W dzieciństwie oglądałam programy muzyczne: Szansę na sukces, 30 ton – lista, lista przebojów, Disco Relax (phyyyy yyy, nie nie, wróć :P), Wideotekę Dorosłego Człowieka (choć byłam jeszcze mocno niedorosła). W którymś momencie pojawił się także długowłosy Robert Janowski i Jaka to melodia?. Trochę bardziej komercyjna, trochę bardziej kiczowata, ale miło się oglądało i słuchało. W ostatnich latach Melodię widuję już tylko przerywnikiem podczas odwiedzin u dziadków. Niemniej sentyment pozostał, bo wokal i charyzma Roberta Janowskiego wciąż mi się podobają, a jego wiedza muzyczna imponuje.
Wśród nowości książkowych ostatniego miesiąca można znaleźć wywiad-rzekę z Robertem Janowskim, zatytułowaną Przypadki. Raczej bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie kolejny sentyment – osobą rozmawiającą z Janowskim jest Maria Szabłowska, którą można pamiętać między innymi ze wspomnianej wyżej Wideoteki….
Sporo miał przypadków w życiu pan Robert. Choć przecież nic nie dzieje się przypadkiem. Każde zdarzenie z życia doprowadziło go do momentu, w którym jest teraz. A jak wynika z książki, jest szczęśliwy, więc… błogosławione przypadki :)
Świetnie się czyta tę rozmowę, między innymi dlatego, że między Marią Szabłowską a Robertem Janowskim wyczuwa się luz i koleżeńskość. Dziennikarka nie nagabuje swojego rozmówcy, nie zadaje pytań bez pardonu. Po prostu rozmowa na poziomie. Okazuje się, że nie zniżając się do stylu brukowcowego, można wiele informacji wyciągnąć z człowieka.
Nieprzypadkowo wspominam o brukowcach. Robert Janowski wraz ze swoją obecną partnerką padli ofiarą „dziennikarzy”, którzy napsuli im sporo życia. Dobrze, że znana osoba mówi o tym głośno. Mówiła już o tym Anna Przybylska i wiele innych osób. Trudno uwierzyć, jak bardzo potrafi zszargać czyjąś opinię niezbyt przychylny artykuł w gazecie, na dodatek wyssany z palca.
Ale Przypadki nie są jedynie nagonką na papparazich. Janowski opowiada o studiach weterynarii, o początkach swojej kariery w musicalu Metro i właściwie ten temat stanowi największą część publikacji. Oprócz tego Szabłowska pyta o program Jaka to melodia?, o miłość i plan B na przyszłość.
Moja babcia co jakiś czas przypomina: "Powinnaś wziąć udział w Jaka to melodia?!". Po przeczytaniu Przypadków czuję się zachęcona, bo pan Robert bardzo przychylnie wypowiada się o programie i jego uczestnikach. Może w końcu zgłoszę się na casting… :) A babcia znajdzie "Przypadki" pod choinką!
Nie tak dawno recenzowałam film Sekret. Ostatnio sięgnęłam z
czystej ciekawości po książkę o tejże tematyce: Prawo Przyciągania Esther i Jerry Hicks. Kiedyś
dostałam ją w prezencie, ale nigdy nie przeczytałam, bo troszkę mi z astropsychologią
nie po drodze.
Foto własne
Książka jest napisana bardzo źle. Znajdują się w niej
wszystkie wyrażenia, które mają dodać publikacji charakteru naukowego, jednak
niegłupi czytelnik uzna to raczej za pseudopsychologiczny bełkot. Zawsze miło
wspominam promotorkę mojej pracy magisterskiej – zabawną, bardzo inteligentną
panią profesor – która nieraz podpowiadała, jakich zwrotów nie wolno używać. W Prawie
Przyciągania znalazłam wiele z nich, które sprawiły, że przewracałam oczami i
wzdychałam. Nie, to nie ja jestem taka zarozumiała… To autorzy tak bardzo nie
potrafią pisać, serio. Podejrzewam, że to nie jest wina tłumacza, bo zazwyczaj w podobnych publikacjach autorzy chętnie posługują się tak „górnolotnym” słownictwem.
Prawo przyciągania obfituje w zdania rozpoczynające się w
następujący sposób:
Cóż za zadziwiająca…
Z tego też powodu…
Jednak ponieważ...
Zatem ponieważ...
Jednakże ponieważ...
Z największą chęcią pomożemy wam…
Zatem kiedy…
Lecz kiedy...
Prawda, że można traktować te zwroty jako superkrótki poradnik Jak nie pisać?
Ponadto, tekst Wygląda mniejwięcej Tak, ponieważ jest
Mnóstwo pogrubień, kursywy i Pisania z Dużej Litery, aby UWYDATNIĆ arcyważne
pojęcia, takie jak Prawo Przyciągania, Afirmacje, Istota Wewnętrzna, Celowe
Tworzenie i wiele, wiele innych.
Trudno jest przebrnąć przez książkę, szczególnie że jest to
przykład masła maślanego. Wystarczy przeczytać kilkanaście stron, aby
dowiedzieć się (lub przypomnieć sobie), że podobne przyciąga podobne, a
pozytywne myślenie i wiara we własne możliwości mogą dużo zdziałać.
Nie przemawiają do mnie autorzy zapewniający, że
poprzez nich wypowiada się sam Abraham, na dodatek w liczbie mnogiej.
Niechętnie czytałam o tym, że posiadam Istotę Wewnętrzną i Zewnętrzną (jak na
mój gust, to po prostu mam duszę i ciało) oraz o tym, że jako Istota
Przyzwalająca urodziłam się, ponieważ bardzo tego pragnęłam. Plus reinkarnacja,
medytacja itd. Zdecydowanie nie moja działka.
Esther i Jerry Hicks twierdzą, że każdy może wzbogacić się,
nie pracując przy tym zbyt ciężko. Wystarczy myśleć o bogactwie, a hajs
sam będzie się zgadzał. Idąc tym tropem, autorzy dorobili się milionów dolarów tworząc
bzdetną książkę, dzięki której z jakichś powodów zostali uznani za odkrywców
Prawa Przyciągania i przekazują tę ideę całemu światu. Oj, oj. Jeśli prawo przyciągania przyciągnęło do mnie tę książkę, to w moim przypadku coś ono szwankuje ;)
Studio Astropsychologii, Wydanie III (!), Białystok 2011
Znam teksty
piosenek autorstwa Jacka Cygana. Między innymi jego teksty śpiewa Maryla
Rodowicz, Edyta Górniak czy Ryszard Rynkowski. Wszyscy także pamiętamy piękną
balladę Dumka na dwa serca, promującą ekranizację Ogniem i mieczem. Przez
ostatnie kilka miesięcy (tak, miesięcy, niestety…) miałam okazję poznać zgoła
inny rodzaj twórczości tego autora – opowiadania. Eh, gdybym tylko miała więcej
czasu, a oczy nie zamykałyby mi się wieczorem ze zmęczenia, chętnie połknęłabym Przeznaczenie, traf, przypadek jednym tchem.
Ten zbiór 26
opowiadań określiłabym jednym słowem: życiówka. Bohaterami opowiadań są zwykli
ludzie, ich życie. Czasem opisywana jest jedna sytuacja, jeden dzień, innym
razem akcja toczy się na przestrzeni kilku miesięcy czy lat. Nieraz w tych
pozornie zwyczajnych sytuacjach Jacek Cygan trafia w samo sedno problemów
przeżywanych przez wiele osób. Czytamy zatem o zdradzie, o przemijaniu, życiu w
małżeństwie, ale też o światku teatralnym. W codzienne sytuacje autor wplata
treść, która nakłania do refleksji i dostrzeżenia małych rzeczy. Bo przecież
tak często nie dostrzegamy codzienności i piękna chwili, żyjąc marzeniami i
planami na jutro. Jutro, jutro, jutro. A gdzie jest dzisiaj? No właśnie. Albo nie
dostrzegamy tej krótkiej chwili, dzięki której życie może się całkowicie
odmienić. Czasem warto skupić na moment myśli i zastanowić się, jak obecny
dzień wpłynął na twoje życie. Na związek przyczynowo-skutkowy, na zauważenie,
że nic nie dzieje się przypadkiem.
Mówiąc życiówka
mam na myśli, że każdy czytelnik może odnieść opowiadanie do swojego życia. Mam
na to swój osobisty przykład.
Pojechałam do
mojego P. na weekend. Mieliśmy spędzić całe dwa dni razem, co niestety w sobotę
się nie udało ze względu na jego zobowiązania zawodowo-hobbystyczne. Było mi
bardzo przykro, czułam, że on ani na mnie nie patrzy, ani mnie nie dostrzega,
że mimo obietnic nie ma dla mnie czasu. Ze względu na moje skłonności do
depresji czułam się przez to bardzo źle. Nie chciało mi się nawet otwierać książki,
ale ostatecznie nie miałam nic innego do roboty.
Mówcie co chcecie
– że to przeznaczenie, traf, przypadek – otworzyłam książkę Jacka Cygana i
przeczytałam początek opowiadania Trzy listki:
Stał w korku, bo
wyjechał później niż zwykle. Żona zrobiła mu idiotyczną awanturę o to, że ją
zaniedbuje. To nie nowość, ale samo wysłuchanie jej zajęło chyba z kwadrans.
Jeszcze teraz w uszach huczały mu jej słowa: „Nie mam własnego życia. Zanim za
ciebie wyszłam, byłam kimś, teraz jestem nikim. Poświęciłam się dla ciebie, dla
twojej kariery!"
Znał to na pamięć.
Ale dzisiaj doszedł nowy element. Żona powiedziała, że jest dla niego jak ze
szkła, że w ogóle jej nie zauważa. Bardzo go to zabolało.
Słowa idealne
wpasowane w moją sytuację, i pewnie nie tylko moją. Ten fragment bardzo mnie
uspokoił, szczególnie ostatnie zdanie. Trochę też rozbawił bo… właściwie
dlaczego ja jęczę i się smucę? Mam faceta, który ma pracę i pasję, i zamiast to
docenić, udaję jęczącą księżniczkę. Czy ja nie potrafię sobie zorganizować czasu
bez faceta obok? Czy czuję się dobrze jedynie wtedy, gdy jest obok, a gdy
zostaję sama, to spadam w otchłań rozpaczy? NO CHYBA NIE.
Dzięki tej książce
uniknęłam bezsensownego awanturowania się. Przeczytałam powyższy fragment jemu
następnego dnia, kiedy leniuchowaliśmy nad jeziorem i poświęcaliśmy całą uwagę
sobie nawzajem. „Przecież wiesz, że wcale tak nie jest”. Wiem.
Panie Jacku,
dziękuję za biblioterapię! Ma się rozumieć, że polecam lekturę.
Właśnie takiego koncertu mi brakowało, abym mogła z radością powrócić do relacjonowania i recenzowania na blogu!
Skupienie :)
Marek Piekarczyk dużo lepiej brzmi na żywo, niż w utworach studyjnych. Nie dziwię się, dlaczego w „Zwierzeniach kontestatora” (odsyłam do recenzji TUTAJ) pisał, że Trzy zapałki dopiero na koncercie naprawdę BRZMIĄ. To prawda!
Piękni Panowie
Na koncert jechałam samochodem przez ponad godzinę we mgle i deszczu, a na dodatek w podłym nastroju. Naprawdę okropnym. W aucie puściłam sobie płytę TSA Proceder. Ujęło mnie to, że muzyka TSA jest ciężka i mocna, a teksty… podnoszące na duchu, proste i dające nadzieję. Słowo „szansa” w utworach zespołu pojawia się niezwykle często. Rany, ależ mi pomogły te słowa Piekarczyka akurat w tamtym momencie:
Popatrz
Jak pięknie jest!
Spróbuj jeszcze raz!
Nie mów: „to już koniec!"
Nie trzeba skomplikowanych, poetyckich słów, aby dotrzeć do słuchacza.
Choć nie zawsze zdarza się,
Że los łaskawy jest
Musisz zawsze czujnym być,
Lepiej nie przegap jej
Tej Twojej szansy raz na sto
Gdy wreszcie pojawi się,
By otworzyć Ci Wszystkie drzwi
I zmienić na lepsze Twój czas...
Proste. I trafia.
Nie byłam pewna, czy TSA na koncertach nadal „dają radę”. Teraz, po koncercie, jestem pewna, że jeszcze przez wiele lat będą dawali z siebie wszystko. Marek Piekarczyk wciąż ma świeży głos, kapitalnie wyciąga góry, a śpiewa tak, jakby nie był to dla niego żaden wysiłek. Ba, nie tylko śpiewa, ale też biega po scenie, skacze, łapie wzrokowy kontakt z publicznością. Cechuje go jakieś takie ciepło i brak gwiazdorzenia. Uśmiecha się i robi swoje. A kiedy się nie uśmiecha, poważnieje i śpiewa 51. Wzruszające wykonanie.
Ogromne wrażenie wywarł na mnie gitarzysta Andrzej Nowak. Facet w wieku mojej mamy, a wciąż bije od niego męski seksapil. I to nie taki w stylu „jestem gitarzystą, patrzcie na mnie, bo jestem boski”. Chodzi raczej o jego opanowanie, pewność siebie na scenie, zawziętą minę, brak jakichś udziwnień i zachowań, jakimi nieraz charakteryzują się gitarzyści. Na koncercie 9 kwietnia świętowaliśmy jego urodziny. Był tort, odśpiewane Sto lat i przemówienie. Nowak mówił o Polsce. Bardzo mądre, patriotyczne przemówienie.
Andrzej Nowak
To był genialny koncert. Niedługo (22 kwietnia) TSA zagra we Wrocławiu. Fanów nie muszę chyba zachęcać. Warto się zjawić na tej imprezie, bo panowie na scenie są fantastyczni. Po koncercie chętnie podpisują płyty i robią zdjęcia z fanami. To są ludzie, z którymi chce się rozmawiać, chce się ich słuchać. Idźcie wszyscy na TSA, poważnie! Wciąż robią swoje, są prawdziwi, mądrzy i dobrzy.
Na uwagę zasługuje także zespół 1One, który supportował TSA. Utalentowana Agnieszka Malicka za klawiszami i jej nie mniej zdolni koledzy. Dobry hard rock :) Odsyłam do ich Fb: KLIK
Dostałam ostatnio kilka miłych wiadomości, które zmotywowały mnie do podzielenia się nową recenzją. Miło, że ktoś tu zagląda, mimo że ja - niezbyt często ;) Nietypowa książka dla dzieci. Choć, według mnie, dla dorosłych też.
Wielka historia małej kreski Serge’a Blocha to jedna z tych książek, których przeczytanie (a w tym przypadku raczej obejrzenie) nie
zajmie więcej niż 15 minut. Uwierzcie, że warto poświęcić tę chwilę, aby
zapoznać się z jego kreską i z… kreską.
Serge Bloch to francuski ilustrator książek dla dzieci
i twórca rysunków prasowych. Należy do europejskiego stowarzyszenia rysunku
humorystycznego. Jego najnowsza książka, wydana przez Wydawnictwo Zakamarki, na
pewno zainteresuje grafików, rysowników, ilustratorów i wszystkich z
„rysunkowego” fachu. Choć koniec końców, publikacja skierowana jest do dzieci,
ponieważ powyższe wydawnictwo specjalizuje się w wydawaniu książek dla dzieci
szwedzkich i francuskich autorów.
Gdybym była dzieckiem, długo głowiłabym się nad tym, o
co chodzi w Wielkiej historii małej kreski, a ilustracje w niej zawarte raczej
by nie rozbudziły mojej młodziutkiej wyobraźni. Ta publikacja jest zupełnie
inna niż „typowe” książeczki dla dzieci, z wielobarwnymi ilustracjami, wesołymi
zwierzątkami, uśmiechniętymi buziami itd., w których dziecko bez problemu
rozpozna historyjkę i będzie próbowało oznaczyć kolory. Nie tutaj takie bajery.
W Wielkiej historii małej kreski rysunki są minimalistyczne, a Serge Bloch
używa w nich tylko trzech kolorów: czerni, czerwieni i niebieskiego.
Przedstawiają chłopca, który pewnego dnia znajduje niepozorną, czerwoną kreskę,
która towarzyszy mu w dorastaniu i dorosłym życiu, przeżywając z nim życie raz
burzliwe, innym razem spokojne, czasem słodkie, czasem gorzkie. Pojawia się
pytanie, o co chodzi z tą kreską? Jak tę historię zinterpretuje najmłodszy
czytelnik, kiedy jako dorosła osoba, sama musiałam się dłużej zastanowić, co
takiego ma do powiedzenia autor poprzez swoje rysunki. Odpowiedź wydaje mi się
niejednoznaczna. Z jednej strony kreska sama w sobie kojarzy się z rysowaniem.
Być może chodzi o to, że kreska towarzyszy rysownikowi przez całe życie i jest
jego pasją. Wobec tego nasuwa się myśl, że tytułowa kreska jest talentem, który
człowiek musi w sobie najpierw odnaleźć, a potem pielęgnować i rozwijać. Takie
są moje refleksje, i z chęcią poznałabym opinie najmłodszych czytelników.
Mniemam, że niektórym z nich ilustracje mogą się kojarzyć z obrazkami
Jeana-Jacquesa Sempé z osławionego Mikołajka.
Bardzo przyjemnie obcuje się z Wielką historią małej
kreski. Uwielbiam porządnie wydane książki, a ta w stu procentach do takich
należy. Nietypowy format, nietypowa, bardzo gruba i solidna okładka. Idąc dalej
– nietypowa historia i nietypowe ilustracje. Czyli mój typ, choć może nie dla
wszystkich dzieci. Na pewno dla tych ambitnych!
Obejrzałam „Sekret”. Kiedyś też przeczytałam książkę o tym samym tytule. To było dawno i zapamiętałam z niej historyjkę o kobiecie, która wygrała z rakiem piersi nie leczeniem farmaceutycznym, ale siłą pozytywnego myślenia. W filmie ta zdrowa i szczęśliwa kobieta wypowiada się o tym, jak w 3 miesiące całkowicie wyzdrowiała.
„Sekret” to film dokumentalny. Oprócz wyżej wspomnianej, wypowiadają się w nim twórcy owej teorii, metafizycy, wizjonerzy, fizycy, filozofowie i różni inni ludzie, bajkowo sugerujący, że to, o czym myślę, stanie się rzeczywistością. Zabawne, w jak rozbuchany i górnolotny sposób mówią o tym, co tak naprawdę wszyscy już wiedzą. Niby odkrywają przed odbiorcą niesamowity SEKRET, o którym wiedzieli jedynie wielcy uczeni (np. Albert Einstein), i zapewniają, że od tej pory ja również mogę posiąść tę niesamowitą wiedzę i zmienić swoje życie. Czyli mogę być jak Einstein. Łał.
Ów sekret sprowadza się do tego, aby myśleć pozytywnie. Przez 1,5 h „wielcy” filozofowie, metafizycy i wizjonerzy z kurwikami i innymi błyskami w oczach, nadmierną gestykulacją i pseudopsychologicznymi wyrażeniami mówią o tym, żebym WRESZCIE ZROZUMIAŁA I POSIADŁA TĘ NIESAMOWITĄ WIEDZĘ, że wszechświat mi sprzyja. Chcę mieć pieniądze? Powinnam sobie powiesić banknot nad łóżkiem i codziennie myśleć o tym, że jestem bogata. Chcę nowy samochód? Powinnam zamknąć oczy i zacisnąć dłonie na wyimaginowanej kierownicy tejże bryki. Masz raka a chcesz być zdrowy? Codziennie dziękuj wszechświatowi za uzdrowienie. Co z tego, że łysiejesz i znikasz w oczach z dnia na dzień. Prawo przyciągania.
Na nieszczęście oglądałam „Sekret” w polskiej wersji językowej. Film dokumentalny z dubbingiem – gorzej być nie może. Czy naprawdę trzeba było w wypowiedziach zawrzeć każde „yyyy”, „hmmm”, „em...” itp.? Wyszło trochę jak bajka dla dzieci, a nie wypowiedzi profesjonalistów.
Żeby było jasne: nie neguję wartości pozytywnego myślenia! Zgadzam się z powtarzanym na okrągło w „Sekrecie” stwierdzeniem, że optymistyczne podejście do życia sprzyja szczęściu i sukcesom. Jednocześnie wkurzam się, bo niektórzy mogą pomyśleć, że w „Sekrecie” rzeczywiście ujawnia się jakąś niesamowitą prawdę, która może zmienić życie. Bo tak naprawdę wszystko sprowadza się do tej głównej myśli: BĘDZIE DOBRZE, tylko w to uwierz i weź się w garść.
Już w trakcie oglądania tego dokumentu uznałam, że gdyby „Sekret” trochę przeinaczyć, stanowiłby całkiem dobre rekolekcje. Jeśli w miejsce każdorazowego użycia słowa „Wszechświat” wstawić Boga
czyli
zamiast „bądź wdzięczny wszechświatowi”, po prostu „bądź wdzięczny Panu Bogu”;
zamiast „daj znać wszechświatowi, czego pragniesz”, po prostu „módl się do Boga o to, czego pragniesz
- pewnie oglądałoby się przyjemniej. Tyle że każdy już to wszystko wie. W „Sekrecie” radzą na przykład, żeby rozpoczynać dzień od słów „jestem wdzięczny wszechświatowi”. Znacie Johnny'ego Casha? Zaiste powiadam wam, że „Sekretu” na pewno nie czytał i nie oglądał, a zaczynał swój każdy dzień od słów „Dzięki Ci, Boże”. I wielu ludzi tak robi. Czy to znaczy, że „trzymają w ręku wielki sekret wszechświata”? Nie sądzę :)
Naprawdę wystarczy wiedzieć, jak wielką siłę ma wdzięczność, pozytywne nastawienie, ale też pokora i wiara.
Napisano o tym wiele piosenek:
Don't worry, be happy – Bobby McFerrin
Three little birds – Bob Marley
Bawię się świetnie – Ania Dąbrowska
Pozytywne Myślenie - Voo Voo i Jafia Namuel
Halo! To utwór przewodni WOŚP – tak, tak! Te trąbki, które słyszymy, to tylko intro, a cały utwór ma świetny tekst i poprawia nastrój, polecam sprawdzić!
I powiedziano wiele mądrych słów:
Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie (Mt 6,7-8)
Proście, a będzie wam dane (Mt 7, 7) – ot cały sekret!
Co jest u ludzi niemożliwe, u Boga jest możliwe – O. A. Szustak OP, Wilki dwa
Nie ma żadnego innego sekretu. :)
Czy w 2006 roku (data premiery filmu) istniał już coaching? Przepraszam za ignorancję… Jeśli nie, to „Sekret” można uznać za taki marny początek coachingu. Jeśli o mnie chodzi, polecam stronę fb:
Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty
A jeśli chcecie sekretów, obejrzyjcie film "Sekretne okno" ;) Dobrych dni!