wtorek, 5 marca 2013

„MamoTata”, Jeremy Howe, Prószyński i S-ka, 2013.



Może to, co napiszę, będzie nie na miejscu, ale… „MamoTata” to najpiękniejsza i najzabawniejsza książka o żałobie, jaką znam (co z tego, że także jedyna). Otarłam właśnie ostatnie łzy wzruszenia i spieszę polecić książkę, do której wrócę na pewno niejeden raz.

„MamoTata” to pamiętnik Jeremy’ego Howe. Historia w stu procentach prawdziwa, dlatego poruszająca stokroć bardziej, niż gdyby była zmyślona. To tak jakby porównać filmy dokumentalne i fabularne – oglądając te pierwsze, wzruszam się dużo częściej.

Jeremy i Lizzy byli świetnym małżeństwem, zakochaną parą, rozumiejącą się bez słów. Wykształceni, z dobrymi posadami, ale właśnie rodzina była dla nich najważniejsza. Wraz z córkami: Jessicą i Lucy, tworzyli dom, składający się nie tylko z czterech ścian.

Na wyjeździe służbowym Lizzy została zamordowana.

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co czuje człowiek dowiadujący się o zabójstwie najbliższej osoby. W każdym razie od momentu, kiedy Jeremy dowiedział się o śmierci żony, musiałam co jakiś czas przerywać czytanie, aby otrzeć łzy. Nie, Jeremy nie użala się nad sobą. Oczywiście opisuje emocje, jakie mu towarzyszyły w chwili straty małżonki - powieść byłaby bez sensu, gdyby miała wydźwięk „Zmarłaś, było-minęło, trzeba żyć dalej”. Wcale tak nie jest. Jeremy omawia kolejne stadia żałoby, każdy jej etap, roni łzy wściekłości. Pewnie by się z tego nie wykaraskał, gdyby nie córki, które stały się teraz jego jedynym powodem do życia.

Z dnia na dzień Jeremy musiał przejąć obowiązki mamy: czesanie dziewczynek, pranie, prasowanie, dopilnowanie, aby Jessica i Lucy chodziły w czystych ubrankach. Jak temu podołać, gdy jedyne o czym marzysz to zwinięcie się w kłębek i zaśnięcie? Jeremy całą miłość przelewa na córki. Na każdym kroku zaznacza, jak bardzo je kocha. Przed śmiercią żony spędzał z nimi niewiele czasu, a teraz nie potrafi spuścić ich z oka choćby na chwilę. Są jego błogosławieństwem, jedyną pociechą w tragedii. Mężczyzna opisuje, jak czas zabliźniał rany, jak powoli zaczynali odbudowywać życie, jak godzili się z losem, jak stał się MummyDaddy, czyli „MamoTatą” pełną gębą. Mimo że dotknął go straszliwy dramat, jego wspomnienia nie brzmią „o ja biedny, nieszczęśliwy!”. Owszem, często pisze, że poczuł się oszukany i zdradzony, czy to przez policję, czy przez decyzje sądu, ale nie bez powodu nazwałam książkę „najzabawniejszą”. Jeremy Howe jest w tym wszystkim po prostu dowcipny, wyławia z przeszłości zabawne dialogi z córkami, radosne sytuacje. Zwraca się bezpośrednio do czytelnika i używa potocznego języka, np. zwrot „chwytacie, o co chodzi”. Zupełnie jakby siedział obok i opowiadał historię swojego życia.

Jeremy’ego z depresji wyciągnęła miłość do córek i dobre serca osób trzecich. Napisanie książki o tym, ile cierpienia doświadczył, wymagało nie lada odwagi. Ponowne rozdrapywanie ran i spoglądanie w przeszłość, która nie była łatwa. Skutek? Wdzięczność czytelników. Książka powinna trafić do wszystkich, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji. Do tych, którzy nie potrafią się pogodzić z utratą bliskiej osoby. Polecam ją także osobom, którym brakuje nadziei, wiary. Tym, którzy żyją w ciągłym pośpiechu i nie zauważają, jakie wokół siebie mają skarby. Tak naprawdę każdy przypadkowy czytelnik powinien przeczytać tę książkę, bo wyłaniają się z niej uniwersalne wartości: siła miłości, przyjaźni, wiary.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz