wtorek, 27 listopada 2012

"Miłość oraz inne dysonanse", Janusz Leon Wiśniewski, Irada Wownenko, Znak Litera Nova, 2012.



„Miłość oraz inne dysonanse” to pierwsza książka autorstwa Janusza Leona Wiśniewskiego, po którą sięgnęłam. Wiele dobrego słyszałam o „Samotności w sieci”, dlatego pojawienie się nowej powieści wzbudziło moje zainteresowanie. Pomyślałam, że zacznę poznawać twórczość tego pisarza nie od początku, a od końca. Jednak po lekturze nie jestem pewna, czy w ogóle chcę poznawać poprzednie książki J. L. Wiśniewskiego… Nie, nie jest to tandetny romans, wręcz przeciwnie!

„Miłość oraz inne dysonanse” to wspólne dzieło polskiego pisarza (ale mieszkającego na stałe we Frankfurcie) oraz rosyjskiej pisarki Irady Wownenko. Zapewne w Polsce nikt o niej nie słyszał, za to o Wiśniewskim raczej wszyscy. Dlatego, mimo iż wkład pracy w książkę był porównywalny (tak mi się wydaje), nazwisko polskiego autora na okładce widać już z odległości kilku metrów od regału w księgarni, a dużo mniejsza Irada Wownenko widnieje, niczym nie rzucający się w oczy podtytuł, pod nazwiskiem mężczyzny. Ciekawe, czy rosyjskie wydanie wygląda inaczej. Fotografia na okładce sugeruje pełen namiętności romans wypełniający karty książki. Notka na ostatniej stronie również nie pozostawia wątpliwości. A tymczasem jest inaczej.

Anna jest mężatką, chociaż mąż już dawno przestał ją zauważać. Jedyny kontakt jaki mają ze sobą, to ten łóżkowy (z przymusu) oraz zdawkowe rozmowy, które sprowadzają się jedynie do krytykowania wad Anny przez męża Siergieja. Kobieta jakich wiele – samotna w małżeństwie.

Struna jest Polakiem, wykształconym krytykiem muzycznym. Przystojny, inteligentny, właściwie byłby nudnym bohaterem, gdyby nie fakt, że jest pacjentem szpitala psychiatrycznego w Pankow w Niemczech. Dzięki temu poznajemy kilka barwnych postaci, rozmowy Struny z kumplami ze szpitala zajmują sporo miejsca. J. L. Wiśniewski ma dość charakterystyczny styl pisania. Jest jednym z najlepiej wykształconych pisarzy polskich (magister fizyki, doktor informatyki, doktor habilitowany chemii), i te jego umiejętności widać w tekście jak na dłoni. Nie jest pierwszym lepszym autorem piszącym o związkach, jest jedyny w swoim rodzaju, ale jednocześnie trochę przez to przerysowany, czuć trochę ten naukowy charakter. Według mnie przenosi za dużo własnych poglądów i przemyśleń na różne tematy do literatury. Wiele razy czułam się jakbym czytała artykuł naukowy zamieszczony w czasopiśmie z jakiejś dziedziny. Nie mówię o muzyce, której rzeczywiście jest mnóstwo i jest naprawdę świetnie opisana; tak miało być, w końcu Struna jest muzykiem. Bez muzyki ta ksiązka nie istniałaby, bo w większości właśnie ona budzi uczucia w bohaterach. Nie chcę, żeby ktoś mnie źle rozumiał: nie spodziewałam się lekkiej lektury niewymagającej myślenia. Jednak sięgając po książkę o tytule „Miłość oraz inne dysonanse”, lekko się podenerwowałam czytając kilka stron wywodów o Smoleńsku, kiedy temat tej strasznej katastrofy jest wałkowany od przeszło dwóch lat, i wyświechtany ze wszystkich stron. Nie powinno się go przenosić według mnie do powieści „pełnej namiętności i muzyki”, bo żar miłości nie współgra mi z lotem Tupolewa.

Mocną stroną książki rzeczywiście jest muzyka. Muzyka klasyczna, gwoli ścisłości. Struna jest zafascynowany Chopinem, Horowitzem, i wieloma innymi artystami. Jest też poezja, np. Wojaczek. Oprócz klasyki pojawia się też Matisyahu śpiewający reggae („To chyba najbardziej cool Żyd, jakiego znam. Oprócz Jezusa…”) oraz rosyjska kapela Leningrad (ostro skrytykowana przez Strunę, według mnie warto się z nią zapoznać).

Jeśli ktoś czytając tę recenzję odniósł wrażenie, że mało w tym wszystkim namiętności, nie będę wyprowadzać z błędu. „Miłość oraz inne dysonanse” ma prawie 500 stron, a zanim Anna i Struna w końcu się spotkają, trzeba przeczytać około ¾ powieści. Po drodze są oczywiście spotkania z innymi kobietami, akcja kilkakrotnie przenosi się z miejsca w miejsce. Jest Polska, Rosja, Niemcy. Ma to swój urok, dowiadujemy się co nieco o obywatelach poszczególnych państw i ich życiu. Ciekawym pomysłem jest też narracja z dwóch punktów widzenia: Anny i Struny.

Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy książka mi się podobała. Na pewno fabuła jest przemyślana, wszystkie wydarzenia prowadzą w końcu do spotkania głównych bohaterów. Według mnie, gdyby usunąć wątek miłosny, mogłaby pozostać świetna lektura o życiu w murach zakładu psychiatrycznego. Gdyby z kolei usunąć Pankow, a skupić się na dwojgu kochanków, byłby dobry romans. A razem jakoś to wszystko mi nie współgra.

Recenzja opublikowana na DlaLejdis.pl

8 komentarzy:

  1. żar miłości nie współgra mi z lotem Tupolewa - padłam :D Piękne zdanie!

    A co do Wiśniewskiego - ja mam właśnie takie mieszane uczucia.
    "Samotność w sieci" naprawdę bardzo mi się podobała, byłam oczarowana, wcześniej sięgnęłam po "Los powtórzony", też dobry, a potem... Potem sięgałam po książki i niby były dobre, ale takie "naukowe", że ciężko mi się czytało. Takie przechwalanki, "jestem mądry to wam tu wlepię wszystko, co wiem", o.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, wychodzi taka trochę zbieranina ciekawostek, niekoniecznie ciekawych, mających się nijak do fabuły książki. Cieszę się, że nie tylko ja tak czuję. Ale po tę "Samotność w sieci" chyba sięgnę, może pozytywnie się zaskoczę i zacznę myśleć nieco przychylniej o autorze :)

      Usuń
  2. "Samotność w sieci" była znakomita, "Miłość i inne... czytam,jestem w połowie,podoba mi się,lubie takie książki mi akurat odpowiada to ,że on opisuje np to co się dzieje w szpitalu psychiatrycznym-ciekawi mnie to...

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie też podoba się wątek szpitala psychiatrycznego. Najchętniej przeczytałabym książkę w całości opartą na wydarzeniach w tym miejscu. Gdyby np. Struna opisywał przez całą książkę swoje przyjaźnie i związki z kobietami-pacjentkami szpitala, byłoby super. Ah, puszczam wodze fantazji... :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja czytalam wszystkie ksiazki Wisniewskiego i bylam zachwycona... Wszystkie mam swoje i kazda z nich czytalam jednym tchem...na stojaco, przezywajac wydarzenia jak swoje.... o ta, poki co (dotarlam do setnej strony), mowiac wprost, jest dla mnie nudna. Rozumiem, ze te wszystkie opisy do czegos prowadza, ale nie wiem czy starczy mi cierpliwosci, zeby dojsc do konca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli jednak coś w tym jest, może Wiśniewski ma teraz gorszą passę, albo... hm, teraz wpadłam na pomysł,że może pisząc w duecie z Iradą Wownenko, Wiśniewski chciał się popisać swoimi umiejętnościami i być po prostu lepszy od niej za wszelką cenę? A wyszło, jak wyszło...

      Usuń
  5. „Miłość i inne dysonanse”, to książka J.L. Wiśniewskiego, której lekturą rozpoczęłam Nowy 2013 rok. Przeczytałam ją… prawie jednym tchem. Moje wrażenia: jest to powieść trzymająca w napięciu, wciągająca, poruszająca emocje, aż do głębi.
    I tylko jeden dysonans w trakcie czytania... Opisana historia dzieje się w czasie kilkunastu kwietniowych dni 2010 roku, pamiętnym dla Polaków. Autor powieści również nawiązuje do katastrofy w Smoleńsku. Jednak na str. 407 książki ze zdumieniem zobaczyłam, że Struna (bohater) przeczytał na plakacie „wypisany odręcznie mazakiem tekst : 18 kwietnia 2011roku, godz. 22.00, Festiwal muzyki podziemnej”.
    Jestem pewna, że akcja powieści nie przeniosła się o rok do przodu, Ktoś popełnił błąd…???

    Z wyrazami szacunku i podziwu dla autora - kwiatbel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że sam autor popełnił błąd, przez zwykłe niedopatrzenie. Korektor powinien to poprawić, ale pewnie nie zauważył nieprawidłowości. Ja sama też, szczerze mówiąc, nie zauważyłam, dlatego gratuluję uważnego czytania :) Jak było naprawdę - nie mam pojęcia. Pozdrawiam :)

      Usuń