitar Tour, 23 września 2012, Wrocław, Hala Stulecia



Piszę o koncercie z lekkim opóźnieniem, spowodowanym wypadem w góry. Powrót na stare śmieci, czyli Międzygórze. Kocham tę wiochę, w której ciężko jest znaleźć w sklepie taki ekskluzywny kosmetyk jak żel pod prysznic!

Jesse Cook to Kanadyjczyk urodzony w Paryżu, w muzyce inspiruje się kulturą cygańską (grał m.in. z zespołem Gipsy Kings), nieobca mu jest latynoska rumba i hiszpańskie flamenco. (źródło: www.jessecook.pl) .Sam jednak nie lubi być szufladkowany, bo jego utwory to coś więcej, niż wyrażenie jednego konkretnego stylu.

To był bez wątpienia najbardziej zaskakujący koncert w moim życiu.

Gitarzysta promował swój nowy album „The blue gitar sessions”, jednak większość zagranych utworów pochodziła z wcześniejszych płyt. Usłyszeliśmy m.in. „Bogota by bus” i „Cafe mocha”. W dźwiękach płynących ze sceny zakochałam się już od pierwszego utworu. Oczywiście, jak to u mnie bywa, serducho zaczęło pikać, a do oczu napłynęły łzy. Mistrz gitary Jesse Cook wraz z zespołem tworzą niesamowitą muzykę. Każdy członek coś do niej wnosi, sam w sobie jest wybitny i zwraca na siebie uwagę wyglądem, ruchem, ale przede wszystkim grą na instrumentach. Wiadomo, że Jesse Cook jest w tym składzie najważniejszy, jednak widać, że ma świetny kontakt z zespołem. Wszyscy mieli swoje pięć minut na scenie, Jesse z uśmiechem zwracał się do nich i oddawał im głos. Szczególnie zachwycił mnie skrzypek Chris Church, który jest właściwie multiinstrumentalistą. Grał na flecie, akordeonie, a nawet armeńskim duduku, a jego wokal... Też bardzo dobry. Miałam wrażenie, że słyszę muzykę pochodzącą ze wszystkich stron świata.

Oglądając przed koncertem filmy z koncertów w Internecie, wydawało mi się, że Jesse Cook to zamknięty w sobie elegancki pan, który chce żeby wszyscy go słuchali i podziwiali. O, jakże się myliłam! Nigdy nie widziałam tak charyzmatycznego i zabawnego muzyka! Jego zachowanie było pierwszym wielkim zaskoczeniem na koncercie. Żartował, śmiał się, zachęcał do klaskania (właściwie brawa nie ustępowały) i tańczenia (chociaż wszystkie miejsca były siedzące), mówił po polsku. „Grałem już w Nowym Jorku. Grałem w Londynie. Grałem w Bangkoku. Ale tu, we Wrocławiu, podoba mi się najbardziej!”. To był pierwszy moment, kiedy publika była już totalnie kupiona. Wprawdzie jeszcze żaden śmiałek nie poderwał się z krzesła aby dać się porwać latynoskim rytmom, ale koncert stawał się coraz lepszy i lepszy, a publiczność wyluzowana. Jesse Cook zaprosił na scenę polską wokalistkę Natalię Grosiak (znaną m.in. z Mikromusic), która zaśpiewała „I put my spell on you”, później jeszcze jeden utwór. Sam Jesse był nią zachwycony, a co dopiero publiczność. Muszę nadrobić zaległości i zapoznać się z jej muzyką.

Nagle stało się coś, co dla wielu artystów byłoby źródłem dezaprobaty, a nawet powodem zakończenia koncertu. Nawalił sprzęt, nie wiem co to było, chyba kabel od gitary lub mikrofon. Jesse Cook zagrał jeden utwór na gitarze, której wcale nie było słychać, zagłuszył go zespół. Robiąc dobrą minę do złej gry, nie przestawał grać aż do końca piosenki. Kiedy brawa po utworze już ucichły, Jesse powiedział z uśmiechem: „Nie potrzebujemy całej tej technologii, co wy na to, aby dokończyć koncert bez mikrofonów?”. Szczęka mi opadła. „No, na pewno…” – pomyślałam. Publiczność zaczęła się śmiać, jednak Jesse Cook nie żartował. Odłączył wadliwy kabel od gitary, wyszedł do przodu, wołał do zdezorientowanej publiczności, abyśmy przyszli pod scenę, bo inaczej nie będziemy nic słyszeć. Równie jak my, zaskoczeni byli ochroniarze, którzy stali pod sceną i nie wiedzieli, jak zareagować na tłum napierający z trybun i płyty w stronę sceny. W rezultacie zgromadziliśmy się na wyciągnięcie ręki od zespołu, Jesse zaczął grać, zespół klaskał i śpiewał, a ja oszalałam z radości. Nie tylko ja! Kobieta obok mnie krzyczała „Ja chcę jeszczeeee!”, klaskanie i uśmiechy nie ustawały, a Jesse grał, grał, grał… Mogę sobie pisać, ale żadne słowa nie oddadzą niezwykłości i radości tej chwili. Koncert przeniósł się pod samą scenę, i tak zostało już do końca, bez kabli, bez prądu. Całości dopełniały radosne okrzyki muzyków, „Epaaa!”, „Heeeeey!” itd.

Ten, kto był w Hali Stulecia na jakimkolwiek koncercie, wie, jaką moc posiada tupanie nogami w jej podłogę. Dźwięk zwany „pędzą konie po betonie” skutecznie zachęcił gitarzystę do bisu.

Niesamowita radocha nastąpiła w mojej duszy po tym koncercie, i długo nie ustępowała!
Proszę bardzo, próbka koncertu: 



Uwaga! Po odsłuchaniu piosenka będzie chodziła po głowie do końca dnia, bo utwór znany i lubiany. Warto, warto! Filmik jest amatorski, ale zwróćcie uwagę na energię i atmosferę wspaniałej zabawy. Polecam posłuchać do końca, Chris Church śpiewa naprawdę pięknie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz