niedziela, 4 sierpnia 2013

Koncert: Deep Purple, 30 lipca 2013, Wrocław, Hala Stulecia

independent.pl
Do ostatnich dni nie wiedziałam, czy pójdę na ten koncert. Marzenia na szczęście się spełniają i we wtorek, 30 lipca, mocząc nogi w fontannie na pergoli, odliczałam czas do otwarcia bram wrocławskiej Hali Stulecia. Deep Purple, legenda hard rocka, zaraz zagra dla polskich fanów. Moją ekscytację podsycali zgromadzeni na pergoli i pod Iglicą fani w koszulkach z Deep Purple, ale też Pink Floyd, Jimim Hendrixem. Lubię patrzeć na takich ludzi. Lubię widzieć całe rodziny ubrane w fanowskie koszulki. 
Zaledwie początek spragnionej rockowych wrażeń kolejki

Koło 18 kolejka do wejścia zaczęła się powiększać w szalonym tempie. Jej widok utwierdził mnie w przekonaniu, że Purple legendą są i na zawsze pozostaną w czołówce historii rocka. Nie mam wątpliwości, że ich muzyka łączy pokolenia. Były osoby w wieku moich rodziców (50+), którzy pamiętają młodość Purpurowych. A poniżej pięćdziesiątki można było spotkać przedstawicieli chyba każdego roku kalendarzowego. Studenci, licealiści w długich włosach, małe dzieci w specjalnych słuchawkach chroniących uszy. I byłam ja! Pewnie jak większość z zebranych, reprezentowałam osoby, które mają wrażenie, że znają utwory Purpli od zawsze, właściwie nie wiedzą kiedy zaczęli ich słuchać, ale jak się urodzili to już wtedy po głowie chodziło im „Child in Time”. Oj, przesadzam troszeczkę?

Legendę rocka supportował zespół Kruk. Ten wybór nie dziwi, muzycy grali już między innymi przed Thin Lizzy i Uriah Heep. Zespół inspirujący się w swojej twórczości właśnie muzyką Deep Purple, mógł podziękować wrocławskiej publiczności za wspaniałe przyjęcie. Wokalista Andrzej Kwiatkowski zaskoczył mnie swoim głosem. Zamykając oczy, miałam wrażenie, że śpiewa do mnie sam Bruce Dickinson z Iron Maiden. Podstawową różnicę stanowił jednak typowy polski akcent Kwiatkowskiego w anglojęzycznych utworach. Na bis zagrali znane wszystkim utwory Queen, między innymi „I want it all”. Wokalista (który nie jest stałym członkiem zespołu) szczerze się cieszył i dziękował publiczności podkreślając, jak ważny jest dla nich trwający właśnie występ.

Zrobiło się bardzo, bardzo duszno. Był upalny dzień, pot spływał strumieniami. Jeśli w Hali Stulecia jest jakaś klimatyzacja, to tamtego dnia zawiodła. Uznaję to za spory minus organizacyjny, bo ludzi było mnóstwo, a ocierające się non stop o siebie spocone ciała nie do końca pozwalają cieszyć się koncertem. Włosy mokre, zero przewiewu, a gwiazdy wieczoru dopiero rozstawiają się na scenie.

Cieszyłam się bardzo na koncert Deep Purple. Przegapiłam ich poprzednie występy w Polsce i kiedyś płakałam z tego powodu, serio. Mimo wszystko jednak trochę się obawiałam, przede wszystkim wokalu Iana Gillana, czy nadal jest tak silny?

O 21 zgasły światła, a wypełniona po brzegi Hala Stulecia zabrzmiała gromkimi oklaskami i nawoływaniami. Nie wiem, skąd muzycy Deep Purple wiedzieli, że „Fireball” to mój ulubiony utwór, ale kiedy zaczęli występ właśnie od niego, ucieszyłam się niesamowicie. Tym bardziej, że słyszałam gdzieś obok mnie spekulacje, że pewnie zaczną utworem z nowej płyty „Now What?!”. „Fireball” od samego początku podkręcił rockową atmosferę na maxa, potem poszły jeszcze „Into the Fire” i „Hard Lovin’ Man”. Wiadomo, że wokal Gillana nie brzmiał tak dobrze jak w studyjnych nagraniach, ale dawał radę. Jeśli chodzi o koncertowy image zespołu, Gillan wyglądał najmniej rockandrollowo ze wszystkich. Od kiedy ściął włosy (dawno to było!), wcale nie przypomina dinozaura rocka. Z nieznikającym z twarzy uśmiechem i zwykłym podkoszulku wyglądał po prostu jak sympatyczny dziadek. Z czasem ten dziadek jednak się rozkręcił i biegał od jednej strony sceny do drugiej, tańczył, a pomiędzy utworami wołał „Fantastic!”. Na dinozaura rocka wyglądał z kolei Roger Glover, jak zawsze z chustką na głowie. Steve’a Morse’a dinozaurem bym nie nazwała, bo jest młodszy od kolegów z zespołu, ale długie włosy nadają mu rockowy wygląd.
Solóweczka Steve'a Morse'a, w oddali Gillan z tamburynem :)

Deep Purple zagrali swoje klasyczne utwory, ale także te z nowej płyty. Wcześniej słuchałam w domu tylko kilku piosenek z „Now what?!”, były dobre, ale nie zwaliły mnie z nóg. Co innego na koncercie! Brzmiały o niebo lepiej. Wykonane na żywo „Vincent Price” i megaenergetyczne, zaśpiewane wspólnie z publicznością „Hell to pay” skłoniły mnie do sięgnięcia po nowy album. Z tych starszych, szkoda, że nie zagrali „Child in Time”, uwielbiam ten utwór. Chociaż może i lepiej, pewnie nie bez powodu przestali go grać. Ian Gillan mógłby nie dać rady, a szkoda byłoby zepsuć klimat potknięciami wokalnymi.

Każdy z muzyków miał na scenie swoje pięć minut. Myślę, że nie przypadkiem Purple zdecydowali się na takie rozwiązanie, wiek robi swoje. Kiedy solówkę miał klawiszowiec, pozostali mieli chwilę odpoczynku. Co do samej solówki Dona Aireya – zrobił wielki ukłon w stronę polskich fanów grając utwór Chopina oraz… „Mazurek Dąbrowskiego”. Tego się nie spodziewałam, serio. Inni chyba też nie, ale kiedy zorientowaliśmy się co to za dźwięki, dało się słyszeć słowa hymnu dochodzące spod sceny. Deep Purple zagrali Hymn Polski – jak to w ogóle brzmi! Perkusista Ian Paice z kolei zrobił niezły show podświetlanymi pałeczkami, przy zgaszonych światłach wyglądało to bardzo spektakularnie.
Telebim. Bardzo przydatny!

Na początku koncertu stałam mniej więcej na wprost Iana Gillana. Pod koniec zostałam zepchnięta przez skaczących nastoletnich długowłosych gdzieś w prawą stronę. Był szał, ale dopiero kiedy usłyszeliśmy riff „Smoke on the Water”, tykająca bomba wybuchła. Uwielbiam wykonania live tego utworu, są niesamowite, i tak było też tym razem. Zaśpiewane wspólnie od początku do końca, cały czas słyszałam wrzaski wniebowziętej publiki, trybuny wstały z miejsc. Świetnie, świetnie!

Muzycy zeszli ze sceny, a halę wypełnił huk tupania butami, okrzyki, ale przede wszystkim głośne nucenie riffu z „Black Night”. Długo nie czekaliśmy, zadowoleni Purple grali jeszcze około 20 minut, a na sam koniec w stronę publiczności powędrowała koszulka jednego z muzyków oraz kostki do gry na gitarze. Udało mi się złapać jedną z nich! Najlepsza pamiątka z koncertu, oprócz wspomnień oczywiście. Mam w łapach piórko Steve’a Morse’a z Deep Purple i cieszę się szaleńczo! Po ostatecznym zniknięciu zespołu za sceną, publiczność przez kilka minut nie dawała za wygraną, mimo że światła się zapaliły, wyszli ochroniarze i impreza dobiegła końca. Wytrwaliśmy pod sceną i… doczekaliśmy się! Szczęśliwcy zdobyli kilka egzemplarzy setlisty prosto ze sceny.

Wychodząc z Hali, z radością i należytą dumą spoglądałam na moją koncertową zdobycz schowaną w dłoni. Przyglądałam się jej jak największemu skarbowi. Zauważył to jeden facet. Podszedł i mówi:
- Widzę, że udało się pani złapać kostkę do gry… Odsprzeda pani? Mój syn ma dzisiaj 20. urodziny…
- Proszę pana, ja też niedawno miałam urodziny!


Za żadne skarby! :) 
Nie oddam!

Cudowność!

Relacja napisana dla Independent.pl

2 komentarze:

  1. WOOOOOOOOOOW, ZAZDROSZCZĘ KOSTKI!!!!!! :-) :-)
    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama sobie też zazdroszczę :)Później się oddaliłam bo zostałam zepchnięta na bok przez skaczącą młodzież, dlatego zniknęłam Ci z oczu ;) Pozdrawiam!

      Usuń