wtorek, 20 sierpnia 2013

"Kochanowo i okolice" Przemek Jurek, Wydawnictwo Anakonda, 2013.

Proszę państwa :) Jakieś 1,5 roku temu przeczytałam pewną książkę, którą nabyłam w taniej książce za marne grosze. Za jej wyborem przemówiła notka na okładce. Miałam pewne obawy, bo wydawnictwo Grass Hopper nic mi nie mówiło, ale nie zawiodłam się. Zastanawiałam się tylko, co się stało z tym wydawnictwem? Któregoś dnia na stronie fb Wydawnictwa Anakonda zobaczyłam w jednym poście dobrze zapamiętany przeze mnie tytuł: "Kochanowo i okolice". Radość, ulga, owacje na stojąco! - pomyślałam. Jak super, że ktoś sobie przypomniał o tej książce i postanowił ponownie ją wydać! W związku z tym, znów polecam gorąco. Ciężko znaleźć pierwsze wydanie, z wrocławskiego Dedalusa dziabnęłam chyba przedostatni egzemplarz. Ale teraz to nie problem, bo Anakondziaki mają Kochanowa pod dostatkiem!

Kochanowo to wieś gdzieś niedaleko Kłodzka. Kilka sklepów, dom kultury, kościół. Sarnia Góra, Śnieżnik, agroturystyka. Blisko do mojego ukochanego Międzygórza :) Właśnie tutaj mieszka Marcyś, Lizzy, Makar i Koczis, niespełnieni artystycznie faceci, deathmetalowcy. Jeszcze w podstawówce założyli zespół, czym zyskali sobie fascynację u koleżanek ze szkoły. A teraz są już po trzydziestce, założyli rodziny, zarabiają w sposób sprzeczny z ich młodzieńczymi marzeniami. Zamiast koncertować u boku największych deathmetalowych kapel, jak to sobie założyli w przeszłości, siedzą za ladą w sklepie lub za biurkiem w bibliotece. Rock and roll pełną gębą!

Jednak kiedy tylko mogą, spotykają się w sali prób, chwytają za gitary, bębnią w perkusję, zapalają jointa, piją piwo, cieszą się wspólnym graniem dla przyjemności, rozmowami i nade wszystko cenią sobie święty spokój.

Marcyś, narrator opowieści, od dziecka jest (a raczej był) fanem Kombi. W dzieciństwie robił wszystko, aby zdobyć płytę czy jakiś dziadowski magnetofon (co w czasach komuny nie było łatwym zadaniem). W jego muzycznej fascynacji wspierała go niezawodna ciotka Halinka, która co rusz przysyłała mu płyty zakupione w Katowicach, gdzie istniało już coś takiego jak Empik, a nie tylko miejsce górnolotnie zwane księgarnią, gdzie rzadko kiedy można było dostać coś wartościowego. Kombi ze Skawińskim na czele zajmowało Marcysiowi całą przestrzeń życiową. Z wypiekami na twarzy słuchał nowych piosenek, wyczekiwał ich w liście przebojów Niedźwieckiego, czekał na teledyski w tv. Zbierał wycinki z gazet, wymieniając się za plakaty Smolarka i puszki po piwie.

Kochanowo = wieś = widział ktoś wieś bez dożynek?
Los sprawia, że Exterminator, deathemetalowy zespół rodem z Kochanowa, ma zagrać na dożynkach support przed… Kombii. Powinno być super, prawda? Zagrać na scenie u boku swojego idola sprzed lat… No właśnie: sprzed lat. Bo Kombii to już nie to samo Kombi, co kiedyś. Nigdy za nimi nie przepadałam, utwór Słodkiego, miłego życia budzi moją odrazę, inne zresztą też (żeby nie było, że wypowiadam się znając tylko jeden utwór – znam cztery albo nawet osiem :D)… No, może nie jest to zupełne obrzydzenie, ale parsknięcie śmiechem i poczucie nudy. Naprawdę próbowałam się przekonać do Kombi przy czytaniu tej książki. Ale nawet moje dobre chęci nie pomogły, bo gdy usłyszałam komentarze w stylu "Co ty z tym Kombi, koszmarne, mydlana muzyka!" (mama), "A idź, jak patrzę na tego gościa z łysą pałą, to nie mogę na niego patrzeć" (brat)… No cóż, nie mogłam nas dłużej katować. A Kombii z dwoma „i” na końcu to już w ogóle pomyłka, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. Mniejsza o to, przecież każdy miał jakieś ulubione zespoły od których zaczęła się jego przygoda z muzyką, a o gustach się chyba nie dyskutuje.

W każdym razie Marcyś dobrze już o tym wie, że dzisiejsze Kombii to chała i ten dożynkowy support będzie kompletną kompromitacją. Ale niestety zanim nadejdą dożynki, po drodze wydarzy się seria koncertów, o których Exterminator najchętniej chciałby zapomnieć. Do głosu dojdzie polityka i zobowiązania.

Wydarzenia bieżące, tj. przygotowania do nieszczęsnego koncertu przeplatają się tu z wydarzeniami z dzieciństwa i dojrzewania chłopaków z Exterminatora. Oczywiście najważniejszy jest ich rozwój muzyczny, który początkowo u każdego z nich jest odmienny. Po wielu dyskusjach i kłótniach na temat Republiki, Motorhead, Maanamu, Slayera i oczywiście Kombi, jako nastoletni chłopcy dochodzą do wniosku, że w duszach gra im metal.

Poznajemy historię kapeli, jakich jest przecież wiele. W każdej miejscowości znajdą się jakieś dzieciaki, które będą nazywane przez mieszkańców satanistami, szarpidrutami i brudasami. A jeśli się mieszka na wsi, mogą być na językach wszystkich. I tak właśnie deathmetalowcy, którym nie udało się wybić w czasach ich świetności i młodości, powracają aby trochę się poniżyć na scenie, ale czym to się skończy, dowiesz się jak przeczytasz.

Przemek Jurek jest dziennikarzem i satyrykiem. Jego poczucie humoru bardzo mi odpowiada. Prosty język bez żadnego filozofowania również. Autor wykazał się godną pozazdroszczenia wiedzą muzyczną, którą też bym chciała kiedyś posiąść, ale to chyba niedoczekanie, póki co mogę się „kształcić” czytając tego typu książki. "Kochanowo i okolice" dostaje ode mnie naprawdę sporo punktów i uśmiech jako bonus. Mimo że nie lubię Kombi, z zaciekawieniem czytałam o ich kolejnych sukcesach, płytach, wywiadach i upadku. Zaznaczam, że Kombi to nie jedyny zespół, o jakim można się dowiedzieć z lektury. Będą Scorpionsi, Def Leppard, Van Halen, Metallica, TSA.

Może banalny, ale trafny cytat: "Otwórzcie się na muzykę, nie zamykajcie się w tym, co wciska wam radio. Nie dajcie się ogłupić, myślcie samodzielnie! Świat pełen jest doskonałych dźwięków. Wybierzcie z nich to, co najbardziej wam odpowiada. Nie namawiam was wcale do metalu, punka, reggae, popu, rapu i czego tam jeszcze – ale niech to będzie wybór świadomy!"

Polecam nie tylko fanom Kombi czy cięższego grania. Jest to po prostu dobra rozrywka z muzyką w tle, ale też z przyjaźnią, rodziną, polityką, i z tym wiejskim (ale nie wieśniackim) klimatem Kotliny Kłodzkiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz