piątek, 27 lipca 2012

„Blizna”, Anthony Kiedis i Larry Sloman Wyd. Sonia Draga, 2005.


Han i Red Hot Chili Peppers
Z racji, że dzisiaj koncert Red Hot Chili Peppers w Warszawie, dzielę się z wami dość luźnymi przemyśleniami na temat zespołu i wokalisty, wspomnę też o autobiografi Anthony’ego Kiedisa.

Czekam na ten koncert, ale… bez biletu w dłoni. Nieobecność Johna Frusciante jest druzgocąca. A ten odchodzi, wraca, odchodzi… Kto wie, może go jeszcze zobaczymy kiedyś w składzie Papryczek? Nie kwestionuję jednocześnie talentu Josha Klinghoffera, który w 2009 roku zastąpił miejsce Johna, toż to niezwykły multiinstrumentalista jest, a z zespołem grał już wcześniej, np. na trasie koncertowej w 2007 r.

Płyty I’m with you z 2011 r. przyjemnie się słucha, jednak brakuje mi numerów, do których chętnie bym wracała. Podoba mi się, że w utworach zdecydowanym liderem jest Flea. Zawsze lubiłam RHCP, jednak długo zwlekałam z odsłuchaniem najnowszego krążka, po prostu nie miałam ochoty. A kiedy przypadkiem zobaczyłam Anthony’ego z wąsem w klipie, zupełnie mnie odrzuciło i zniechęciło do sięgnięcia po płytę. Jednak opinie moich znajomych na temat płyty były skrajnie różne, musiałam więc w końcu sprawdzić, jak jest. I’m with you przesłuchana, zaakceptowana, wywołała tupanie nogą i kiwanie głową.

Siłą rzeczy budzą się dziś we mnie wspomnienia z koncertu w Chorzowie w 2007 r. Chili Peppers raczej nie lubią nagrywać płyt w studiu, za to od zawsze dawali wspaniałe koncerty, które jednak z biegiem czasu stały się coraz mniej skandaliczne. Nie zobaczymy ich już na żywo odzianych jedynie w skarpety na genitaliach. Stadion Śląski w lipcu 2007 r. był zapełniony po brzegi, zespół został wspaniale przyjęty przez polską publiczność, za co Anthony odwdzięczył się… fałszowaniem i brakiem kontaktu ze zgromadzonymi pod sceną. Kilka razy odezwali się tylko Flea i Chad, wokalista konsekwentnie milczał do końca koncertu. Nie fałszował cały czas, ale dla mnie, wtedy 17-letniej „fanki” (w cudzysłowie, bo nie znałam wtedy całej twórczości zespołu) pewnej, że przybyłam na znakomity koncert potęgi muzycznej, było to zaskoczenie. Flea, John i Chad zagrali bardzo dobrze, natomiast Anthony pozostawił w moich odczuciach pewien niedosyt, i do tej pory nie zmieniłam o nim zdania.

Sięgnęłam ostatnio po autobiografię Anthony’ego Kiedisa (Blizna, Wydawnictwo Sonia Draga, 2005). Jakże mnie zaskoczyła ta książka! Spodziewałam się głębokiej analizy tekstów piosenek, kulisów kariery, opowieści o przyjaźni i kluczu do sukcesu. W pewnym stopniu dostałam to, czego chciałam, jednak autobiografia w większości ocieka życiem seksualnym Kiedisa. Zapewniam, że bardzo szczegółowo opisanym, z wymienionymi bez skrupułów nazwiskami kobiet, z którymi spał. Rozumiem, że gwiazdy rocka nie mogą się opędzić od propozycji spędzenia kolejnych nocy z napalonymi fankami, ale naprawdę mało mnie interesuje, czy Anthony uprawiał seks z Azjatką na dachu, z tlenioną blondyną na schodach, czy z hotelową prostytutką. Zdecydowanie, facet jest nadpobudliwy seksualnie. Sam przyznaje, że przeżycia seksualne inspirują go do pisania piosenek. Ok, tylko zamiast poprzestać na opisaniu związków, które trwały dłużej niż tydzień, opowiada również o przygodach na jedną noc. Chciał wylać kawę na ławę, żadnego aspektu swojego życia nie opuszczać, ujawnić całą prawdę o sobie, ale mógł to zrobić nieco subtelniej. Przeczytałam gdzieś, że Anthony zapytany o zdanie w kwestii tych wszystkich przytoczonych w książce miłosnych igraszek, przyznał, że teraz żałuje tego, że napisał o nich tak wiele. Myślę, że gdyby odpuścił sobie rozpamiętywanie w autobiografii szczegółów życia seksualnego, objętość nie miałaby tych 450 stron, może z 250…

Kwestia seksu na bok, nie tego szukałam w książce, jak już wspomniałam wyżej. W Bliźnie opisane jest dość rozlegle dzieciństwo Tony’ego, czyli właściwie nic innego jak palenie trawki z ojcem. Wokalista wspomina szkoły, do których uczęszczał, przyjaźnie, które w nich nawiązywał, i imprezy, imprezy, imprezy. A potem już nastają czasy Hillela i Flea i zaczyna się era Red Hotów. Kiedis jest szczery do bólu, bez wstydu opowiada o swoich ciągach narkotykowych, o tym, ile razy zawiódł przyjaciół. Jak z bezdomnego ćpuna zamienił się w ćpuna z wielką kasą, znanego na całym świecie. I na końcu fajne jest to, że wspiera narkomanów w wyjściu z nałogu (co jemu też się udało). Jeden z moich ulubionych fragmentów:

(…) jedną z przyczyn, dla których uzależniony bierze, są chowane przez niego urazy. A jedną z technik pozbywania się urazy do jakiejś osoby jest modlitwa za nią, żeby w życiu spotkało tego kogoś to, czego najbardziej pragniesz dla siebie – żeby ktoś go kochał, by odnosił sukcesy, był zdrowy, bogaty, szczęśliwy, wspaniały, żył w jedności ze światłem i miłością wszechświata. To paradoks, ale skuteczny. Siedzisz i modlisz się za kogoś, kogo nie potrafisz znieść, żeby miał wszystko to, co sam chciałbyś mieć, i pewnego dnia myślisz: "Nie czuję żadnych negatywnych uczuć do tej osoby" (s. 386).

Można znaleźć kilka takich perełek: 

Czujesz się jak kawałek gówna? Przestań koncentrować się na sobie, zrób coś dla innego człowieka i voilà, już nie czujesz się jak kawałek gówna. (…) Z chwilą, gdy wyjdziesz poza myślenie skoncentrowane wyłącznie na sobie, uwalniasz się od cierpienia (s. 448).

AK opisuje także wiele utworów, inspiracje, brzmienie zespołu w zależności od składu, słowem: wszystko, co w autobiografii muzyka powinno być zawarte. Niezły z niego popapraniec, ale jak tu być normalnym, kiedy dzieciństwo spędza się ćpając, pijąc, imprezując z ojcem narkomanem i w wieku 12 lat uprawiając seks z dziewczyną tatusia. Mam do niego wielki szacunek i podziw, że potrafił w końcu wyrwać się z nałogu, ale nadziwić się nie mogę, co kierowało nim, gdy zaczął rozpisywać się o kolejnych podbojach miłosnych. O tyle dobrze, że o wszystkich swoich kobietach wyraża się w superlatywach, często kończąc historię zdaniem „Niech je Bóg błogosławi”. Plusem są kolorowe strony ze zdjęciami Anthony’ego, z dzieciństwa, ze sceny, z „chwilowymi” towarzyszkami życia. Polecam fanom RHCP, którzy pewnie mnie złoją za stwierdzenie iż AK fałszuje… Ale i tak go lubię przecież :)

W 2007 r. w Chorzowie nie usłyszeliśmy Under the bridge, jednego z utworów, który przyniósł Peppersom międzynarodową sławę. Nie spodziewajcie się tego utworu w Warszawie, a jeśli już go zagrają, liczcie się z tym, że przyda się pomocny głos publiczności. Dla Anthony’ego Under the bridge  to wyzwanie, czasem mu wychodzi, czasem nie. Natomiast dla fanów (i dla historii zespołu!) jest to jeden z najważniejszych kawałków. Niektórzy mówią, że nie liczy się wokal, tylko show i całokształt. W zasadzie silny głos nie jest potrzebny, kiedy każdą piosenkę z pewnością będzie śpiewało kilkanaście tysięcy ludzi zgromadzonych na lotnisku. U Anthony’ego popisać się wokalem znaczy tyle, co dobrze zaśpiewać utwór. Na koncercie na niego się patrzy, na tego szaleńca, miotającego się po scenie niczym tornado. Jeśli chcecie go posłuchać, kupcie studyjną płytę, najlepiej Blood Sugar Sex Magic.

Mimo wszystko wszystkim wybierającym się dziś na koncert życzę niezapomnianych muzycznych przeżyć!

Skrócona wersja wpisu: Dlastudenta.pl, dział Muzyka

2 komentarze:

  1. Myślę, że gdyby AK odpuścił sobie opis swoich przygód z kobietami i narkotykami książka byłaby cholernie nudna. RHCHP to nie U2, to kilku chłopaków z Hollywood, którzy przećpali kawał swojego życia, cała reszta to seks. Taki jest ich i styl i zawsze był, nie rozumiem co Cię tak bulwersuje w tym. Sex, drugs & rock&roll to esencja tego zespołu. Dlatego występowali ze skarpetkami na fujarach i dlatego sypiali z dziesiątkami kobiet - uwielbiają to. Zauważ, że większość piosenek jest albo o dragach, albo o relacjach damsko-męskich, pod przeróżną postacią. Można ich za to lubić albo nie. Ale nie ma się czemu dziwić. Gdyby nie te wszystkie przygody, nie byłoby wielu świetnych utworów. Nie widzę tu miejsca na subtelność, nie ma jej w ich muzyce i nie było jej w jego życiu zbyt wiele ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Spokojnie, nie bulwersuję się. Świetnie mi się czytało o ciągach narkotykowych AK, i cieszę się, że nie opuszczał i nie ukrywał żadnych aspektów swojego życia. Wiem, że Tony czerpie inspirację również z seksu, dlatego bezsensowne byłoby uniknięcie tego tematu. A jednak, może przemówiła we mnie solidarność jajników :) Postawiłam się na miejscu tych wszystkich kobiet, które niekoniecznie z uśmiechem i przyjemnością czytają o sobie w biografii wokalisty, że krzyczą i dziwnie wyginają się podczas seksu. Albo coś w sylu "otworzyłem drzwi, za nimi stała dziewczyna, uklęknęła i zaczęła mi robić laskę, a kumpel stojący za mną na to patrzył". Świetna historia! Ale czy na pewno miała w jego życiu aż takie znaczenie ta jedna kobieta za drzwiami, żeby o niej pisać? Tym bardziej, że AK później tego żałował.

    OdpowiedzUsuń