czwartek, 10 maja 2012

Reggae Live Shows: Tarrus Riley, Dean Fraser w Alibi, 7.05.2012.


Kolejnego koncertu z serii Reggae Live Shows długo nie zapomnę, a zapewne nigdy! To, co się działo we wrocławskim klubie Alibi, jest nie do opisania - tyle emocji, tyle uśmiechu… Spróbuję jednak napisać kilka słów ;) Polecam włączyć film z koncertu, po stokroć warto!:

Do klubu dotarłam koło 21, zdążyłam tylko rozejrzeć się wokół i ściągnąć kurtkę, i już ze sceny zaczęły dobiegać dźwięki saksofonu Deana Frasera. Byłam ciekawa, czy reggae pozbawione wokalu, a za to z saksofonem na czele, porwie publiczność, czy może raczej znuży. Osobiście nie przepadam za tym instrumentem, ale w połączeniu z reggae jest to zupełnie co innego. Wszelkie wątpliwości rozwiały się już po pierwszych utworach. Dean Fraser okazał się prawdziwym wirtuozem saksofonu, przy tym bardzo komunikatywnym i prawie non stop uśmiechającym się człowiekiem. Publiczność lekko się kołysała, a ja, stojąc nieco z tyłu, patrzyłam na dziesiątki zdreadowanych głów i byłam wdzięczna okolicznościom za to, że mogłam być tam z nimi wszystkimi. Dean Fraser zagrał kilka utworów, przygotowując publiczność do przywitania prawdziwej gwiazdy wieczoru, którą sam zapowiedział. 

Przy wtórze krzyków i oklasków na scenę wyszedł Tarrus Riley. Kilka pierwszych piosenek wytrzymałam, podrygując jedynie lekko gdzieś z tyłu przy schodkach. Jednak nic nie stało na przeszkodzie, abym znalazła się tuż pod sceną, zatem przy dźwiękach jednej z moich ulubionych piosenek „Superman”, bawiłam się z wszystkimi, a Tarrus Riley wywołał uśmiech na twarzach kobiet, śpiewając „I will be there when you need someone to tell you that you're beautiful, baby!”. Reggae to muzyka miłości, zatem sporo teksów, które pisze Tarrus, jest właśnie o niej, są prawdziwe i po prostu bardzo dobre. Myślę, że żadna kobieta nie przeszłaby obojętnie obok słów piosenki „She’s royal”. Co tu dużo mówić, Tarrus Riley dowartościował swoimi tekstami żeńską część publiczności. Zresztą wszyscy dali się porwać tej muzyce, skakaliśmy i śpiewaliśmy razem z wokalistą, a na pytanie Tarrusa „Poland! How you feelin’?” odpowiadaliśmy coś między „Great!”, „Allright!”, czy po prostu bliżej nieokreślonymi okrzykami przepełnionymi aprobatą i radością. Jak tu się nie cieszyć, kiedy ze sceny płynie przekaz pokoju i miłości, a połączony z energią publiczności daje poczucie, że dzieje się właśnie coś, co można nazwać najlepszymi chwilami w życiu! Będąc na tym koncercie, w niepamięć odeszły kłótnie i zbliżające się egzaminy, ważny był taniec, słowa, muzyka, jedność.

Tarrus rozbujał nas całkowicie, grając takie utwory jak „Stay with you”, „Protect the people”, czy piosenki z nowej, wydanej w kwietniu płyty „Mecoustic”. Zaskoczeniem okazały się (przynajmniej dla mnie) zagrane covery, zaśpiewane przez osoby z chórku. Wokalistka wspierająca swoim głosem Tarrusa w czasie koncertu, zaśpiewała solo utwór girlsbandu The Pussycat Dolls (!) „Stickwitu”, szkoda tylko, że sam refren bez zwrotek, bo bardzo przyjemnie się jej słuchało. Zaraz po niej swoim wokalem popisał się kolejny członek zespołu, którego umiejętności wokalne na chwilę przyćmiły osobę Tarrusa Rileya. Następnie, do ochłonięcia od skakania skłoniło „Knocking on a heaven’s door”, zaśpiewane prawie że szeptem. Coś wspaniałego! 

Przez cały koncert na scenie obecny był Dean Fraser, który swoją grą na saksofonie wniósł wiele urozmaicenia. Ponadto śpiewał także w chórku, okazało się, że jest posiadaczem całkiem niezłego głosu. Jednym z lepszych momentów był pojedynek wokalu Tarrusa z saksofonem Deana. Tarrus nucił coraz trudniejsze melodie, Dean musiał je odegrać na saksofonie. Wywołało to okrzyki uznania dla jamajskiego saksofonisty, na co Riley z przymrużeniem oka zawołał coś w stylu: „Hej, przecież to MÓJ koncert, gdzie brawa dla mnie?!”. Chwil, w których się uśmiechałam, lub nawet śmiałam, było więcej, bo Tarrus Riley  stworzył świetną atmosferę, żartując z publicznością, podając dłoń osobom pod sceną czy opowiadając o muzyce reggae. Widać, że traktuje publiczność nie jako zbiorowisko przypadkowych osób, tylko odbiorców tworzonej przez niego muzyki, a dzielenie się nią sprawia mu radość.

Dwugodzinny koncert skończył się bisem, a po kilkunastu minutach cały zespół wyszedł do publiczności, oferując autografy i możliwość zrobienia zdjęć. Minęło dopiero kilka dni od koncertu, a ja już jestem przepełniona nadzieją, że usłyszę jeszcze kiedyś Tarrusa Rileya na żywo! Spodziewałam się dobrego koncertu, dostałam dużo więcej. Wspaniały, wspaniały wieczór!

Recenzja opublikowana na WSA.org.pl

2 komentarze:

  1. Czytając Twój wpis miałem przed oczami obraz, jak podczas pisania go kołyszesz się z uśmiechem na ustach i po cichu podśpiewujesz ulubione utwory, przerywając raz na jakiś czas, aby jeszcze na moment zanurzyć się we wspomnieniach... Trafiłem? ;)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń